Kiedy Kino Wilda zostało przejęte przez Biedronkę Piotr burzył się przez dobre kilka dni. Właściwie robi to do teraz. Przyznam, że nie robiło to na mnie dużego wrażenia. Było mi przykro, że stare kina umierają. Ale jakoś przestałam o tym myśleć. Aż niedawno dowiedziałam się, że w Toruniu z 4 kin zostało jedno. Najmłodsze i najmniejsze. Grunwald padł jeszcze jak mieszkałam w Toruniu. W Koperniku obecnie jest Biedronka, a Orzeł nie funkcjonuje. Zostało Nasze Kino, które powstało jakoś 7 lat temu. Muszę mówić dlaczego? Bo 3-4 lata temu powstało w centrum miasta Cinema City. I powiem szczerze jest mi przykro. Kina studyjne miały swój urok. Nie śmierdziały popcornem. Ale z drugiej strony po przeprowadzce do Poznania tylko raz byłam w kinie Muza. A poza tym za każdym razem szliśmy do któregoś z większych kin. Bo miały szerszy repertuar i większą liczbę dostępnych seansów. I sama nie wiem. Żal mi. Bo coś się kończy. A coś, co się zaczyna nie do końca mi odpowiada.
Pamiętam jak szłyśmy z mamą do DKF i siedząc na składanych krzesełkach razem z kilkoma osobami oglądałyśmy rosyjską "Syberiadę" i "Dersu Uzała". Z rzutnika. W tym samym DKFie widziałam z tatą "Siekierezadę". Pamiętam jakieś małe kino w Poznaniu, miałam ze 4-5 lat i oglądaliśmy "Hair" przez kilka godzin. Pamiętam filmy z festiwali filmów amatorskich. A jakoś... te nowe produkcje nie zapadają mi w sercu. Zapadają w pamięci. Lecz nie w sercu.
Babcia zażyczyła sobie laptopa, żeby móc czytać mojego bloga.
Piotr jest nadal w pracy (u nas jest w tej chwili 23.00)
Drugi wieczór z rzędu prowadzę dyskusje z chłopakiem z Rumunii, który pracuje w hotelu.
Mamy kolejne 3 mieszkania za sobą. Droższe, więc ładniejsze. Zobaczymy.
piątek, 26 lutego 2010
Krzyk
Jak byłam pierwszy raz w Hjerkinn to mi się tam nie podobało. Ale starałam się do tego nie przyznawać nawet przed samą sobą. W następnym roku już było zdecydowanie lepiej. Jak byłam pierwszy raz w Bergen to mi się tam nie podobało. A potem się zakochałam.
Więc... doszłam do wniosku, że tym razem nie będę niczego udawać. Że im szybciej i głośniej to wykrzyczę, tym szybciej je polubię. Więc... TO MIASTO JEST OKROPNE!!! Jest szare, brudne, zatłoczone, jest mnóstwo samochodów, które powodują wielki hałas. Latarnie uliczne są dziwne, co powoduje, że ulice są ciemne. Z wyjątkiem jednej uliczki z pubami nad kanałem to miasto jest bez duszy. Bez atmosfery. Ma ładne miejsca. Ma też potworne miejsca. Wiele potwornych miejsc. Wiele potwornych rozwiązań. Zimne łazienki. I niewietrzone. Nic dziwnego, że są zagrzybione. Mają zboczenie na punkcie kominków. Ale gdyby to był faktycznie kominek to bym nie narzekała. Ale oni mają fizia na punkcie kominkowych atrap! W każdym mieszkaniu, zwłaszcza w starszych, jest kominek i w środek wstawiony kominek elektryczny. Wiecie, taki grzejnik konwektorowy, który teoretycznie ładniej wygląda. Żarzy się i imituje płomienie. W Castoramie takie widziałam. I wieje ciepłym powietrzem hałasując przy tym niemiłosiernie. I jeszcze w 90% nad nim wisi lustro.
Mają ładne kościoły. Zazwyczaj wepchnięte gdzieś między inne budowle. Ja, Torunianka, przyzwyczajona do starówki, gotyku, ładnych, kolorowych kamienic nie mogę tego miejsca na razie zdzierżyć. Wczoraj wieczorem pogadałam sobie z Rumunem. Pokazałam mu zdjęcia Torunia. Patrzył z zachwytem i stwierdził, że jest 10 razy ładniejszy niż Dublin.
Tyle tytułem krzyku.
Zbieram się obejrzeć kolejne mieszkania. I Leszku - wierz mi, że w tym momencie krany schodzą na ostatni plan. Generalnie mam gdzieś krany byleby tylko mieszkanie było ładne i ciepłe, a łazienka przyjemna, a nie zagrzybiona. ;)
Więc... doszłam do wniosku, że tym razem nie będę niczego udawać. Że im szybciej i głośniej to wykrzyczę, tym szybciej je polubię. Więc... TO MIASTO JEST OKROPNE!!! Jest szare, brudne, zatłoczone, jest mnóstwo samochodów, które powodują wielki hałas. Latarnie uliczne są dziwne, co powoduje, że ulice są ciemne. Z wyjątkiem jednej uliczki z pubami nad kanałem to miasto jest bez duszy. Bez atmosfery. Ma ładne miejsca. Ma też potworne miejsca. Wiele potwornych miejsc. Wiele potwornych rozwiązań. Zimne łazienki. I niewietrzone. Nic dziwnego, że są zagrzybione. Mają zboczenie na punkcie kominków. Ale gdyby to był faktycznie kominek to bym nie narzekała. Ale oni mają fizia na punkcie kominkowych atrap! W każdym mieszkaniu, zwłaszcza w starszych, jest kominek i w środek wstawiony kominek elektryczny. Wiecie, taki grzejnik konwektorowy, który teoretycznie ładniej wygląda. Żarzy się i imituje płomienie. W Castoramie takie widziałam. I wieje ciepłym powietrzem hałasując przy tym niemiłosiernie. I jeszcze w 90% nad nim wisi lustro.
Mają ładne kościoły. Zazwyczaj wepchnięte gdzieś między inne budowle. Ja, Torunianka, przyzwyczajona do starówki, gotyku, ładnych, kolorowych kamienic nie mogę tego miejsca na razie zdzierżyć. Wczoraj wieczorem pogadałam sobie z Rumunem. Pokazałam mu zdjęcia Torunia. Patrzył z zachwytem i stwierdził, że jest 10 razy ładniejszy niż Dublin.
Tyle tytułem krzyku.
Zbieram się obejrzeć kolejne mieszkania. I Leszku - wierz mi, że w tym momencie krany schodzą na ostatni plan. Generalnie mam gdzieś krany byleby tylko mieszkanie było ładne i ciepłe, a łazienka przyjemna, a nie zagrzybiona. ;)
czwartek, 25 lutego 2010
Chodź opowiem Ci bajeczkę....
.... tylko, że bajeczka zdarzyła się na prawdę i nie jestem pewna czy kończy się happy endem. Zależy od punktu widzenia.
Był sobie Człowiek. Miał 3 synów. Miał gospodarstwo niedaleko mojej babci. Synowie dorastali szybko i wychodzili z domu. Zrobiło się pusto. Aż nagle podczas wakacji, świąt i ferii zaczęła pojawiać się wścibska i zadająca setkę pytań dziewczynka z miasta. Spędzała w gospodarstwie całe dnia jak tylko mogła. Szła po krowy. Karmiła koty. Wchodziła na strych po śrutę dla świń. Wałęsała się po stodole, skakała na sianie, przerzucała zebrane ziarno i strasznie ją to bawiło. Myła prosiaki. Goniła kaczki.
Żona ją uwielbiała. Psy biegły na jej spotkanie. A Człowiek zawsze był gdzieś w okolicy. Woził ją traktorem. Pozwalał jej zakradać się cicho do garażu, w którym siedział i kraść mu czapkę z głowy. Śmiał się gdy dziewczynka uciekała przed nim na wielką przyczepę stojącą na podwórzu i twierdził, że jeszcze ją złapie. A ona chodziła potem dumnie jak paw. W jego czapce.
Kiedyś mieli małego cielaka. Dziewczynka go uwielbiała. Przez całe wakacje ją przekonywał, że może go jej sprzedać i może go trzymać na balkonie. Tłumaczył do czego są poszczególne narzędzia i pozwalał przynosić sobie sznurki, kiedy były potrzebne.
Dziewczynka zaczęła dorastać. Przyjeżdżała coraz rzadziej. Ale starała się przychodzić z życzeniami na święta. A wyjście do sklepu zajmowało jej 1,5 godziny, mimo że sklep był 300m od domu. Przecież trzeba zajrzeć na herbatę po drodze. Kiedy przechodziła koło gospodarstwa krzyczał za nią "Panna Nowaczkówna". Od zawsze. Nawet jak już wyszła za mąż i zmieniła nazwisko.
Ostatni raz jak się widzieli Człowiek opowiadał jaka ta zima jest ciężka i że nawet traktorem ciężko dojechać do niektórych wiosek. Tłumaczył, że rozgrzane do czerwoności szpikulce leżące w garażu są niezbędne przy rąbaniu drewna. Chciał, aby koniecznie zrobić mu zdjęcie. I wywołać, bo kolekcjonuje zdjęcia. To było ostatnie zdjęcie jakie mu zrobiła. Prawdopodobnie ostatnie, jakie ktokolwiek mu zrobił.
Człowiek odszedł dwa dni temu.
Zostały po nim wspomnienia. A wspomnienia mogą być jak modlitwa. Dlatego się nimi dzielę...
Był sobie Człowiek. Miał 3 synów. Miał gospodarstwo niedaleko mojej babci. Synowie dorastali szybko i wychodzili z domu. Zrobiło się pusto. Aż nagle podczas wakacji, świąt i ferii zaczęła pojawiać się wścibska i zadająca setkę pytań dziewczynka z miasta. Spędzała w gospodarstwie całe dnia jak tylko mogła. Szła po krowy. Karmiła koty. Wchodziła na strych po śrutę dla świń. Wałęsała się po stodole, skakała na sianie, przerzucała zebrane ziarno i strasznie ją to bawiło. Myła prosiaki. Goniła kaczki.
Żona ją uwielbiała. Psy biegły na jej spotkanie. A Człowiek zawsze był gdzieś w okolicy. Woził ją traktorem. Pozwalał jej zakradać się cicho do garażu, w którym siedział i kraść mu czapkę z głowy. Śmiał się gdy dziewczynka uciekała przed nim na wielką przyczepę stojącą na podwórzu i twierdził, że jeszcze ją złapie. A ona chodziła potem dumnie jak paw. W jego czapce.
Kiedyś mieli małego cielaka. Dziewczynka go uwielbiała. Przez całe wakacje ją przekonywał, że może go jej sprzedać i może go trzymać na balkonie. Tłumaczył do czego są poszczególne narzędzia i pozwalał przynosić sobie sznurki, kiedy były potrzebne.
Dziewczynka zaczęła dorastać. Przyjeżdżała coraz rzadziej. Ale starała się przychodzić z życzeniami na święta. A wyjście do sklepu zajmowało jej 1,5 godziny, mimo że sklep był 300m od domu. Przecież trzeba zajrzeć na herbatę po drodze. Kiedy przechodziła koło gospodarstwa krzyczał za nią "Panna Nowaczkówna". Od zawsze. Nawet jak już wyszła za mąż i zmieniła nazwisko.
Ostatni raz jak się widzieli Człowiek opowiadał jaka ta zima jest ciężka i że nawet traktorem ciężko dojechać do niektórych wiosek. Tłumaczył, że rozgrzane do czerwoności szpikulce leżące w garażu są niezbędne przy rąbaniu drewna. Chciał, aby koniecznie zrobić mu zdjęcie. I wywołać, bo kolekcjonuje zdjęcia. To było ostatnie zdjęcie jakie mu zrobiła. Prawdopodobnie ostatnie, jakie ktokolwiek mu zrobił.
Człowiek odszedł dwa dni temu.
Zostały po nim wspomnienia. A wspomnienia mogą być jak modlitwa. Dlatego się nimi dzielę...
wtorek, 23 lutego 2010
Dublin dzień drugi.
Nie nadążam. Jeżeli miałabym opisać wszystkie moje przemyślenia z ostatnich 24 godzin to następne kilka godzin musiałabym spędzić przed komputerem. Absurdalność niektórych zjawisk mnie poraża.
Przede wszystkim udało mi się rozpracować ogrzewanie w pokoju. Zrobiło się cieplej, więc od razu również przestałam narzekać na wszystko związane z naszym tymczasowym mieszkaniem. Mam prawo tak to nazwać, skoro składa się z sypialni, salonu, kuchni i łazienki. Hotel mieści się w starym budynku, co za tym idzie ma pojedyncze, nieszczelne okna i grzyb w łazience (podobno typowe dla starego budownictwa na Wyspach). Fascynują mnie natomiast grzejniki: wielki napis „do not cover” jasno sugeruje, aby w żadnym wypadku ich niczym nie przykrywać. Mylę się? Natomiast zasłony są umieszczone w taki sposób, że idealnie wręcz przykrywają otwory omawianych, elektrycznych smoków (zionących ciepłem zamiast ognia, chociaż zapach może czasem sugerować coś innego). Poza tym szefowa kiedyś mi coś wspominała, że na Wyspach nie używa się kołder. Odpowiednia szuflada w moim mózgu otworzyła się w momencie kiedy pierwszy raz zerknęłam na łóżko. Otóż... system działa tak: posłanie składa się z narzuty, dwóch koców i dwóch prześcieradeł. Na jednym prześcieradle śpisz, drugie oddziela Cię od koców. Czyli działa tak jakby powłoczka na koce, tylko bez tych wszystkich zalet jakie nam takowa daje. Podsumowując śpisz pod warstwą 4 różnych rzeczy, które tylko i wyłącznie razem wzięte dają jako takie ciepło. Zabawa polega na tym, żeby obudzić się pod taką samą warstwą pod jaką się zasnęło. Ja na razie trenuje podnoszenie koca z podłogi bez okrywania się spod prześcieradła.
Ilość Polaków jest oszałamiająca. Dla zdziwionych przypomnę, że nigdy nie byłam w UK ani Irlandii. Oslo też unikałam. W Bergen spotkałam kilkoro Polaków w ciągu kilku miesięcy. Tutaj spotkałam kilkudziesięciu w ciągu 3 godzin. W różnym wieku, miłych i niemiłych. Weszłam do sklepu polskiego i rzuciła mi się w oczy mąka. Pomyślałam: „dlaczego, do cholery, oni sprowadzają tu nawet mąkę?” Zrozumiałam jak próbowałam kupić mąkę w Tesco. Zwykłą mąkę pszenną. Ale okazuje się, że w tym kraju jest to rarytas. Standardem jest natomiast mąka „samorosnąca” - z dodatkiem sody oczyszczonej. Po kie licho, pytam, im soda oczyszczona w mące??? Teraz przynajmniej rozumiem co to jest „soda bread”. Zirytowana wyszłam z Tesco i poszłam kupić mąkę wrocławską....
Wróciwszy do domu Piotr popatrzył z niedowierzaniem na mąkę i zapytał „Dlaczego kupiłaś mąkę wrocławską?” Zmęczona odpowiedziałam bez namysłu „Bo innej akurat nie mieli”. Dopiero po jego minie zorientowałam się, że pytał skąd w ogóle ją wzięłam i dlaczego nie kupiłam jakiejś lokalnej, a nie dlaczego kupiłam wrocławską a nie np. poznańską.
Piotr pyta: „Co w ogóle mają w tych polskich sklepach?”
Ja: „Więc mają.....”
Piotr mi przerywa: „Czekaj! Powiedz, że mają koncesję i można tam kupić polskie piwo.”
Popatrzyłam na niego ze sporą dezaprobatą. „Piotr. Polskie piwo to w Tesco kupisz. Do wyboru Tyskie, Żywiec i Lech”
Przede wszystkim udało mi się rozpracować ogrzewanie w pokoju. Zrobiło się cieplej, więc od razu również przestałam narzekać na wszystko związane z naszym tymczasowym mieszkaniem. Mam prawo tak to nazwać, skoro składa się z sypialni, salonu, kuchni i łazienki. Hotel mieści się w starym budynku, co za tym idzie ma pojedyncze, nieszczelne okna i grzyb w łazience (podobno typowe dla starego budownictwa na Wyspach). Fascynują mnie natomiast grzejniki: wielki napis „do not cover” jasno sugeruje, aby w żadnym wypadku ich niczym nie przykrywać. Mylę się? Natomiast zasłony są umieszczone w taki sposób, że idealnie wręcz przykrywają otwory omawianych, elektrycznych smoków (zionących ciepłem zamiast ognia, chociaż zapach może czasem sugerować coś innego). Poza tym szefowa kiedyś mi coś wspominała, że na Wyspach nie używa się kołder. Odpowiednia szuflada w moim mózgu otworzyła się w momencie kiedy pierwszy raz zerknęłam na łóżko. Otóż... system działa tak: posłanie składa się z narzuty, dwóch koców i dwóch prześcieradeł. Na jednym prześcieradle śpisz, drugie oddziela Cię od koców. Czyli działa tak jakby powłoczka na koce, tylko bez tych wszystkich zalet jakie nam takowa daje. Podsumowując śpisz pod warstwą 4 różnych rzeczy, które tylko i wyłącznie razem wzięte dają jako takie ciepło. Zabawa polega na tym, żeby obudzić się pod taką samą warstwą pod jaką się zasnęło. Ja na razie trenuje podnoszenie koca z podłogi bez okrywania się spod prześcieradła.
Ilość Polaków jest oszałamiająca. Dla zdziwionych przypomnę, że nigdy nie byłam w UK ani Irlandii. Oslo też unikałam. W Bergen spotkałam kilkoro Polaków w ciągu kilku miesięcy. Tutaj spotkałam kilkudziesięciu w ciągu 3 godzin. W różnym wieku, miłych i niemiłych. Weszłam do sklepu polskiego i rzuciła mi się w oczy mąka. Pomyślałam: „dlaczego, do cholery, oni sprowadzają tu nawet mąkę?” Zrozumiałam jak próbowałam kupić mąkę w Tesco. Zwykłą mąkę pszenną. Ale okazuje się, że w tym kraju jest to rarytas. Standardem jest natomiast mąka „samorosnąca” - z dodatkiem sody oczyszczonej. Po kie licho, pytam, im soda oczyszczona w mące??? Teraz przynajmniej rozumiem co to jest „soda bread”. Zirytowana wyszłam z Tesco i poszłam kupić mąkę wrocławską....
Wróciwszy do domu Piotr popatrzył z niedowierzaniem na mąkę i zapytał „Dlaczego kupiłaś mąkę wrocławską?” Zmęczona odpowiedziałam bez namysłu „Bo innej akurat nie mieli”. Dopiero po jego minie zorientowałam się, że pytał skąd w ogóle ją wzięłam i dlaczego nie kupiłam jakiejś lokalnej, a nie dlaczego kupiłam wrocławską a nie np. poznańską.
Piotr pyta: „Co w ogóle mają w tych polskich sklepach?”
Ja: „Więc mają.....”
Piotr mi przerywa: „Czekaj! Powiedz, że mają koncesję i można tam kupić polskie piwo.”
Popatrzyłam na niego ze sporą dezaprobatą. „Piotr. Polskie piwo to w Tesco kupisz. Do wyboru Tyskie, Żywiec i Lech”
poniedziałek, 22 lutego 2010
Dublin dzień pierwszy
W skrócie:
- jesteśmy w Dublinie
- mieszkamy w hotelu, za który płaci firma (do 7 marca). Mamy apartament z kuchnią i łazienką. Jest tam zimno.
- szukamy mieszkania
- nasze rzeczy są w Bergen i jeszcze nie wiadomo kiedy i jak przyjadą.
- czuję się "światowcem". Mam 3 numery telefonu, każdy z innego kraju, a w portfelu mam korony norweskie, korony duńskie, polskie złotówki i euro.
- sklepy są otwarte w niedzielę
- ludzie mówią w języku, który rozumiesz
- za 1,5 tygodnia wracam do Norwegii, bo szefowa napisała, że nagle ma hotel pełen ludzi na cały marzec i żadnej obsługi.
- czas jest godzinę do tyłu w stosunku do Polski i Norwegii.
Piątek, 19.02.2010. Bergen
Pakowałam rzeczy przez dzień cały. Mieliśmy 10 kartonów, w które powinniśmy się zmieścić. Skończyłam o 19.30 pakując siódmy i stwierdzając, że czas wreszcie pójść do pubu. Było miło. Poznałam szefa Piotra. To znaczy najpierw podeszłam do stolika, przywitałam się, padło jakieś zdanie o firmie i szefach, które skwitowałam "I hate them." Po czym Piotr przedstawił mi swojego szefa, który stał obok.
Pożegnałam się z Palestyńczykiem. Znajomi Austriacy odprowadzili nas na autobus. Autobus nam uciekł, następny był jakoś po godzinie, więc zaprosili nas do siebie na herbatę, bo było zimno. Była 1.30 w nocy. Następny autobus też nam uciekł, więc w domu byliśmy o 3.40.
Sobota, 20.02.2010 Bergen
Wstaliśmy na dobre koło 12. Koło 13 i śniadaniu spakowałam kolejne 2 kartony. Został 1 i rzeczy na przynajmniej 2. Popatrzyłam na to wszystko i powiedziałam "Możemy gdzieś iść? Ja nie chcę na to wszystko patrzeć". Więc pojechaliśmy do miasta, do pubu obok Finnegans'a, ponieważ wiedzieliśmy, że akurat tam Matt pracuje w tym momencie. Wchodzimy do pubu, witamy się z Mattem... witamy się z Philem, szefem Piotra, który akurat ogląda tam mecz i pije piwo... "Jesteście spakowani?" "Nie..." Posiedzieliśmy tam z 1,5 godz. Wszyscy goście wyszli, Matt zamknął lokal i zabrał nas do domu na obiad. W tym czasie jak plotkowałam z Karen, a Piotr przeżywał atak Ronje, która w końcu przestała się go bać. A ponieważ mnie zna i kojarzy, więc już nie jestem tak atrakcyjna. W efekcie czego Piotr został przygniecony setką zabawek, które Ronje po kolei wyciągała z pudła i mu przynosiła :)
Wróciliśmy o 21 do domu. Nie, o 21 wyszliśmy od nich. Wzięliśmy jedno pudło od Matta, drugie przywiózł nam Dirceu. Chłopaki przywieźli nam swoje rzeczy, ponieważ cały bagaż do przewiezienia został w naszym mieszkaniu. Ktoś go stamtąd odbierze i przewiezie do Irlandii. Nie mamy pojęcia kto. Ale jest szansa, że Matt, ale o tym później.
Skończyliśmy pakować i sprzątać do 3.40. o 4.47 mieliśmy autobus na lotnisko. Odprawiliśmy bagaż. Kupiliśmy sobie kawę. Przyjechał Dirceu i Vytas (którzy przylecieli z nami) i Monika z Romanem, którzy ich przywieźli i przyjechali się pożegnać. Muszę mówić, że mieliśmy najwięcej energii z nich wszystkich? Dobra, można to też nazwać głupawką.
Niedziela 21.02.2010 Bergen/Oslo/Dublin
1. Nie lubię latać.
2. No dobra, nie lubię startować i lądować. Mieliśmy przesiadkę w Oslo, co oznacza podwójną dawkę lądowania i startowania.
3. W Norwegii sypało śniegiem, lotnisko było białe.
4. Pierwszy samolot był prawie pusty, wschód słońca nad chmurami i górami pozwalał zapomnieć o niewyspaniu.
5. Lotnisko w Oslo jest wielkie. Zwłaszcza jak się łazi przy transferze w kółko. Chłopaki polecieli do bezcłowego. Piotr kupił sobie whisky. Zobaczyłam cenę. Zmęczona i zirytowana poszłam między półki i włożyłam mu czekoladki do koszyka. Belgijskie trufle. Piotr stwierdził (po ang, bo chłopaki byli obok) "O, będą świetnie pasować do whisky" "Nie. Są moje. Wybrałam najdroższe jakie mogłam".
6. Czekając na drugi samolot Vytas stwierdził, że średnia wieku dla obsługi SASa to chyba koło 50tki i że szkoda, bo nie ma na co popatrzeć. Piotr natomiast stwierdził, że ten samolot raczej też nie będzie zbyt zatłoczony. I dzięki temu po chwili pojawiły się dwie wycieczki szkolne. Jedna z Irlandii wracająca do domu, a druga norweska lecąca na wakacje. Spokojnie nie było, a Vytas dostał "słodkie czternastki" do popatrzenia. Więc zasnął w samolocie.
7. Dublin. Wsiadając do taksówki poczułam się zdziwiona, że Dirceu siada za kierownicą. Spowolniona praca mojego zmęczonego mózgu sprawiła, że chwilę mi zajęło przypomnienie sobie, ze Irlandia ma ruch lewostronny. Później już było tylko gorzej.
8. Pokój w hotelu nie był gotowy, była 12. Poszliśmy więc na obiad. Poczułam się jak w mieście... Tramwaje... Sklepy otwarte w niedzielę (w Norwegii można o tym zapomnieć). Alkohol w sklepach. Ludzie na ulicach. Wręcz tłumy na ulicach. W niedzielę, podkreślam. Bergen w niedzielę jest wymarłe. Pudliszki i chrzan w Tesco. I polskie kabanosy. Skrzypce w co drugim pubie. Zrozumiałe napisy na sklepach. W ogóle dużo różnych bodźców.
9. W hotelu uświadomiliśmy sobie jedno. Że gniazdka są ciut inne, o czym nie pomyśleliśmy. Ale przynajmniej mają jedną przejściówkę w hotelu. Natomiast jak chłopaki podłączą część sprzętów w firmie, które dostali od szefa to nie mam pojęcia.
10. Spaliśmy od 17 do 7.30 rano.
11. Internet jest tylko w części jadalniano-salonowej hotelu. I mają tutaj totalnego bzika na punkcie kominków. Które są w większości atrapami.
12. Mentalność ludzi jest inna. Inna niż polska. I zdecydowanie inna niż norweska. Norwedzy są zamknięci i z dystansem. W celu szybkiego zrozumienia proponuję obejrzeć poniższą scenkę.
Irlandczycy... Przykładowo, siedzę w salonie, zrobiłam się dostępna na komunikatorach. Mój błąd. Wszyscy zaczęli się odzywać i pytać o różne rzeczy. Napisałam, że piszę notkę na bloga i zaraz będą wiedzieć. Więc zamiast tego zaczęli mnie zagadywać kelner na przemian z jednym z gości. I głównym zdaniem dookoła jest "How are you?"
Na razie tyle. Idę do pokoju ukryć worki pod oczami i lecę na miasto. Następna relacja wkrótce.
- jesteśmy w Dublinie
- mieszkamy w hotelu, za który płaci firma (do 7 marca). Mamy apartament z kuchnią i łazienką. Jest tam zimno.
- szukamy mieszkania
- nasze rzeczy są w Bergen i jeszcze nie wiadomo kiedy i jak przyjadą.
- czuję się "światowcem". Mam 3 numery telefonu, każdy z innego kraju, a w portfelu mam korony norweskie, korony duńskie, polskie złotówki i euro.
- sklepy są otwarte w niedzielę
- ludzie mówią w języku, który rozumiesz
- za 1,5 tygodnia wracam do Norwegii, bo szefowa napisała, że nagle ma hotel pełen ludzi na cały marzec i żadnej obsługi.
- czas jest godzinę do tyłu w stosunku do Polski i Norwegii.
Piątek, 19.02.2010. Bergen
Pakowałam rzeczy przez dzień cały. Mieliśmy 10 kartonów, w które powinniśmy się zmieścić. Skończyłam o 19.30 pakując siódmy i stwierdzając, że czas wreszcie pójść do pubu. Było miło. Poznałam szefa Piotra. To znaczy najpierw podeszłam do stolika, przywitałam się, padło jakieś zdanie o firmie i szefach, które skwitowałam "I hate them." Po czym Piotr przedstawił mi swojego szefa, który stał obok.
Pożegnałam się z Palestyńczykiem. Znajomi Austriacy odprowadzili nas na autobus. Autobus nam uciekł, następny był jakoś po godzinie, więc zaprosili nas do siebie na herbatę, bo było zimno. Była 1.30 w nocy. Następny autobus też nam uciekł, więc w domu byliśmy o 3.40.
Sobota, 20.02.2010 Bergen
Wstaliśmy na dobre koło 12. Koło 13 i śniadaniu spakowałam kolejne 2 kartony. Został 1 i rzeczy na przynajmniej 2. Popatrzyłam na to wszystko i powiedziałam "Możemy gdzieś iść? Ja nie chcę na to wszystko patrzeć". Więc pojechaliśmy do miasta, do pubu obok Finnegans'a, ponieważ wiedzieliśmy, że akurat tam Matt pracuje w tym momencie. Wchodzimy do pubu, witamy się z Mattem... witamy się z Philem, szefem Piotra, który akurat ogląda tam mecz i pije piwo... "Jesteście spakowani?" "Nie..." Posiedzieliśmy tam z 1,5 godz. Wszyscy goście wyszli, Matt zamknął lokal i zabrał nas do domu na obiad. W tym czasie jak plotkowałam z Karen, a Piotr przeżywał atak Ronje, która w końcu przestała się go bać. A ponieważ mnie zna i kojarzy, więc już nie jestem tak atrakcyjna. W efekcie czego Piotr został przygniecony setką zabawek, które Ronje po kolei wyciągała z pudła i mu przynosiła :)
Wróciliśmy o 21 do domu. Nie, o 21 wyszliśmy od nich. Wzięliśmy jedno pudło od Matta, drugie przywiózł nam Dirceu. Chłopaki przywieźli nam swoje rzeczy, ponieważ cały bagaż do przewiezienia został w naszym mieszkaniu. Ktoś go stamtąd odbierze i przewiezie do Irlandii. Nie mamy pojęcia kto. Ale jest szansa, że Matt, ale o tym później.
Skończyliśmy pakować i sprzątać do 3.40. o 4.47 mieliśmy autobus na lotnisko. Odprawiliśmy bagaż. Kupiliśmy sobie kawę. Przyjechał Dirceu i Vytas (którzy przylecieli z nami) i Monika z Romanem, którzy ich przywieźli i przyjechali się pożegnać. Muszę mówić, że mieliśmy najwięcej energii z nich wszystkich? Dobra, można to też nazwać głupawką.
Niedziela 21.02.2010 Bergen/Oslo/Dublin
1. Nie lubię latać.
2. No dobra, nie lubię startować i lądować. Mieliśmy przesiadkę w Oslo, co oznacza podwójną dawkę lądowania i startowania.
3. W Norwegii sypało śniegiem, lotnisko było białe.
4. Pierwszy samolot był prawie pusty, wschód słońca nad chmurami i górami pozwalał zapomnieć o niewyspaniu.
5. Lotnisko w Oslo jest wielkie. Zwłaszcza jak się łazi przy transferze w kółko. Chłopaki polecieli do bezcłowego. Piotr kupił sobie whisky. Zobaczyłam cenę. Zmęczona i zirytowana poszłam między półki i włożyłam mu czekoladki do koszyka. Belgijskie trufle. Piotr stwierdził (po ang, bo chłopaki byli obok) "O, będą świetnie pasować do whisky" "Nie. Są moje. Wybrałam najdroższe jakie mogłam".
6. Czekając na drugi samolot Vytas stwierdził, że średnia wieku dla obsługi SASa to chyba koło 50tki i że szkoda, bo nie ma na co popatrzeć. Piotr natomiast stwierdził, że ten samolot raczej też nie będzie zbyt zatłoczony. I dzięki temu po chwili pojawiły się dwie wycieczki szkolne. Jedna z Irlandii wracająca do domu, a druga norweska lecąca na wakacje. Spokojnie nie było, a Vytas dostał "słodkie czternastki" do popatrzenia. Więc zasnął w samolocie.
7. Dublin. Wsiadając do taksówki poczułam się zdziwiona, że Dirceu siada za kierownicą. Spowolniona praca mojego zmęczonego mózgu sprawiła, że chwilę mi zajęło przypomnienie sobie, ze Irlandia ma ruch lewostronny. Później już było tylko gorzej.
8. Pokój w hotelu nie był gotowy, była 12. Poszliśmy więc na obiad. Poczułam się jak w mieście... Tramwaje... Sklepy otwarte w niedzielę (w Norwegii można o tym zapomnieć). Alkohol w sklepach. Ludzie na ulicach. Wręcz tłumy na ulicach. W niedzielę, podkreślam. Bergen w niedzielę jest wymarłe. Pudliszki i chrzan w Tesco. I polskie kabanosy. Skrzypce w co drugim pubie. Zrozumiałe napisy na sklepach. W ogóle dużo różnych bodźców.
9. W hotelu uświadomiliśmy sobie jedno. Że gniazdka są ciut inne, o czym nie pomyśleliśmy. Ale przynajmniej mają jedną przejściówkę w hotelu. Natomiast jak chłopaki podłączą część sprzętów w firmie, które dostali od szefa to nie mam pojęcia.
10. Spaliśmy od 17 do 7.30 rano.
11. Internet jest tylko w części jadalniano-salonowej hotelu. I mają tutaj totalnego bzika na punkcie kominków. Które są w większości atrapami.
12. Mentalność ludzi jest inna. Inna niż polska. I zdecydowanie inna niż norweska. Norwedzy są zamknięci i z dystansem. W celu szybkiego zrozumienia proponuję obejrzeć poniższą scenkę.
Irlandczycy... Przykładowo, siedzę w salonie, zrobiłam się dostępna na komunikatorach. Mój błąd. Wszyscy zaczęli się odzywać i pytać o różne rzeczy. Napisałam, że piszę notkę na bloga i zaraz będą wiedzieć. Więc zamiast tego zaczęli mnie zagadywać kelner na przemian z jednym z gości. I głównym zdaniem dookoła jest "How are you?"
Na razie tyle. Idę do pokoju ukryć worki pod oczami i lecę na miasto. Następna relacja wkrótce.
sobota, 20 lutego 2010
Przemyślenia
Wczoraj, siedząc w pubie i żegnając się ze znajomymi (którzy już kombinują jak dostać się do Dublina), doszłam do wniosku, że mamy jakąś taką zdolność do przyciągania ludzi. I co najlepsze, przyciągania bardzo sympatycznych ludzi. Patrząc na nich wszystkich pomyślałam, że chyba faktycznie otworzenie gospodarstwa agroturystycznego vel schroniska jest całkiem niezłym pomysłem. Wróciwszy do domu przeczytałam maila, którego dostałam od przyjaciółki Tenel. Ubawiłam się nieźle dochodząc do wniosku, że to może być początek ciekawej znajomości, skoro jeszcze dziewczyny na oczy nie widziałam, a już ją lubię. Przeczytałam maila mężowi. Popatrzył na mnie z przerażeniem "Jezu. Jeszcze nie pojechaliśmy do Dublina, a już mamy tam znajomych?".
Siniak robi się coraz bardziej kolorowy.
Rozcięta łapa boli.
Dla poprawienia sobie nastroju poparzyłam sobie palec wskazujący wyjmując pieczywo z piekarnika (250st).
Ptaszki śpiewają za oknem. Woda kapie z kranu w łazience. Bałagan nie maleje.
Siniak robi się coraz bardziej kolorowy.
Rozcięta łapa boli.
Dla poprawienia sobie nastroju poparzyłam sobie palec wskazujący wyjmując pieczywo z piekarnika (250st).
Ptaszki śpiewają za oknem. Woda kapie z kranu w łazience. Bałagan nie maleje.
piątek, 19 lutego 2010
Sprawozdanie
Dostałam kartony. Pakowanie w trakcie.
Poślizgnęłam się na lodzie. Siniak wielkości pięści pojawia się na nodze.
Pocięłam sobie łapę kartonem.
Podgrzałam obiad, żeby go zjeść, żeby móc umyć garnek, żeby go spakować. Aby umilić sobie życie garnek przypaliłam.
Nie wiem gdzie mój mąż chce spakować miecz.
Nie wiem gdzie wyrzucić całą stertę słoików.
Słońce świeci, ptaszki śpiewają. Wieczorem Finnegan's.
Przepis wrzucę jak zakończę sajgon.
Poślizgnęłam się na lodzie. Siniak wielkości pięści pojawia się na nodze.
Pocięłam sobie łapę kartonem.
Podgrzałam obiad, żeby go zjeść, żeby móc umyć garnek, żeby go spakować. Aby umilić sobie życie garnek przypaliłam.
Nie wiem gdzie mój mąż chce spakować miecz.
Nie wiem gdzie wyrzucić całą stertę słoików.
Słońce świeci, ptaszki śpiewają. Wieczorem Finnegan's.
Przepis wrzucę jak zakończę sajgon.
środa, 17 lutego 2010
Zaczyna się robić nerwowo...
Jest ciekawiej niż się spodziewałam... Znaczy... miałam wrażenie, że w kontener nie uwierzę, póki go nie zobaczę. Ale że nagle szefostwo Piotra wpadnie na pomysł, że sami mamy sobie znaleźć firmę transportową (np. spakować wieżę, garnki, szkło, 2 rowery i 2 pary nart w pudła i nadać DHLem) i przedstawić im rachunek, bo oni koszty pokrywają... i że wpadnie na to w środę wieczorem przysyłając maila, a skoro wylatujemy w niedzielę, a w sobotę mało kto pracuje, to mamy na to 2 dni robocze, podczas których Piotr pracuje... o tym nie pomyślałam... poziom abstrakcji rozwiązania mnie poraził. Piotr jest w nastroju "bez kija nie podchodź", a Matt tylko stwierdził: "Oni chyba żartują...".
W pomyśle całym, o dziwo, najbardziej wkurza mnie idea zdobywania kartonów. Bo przywiozłam sobie takowe, jak jeszcze miałam samochód, sprytna byłam. Do kontenera się nadają. Na zapakowanie i wysyłkę absolutnie nie. No i jeszcze nie zaczęłam nic pakować, bo przecież pakowanie to chwila, kartony mam, po co się śpieszyć.
... Przynajmniej spędziłam miłe popołudnie z Karen i Ronje.
A oto bagietki, podejście II:

Mari - chciałaś przepis na nie, czy na chleb na zakwasie?
W pomyśle całym, o dziwo, najbardziej wkurza mnie idea zdobywania kartonów. Bo przywiozłam sobie takowe, jak jeszcze miałam samochód, sprytna byłam. Do kontenera się nadają. Na zapakowanie i wysyłkę absolutnie nie. No i jeszcze nie zaczęłam nic pakować, bo przecież pakowanie to chwila, kartony mam, po co się śpieszyć.
... Przynajmniej spędziłam miłe popołudnie z Karen i Ronje.
A oto bagietki, podejście II:

Mari - chciałaś przepis na nie, czy na chleb na zakwasie?
poniedziałek, 15 lutego 2010
Zdjęcia
Porządki w zdjęciach, czyli ucieczka przed pakowaniem.
Oto zaległe Gwiazdka i Sylwester.
Doszorowałam dzisiaj kuchenkę. Nie to, żebym nie robiła tego na bieżąco. Kuchenka jest elektryczna, ale starego typu: z żeliwnymi (czy tam jakimiś) palnikami. W efekcie wolno stygnie, więc jeżeli coś Ci bulgocze i kipi to skręcenie grzałki nie pomoże. A przy gwałtownym przenoszeniu gotujących się rzeczy łatwo o rozlanie. Tym sposobem kuchenka przypala się nadzwyczaj łatwo. Niemniej jednak wydaje mi się, że teraz jest nawet czystsza niż jak się wprowadzaliśmy.
Oto zaległe Gwiazdka i Sylwester.
Doszorowałam dzisiaj kuchenkę. Nie to, żebym nie robiła tego na bieżąco. Kuchenka jest elektryczna, ale starego typu: z żeliwnymi (czy tam jakimiś) palnikami. W efekcie wolno stygnie, więc jeżeli coś Ci bulgocze i kipi to skręcenie grzałki nie pomoże. A przy gwałtownym przenoszeniu gotujących się rzeczy łatwo o rozlanie. Tym sposobem kuchenka przypala się nadzwyczaj łatwo. Niemniej jednak wydaje mi się, że teraz jest nawet czystsza niż jak się wprowadzaliśmy.
niedziela, 14 lutego 2010
Bagietki
Entliczek pentliczek czerwony stoliczek.
W Bergen powolna odwilż. Z Polski wróciłam podziębiona, co nie jest specjalnie dziwne jak człowiek nie dosypiał przez dobry tydzień. Pociąg powrotny o 5.40 rano, pakować skończyłam się jakoś o... 4.45, prawda? Na szczęście Ruda zadbała o to, abym miała ciepłą herbatę w termosie, za co bardzo dziękuję :)
Samolot w Gdańsku miał opóźnienie, sypali piaskiem płytę jak już byliśmy na pokładzie. Nad miastem śnieżyca. Ale poza tym bez większych przygód.
Mieszkanie wyglądało jakby przeszedł przez nie huragan - a konkretniej jakby Piotr zapraszał kolegów na obiad przez ostatnie 4 dni. Oczywiście w związku z tym nie zdołał się rozpakować, o złożeniu prania nie wspomnę. Bez obaw - nadrobił ;)
Dostałam od Babci książkę o pieczeniu chleba. Właśnie wyjęłam z pieca własnej produkcji bagietki. Jeszcze tylko dopracuję wygląd i będzie super :) Nie byłabym sobą gdybym nie przemyciła mąki razowej do środka, no nie? Jakby ktoś chciał, to przepis jest trywialny, a wykonanie błyskawiczne (zarobienie ciasta 10min, uformowania bagietek 5 min - czasu pomiędzy na wyrośnięcie i na pieczenie nie liczę, bo można go spożytkować na inne czynności). Zdjęć nie załączę, bo 1. jestem leniwa i mi się nie chce ich robić, 2. jak wspomniałam muszę popracować nad wyglądem.
Walentynkowy spacer zakończony został obejrzeniem przepięknego zabytkowego drewnianego kościółka, który jest w pobliżu. Cukierkowy zachód słońca wyszedł nam przypadkiem ;)
W Bergen powolna odwilż. Z Polski wróciłam podziębiona, co nie jest specjalnie dziwne jak człowiek nie dosypiał przez dobry tydzień. Pociąg powrotny o 5.40 rano, pakować skończyłam się jakoś o... 4.45, prawda? Na szczęście Ruda zadbała o to, abym miała ciepłą herbatę w termosie, za co bardzo dziękuję :)
Samolot w Gdańsku miał opóźnienie, sypali piaskiem płytę jak już byliśmy na pokładzie. Nad miastem śnieżyca. Ale poza tym bez większych przygód.
Mieszkanie wyglądało jakby przeszedł przez nie huragan - a konkretniej jakby Piotr zapraszał kolegów na obiad przez ostatnie 4 dni. Oczywiście w związku z tym nie zdołał się rozpakować, o złożeniu prania nie wspomnę. Bez obaw - nadrobił ;)
Dostałam od Babci książkę o pieczeniu chleba. Właśnie wyjęłam z pieca własnej produkcji bagietki. Jeszcze tylko dopracuję wygląd i będzie super :) Nie byłabym sobą gdybym nie przemyciła mąki razowej do środka, no nie? Jakby ktoś chciał, to przepis jest trywialny, a wykonanie błyskawiczne (zarobienie ciasta 10min, uformowania bagietek 5 min - czasu pomiędzy na wyrośnięcie i na pieczenie nie liczę, bo można go spożytkować na inne czynności). Zdjęć nie załączę, bo 1. jestem leniwa i mi się nie chce ich robić, 2. jak wspomniałam muszę popracować nad wyglądem.
Walentynkowy spacer zakończony został obejrzeniem przepięknego zabytkowego drewnianego kościółka, który jest w pobliżu. Cukierkowy zachód słońca wyszedł nam przypadkiem ;)
wtorek, 9 lutego 2010
Misie koala.
Doba ma 24 godziny. Fakt bezsprzeczny. Pomimo wielu wysiłków próby zmienienia owego spełzły na niczym. Efektem jest niewyspanie, mieszkanie w dalszym czasie pamięta o piątkowej imprezie, a puma musi znosić moją głupawkę i coraz ciekawsze pomysły.
Ale: to nie ja zostawiłam włączone żelazko i to nie ja wstawiłam szampana do zamrażarki... na dwa dni. Żeby nie było ;)
Kupiłam natomiast sól do moczenia stóp. Taką zieloną, o mocnym zapachu eukaliptusa. W międzyczasie Agata została poinformowana, że nie wiem co z tą kawą, ale może po prostu przyjechać i zostać na noc. Ruda, która przyjechała do Poznania w sobie znanym celu (dobra, nam też, ale nie muszę koniecznie o tym pisać, prawda?) rozsądnie założyła, że planowanie wieczoru nie ma sensu, bo na pewno już go jej jakoś zorganizowałyśmy zapominając o tym poinformować. A ja przede wszystkim chciałam mieć w domu towarzystwo, bo wtedy mogę sprzątać i gadać czyli dwa w jednym.
Więc... co mogą zrobić 3 baby mając trochę fondee czekoladowego, pomarańcze i wiśnie i dobry humor? Jeżeli pomyśleliście po prostu, że zjeść, to nas nie doceniacie.
Bo te 3 baby postanowiły zwabiać misie koala (które jak wiadomo lubią liście eukaliptusa). Czyli: napuściły sobie wody do wanny, tak 1/3, wsypały zieloną sól, wstawiły w sam środek metalowy taboret, który robił za stolik, usiadły na brzegu wanny i raczyły się pomarańczami w czekoladzie mocząc stópki. Mina teścia - bezcenna :)
Ale: to nie ja zostawiłam włączone żelazko i to nie ja wstawiłam szampana do zamrażarki... na dwa dni. Żeby nie było ;)
Kupiłam natomiast sól do moczenia stóp. Taką zieloną, o mocnym zapachu eukaliptusa. W międzyczasie Agata została poinformowana, że nie wiem co z tą kawą, ale może po prostu przyjechać i zostać na noc. Ruda, która przyjechała do Poznania w sobie znanym celu (dobra, nam też, ale nie muszę koniecznie o tym pisać, prawda?) rozsądnie założyła, że planowanie wieczoru nie ma sensu, bo na pewno już go jej jakoś zorganizowałyśmy zapominając o tym poinformować. A ja przede wszystkim chciałam mieć w domu towarzystwo, bo wtedy mogę sprzątać i gadać czyli dwa w jednym.
Więc... co mogą zrobić 3 baby mając trochę fondee czekoladowego, pomarańcze i wiśnie i dobry humor? Jeżeli pomyśleliście po prostu, że zjeść, to nas nie doceniacie.
Bo te 3 baby postanowiły zwabiać misie koala (które jak wiadomo lubią liście eukaliptusa). Czyli: napuściły sobie wody do wanny, tak 1/3, wsypały zieloną sól, wstawiły w sam środek metalowy taboret, który robił za stolik, usiadły na brzegu wanny i raczyły się pomarańczami w czekoladzie mocząc stópki. Mina teścia - bezcenna :)
wtorek, 2 lutego 2010
Raport
Autostrada przez 500km. Średnia prędkość 50 km/h. Łatwiej byłoby polem. 1. Ponieważ większość śniegu z pól została zwiana na wspomnianą autostradę, co oznacza, że na polu powinno być go mniej. 2. Na polu nie masz dodatkowych uczestników ruchu drogowego typu pługów, tirów w rowach oraz osobówek leżących na własnych dachach. Nie ma również ciężarówek, którymi wiatr rzuca po pasie.
Początkowo było średnio. Później było lepiej. Troszkę. Potem było źle. A jeszcze później mąż mój stwierdził: "Pamiętasz jak mówiłem, że jest źle? Kłamałem. Teraz jest źle". A na końcu było już tylko chu.... Im bliżej Kopenhagi tym gorzej. Momentami jechaliśmy tuż za pługami. Jakby to coś zmieniało. Na moście łączącym wyspy był zakaz poruszania tirów bez ładunku z powodu bardzo silnego bocznego wiatru. W pobliżu Kopenhagi autostrada zamieniła się z dwupasmowej (znaczy jednej, czasami widocznej koleiny) w kilkupasmową drogę. Generalnie nie jesteśmy pewni ilu pasmową, bo ciężko było odróżnić pasy między sobą, pasy od pobocza oraz pobocze od rowu.
Ruda zadzwoniła do mnie z pociechą. Ze środy na czwartek w Świnoujściu ma wiać 80 km/h. A my w tym czasie będziemy na promie. Milusio.
Zebra ma nową przyjaciółkę. Czarną i zielonooką :)
Początkowo było średnio. Później było lepiej. Troszkę. Potem było źle. A jeszcze później mąż mój stwierdził: "Pamiętasz jak mówiłem, że jest źle? Kłamałem. Teraz jest źle". A na końcu było już tylko chu.... Im bliżej Kopenhagi tym gorzej. Momentami jechaliśmy tuż za pługami. Jakby to coś zmieniało. Na moście łączącym wyspy był zakaz poruszania tirów bez ładunku z powodu bardzo silnego bocznego wiatru. W pobliżu Kopenhagi autostrada zamieniła się z dwupasmowej (znaczy jednej, czasami widocznej koleiny) w kilkupasmową drogę. Generalnie nie jesteśmy pewni ilu pasmową, bo ciężko było odróżnić pasy między sobą, pasy od pobocza oraz pobocze od rowu.
Ruda zadzwoniła do mnie z pociechą. Ze środy na czwartek w Świnoujściu ma wiać 80 km/h. A my w tym czasie będziemy na promie. Milusio.
Zebra ma nową przyjaciółkę. Czarną i zielonooką :)
poniedziałek, 1 lutego 2010
Krótka relacja
Jesteśmy na promie.
Wyszliśmy za fjordy, więc zaczęło mocniej bujać. Zaraz nie będzie netu.
Wczoraj udało nam się pierwszy raz w życiu zabrać z domu oba kluczyki do samochodu i jednocześnie oba zatrzasnąć w samochodzie. Jeden w stacyjce, więc przy okazji teŋo, że samochód był zamknięty, to jeszcze miał włączony silnik. Fakt, że był zakopany w śniegu pomijam jako nieistotny.
Pojechaliśmy grzecznie na odprawę promową. W rezultacie byliśmy pierwsi. Przystań promowa w Bergen jest dokładnie w centrum miasta. W pewnym momencie stojąc i czekając na otwarcie bramek usłyszeliśmy trąbienie dobiegające z głównej drogi. Zobaczyliśmy niebieski samochód, a za kierownicą machającego nam Matta. W końcu pracuje w dokach. Godzine później, po odprawie, czekaliśmy, również pierwsi, na pozwolenie na wjazd na pokład. Inni pasażerowie za nami byli trochę zaskoczeni, w momencie kiedy przyszedł pracownik portu kierujący ruchem, ale zamiast rozpocząć załadunek, przywitał się wylewnie z pasażerami pierwszego samochodu i uciął sobie pogawędkę. Ciekawa jestem czy Matt zazwyczaj kieruje ruchem czy tylko specjalnie dla nas ;)
Jutro Kopenhaga.
Wyszliśmy za fjordy, więc zaczęło mocniej bujać. Zaraz nie będzie netu.
Wczoraj udało nam się pierwszy raz w życiu zabrać z domu oba kluczyki do samochodu i jednocześnie oba zatrzasnąć w samochodzie. Jeden w stacyjce, więc przy okazji teŋo, że samochód był zamknięty, to jeszcze miał włączony silnik. Fakt, że był zakopany w śniegu pomijam jako nieistotny.
Pojechaliśmy grzecznie na odprawę promową. W rezultacie byliśmy pierwsi. Przystań promowa w Bergen jest dokładnie w centrum miasta. W pewnym momencie stojąc i czekając na otwarcie bramek usłyszeliśmy trąbienie dobiegające z głównej drogi. Zobaczyliśmy niebieski samochód, a za kierownicą machającego nam Matta. W końcu pracuje w dokach. Godzine później, po odprawie, czekaliśmy, również pierwsi, na pozwolenie na wjazd na pokład. Inni pasażerowie za nami byli trochę zaskoczeni, w momencie kiedy przyszedł pracownik portu kierujący ruchem, ale zamiast rozpocząć załadunek, przywitał się wylewnie z pasażerami pierwszego samochodu i uciął sobie pogawędkę. Ciekawa jestem czy Matt zazwyczaj kieruje ruchem czy tylko specjalnie dla nas ;)
Jutro Kopenhaga.
Subskrybuj:
Posty (Atom)