Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lutego 2010

Dublin dzień drugi.

Nie nadążam. Jeżeli miałabym opisać wszystkie moje przemyślenia z ostatnich 24 godzin to następne kilka godzin musiałabym spędzić przed komputerem. Absurdalność niektórych zjawisk mnie poraża.

Przede wszystkim udało mi się rozpracować ogrzewanie w pokoju. Zrobiło się cieplej, więc od razu również przestałam narzekać na wszystko związane z naszym tymczasowym mieszkaniem. Mam prawo tak to nazwać, skoro składa się z sypialni, salonu, kuchni i łazienki. Hotel mieści się w starym budynku, co za tym idzie ma pojedyncze, nieszczelne okna i grzyb w łazience (podobno typowe dla starego budownictwa na Wyspach). Fascynują mnie natomiast grzejniki: wielki napis „do not cover” jasno sugeruje, aby w żadnym wypadku ich niczym nie przykrywać. Mylę się? Natomiast zasłony są umieszczone w taki sposób, że idealnie wręcz przykrywają otwory omawianych, elektrycznych smoków (zionących ciepłem zamiast ognia, chociaż zapach może czasem sugerować coś innego). Poza tym szefowa kiedyś mi coś wspominała, że na Wyspach nie używa się kołder. Odpowiednia szuflada w moim mózgu otworzyła się w momencie kiedy pierwszy raz zerknęłam na łóżko. Otóż... system działa tak: posłanie składa się z narzuty, dwóch koców i dwóch prześcieradeł. Na jednym prześcieradle śpisz, drugie oddziela Cię od koców. Czyli działa tak jakby powłoczka na koce, tylko bez tych wszystkich zalet jakie nam takowa daje. Podsumowując śpisz pod warstwą 4 różnych rzeczy, które tylko i wyłącznie razem wzięte dają jako takie ciepło. Zabawa polega na tym, żeby obudzić się pod taką samą warstwą pod jaką się zasnęło. Ja na razie trenuje podnoszenie koca z podłogi bez okrywania się spod prześcieradła.

Ilość Polaków jest oszałamiająca. Dla zdziwionych przypomnę, że nigdy nie byłam w UK ani Irlandii. Oslo też unikałam. W Bergen spotkałam kilkoro Polaków w ciągu kilku miesięcy. Tutaj spotkałam kilkudziesięciu w ciągu 3 godzin. W różnym wieku, miłych i niemiłych. Weszłam do sklepu polskiego i rzuciła mi się w oczy mąka. Pomyślałam: „dlaczego, do cholery, oni sprowadzają tu nawet mąkę?” Zrozumiałam jak próbowałam kupić mąkę w Tesco. Zwykłą mąkę pszenną. Ale okazuje się, że w tym kraju jest to rarytas. Standardem jest natomiast mąka „samorosnąca” - z dodatkiem sody oczyszczonej. Po kie licho, pytam, im soda oczyszczona w mące??? Teraz przynajmniej rozumiem co to jest „soda bread”. Zirytowana wyszłam z Tesco i poszłam kupić mąkę wrocławską....

Wróciwszy do domu Piotr popatrzył z niedowierzaniem na mąkę i zapytał „Dlaczego kupiłaś mąkę wrocławską?” Zmęczona odpowiedziałam bez namysłu „Bo innej akurat nie mieli”. Dopiero po jego minie zorientowałam się, że pytał skąd w ogóle ją wzięłam i dlaczego nie kupiłam jakiejś lokalnej, a nie dlaczego kupiłam wrocławską a nie np. poznańską.

Piotr pyta: „Co w ogóle mają w tych polskich sklepach?”
Ja: „Więc mają.....”
Piotr mi przerywa: „Czekaj! Powiedz, że mają koncesję i można tam kupić polskie piwo.”
Popatrzyłam na niego ze sporą dezaprobatą. „Piotr. Polskie piwo to w Tesco kupisz. Do wyboru Tyskie, Żywiec i Lech”