środa, 30 grudnia 2009

Poświątecznie i przedsylwestrowo

Święta w towarzystwie państwa Narolskich upłynęły w bardzo wesołej atmosferze i pozostawiły za sobą akumulatory naładowane pozytywną energią. Naładowane przepysznym jedzeniem żołądki również, ale to taki detal ;)

Wczoraj z kolei przyjechali przyjaciele z Poznania. No, niech będzie, Kartuzy i Zielona Góra w sumie też się zaliczają do definicji ;) Zaraz po wejściu do domu przez kilka minut wyładowywali pakunki w postaci przesyłek od Rudej, teścia, babci, jak również zapasy żywieniowe przekazane od własnych rodziców. Lub też po prostu zachachmęcone z lodówek :) Poczułam się jakby była powtórka świąt :) A dzisiaj jeszcze przyszła paczka od mamy :)

Bardzo przyjemnie jest mieć gości :) Są nawet pewne szanse, że nie zagadam ich na śmierć :*

A poza tym leży dużo śniegu i przyszły mrozy. Jest bajkowo :)

czwartek, 24 grudnia 2009

Święta Święta Święta :)

Choinka ubrana.
Piernik upieczony. Pierwszy w życiu nota bene.
Domek skończony. Chociaż mąż już miecz na niego wypolerował ;)

Dzisiaj w Trójce pół dnia gadali, jak to kobiety się zamęczają, żeby zrobić tradycyjnie 12 potraw i jeszcze to sprzątanie, a mężczyźni uciekają byle dalej, żeby tylko nie zostać wciągnięci w wir świątecznych przygotowań. A ja... czuję się ciut odsunięcia od prób gotowania. Mogę oczywiście zrobić makiełki. Tzn. jak tylko opracuję metodę zmielenia maku bez maszynki do mięsa, makutry, moździerza i blendera. Mogę oczywiście coś upiec. Ale od grzybowej, kapusty z grzybami, kapusty z grochem, PIEROGÓW (to ja zawsze lepiłam pierogi!!!) czy nawet makaronu mam się trzymać z daleka, ponieważ mój mąż szaleje w kuchni, dodaje przyprawy, robi bałagan, kosztuje, poprawia, kosztuje, chodzi i wącha zapachy itd itd.... Piekarnik mamy w schowku. Kuchenkę mamy w salonie z aneksem kuchennym. Poczułam się oszukana kiedy zapach zwykłej, gotującej się włoszczyzny zdominował zapach mojego pieczącego się piernika... Ale przynajmniej choinka dominuje przestrzeń :D

Anyway. Dostałam już swój gwiazdkowy prezent. Mam wrażenie, że Krystian nieźle się bawił, bo okazało się, że wczoraj ja radziłam się go w sprawie prezentu dla Piotra, a dzisiaj Piotr wypytywał go w kwestii prezentu dla mnie... :)
W każdym razie prezent mi się baaardzo podoba :)

A oto chatka z piernika (przód):

... i tył:

A oto efekty zabawy z choinką oraz nową zabawką ;)



A przy okazji dziękuję za rady odnośnie fotografowania ćwierkadeł :) Poddawać się nie zamierzam, zwłaszcza że daleko do nich nie mam. Mogłabym tylko przestać strzelać zdjęcia zza szyby, siedząc sobie w cieplutkim mieszkanku zamiast koczować na śniegu ;P

Wesołych Świąt wszystkim :*

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Ćwierkadełka

Mogłoby się wydawać, że wystawienie kubłów ze śmieciami na drogę jest czynnością trywialną. Zwłaszcza że odległość do pokonania to jakieś 5 m. Jednakże kiedy cztery z tych 5 metrów pokryte są śniegiem sięgającym do kolan sytuacja trywialna przeobraża się raczej w wyzwanie.

Wprowadzając się do naszego mieszkanka odkryłam, że na wprost naszych okien, w ogrodzie, umieszczony jest karmnik dla ptaków. Nauczona jednak, że ptaki można dokarmiać tylko i wyłącznie po opadach śniegu, ponieważ wcześniej są w stanie sobie znaleźć pożywienie i nie ma co ich rozpieszczać, do tegoż karmnika się nawet nie zbliżyłam. Do wczoraj :)
Dzisiaj siedziałam sobie z kawą i obserwowałam małe, ćwierkające stwory. Doszłam również do wniosku, że sikorki mają nerwicę. I to ostrą. W momencie kiedy jest już późno, czasy naświetlania się wydłużają do 1/20 sek, a obiekt fotografowany skacze jak głupi po gałęziach, a jeżeli nawet przez chwilę nie skacze, to na pewno rusza głową... można się zirytować. Chyba że ktoś lubi kolorowe plamy na zdjęciach.

niedziela, 20 grudnia 2009

"Krótka" relacja z weekendu...

Piątek, popołudnie. Wracam z zakupów, zostawiam samochód na parkingu przed domem. Spotykam właściciela, który niesie karton brzęczący butelkami. W końcu wyjeżdżają i na święta i na Sylwestra, więc zapas alkoholu musi być ;)
Właściciel uśmiecha się do mnie, informuje, że właśnie jadą. Już prawie odchodzę, kiedy przypomina sobie: "A właśnie. Podobno ma dużo w śniegu w nocy spaść" "Tak, słyszałam, że ma padać śnieg. A ile to jest dużo?" "No słyszałem, że jakieś pół metra." Wykrztusiłam z siebie jedynie "Acha". "Zostawię Wam coś do odśnieżania na wierzchu".

Wróciłam do mieszkania. Usiadłam przed kompem przy stole. Popatrzyłam na okno. Okna są jakiś metr na metr. Patrząc z zewnątrz zaczynają się zaraz nad powierzchnią gruntu. Pół metra śniegu.... No, to tak do połowy okien, pomyślałam.

Piątek, wieczór. Piotr wrócił z pracy. "Spotkałam właściciela" mówię na powitanie i relacjonuję naszą rozmowę. Opracowaliśmy bezpieczną trasę na sobotnią wycieczkę w góry z Vytasem uwzględniając możliwy śnieg. Kładąc się spać koło północy wyjrzeliśmy na zewnątrz. Faktycznie, coś białego zaczęło prószyć z nieba. Zielona trawka w ogrodzie pokryła się paromilimetrowym białym puchem. Jednak nadal była zielona. Wątpiąc w jakiegokolwiek pół metra śniegu zasnęłam smacznie.

Sobota, 9 rano. Jak zwykle zaspaliśmy. Widoczność za oknem ograniczona do jakiś 20 m. Mgła, pada śnieg. Dzwoni Vytas z pytaniem "Idziemy na ten spacer?" "Pewnie, trasa nie jest długa, w sam raz na dzisiaj, szlak głównie szerokim spacerniakiem przez góry, zgubić się nie bardzo jest jak. Idziemy. Będziemy u Ciebie za pół godziny".

Sobota, 9.30. Udało nam się wyjść z mieszkania. (Drzwi na poziomie gruntu i otwierają się na zewnątrz). Stanęliśmy przed parkingiem zastanawiając się, która góra śniegu jest naszym samochodem. Po długiej chwili udało nam się go odkopać. Błogosławiąc napęd na 4 koła wyjeżdżamy powoli z gąszczy naszych uliczek na główniejszą drogę. Jest biała i wyślizgana. Na rondzie nami rzuca. Ludzie chodnikami brną po łydki w śniegu. W połowie drogi widzimy jakiś pług.

Sobota, jakaś 10.15. Wjeżdżamy na główną, przelotową, kilkupasmową drogę przez Bergen. Główniejszej nie ma. "No, ale byłem pewien, że TUTAJ będę widział asfalt" stwierdził Piotr zastanawiając się czy już zrezygnować z napędu na 4 koła na rzecz napędu tylko na tylną oś, czy może jeszcze nie.

Sobota 11.00 Wjechaliśmy kolejką na Floyen. Przejaśniło się trochę. Z góry widać zasypane miasto, port z ilością statków większą niż zazwyczaj oraz nadciągającą z nad morza zawieję. Ruszamy. Pierwsza część szlaku idzie drogą pod górę. Śnieg powyżej kostek, miejscami mniej lub więcej w zależności od osłony przed wiatrem. Wielkie świerki oblepione śniegiem, ptaki próbujące znaleźć pożywienie, mało ludzi dookoła. Na naszej trasie ślady jednej osoby. Szczyty toną we mgle, widać białe lasy w dolinach. Mija nas dwójka młodych chłopców ubranych jak harcerze i niosących razem wielki garnek z drewnem. Droga się kończy, zaczyna się szeroka, ale kamienista ścieżka. Ten odcinek pamiętamy z zeszłego tygodnia. Wtedy nie było śniegu. Było za to mnóstwo oblodzonych kamieni. Szybko nam o sobie przypomniały.

Sobota, połowa drogi. Jesteśmy na otwartej przestrzeni, wieje mocny wiatr, który zawiewa śniegiem, zarówno tym, który właśnie spada jak i tym, który już spadł. Między skałą a zaspą śniegu sięgającą mi do ud Piotr znajduje szczelinę akurat, żeby przykucnąć w trójkę i wypić herbatę. Akceptowalna osłona od wiatru. Innej i tak nie było.

Sobota, po herbacie. Vytas idzie przodem. Wieje przeraźliwie. W którymś momencie tak zawiało śniegiem, że go nie widziałam, mimo że był jakieś 10 m przede mną. Piotr daje mi swoje kijki. Lód na kamieniach pod śniegiem robi swoje, ale na szczęście śnieg amortyzuje upadki :) Spotykamy człowieka z psem na spacerze. Więcej futra niż psa. Mówię właścicielowi, że dalej śnieg będzie wyższy niż pies. Właściciel uśmiecha się ze stwierdzeniem, że nie szkodzi, bo stwora śnieg uwielbia. Dochodzimy do kolejnej drogi spacerowej, szerokiej i zasypanej. Grzecznie schodzimy sobie doliną wzdłuż jeziora wśród śniegów, lasów, gór i dolin.

Sobota, godz. 14.00 Nasz szlak skończył się na osiedlu domków jednorodzinnych. Miał byś ok 3h spacer i był. W końcu chłopaki o 18 mają wigilię firmową. Pożegnaliśmy się z Vytasem. Autobus, parking z samochodem, zakupy i do domu.

Sobota, 15.00. Zaparkowaliśmy przed domem... i zabraliśmy się za wykopanie sobie ścieżki do mieszkania, bo inaczej wychodzenie z domu bez ochraniaczy na nogawki nie miałoby sensu. Śnieg był dla mnie do 1/3 łydki. Przy okazji wykopaliśmy również ścieżkę dla właścicieli.

Sobota, 17.40. Wychodzimy z domu. Ścieżkę trzeba będzie wykopać jeszcze raz, bo ze starej dużo nie zostało. Znowu zastanawiamy się, która góra śniegu to nasz samochód. Piotr dzwoni do współpracowników, że nie zdąży na 18.15 na autobus, który miał przewieźć wszystkich pod stację kolejki i że pojedzie bezpośrednio do tejże stacji. Wyjaśniając - kolacja wigilijna była w restauracji na Ulriken, górze, która ma 640 m. n.m.p. do której wjazd jest kolejką linową.

Sobota, godz. 18.00. Samochód odkopany. Ja prowadzę. Nie jest źle, chociaż samochód zachowuje się inaczej. Główne drogi wyglądają jeszcze gorzej niż rano. Cały czas sypie śnieg. Hamowanie skrzynią biegów i niczym więcej. Czarny asfalt widzę tylko i wyłącznie w tunelu. Po drodze mijamy samochód, który zatrzymał się przy podjeździe pod górkę (główna droga) i na tym skończyła się jego podróż. Koła się kręcą, samochód stoi. Chwilę dalej jest mijamy autobus przegubowy, któremu zarzuciło tył, tak, że był skręcony prawie pod kątem prostym w stosunku do przodu. Szczęśliwie tył trafił akurat w boczną uliczkę, a nie np. w chodnik z pieszymi lub płot. Skręcam za tunelem w prawo, skąd boczną (i jedyną) drogą jest już tylko 150m do stacji kolejki. Skręcam... i zatrzymuję się patrząc jak kilka samochodów próbuje podjechać pod górę (bo uliczka pozioma nie jest). Część się wycofała. Jeden próbował na wstecznym. "Wiesz... ja już sobie dojdę ten kawałek" powiedział mój mąż z zaciekawieniem obserwując świat dookoła.

Sobota, godz 18.45 Jestem pod domem. Idę jeszcze na spacer po naszym uroczym osiedlu. Pokryte śniegiem jest jeszcze bardziej urocze. Po powrocie wykopuję sobie ścieżkę do domu, czyli przerzucam drugie tyle śniegu co poprzednio. Śnieg przed garażem właścicieli sięga mi pod kolana.

Niedziela, godz. 30 minut po północy. Zmęczona robieniem ozdób choinkowych, czekając na telefon od Piotra, że już mogę po niego jechać, a jednocześnie zbyt ucieszona zamianą świata w bajkę wyruszam na spacer w towarzystwie aparatu i statywu. Podziwiam oblepione śniegiem drzewa, płoty, linie energetyczne. Podziwiam jasność, ciszę i spokój. Mieszkając na zboczy góry obserwuję uśpioną dolinę.

Niedziela, 1 w nocy. Wracając wolnym krokiem widzą z daleka ruch na naszym parkingu. Furgonetka, którą widziałam już wcześniej, bo zwracała na siebie uwagę parkując ukośnie zamiast prostopadle, próbuje ruszyć z miejsca. Byłoby by pewnie łatwiej, ale pług (znaczy samochód terenowy pick up, z zamontowanym pługiem na masce, bo nic innego by się nie zmieściło na tej dróżce) zgarniając śnieg jeszcze go trochę przysypał. Widzę kobietę koło 50tki, w spódniczce i kozaczkach próbującą kręcącą się trochę bezradnie koło samochodu, męża w garniturze za kierownicą i kręcące się w miejscu przednie koła. "Hm... Chyba mam coś co może chociaż trochę pomóc" stwierdziłam i przyniosłam łopatę. Zaczęłam odkopywać im przednie koła, ale facet natychmiast wyskoczył i stwierdził, że to zrobi. Popatrzyłam na ten śnieg do połowy łydek, jego półbuty i pewnie już całe mokre nogawki. Popatrzyłam na siebie... Tak.... Kurtka waterproof, spodnie waterproof, stuptupy, buty waterproof. I czapka. Więc oddałam mu łopatę i poszłam po drugą ;). Koła dalej kręciły się w miejscu, więc poszłam przeszukać schowek właścicieli w poszukiwaniu czegoś przydatnego. Przyniosłam wycieraczkę samochodową. Podłożyłam pod jedno z przednich kół. Faceta olśniło i wyciągnął wycieraczkę ze swojego samochodu i zrobił to samo. W tym czasie wolnym spacerowym krokiem nadszedł inny spacerowicz i tak oto samochód został wypchnięty.

Niedziela, godz. 2.40. Telefon od Piotra, mam go odebrać z centrum miasta, gdzie się w międzyczasie przenieśli. "Ile Ci zajmie dojechanie tutaj?" "To zależy jak szybko wyjadę z parkingu" stwierdziłam i streściłam mu historię furgonetki. "Poza tym muszę jeszcze odkopać samochód" mruknęłam wyglądając na zewnątrz. Na szczęście obyło się bez zakładanie łańcuchów, napęd na 4 koła ułatwia wiele rzeczy. Wychodząc z mieszkania doszłam do wniosku, że ... po raz trzeci trzeba wykopać ścieżkę, ale może niekoniecznie w tej chwili.

Niedziela, godz. 3.00. "Biegłem przez śnieżne ulice, słyszałem za mną ich krzyki, biegłem, się nie oglądałem, ach jakże było wspaniale"... Nie wróć, to nie ta bajka. Na prostym skrzyżowaniu wielopoziomowym ktoś nie opanował samochodu i zamiast między bramkami miejskimi pojechał środkiem. Przerzucanie na napęd na jedną oś byłoby pomysłem samobójczym. Pora była najgorsza z możliwych, ponieważ o 3 w Norwegii zamykają wszystkie puby. Nie można również kupić nigdzie alkoholu, ponieważ sprzedaż alkoholu w sklepach kończy się o 17, poza piwem, które można kupować do 20. W związku z tym wszystkim o 3 nad ranem nagle miasto jest pełne wałęsających się, pijanych w trupa Norwegów. Nie są agresywni. Nie są zaczepni. Tylko uporczywie włażą pod koła. Szczególnie w sytuacji kiedy iście chodnikiem oznacza brnięcie w śniegu do łydek.

Niedziela, godz 3.05. Piotr i jego dwóch wesolutkich współpracowników wsiadają do samochodu.

Niedziela, godz. 3.15. Spełniły się moje najgorsze obawy. Panowie mieszkają wysoko na pieprzonym stoku góry, do których prowadzi gąszcz wąskich i stromych uliczek, chwilowo również zasypanych śniegiem. W momencie kiedy GeirOve (Piotr popraw mnie jeżeli źle zapisałam imię) po raz kolejny każe mi skręcić o 180 st w lewo/prawo, któreż to lewo/prawo biegnie coraz bardziej stromo pod górę, rodzą się we mnie instynkty mordercze.

Niedziela, godz. 4 rano. Czas spać. Ścieżka do mieszkania znowu zniknęła.

Niedziela, przed 14. Poprosiwszy męża, żeby zajął się śniadaniem, w ramach porannych ćwiczeń poszłam spotkać się z łopatą. Jakoś się dobrze bawię, usypując coraz większy mur dookoła domy. Prognoza pogody przewiduje ujemne temperatury przynajmniej do następnego wtorku, kiedy to kończy się długoterminowość tejże. Szykują się białe święta :)

wtorek, 15 grudnia 2009

Pierniczkowanie

Bardzo miło wspominam zeszłoroczne pieczenie pierników. Pomijam oczywiście takie detale jak orzechy fruwające po całej kuchni dzięki Nelly'emu oraz posypce, która znajdowała się na każdym kawałku podłogi w mieszkaniu przez długi czas, mimo kilkakrotnego sprzątania odkurzaczem. Ja w każdym razie bawiłam się wyśmienicie, mam nadzieję, że inni również :) Żałuję, że w tym roku nie udało się tego powtórzyć, ale czasami tak bywa. W każdym razie wczoraj wieczorem piekłam pierniczki słuchając Pidżamy Porno. Później piekłam pierniczki w towarzystwie Rudej (na Skype'ie) a jeszcze później wrócił mój mąż i zżarł choinkę upieczoną w specjalny sposób, aby stała przed chatką z piernika. Na szczęście uratowałam pozostałe elementy domku.

Wczoraj poparzyłam się o blachę piekarnika, ale bardzo nieznacznie. Dzisiejsze sklejanie domku gorącym karmelem skończyło się niestety gorzej. Ale tym razem nie wkładałam palca celowo w karmel tak we wrześniu. Tym razem pamiętałam, że nie jest to najlepszy pomysł. Tylko co z tego... A nie mam czasu trzymać palca w lodzie przez 2h bo wypadałoby iść spać...

Zauważyłam, że w sumie to nie mamy zbyt wielu znajomych Norwegów tutaj. Naszymi towarzyszami życia codziennego są Polak (z którym chodzimy na piwo), Litwin (który pracuje z Piotrem jak i towarzyszy nam w górskich włóczęgach), Irlandczyk (którego spotykamy za każdym razem jak idziemy na piwo, ponieważ pracuje w knajpie, do której chodzimy), Pakistańczyk (który jest ochroniarzem w tejże samej knajpie, więc połowę wizyty w knajpie spędzamy przy bramce na pogaduchach) i Austriaczka (która była współlokatorką Piotra w pierwszym mieszkaniu w Bergen). Oraz ostatnio Austriak, Kolumbijczyk i dziewczyna z Ekwadoru, z którymi jestem jutro umówiona na obiad :)

piątek, 11 grudnia 2009

Wspomnienie lata

W związku z wczorajszym świętowaniem urodzin mojego męża i zarazem moich imienin dzisiejszy poranek powitaliśmy jako zło konieczne. Kiedy o 8.20 wyjrzeliśmy za okno okazało się, że widać za nim jeszcze mniej niż zazwyczaj o tej samej porze - nie dość, że prawie zupełnie ciemno, to jeszcze cały świat pokryła gęsta mgła. Poranek wypełzał spod kołdry równie powoli jak mój umysł. Około 9 zrobiło się w miarę szaro, koło 10 zupełnie jasno. Lotnisko miało trochę problemów, samoloty krążyły nad miastem.
W ramach drobnych przyjemności kupiłam wczoraj mrożoną mieszankę jeżynowo-malinowo-jagodową. Dawniej w każde wakacje objadałam się jeżynami, zwłaszcza w sierpniu w Bieszczadach, ale odkąd zaczęłam spędzać wakacje w Norwegii zostały mi tylko wspomnienia. Drugim z moich wczorajszych zakupów było mleko kozie. Postanowiłam sobie przypomnieć jak smakuje, bo moje ostatnie doświadczenie w tym temacie miało miejsce z ponad 10 lat temu. Co ciekawe, też w Bieszczadach. Anyway, zrobiłam sobie kawę z przyprawami (w tym miejscu pragnę wyjaśnić pewne nieporozumienia. Owszem, robię dobrą kawę. Ale robię ją dlatego, że nauczyła mnie tego Ruda jakiś czas temu podczas wspólnego mieszkania w akademiku i próbach przetrwania sesji letniej na pierwszym roku. Więc generalnie to raczej JEJ kawa niż moja, chociaż wprowadzam do niej czasami różne zmiany ;) ).
Tak więc dzisiejsze przedpołudnie upłynęło mi na pałaszowaniu owoców z owsianką, patrzeniu przez okno na zamglony świat oraz piciu kawy o zapachu kozy, znaczy wróć, chciałam powiedzieć kardamonu :)

Co ciekawe - mleko krowie pachnie mlekiem. Tak przynajmniej mam zakodowany zapach mleka. Mleko kozie pachnie kozą. Mocno. Nie jestem do tego jakoś super przekonana, aczkolwiek myślę, że można się do tego przyzwyczaić. A poza tym - kozy są słodkie, więc i tak zamierzam je kiedyś hodować :)

niedziela, 6 grudnia 2009

Skrzyżowania

Norwedzy i ich cholerne zamiłowanie do skrzyżowań równorzędnych. W prawie każdym możliwym miejscu. Wyjeżdżasz sobie spokojnie z wąskiej osiedlowej drogi, strefa ograniczenia do 30km/h itd. Dojeżdżasz do szerokiej oświetlonej jezdni, z namalowanymi liniami, pasami i jeżdżącymi po niej autobusami. No więc stajesz i się rozglądasz. Widzisz światła nadjeżdżającego z lewej samochodu, więc czekasz. Po chwili zastanawiasz się czemu ta taksówka zwalnia. Zaraz potem myślisz, czemu on, do cholery, stoi i czego właściwie chce od mnie.... On pewnie myśli, dlaczego ta kretynka z prawej nie jedzie, skoro ma pierwszeństwo...

Facet zdążył się zirytować i pojechać zanim się zorientowałam o co mu chodzi. Po prostu ciężko jest mi się przyzwyczaić, że droga o niższej klasie ma pierwszeństwo przed drogą o wyższej klasie... Norwedzy skutecznie sprawili, że po mieście nie da się jeździć za szybko. Po prostu cały czas musisz uważać na wszystkie małe dróżki z prawej.... Agggrrrhh!

Aha. Zapisy na Sylwestra najwyraźniej skończyły się zanim się rozpoczęły ;) Na szczęście właściciele powiedzieli, że nie widzą problemów, bo... wyjeżdżają w góry.

wtorek, 1 grudnia 2009

Barszcz czerwony...

... czyli:
kuchnia w kolorze buraczków
ściany w kolorze buraczków
podłoga w kolorze buraczków
cytryny i cebula w kolorze buraczków
dłonie w kolorze buraczków
paznokcie w kolorze buraczków (bardzo)
drewniana deska w kolorze buraczków (pewnie na najbliższy miesiąc)

mówiąc krótko Buraczki Są Wszędzie, czyli jak sparafrazował Alex mój mąż "Buraczki Cię widzą, Buraczki Cię śledzą, Buraczki Cię znajdą zabiją i zjedzą."

I żeby jeszcze było warto. Jeżeli ktoś ma dobry, sprawdzony sposób na barszcz czerwony to chętnie skorzystam. O ile oczywiście uda mi się znaleźć buraki (te akurat były przywiezione z Polski). Widziałam je raz w jednym sklepie tutaj. Parę sztuk. Następnym razem jak tam byłam to już ich nie widziałam. Za to zorientowałam się, że eksportujemy pieczarki do Norwegii.

W sobotę wsiedliśmy w samochód zabierając naszego zaprzyjaźnionego Litwina imieniem Vytas (już widzę uśmieszek na twarzy jednej z czytelniczek ;) ) i pojechaliśmy ...
całe 20km za miasto w celu pójścia na spacer :) Spacer zakładał wdrapanie się z poziomu 100-200 m n.p.m. na drobne 900 m n.p.m. Niech Was nie zwiedzie wysokość, to nie jest odpowiednik naszych Beskidów. Było stromo, były skały, kamienie, przepaście, bagna, wodospady i jeziora. Ogółem było super :)
Tylko... po raz pierwszy w życiu, kiedy ubłocona i zgrzana schodziłam z gór, usłyszałam "To co? Pizza i cola?" Po raz pierwszy zamiast siedzieć w jakimś schronisku zalewając wrzątkiem zupkę w proszku i ewentualnie pijąc grzańca wsiadłam w samochód, po niedługiej chwili znalazłam się w centrum miasta, po czym trafiłam do pizzerii. To było ... dziwne :)

Obecnie próbuję jakoś przeprosić moje buty. Moje 5letnie Chiruca z Goretexem postanowiły się na mnie śmiertelnie obrazić, za to, że nie chciało mi ich impregnować przez ostatnie 2 miesiące, a potem kazałam im przebywać głównie w mokrym śniegu albo kałużach. Dawno nie miałam tak mokrych butów. Dzisiaj w końcu wyschły ;)

Aha. Mała rada: nie dotykajcie rozgrzanej do 230st grzałki piekarnika (chociaż moja blizna z Hjerkinn powoli znika). Nagrzana do 200st blacha też nie jest dobrym pomysłem. Teraz już wiem po co trzymam lód w zamrażalniku :) 2h trzymania w lodzie i został tylko bąbel. I nie boli :)

środa, 25 listopada 2009

A fjordy nam z ręki jadły...

Odnośnie komentarza Wojciecha, który stwierdził, że nie dziwi się wikingom, że zamiast siedzieć na tych swoich skrawkach lądu otoczonych górami woleli sprawdzić, czy nie ma czegoś do złupienia na południu, wrzuciłam właśnie zdjęcia z kolejnego "middle of nowhere". Chyba nawet bardziej "nowhere" niż Hjerkinn. Hjerkinn przynajmniej miało drogę. Szlak przez góry. Ścieżkę. Cokolwiek!

Na zdjęciach przedstawione są 3 wioski.

Gudvangen
. Mała wioska położona nad najwęższym fjordem świata. Co ciekawe - przy głównej drodze Oslo-Bergen (tunele, tunele, tunele, więcej tuneli w tym takie po 11,5km i po 24,5 km. A i wąska). Jeden sklep będący jednocześnie stacją benzynową. Stacja benzynowa będąca sklepem też może być. Whatever. Zamknięte sklepy z pamiątkami sugerują, że ludzie żyją głównie z turystów. Miejsce znane z odbywającego się tam festiwalu wikińskiego. Latem bardzo urokliwe. Zimą... także urokliwe, aczkolwiek wydaje się być również dobrą inscenizacją do jakiegoś horroru.

Bakka. Do Bakka można się dostać tylko i wyłącznie od strony Gudvangen (można oczywiście również przypłynąć, ale miałam na myśli drogę lądową). No dobra, przy dużej ilości szpeju wspinaczkowego i samozaparcia można próbować przeleźć górą. Zwłaszcza jeżeli ktoś chce popełnić spektakularne samobójstwo. Anyway, dojazd samochodem możliwy jest tylko od strony Gudvangen. Odległość - 6 km, z czego 2 km to tunel. Droga szeroka na jeden samochód. Przy tunelu poszaleli, bo zrobili go tak na 1,5, a co! Przy braku ruchu turystycznego, czyli w sezonie jesienno-zimowym nie działa sygnalizacja świetlna (domyślam się, że latem ruch jest wahadłowy) jak również oświetlenie tunelu. W celu zapewnienia bezpieczeństwa postawiono tablice informujące o konieczności włączenia długich świateł. Wrażenie niesamowite, zwłaszcza że jak się już widzi koniec tunelu (tunel oczywiście ma zakręty) to widać morze i człowiek się zastanawia, czy tam na pewno jest droga. W każdym razie wioska Bakka składa się z około 30 zabudowań. Nie wiem czy wszystkie są zamieszkane, natomiast wyczytałam, że mieszkańcy zajmują się hodowlą kóz i produkcją serów. Nie jestem co prawda gdzie te kozy pasą, ale pewnie mają jakieś ukryte ścieżki w górach.

Undredal. Wioska, do której trafiliśmy przypadkiem. Położona między Gudvangen (tunelem 11,5km) oraz Aurland (tunelem jakieś 8km). Z tego właśnie powodu do roku 1989 wioska nie miała żadnej drogi lądowej poza swoją dolinę. Cały transport odbywał się wodą.
Wydawało Ci się kiedyś, że masz daleko do szkoły? Ha! Przynajmniej nie musiałeś do niej pływać...
Ale w końcu Norwedzy są specami od kopania w skałach (co jest ciekawe, bo jakoś wcale nie przypominają krasnoludów), więc i do tej małej wioski się przebili. Undredal również zajmuje się hodowlą kóz i produkcją serów. Poza tym .... śmiem przypuszczać, że jesienią rodzi się dużo dzieci, bo naprawdę nie wiem co można tam robić.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Gudvangen

W sobotę byliśmy w Gudvangen, małej wiosce położonej w najwęższym fjordzie świata. Niedaleko jest wioska o nazwie Bakka. Tam kończy się droga, a prowadzi mała wąska dróżka o szerokości jednego samochodu, nie więcej. Żyje tam na oko 30-50 osób. Na pewno nie więcej. I mają własny, dwukilometrowy tunel w skałach zbudowany specjalnie dla nich. Przy okazji - o szerokości może 1,5 samochodu. Wyjeżdżając z niego człowiek widzi morze i zaczyna się zastanawiać czy jest tam jakaś droga. Miejsce równie niesamowite co martwe. Bo "spokojne" i "puste" nie oddają całości sytuacji. Zdjęcia niedługo.

Anyway, przedstawiam plan na jutro: :) Czas trochę poeksperymentować, niach niach niach :)

piątek, 20 listopada 2009

Garstka zdjęć

Ot i w końcu udało mi się opublikować małe co nieco. Zdaję sobie sprawę, że niektóre panoramy nie są idealne, ale po paru godzinach prób po prostu się poddałam i wrzuciłam jak jest. Miało być poglądowo, niekoniecznie artystycznie ;)

Anyway. Zdjęcia z Bergen, nocne zdjęcia z Bergen, a tutaj mała retrospekcja z pewnego śniadania, tak w ramach porządków na dysku ;)

A. Przy okazji chciałam uspokoić wszystkich martwiących się o pożary w tym kraju o drewnianej zabudowie. Nasz alarm przeciwpożarowy w mieszkaniu jest sprawny i przerażająco głośny (pobił nawet alarm hotelowy). Przetestowałam osobiście. Będę pamiętać, że nie należy niczego przypalać w piekarniku. Ani na patelni. Ani w ogóle ;)

czwartek, 19 listopada 2009

Takie sobie przechwałki :)

Wydało się. Jak piszę o jakiś godnych pochwały spostrzeżeniach to nikt się nie wypowie, ale jak napiszę o przebojach z obleśnym kurczakiem, to od razu jest ożywiona dyskusja! Jak chcecie :)

Kilka dni temu udało nam się znaleźć coś co przypominało białą kiełbasę. W połączeniu z otrzymanym od mamy Rudej majerankiem oraz paroma innymi, niezbędnymi składnikami żurek po norwesku mamy w miarę opanowany. A kiełbasa przynajmniej nie chrupie przy krojeniu.

Przy okazji. Jak na standardy Bergen całkiem tanio udało nam się wynająć fajne mieszkanko. Jeżeli dodamy to tego fakt, że w cenę wliczony jest internet (sympatyczne szybkie łącze), prąd (czyli m.in. ogrzewanie podłogowe) oraz woda to w ogóle jest idealnie. A, zapomniałam o komórce na rowery ;) I powiem szczerze - nie sądziłam, że na północy Europy, na dodatek zasadniczo w piwnicy, będę się wygrzewać do woli :) Bo jeżeli jest mi zimno, to nie przejmując się rachunkami po prostu podkręcam ogrzewanie :) I jeszcze przyjemnie mnie grzeje w bose stópki :) Coś mi się w końcu od życia należy :)

A, i jeszcze mam okno w salonie z widokiem na góry :) No dobra, po drodze są też krzaki, ale kto by się przejmował, skoro nie ma liści, więc widać góry :)
Dzisiaj moje góry są zamglone i mokre.

wtorek, 17 listopada 2009

Odblaski

Proszę Państwa. Pomimo mojego ciągłego narzekania na wiele rzeczy, w tym przeuroczym kraju zdarzają się również momenty, w których Norwedzy mnie bardzo pozytywnie zaskakują. Jedną z nich jest ubiór pieszych nocą.
Pozwolę sobie pominąć zachowanie tychże pieszych podczas przechodzenia przez ulicę. Obawiam się, że w Polsce zginęli by na pierwszej z brzegu zebrze bez sygnalizacji świetlnej. Tutaj nikt nie zna zasady "Przed przejściem dla pieszych należy się zatrzymać. Rozejrzeć w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo". Tutaj kierowcy dostają nerwicy, ponieważ muszą ciągle być czujni, czy im jakiś człowiek nagle nie wlezie pod koła, bo wchodząc na pasy akurat patrzył w zupełnie inną stronę. I nie żartuję, sama byłam świadkiem. Tutejsi kierowcy widząc pieszego w odległości kilku m od przejścia już zaczynają się zatrzymywać....
Anyway, miało być o pieszych nocą. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Niemniej jednak 99% pieszych, nieważne czy idą ulicą oświetloną czy nie (a wiele osiedlowych uliczek, (przy czym pisząc "osiedle" mam na myśli osiedle domków jednorodzinnych, bo innych tu nie ma) jest tutaj kiepsko oświetlona) jest widoczna. Dlaczego? Ha! Jakie to proste. Ponieważ mają różnego rodzaju odblaski! Albo coś im się majta koło rękawów (kojarzycie rękawiczki dla dzieci takie połączone sznurkiem zwisające z rękawów? To niektórzy mają coś takiego). Albo mają opaski odblaskowe zaciskające się na rękawach kurtek koło nadgarstków albo wokół kostek. Niektórzy nawet po prostu na wieczorny spacer do sklepu lub z psem ubierają kamizelki odblaskowe. I chodzą tak po mieście! (To że miasto to jednocześnie góry pomijam ;)) Dzisiaj widziałam ojca z dwójką synów, gdzie on miał opaski, a dzieciaki kamizelki. I nie ma opcji, że ee, nie bo jak to wygląda. Baaardzo mi się to podoba.

Widzicie, kupiłam sobie kurtkę koloru czerwonego. Nie tylko dlatego, że lubię czerwony, ale dlatego, że chciałam być widoczna np. w górach czy na rowerze.... No i okazuje się, że tutaj ta moja idea bycia widocznej w czerwonej kurtce na rowerze ciut przegrywa... Bo widzicie... Rowerzyści to często jeżdżą w odblaskowych kamizelkach. A część z nich jeździ, uwaga, w wściekle odblaskowych kurtkach! I jeszcze z jadowicie zielonym pokrowcem przeciwdeszczowym na plecak. A ponadto, niektórzy do kompletu mają odblaskowy pokrowiec, który zakładają na kask. A przy okazji... nie widziałam tu rowerzysty bez kasku. I w sumie się nie dziwie. Jazda bez sprawnych hamulców w tym górskim mieście byłaby na pewno jedyna w swoim rodzaju. Nie byłoby szans na powtórkę.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Rosół

Po raz pierwszy w życiu kroiłam dzisiaj kurczaka. Nie FILETY, ale kurczaka w całości. Takiego z kośćmi w środku i skrzepami krwi. Dla tych, którzy nie pamiętają, przypomnę, że jestem byłym wegetariańskim dzieckiem, które nie jadło mięsa do jakiegoś 18 roku życia.

... te kości chrupią, a wnętrze wygląda obrzydliwie. Dobrze, że przynajmniej był wypatroszony...

... w każdym razie rosół jest...

Przeprowadzka

W związku z dwoma zaniepokojonymi telefonami oraz licznymi pytaniami tutejszych tubylców (nie nazwę ich Norwegami, bo był to Polak, Irlandczyk i Palestyńczyk) dementuje wszelkie podejrzenia: Nie, nie spłonęliśmy w żadnym pożarze w Bergen. Nie mieliśmy również z nim nic wspólnego, nikogo nie znaliśmy z tamtej grupy, ani nie znamy nikogo, kto by kogoś znał. Nie do końca wiem nawet jak tam dojechać.

Wczoraj się przeprowadziliśmy do własnego samodzielnego lokum (bez dodatkowych współlokatorów w jakiejkolwiek postaci). Mieszkanie jest dwupokojowe, w piwnicy domu jednorodzinnego na jednym z tutejszych osiedli na wzgórzach. Ma dużą sypialnię, wielką łazienkę i nie-mały pokój z aneksem kuchennym. Ma również schowek na różne różności z mnóstwem półek. Jest całkiem jasne, dom jest na wzgórzu, więc okna są normalnej wielkości, a ponieważ ma ogrzewanie podłogowe na całej powierzchni nie istnieje coś takiego jak ciągnięcie od ziemi. Jedynym jego minusem jest brak zmywarki, do czego się trzeba będzie przyzwyczaić po paru latach jej używania ;)

Na razie lecę badać okolicę, bo chwilowo wiem tylko gdzie jest przystanek autobusowy.

sobota, 14 listopada 2009

Matt zapytuje.

Magdaleno i Krystianie! Kiedy nas odwiedzicie? A teraz pytanie od Matta: Kiedy przyjedziecie? Z pozdrowieniami :)

piątek, 13 listopada 2009

Historyjka poranna

Jako budzik zapasowy, tzw. ostateczny, który na pewno nas obudzi mam ustawione to:



Dzisiaj miałam go ustawionego na późniejszą godzinę, tak więc zdążyłam już wstać i szykować w kuchni śniadanie na wynos dla męża, podczas gdy on był w pokoju i się ubierał. W pewnym momencie słyszę znajome dźwięki i złowieszcze "What the...?!". Po chwili przybiega mój mąż z moim telefonem w ręku, który nadal pieje radośnie, patrzy na mnie z niedowierzaniem, słucha budzika z równie ciekawą miną, po czym stwierdza: "Nie wiem skąd to masz, ale zagryzę tą czerwonowłosą potworę."

Well, trafił, chociaż akurat ta czerwonowłosa ostatnio się przefarbowała na brązowo ;)

czwartek, 12 listopada 2009

Skatteetaten

Przeżyłam. Łatwo nie było. Znaczy było, ale w stronę TAM. Droga powrotna okazała się, zgodnie z przypuszczeniami, pod górę. Ale spoko - jeszcze miesiąc i też będę śmigać jak mieszkańcy tegoż pięknego miasta.

Bergen okazało się wyjątkowo malowniczym miastem, jeżeli tylko nie pada. A ostatnio nie pada wcale. Tylko są przymrozki, co zresztą wydaje się nikomu nie przeszkadzać. Zdjęcia niedługo. Jest to również miasto niespodzianek. Zwłaszcza dla kierowców. Ale o tym innym razem, bo ja również usłyszałam, że piszę za długie notki ;)

Wyjątkowo zaskoczył mnie dzisiaj Urząd Podatkowy (będący jednocześnie Urzędem Imigracyjnym, Urzędem Statystycznym i w ogóle niezłym kombo). Mianowicie: prawie wszystkie ogłoszenia i formularze są w 3 językach: norweskim, angielskim i ... polskim. Serio. Nie, panie i panowie w okienku nie mówią jeszcze po polsku, aczkolwiek mówią świetnie po angielsku, czego nie można powiedzieć ani o naszych urzędach (ostatnio robiłam za tłumacza w Urzędzie Komunikacji dla dwójki Azjatów, którzy rejestrowali samochód, bo pani w okienku najpierw próbowała do nich mówić po polsku tylko, że wolniej, a później stwierdziła "Niech ktoś mu powie to i to"!) ani o naszych rodakach za granicą. Chłopak próbował łamanym angielsko/norwesko/polskim, a pani była bardzo cierpliwa.

Rowerem przez Bergen

Znaczy przez góry i doliny. Idę sprawdzić jak się jeździ po tym mieście. Podejrzewam, że w centrum będę w 10 minut ;) Ale droga powrotna pewnie zajmie mi przynajmniej 6 razy tyle ;)

Jak przeżyję to opiszę wrażenia. Idę łapać słońce.

sobota, 7 listopada 2009

Celnik

Wyemigrowałam do Bergen. Jeep był ciut wyładowany, ale pociesza mnie, że jakąś część powierzchni bagażnika zajmowało koło zapasowe. Oprócz wielu potrzebnych rzeczy zapakowałam 2 pary nart biegowych oraz bagażnik rowerowy z dwoma rowerami. Samochód był wyładowany, ale nie po dach, znaczy można było coś widzieć przez tylną szybę. Znaczy można by widzieć, gdyby nie to, że bagażnik rowerowy wyklucza użycie wycieraczki tylnej szyby. Żeby było jeszcze ciekawiej w prawym lusterku samochodu widać było koło jednego roweru (podświetlone na czerwono) a w lewym koło drugiego roweru. Mówiąc krótko: widoczność w lusterkach w połączeniu z ciągle padającym deszczem oraz zachlapanymi błotem szybami po tym jak teść wjechał z impetem w kałuże na parkingu była imponująca. Uroczo było zwłaszcza w Danii na autostradach, gdzie ruch był taki, że prawym pasem jechały tiry i tiry, i jeszcze trochę więcej tirów. Jak już udało mi się wbić na lewy pas (a że widoczność miałam ograniczona, więc miałam problemy z oceną odległości) to nie miałam miejsca, żeby wrócić na prawy. A na dodatek Skandynawowie nie używają migaczy na autostradach.
Dokulaliśmy się w końcu do Hirtshals, wsiedliśmy na prom i płynęliśmy prosto do Bergen przez 20h.

Znajomy z Bergen ostrzegł nas, że każdy samochód na polskich blachach, który zjeżdża tutaj z promu jest sprawdzany przez celników. Załadowany, nie załadowany, z dziećmi itd. Zjechaliśmy z promu. Celnik sprawdził nam paszporty i pyta o cel wizyty.
Ja: "Do męża jadę, pracuje tutaj"
Celnik: "W jakiej firmie?"
Ja: "Eeee..." (firmy komputerowe zazwyczaj mają popieprzona nazwy)
Celnik: "Aha. A czym się zajmuje?"
Ja: "Jest informatykiem"
Celnik: "No dobrze, macie coś do oclenia?"
Teść: "Nie"
Ja: "Nie"
Celnik patrzy na wyładowany samochód i nie dowierzając pyta: "To wszystko wasz bagaż?"
A mój teść: "Nie, jej" wskazując na mnie...
Celnik patrzy na mnie z rozbawieniem: "Twój. No dobrze, miłego dnia"

I pojechaliśmy...

Wieczorem poszliśmy do pubu irlandzkiego na spotkanie ze znajomym Piotrem B. (w odróżnieniu od Piotra B. mojego męża i Piotra B. mojego teścia). Przy okazji spotkaliśmy Irlandczyka, znajomego Piotra (męża), który z kolei zna ludzi z polskich bractw wczesnośredniowiecznych. Piotr nas przedstawił.
Irlandczyk: "Przyjechałaś dzisiaj?"
Ja: "Tak".
Irlandczyk (patrząc badawczo): "Rano, przyjechałaś promem?"
Ja (zdziwiona): "Tak..."
Irlandczyk: "Widziałem Cię w dokach, pracuję tam. Przyjechałaś takim zielonym samochodem z wikińskim badziewiem na masce. (Jeep ma wyklejone Kruczory i tarcze). Zwróciłem na was uwagę, bo mieliście polskie blachy, a celnicy was nie przetrzepali. A przecież wszystkich sprawdzają!"

Well... :)

Dziękuję bardzo za pomoc w pakowaniu i za kawę :)

wtorek, 3 listopada 2009

.......................

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaaaa
aaaaaaaaaa
aaaaaaaa
aaaaaa
aaaa
aa
a!!!!!!!!!
... i w ogóle...

Anyway. Jutro koło 18 wyjeżdżam z Polski. Start planowany w Poznaniu pod adresem tym co zwykle. Pomysł wskoczenia jeszcze na spotkanie klubowe odpada. Jak ktoś ma ochotę jeszcze się pożegnać, przytulić, wesprzeć, albo w inny sposób pomóc - zapraszam. Mam nadzieję, że od wczesnego popołudnia będę już tylko w domu. Ostrzegam tylko, że wpadnie w szał pakowania ;)

piątek, 9 października 2009

Kraina Deszczowców

Bergen. Wg danych internetowych miejsce gdzie ciągle pada. Wg przewodników miejsce gdzie pada tylko 365 dni w roku. Wg Norwegów (a także Szwedów) spotkanych w Hjerkinn opinia jest przesadzona. Czasami pojawia się tu słońce. Tak raz na pół roku.
Miejsce gdzie kalosze do spódniczki są nie tylko szczytem mody, ale także i praktyki i zdrowego rozsądku. Położone nad morzem, ale jednocześnie mające w obrębie granic miasta przynajmniej 2 wysokie góry (nie wiem jak wysokie, pewnie jakieś 600-700m npm. jak się dowiem to sprostuję).

Kraina Deszczowców, o dziwo, przywitała mnie przedwczoraj słońcem. Takim standardowym - 10 minut i po ptakach. Znaczy się po 10 minutach spadł grad. A potem już tylko padało.

W środę nad ranem, o 1.30, wsiadłam w pociąg w środku zasypanych śniegiem gór na wysokości 1000 m npm. Obudziłam się koło 6 rano w Oslo, nad morzem, gdzie świeciło słońce i była piękna, zielono-kolorowa jesień. Zmieniłam pociąg, koło 9 rano zasnęłam. Obudziłam się koło 11.30. 800 m npm i znowu biało. 2 godziny później byłam w miejscu, gdzie leżało przynajmniej pół metra śniegu, ludzie jeździli na biegówkach i nawet na karłowate brzózki było za wysoko. Drobne 1222 m npm. Następnę 2,5h zjeżdżałam w dół, żeby znowu znaleźć się nad morzem. Ostrzegam jeszcze raz wszystkich z lękiem wysokości. Koleje norweskie to specyficzny środek podróżowania. Podnosi adrenalinę. Zwłaszcza na zakrętach.

Muszę powiedzieć, że Norwegia nie jest przereklamowana. Jest zdecydowanie niedoreklamowana. Jest dla mnie zagadką jak oni pobudowali te wszystkie drogi i tunele jeszcze przed wojną. Jest dla mnie również zagadką sposób, w jaki zbudowali niektóre domy. A raczej: jak oni, do cholery, wjechali na to zbocze, co, do licha, robi tam ta farma i co Ci ludzie robią przez cały rok a przede wszystkim, jak się tam dostają bez drogi dojazdowej??? Chociaż szefowa nam opowiadała, że są miejsca, gdzie drogi nie ma. Zostawiasz samochód po jednej stronie doliny, a sam poruszasz się wagonikiem na linie, do swojego domu...

wtorek, 6 października 2009

Goodbye in the middle of Nowhere.

W nocy było -10 st C. Wyjeżdżam. Koniec sezonu, hotel sprzątnięty, dzisiaj Anne, Anne Stine i Hege szabrowały lodówkę, my spakowane, więc czas do domu. Gdziekolwiek by nie był. Dzisiaj się Anne Stine stwierdziła, że minęły aż 4,5 miesiąca od kiedy ostatnio jeździli samochodem po śniegu...

Ogólnie mam dość. Mniej ogólnie mam dość jeszcze bardziej. Wszystkiego i wszystkich.

Pociąg mamy o 1.30, jadę do Bergen. Będę w Polsce w przyszłym tygodniu.

niedziela, 4 października 2009

W lesie listopadowym i Boże Narodzenie.

Zmobilizowana przez Mo. dodałam w końcu zdjęcia. Krótkie kalendarium pogodowe z ostatnich 2 tygodni. Dodam, że koło 8-9 września było całkiem zielono, z jakimiś tam brunatnymi elementami. Potem mnie nie było przez prawie 4 dni i było już pomarańczowo. A resztę sami zobaczycie. A jeżeli macie ochotę zobaczyć optymistyczną prognozę pogody to proszę bardzo.

sobota, 3 października 2009

Dla niedowiarków

Jeżeli ktoś nie wierzy, to dzisiejsze popołudnie wygląda tak:


czwartek, 1 października 2009

Gwiazdka

Wichury przeszły zabierając resztki liści z drzew. Jest cisza. Białe coś lecące z nieba od kilku godzin pokryło wszystkie możliwe obiekty. Dziadek Mróz ciągnie mnie za uszy. Kot zwiał ze stajni i przyszedł wylegiwać się na werandzie. Zimno, ciemno i biało. Prawie jak Boża Narodzenie.

środa, 23 września 2009

Wesele

Obiad miał być o godzinie 17.00. Zaczęło się od tego, że o godzinie 16.20 przyszła do nas szefowa i powiedziała, że o 16 mamy zacząć rozstawiać wino na stołach. Popatrzyłyśmy na nią, popatrzyłyśmy na siebie... "Ale przecież jest 16.20!" "Nie, jest 15.20..." i pokazała nam swój zegarek. Zgłupiałam. Poszłyśmy do kuchni, gdzie zegar wskazywał 16.25. Anne: "O. To dlatego przez cały dzień wydawało mi się, że mam tak strasznie dużo czasu na wszystko... Chyba musimy się pośpieszyć". Szampan postanowił nas jednak trochę spowolnić, ponieważ pienił się gorzej niż wstrząśnięte piwo. Sam obiad składał się z przystawki (melon z szynką), dania głównego i deseru oraz dużej ilości przemów. Szefowa się zmyła jakoś koło 18, zostawiając nas z AnneStine, która nam pomagała roznosić talerze i z Martinem, który pomagał kucharzowi.
Ogólnie przez większość czasu nudziliśmy się jak mopsy, siedząc w kuchni i czekając, aż wreszcie będzie można zanieść/zebrać talerze. A podczas obiadu ciągle tylko przemowy i przyśpiewki na melodie pogrzebowe o tym jak żył sobie jeden góral, który znalazł sobie żonę, ale ta go zdradziła i odeszła do kogoś z miasta. Albo jakoś tak. Inna piosenka była o Ingrid (imienniczce panny młodej), która była bardzo biedna i nie miała srebra na posag, więc babcia zrobiła jej czapeczkę z wełny i coś tam coś tam i Ingrid umarła.
Wreszcie wszyscy zjedli i poszli potańczyć do stajni, a my mieliśmy rozłożyć ciasta (w większości home-made by różne ciocie). Zaczęło się od tego, że Anne Stine posypała czekoladą ciasto cytrynowe, które już wcześniej zostało oblane białą czekoladą i wcale nie potrzebowało dodatkowego zdobienia. Chwilę później okazało się, że tradycyjne ciasto norweskie wygląda jak bożonarodzeniowa choinka, smakuje jak makaroniki (ciastka w Poznaniu), wtyka się w nie cukierki z wróżbą i papierową koroną a na dodatek ktoś wymyślił, że na czubku ma stać figurka państwa młodych. Plastikowa. Z materiałowym welonem. Anne Stine spędziła jakieś 10 minut próbując sprawić, żeby panna młoda przestała być Murzynką, po tym jak wcześniej wrzuciła wspomnianą figurkę w sam środek ciasta z czekoladowym kremem na wierzchu. Stała przy zlewie ze szmatką w jednej ręce, parą młoda w drugiej i płacząc ze śmiechu. Nie ona jedna zresztą. Postanowiliśmy postawić ciasto gdzieś trochę dalej od źródeł światła, ponieważ welon nadal był lekko brązowy, a dodatkowo w trakcie mycia materiał zacząć się strzępić, więc wyglądało jakby panna młoda miała siwą grzywkę. Następnie dziewczyny wyjęły z zamrażarki kamienne ciasto lodowe i... sorbet truskawkowy włożony w okropną aluminiową formę od babki. Oczywiście również kamienny. Na fali głupawki zastanawiałyśmy się czy go w tej formie nie zostawić na zasadzie "Wydłub sobie sam". Skończyłyśmy wynosić ciasta, wyszłyśmy na jadalnię, popatrzyłyśmy na dwie lady, na których stały i Anne Stine stwierdziła... "Hmm... A gdzie postawimy tort weselny?" No więc dziewczyny wpadły na pomysł, żeby postawić go na wózku, czyli stole z kółkami. Co prawda któraś się pomyliła i zamiast stwierdzić, że wózek ma hamulce, powiedziała, że wózek ma pedały, więc kolejne minuty zwijałyśmy się ze śmiechu wyobrażając sobie odjeżdżający tort. Podczas gdy reszta próbowała zasłonić obrusem szkaradność wspomnianego wehikułu ja próbowałam znaleźć jakieś noże do krojenia ciast. Niestety pomysł z położeniem wielkiego tasaka przy torcie weselnym nie przeszedł. Nie wiem czemu...

Pracę skończyłyśmy o 2.30 po to, aby iść spać na 4h i zacząć znowu o 7.00. Goście weselni ochoczo stawili się na śniadanie, w większości nawet koło 8. Panna młoda z panem młodym przebrali się w ciuchy trekingowe, rodzina zabrała niemowlęta (których było sporo) na nosidełka i większość po śniadaniu poszła w góry.

Okazało się, że zostało 5 butelek otwartego wina z obiadu. Anne sprytnie je ukryła, żeby się nikomu nie rzucało w oczy, ze stwierdzeniem, że może sobie nie przypomną, to będzie je można wypić. Posprzątałyśmy, szefowa zamknęła hotel o 16.00. Wieczorem dostałam sms'a: "Remember the redwine." Miałyśmy klucze i poszłyśmy zabrać prezenty. Było to bardzo miłe zakończenie wesela.

Jako podsumowanie powiem, że państwo młodzi byli zadowoleni z imprezy.

sobota, 19 września 2009

Niespodzianka

W czwartek pracowałam od 6. Skończyłam koło 12. Zrobiłam sobie przerwę na kawę i poszłam odkurzać podłogę na strychu stajni (będącym pierwotnie stodołą, a obecnie muzeum/powozownią/graciarnią), ponieważ 70 weselnych gości będzie tam tańczyć poloneza. Wróciłam stamtąd po 2 godzinach, ciut zakurzona, ale ogólnie w dobrym humorze. Poszłam do hotelu, gdzie jak tylko kucharz mnie zobaczył to krzyknął: "Natasza, możesz to pomieszać? Bo ja muszę coś szybko zrobić, a to się nie może przypalić!". Więc stałam przy garnku i mieszałam cukier, żeby zrobić z niego karmel. Na ślub przewidziany jest home-made karmel pudding. Cool. Zrobiłam karmel, pomogłam Tomowi przelać go do foremek... Po czym zostałam z łyżką w ręku. Więc klasycznym odruchem łakomczucha włożyłam palec w płynny karmel chcąc go spróbować. Bolało. Nadal boli. Jak później stwierdziłam do szefowej: "Pamiętasz jak rano sprawdzałam jak gorąca jest gorąca kawa? (rano oblałam się kawą, spodnie, stopy i prawą rękę)" "Tak..." "To teraz sprawdziłam jak gorący jest gorący karmel... Zdecydowanie bardziej" "Hmm... Zauważam u Ciebie jakieś samobójcze skłonności..." Czuję się trochę lepiej z własną głupotą, bo Asia poprzednim razem zrobiła to samo ;) Reakcja jednego z żołnierzy, z którym przegadałyśmy pół wieczoru: spojrzał na nas, na jedną, na drugą... "Włożyłyście palec do płynnego karmelu? Który jest tak samo gorący jak rozgrzany olej? I macie stopień magistra inżyniera?" Dobrze, że nie opowiedziałam mu jak testowałyśmy w zeszłym roku gotowania jajek w mikrofali... ;)
Drugi natomiast po chwili podsumował zachowanie Toma, ponieważ Asia przeprosiła i powiedziała, że musi iść wyjąć karmel pudding z pieca, bo skończył się piec, a kucharz prosił, żeby się tym zająć. A drugi żołnierz: "Podoba mi się sposób w jaki ON robi ten home-made karmel pudding"...

W każdym razie jak mieszałam ten karmel, to przyszła szefowa i powiedziała: "Natasza, przyszła paczka do Ciebie". Przez chwilę patrzyłam na nią jak ciele na malowane wrota. "Paczka? Jaka paczka?" "No tak, ma napisane Natasza Berłowska, to chyba Ty, prawda?" Poszłam do recepcji. Rzeczywiście. Paczka. Wyraźnie zaadresowana na moje imię i nazwisko. I to znajomym charakterem pisma, w końcu przez 5 ostatnich lat kserowałam notatki od nadawcy ;) No, z wyjątkiem tego półrocza kiedy postanowiła sobie wyjechać na Sokratesa. W każdym razie paczkę trzymałam przez następne 5 minut jak przytulankę i wielkim uśmiechem na twarzy. Zawsze jest miło dostawać paczki. Ale paczki-niespodzianki są cudowne. To tak jak dostać prezent z okazji... poniedziałku :) A zawartość wskazuje na to, że ktoś mnie dokładnie wysłuchał, całkiem dokładnie czyta mojego bloga i jeszcze na dodatek przepuścił przez filtr o nazwie "Natasza". Bardzo bardzo bardzo bardzo dziękuję :* :* :*

poniedziałek, 14 września 2009

Hm...

Jeszcze wczoraj narzekałam Rudej, że mam serdecznie dość bycia tutaj. Ktoś mnie chyba wysłuchał, bo dzisiaj jest przepiękna pogoda, świeci słońce żadnej chmury na niebie nic tylko się wygrzewać. Co lepsze... szefowa pojechała do Dombas, mama i Magda razem z nią, a do mnie przyszła Asia, czy bym za nią nie posiedziała w recepcji, bo ona też chce z nimi jechać. I tak zamiast zaczynać pracę o 15 i wygrzewać się na słońcu... Zaczęłam pracę o 12.30 i... wygrzewam się na słońcu (ok, wypolerowałam świeczniki), pijąc kawę przed hotelem, w którym nic absolutnie się nie dzieje, bo wszyscy goście dopiero przyjadą. Efekt jest taki, że jedynym dźwiękiem zakłócającym ciszę są osły chrupiące trawę kilka metrów ode mnie. Chyba jednak z powrotem zaczynam lubić tu być ;)

Weselne przystawki

Czytając wypowiedź Angayi na temat fikuśnych przystawek przypomniało mi się, że gdzieś już coś takiego słyszałam... hmmm... Od własnej szefowej, która mnie poinformowała, że w przyszłą sobotę (ktoś organizuje wesele u nas w hotelu) będziemy podawać melona z szynką... Po pierwsze zastanawiam się, którą szynką, bo jak na razie nie widziałam tu niczego, co chociażby koło takowej leżało. Po drugie ciekawi mnie również kto spieprzy: czy szefowa zapomni zamówić melona czy dostawca przywieźć ;) Szerokim łukiem natomiast omijam temat kto będzie kroił owoce na 80 kawałków :)

U nas wreszcie pojawiło się słońce. Jest również rudobrązowo. Do tego dostałam "Making money" Pratchett'a po angielsku (nie interesuje mnie, że w Polsce już dawno się ukazało) i teraz próbuję czytać: książka w ręku, komputer z otwartym słownikiem przed sobą i jedziemy :)

Tak w ogóle to się zastanawiam, czy ta para młoda, która tu przyjechała i zachwyciła się tym miejscem na tyle, żeby postanowić zorganizować tutaj wesele wpadła na to, że 20 września na tej wysokości może być już przełom jesieni i zimy (najwcześniejszy śnieg jaki pamiętam tutaj spadł 1 września jakieś 3 lata temu).

niedziela, 13 września 2009

Bergen

Miasto co najmniej dziwne, chociaż to można powiedzieć o wszystkich norweskich... "metropoliach". Jakieś 500 tys. mieszkańców, standardowo położone nad fjordem i rozrzucone na wielu wyspach. Tunele, mosty i promy. Stare, drewniane domy przemieszane z nowoczesnym budownictwem, a gdzieś w środku tego betonowe, obrzydliwe twory lat 60-70. Komuna tu niby nie zawitała, ale niektóre budynki tak właśnie wyglądają. Centrum miasta wygląda trochę... jak nie centrum. W polskich miastach zazwyczaj centralnym punktem jest ratusz i rynek dookoła. Ale Norwegia budowała (i nadal buduje) głównie w drewnie, więc pożar raz na 100 lat załatwiał kwestię zabytków. Zdjęcia niedługo pokażę. Swoją drogą po raz pierwszy widziałam budynek, który w zewnątrz wydawał się mniejszy niż wewnątrz. A najgorsze są przejścia dla pieszych. W tym mieście (i w ogóle w Norwegii) sygnalizacja świetlna stawiana jest tylko po to, żeby ułatwić przejazd samochodom. Podchodzisz do przejścia i nawet nie masz czasu się porządnie rozejrzeć, bo już Ci się samochody zatrzymują.

W centrach handlowych króluje H&M. 3 piętrowe centrum i na każdym poziomie jest oddział tego sklepu. Nie to, żebym nie lubiła tej sieci... ale jednak mógłby być też większy wybór...

Zbawieniem są sklepy prowadzone przez Pakistańczyków/innych Azjatów. Nie tylko dlatego, że mają niższe ceny, ale głównie dlatego, że mają różne ciekawe rzeczy o których Norwedzy pewnie nawet nie słyszeli. Cała gama przypraw, 10 rodzajów ryżu, makaronów, fasoli, soczewicy, jakieś buteleczki opisane krzaczkami a nawet ogórki konserwowe opisane cyrylicą. Pod tym względem wybór jest znacznie większy niż w Polsce, gdzie owszem, są sklepy orientalne, ale są one rzadkie i zazwyczaj ekskluzywne. A tutaj są one najtańsze.

Aha. Bergen jest miejscem znanym z ciągłych opadów deszczu. Faktycznie, połowa populacji kobiet chodzi w ... kaloszach. Czasem takich ze sznurowadłami, czasem takich w kwiatki, a czasem w zwykłych, zielonych kaloszach. Wysokości mają taką jak kozaki - od krótkich do wysokich aż do kolan. Efekt: elegancki płaszczyk, torebeczka, spódniczka i ... kaloszki. Ale jednocześnie jest to miasto, gdzie można normalnie chodzić w górskiej kurtce przeciwdeszczowej i nikt na ciebie nie patrzy jak na idiotę. Tak samo jak ludzie rano wysiadają z autobusów z kubkami termicznymi w ręku (w tym kraju z pewnością mają w nich kawę) i jest to zupełnie normalne. W Polsce przychodzenie z termosem na wykłady było uważane przez część roku za dziwactwo. U kubku termicznym już nie wspominając.

A, no i oczywiście kawę kupisz wszędzie. Zwłaszcza w tutejszym odpowiedniku Żabki albo wręcz kiosku. I to nie taką z podrzędnego automatu, tylko świeżo zmieloną, pachnącą, do tego syrop amaretto i brązowy cukier... i zaznaczę jeszcze, że porcja kawy to około 300-400ml. I to może być moją zgubą ;)

piątek, 11 września 2009

Wróciłam...

... i umieram. O 23.00 wyjechałam z Bergen, od 6.30 do 7.40 szlajałam się po, jakże malowniczym (kto widział, ten wie, kto nie widział niech się cieszy), dworcu w Oslo. O 12.40 wysiadłam w Hjerkinn (i dam sobie głowę uciąć, że jak wyjeżdżałam w poniedziałek, to było zdecydowanie więcej liści na drzewach i wcale nie takich rudo-pomarańczowych), doczłapałam się do hotelu, zjadłam obiad i o 16.00 poszłam do pracy. Obecnie leżę w łóżku z ciepłym termoforem, herbatką imbirową a'la Bieszczady (od samego jej zapachu czuję się zdrowsza) i zastanawiam się czy to świńska grypa ;) A także cieszę się, że to Magda dzisiaj zamyka, bo ja bym chyba zasnęła przy stole w recepcji. Trzynastogodzinna podróż pociągiem, jakkolwiek zdecydowanie bardziej komfortowym niż PKP, potrafi być męcząca. A klimatyzacja, dla kogoś kogo pieruńsko boli gardło, jest mordercza.

Wrażenia z Bergen opiszę jak zmartwychwstanę. Miasto jest ... ciekawe. I typowo norweskie. Nie powiem, żeby mnie urzekło od pierwszego wejrzenia, ale ma wiele malowniczych zakątków. A mój mąż mieszka z Chińczykiem, który nawet pizzę je pałeczkami.

poniedziałek, 7 września 2009

Wycieczka

Dzisiaj psiarze się wyprowadzali. To zawsze jest ciężki dzień dla szefowej, bo ona by chciała, żeby się wszyscy się wynieśli jak najszybciej, najlepiej zaraz po śniadaniu, żeby hotel został sprzątnięty, a ona nie musiała ich więcej oglądać. Ale psiarze mają własne zdanie na ten temat, co prowadzi do nieporozumień. Ostatni rachunek został zapłacony koło 18, o 18.30 dopiero zostały rozdane ostatnie nagrody (czyli wszyscy przyszli do salonu i nabłocili), sekretariat pakował się bardzo długo i nie mógł skończyć. Kroplą przelewającą czarę było jak szefowa odkryła, że jeden z gości postanowił wziąć jeszcze prysznic w swoim pokoju. Problem polegał na tym, że pokój był już opłacony i sprzątnięty (a on chyba przetrzymał klucz, albo coś). W efekcie w ciągu 3 minut szefowa spakowała swój komputer, powiedziała, że ma dość i poszła do domu. Zadzwoniła w międzyczasie po Anne Stine, która stwierdziła, że w sumie to nic się nie dzieje i mam posiedzieć w recepcji dopóki ostatni goście nie opuszczą konferencyjnej. A Anne chyba poszła w ostatnim momencie przed wielkim wybuchem ;)

Jutro po pracy jadę do męża do Bergen. Spróbuję też wprowadzić w życie "MasterPlan", za który trzymajcie kciuki. Ale na razie Wam go nie zdradzą. W każdym razie do pracy wracam w piątek (mam II zmianę, a wrócę koło południa). Spędzę również łącznie 26h w norweskich pociągach. Na szczęście komfort jest nieco inny ;)

sobota, 5 września 2009

Ostatnie dni mijają pod znakiem psiarzy. Niespodziewanie spokojny środowy obiad wyłącznie z żołnierzami zamienił się w wielką imprezę na dodatkowych 40stu gości, którzy zapomnieli nas poinformować, że przyjadą. Na szczęście dali nam 2h (znaczy powiedzieli o 17, że chcieliby jeść o 19), więc Tom coś dla nich zrobił do jedzenia. Szefowa co prawda coś czuła przez skórę, że zamierzają być jakieś jazdy, więc zawczasu poprosiła M. żeby również pracowała ze mną (bo może będzie jakiś 10 dodatkowych osób na obiedzie), i całe szczęście, bo z 30 osobami to bym sobie poradziła, ale z 70 byłoby ciężko. Dobra, raz miałam 70 osób na obiedzie i byłam sama, ale przynajmniej się przychodzili stopniowo w ciągu 2 godzin. Jak Ci przychodzi 40 osób na stołówkę w jednym momencie to jest wesoło.

Dodatkowo żadna z tych osób nie była zakwaterowana w hotelu (prosty motyw z pytaniem o numer pokoju wziął w łeb). Rachunki były przygotowane na ... rodzaj klubu, do jakiego dana osoba należy (Klub setera irlandzkiego, klub gordon setera itd.). Szefowa od tego wszystkiego dostała napadu wyjątkowo dobrego humoru, więc przyszła do nas i powiedziała:
"Dziewczyny. Każdy klub ma wspólny rachunek, więc wszystko co musicie zrobić to zapytać ich z jakiego klubu są. Tutaj macie wypisane kluby (było ich 6), zapoznajcie się z nimi."
Zapytałam o dwa z nich, bo nie wiedziałam czym się różnią.
Anne: Hmm... To jest taka i taka rasa tylko z krótkowłosą sierścią, a to jest taka sama rasa tylko z dłuższymi i kręconymi włosami
Ja (z wyrazem lekkiego niedowierzania na twarzy: Czekaj. Chcesz mi powiedzieć...
Anne (z rozbawieniem mi przerwała): Tak. Macie do nich podejść i zapytać: przepraszam, jaki rodzaj sierści ma państwa pies?

środa, 2 września 2009

Spokojny dzień

Między 14 a 16 przewalały się nad nami dwa fronty, jeden po jednej stronie doliny, drugi po drugiej. Kłęby chmur, od bardzo ciemnogranatowych do białych, otaczały nas ze wszystkich stron, a nad hotelem świeciło słońce. W końcu fronty się połączyły i nastąpiło oberwanie chmury. W międzyczasie stało się coś, co pewnie spowodowałoby atak paniki u Mo. Mianowicie szczęśliwa szefowa oznajmiła nam z uśmiechem, że dzisiaj jest bardzo spokojny dzień, ponieważ telefon nie działa. Rozwiała również moje obawy, że zepsuła mi się komórka. Nie było zasięgu w całej okolicy (mieli naprawić koło 23, udało im się ciut wcześniej). Byliśmy jednak jedynymi szczęściarzami, którzy mieli internet, ponieważ nie miał go nikt z sąsiadów. I całe szczęście, bo bez netu nie działa program do księgowania i obsługi kasy fiskalnej. W każdym razie przez chwilę byliśmy odcięci od świata. Czy to nie cudowne?

Wieczór już był mniej spokojny. Żołnierze postanowili, że dzisiaj jest ten wieczór, kiedy piją. Pili. Dużo. I długo. Pan R. zapytał: "Natasza, a mogłabyś mnie jutro obudzić o 6 rano?" Popatrzyłam w jego proszące oczka: "Niestety, jutro pracuję po południu i nie zamierzam wstawać o 6 rano, ale zapytam Asię." "Acha, powiedz jej, że jak mnie obudzi, to ją przytulę w ramach podziękowania". Powiedziałam Asi, że R. prosi o pobudkę. Nie zdążyłam już jej powiedzieć, że zamierza ją przytulić, bo o tym powiedział mi jak już zamykałam, a ona już spała. Mam nadzieję, że jakoś sobie jutro poradzi ;)

wtorek, 1 września 2009

Szefowa

Szefowa po kilkudziesięciu latach pracy w hotelu nabrała specyficznego podejścia do klientów. Przykładowo:

1. Nie pozwala sobą rządzić. Jak kiedyś ona przygotowała obiad na 18, a przyszli psiarze z sekretariatu oburzeni, że przecież oni wszystkim powiedzieli, że obiad jest na 19.30, to stwierdziła, że to ona rządzi tym hotelem, że nic jej nie powiedzieli i obiad jest od 18.00 do 20.00.

2. Nie cierpi jak w hotelu jest tylko 1-5 gości. Wolałaby, żeby nikogo nie było, dlatego też czasami mówi ludziom, że nie ma miejsc, podczas gdy cały hotel jest pusty. Odwrotne podejście mają jej dzieci, które potrafią wynająć pokój komuś, nawet jeżeli ma być jedynym gościem. No, ale to w końcu nie one siedzą w kuchni i gotują obiad, tylko ich mama ;) Chociaż raz Anne się zbuntowała i powiedziała Martinowi, że skoro powiedział komuś, że dostanie obiad, to teraz musi go przygotować :) Pracowałam z nim wtedy, fajnie było :)

3. Po sprzątnięciu bufetu nie ma wydawania żadnych obiadów, przygotowywania kanapek czy czegokolwiek. Ona jest zmęczona, a ludzie wiedzą do której jest wystawiony obiad. Jak się spóźniają, to ich sprawa. Ale oczywiście Martin i Anne Stine, Linn (pracuje w lipcu w recepcji) czy nawet my, czasami się chcemy być mili i coś tam przyszykujemy, czy wygrzebiemy z lodówki.

4. Nie cierpi serwowania lunchu. W hotelu nie podaje się lunchu i koniec. Well... Powiedzcie to Martinowi ;) W tym roku co wtorek był lunch dla nowo przyjezdnych konnych, tak w ramach polepszenia wizerunku hotelu.

No najlepiej by było, gdyby pod koniec sierpnia i we wrześniu nie było w niedzielę wieczorem żadnych gości. No ale zawsze ktoś tam jest. No i wczoraj było chyba nawet koło 12 na obiedzie. Szefowa była chyba w wyjątkowo dobrym i wyjątkowo olewającym nastroju. Przyszedł jakiś facet i zapytał czy może zjeść obiad i co dzisiaj podajemy. A Anne z uśmiechem: "Dzisiaj jest niedziela, więc podajemy resztki z całego tygodnia".

piątek, 28 sierpnia 2009

Psiarze

Etap "Psiarze" oficjalnie rozpoczęty. Weekend zapowiada się wesoło zwłaszcza, że pada. Otóż wyjaśniając tym, którzy nie wiedzą: Psiarze są właściciele psów myśliwskich, w 99% seterów. Od kilkudziesięciu lat w otaczających nas górach odbywają się zawody tych właśnie psów, polegające na wystawianiu przepiórek. Norwegowie, Szwedzi i Finowie chyba szaleją na punkcie tego sportu, bo we wrześniu prawie każdy weekend mamy pełno ludzi w całym hotelu, na campingu i w okolicznych miejscach noclegowych. Średnio jest jakieś 100 osób i jakieś 200 - 250 psów. Szefowa pozwala na trzymanie psów w hotelowych pokojach (pod warunkiem, że są w klatce). A teraz wyobraźcie sobie tą ilość ludzi w połączeniu z psami i w połączeniu z błotem i deszczem. Zgadliście.

A teraz dwa cytaty z artykułu na GW:
* Julie, Francuzka z Paryża, lat 40:
- Chciałam dzieciom pokazać prawdziwą wieś. U nas gospodarstwa rolne są już zmechanizowane, zero romantyzmu. Znalazłam w internecie ofertę ośrodka agroturystycznego na Kaszubach. Popatrzyłam na mapę i byłam szczęśliwa. Bo jak dla mnie był to koniec świata. Ale jak już się tu znaleźliśmy, nie mogliśmy wytrzymać tego smrodu - czy nie można kąpać tych kur, krów i świń?

* Kioko z Japonii, lat 50:

- Nie wiem, dlaczego śmiejecie się, gdy widzicie turystów z mojego kraju. Przewodniczka powiedziała nam, że to przez nasze aparaty i kamery - wy nie robicie zdjęć na wycieczkach?

wtorek, 25 sierpnia 2009

Nowa porcja zdjęć do obejrzenia :)

Pan G. jest szefem akcji oczyszczania poligonu. Zawsze pierwszy na śniadaniu, ostatni na obiedzie, codziennie płatki z kefirem, jak nie ma kefiru to wpada w wielką rozpacz. Przyjeżdża tutaj przynajmniej tak długo jak tu pracuję. Do obiadu nigdy nic nie zamawia, zawsze pije tylko wodę. Dzisiaj podchodzę do niego podczas obiadu, żeby zapytać czy nie chciałby czegoś do picia, ponieważ naszym obowiązkiem jest zapytać.
Ja: Dobry wieczór.
Pan G.: Dobry wieczór. Czy chciałabyś coś do picia?
Ja (lekko zbita z tropu, ale w końcu to Gundersen, więc wszystkiego można się spodziewać): Nie dziękuję, mam moją kawę w kuchni. A czy pan chciałby coś do picia?
Pan G.: Nie dziękuję, mam moją wodę na stole.

Martin marudzi, że niestety jest w wojsku uzyskał stopień sierżanta i teraz co roku wzywają go na tydzień szkolenia. Dwa lata temu był jednym szczęśliwcem z 200 na całą Norwegię. W tym jest jednym z 40. Mówi, że to strata czasu na "playing around the bush".

Zachód słońca nad Snohettą z niedzielnej wycieczki rowerowej.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Niedzielne atrakcje

Polecam artykuł do przeczytania.

U nas był prawie tydzień ładnej pogody i względnego spokoju. Oprócz tego, że w weekend mieliśmy imprezę urodzinową na 60 osób. Z okazji swoich 60 urodzin pewna kobieta wynajęła cały hotel, zaprosiła swoją rodzinę i przyjaciół, opłaciła im dwudniowy (znaczy 2 noce) pobyt razem z wyżywieniem, jazdą konną i alkoholami podczas świątecznego, sobotniego obiadu. Obiad był serwowany do stołów, Tom, nasz kucharz zrobił nawet domowej roboty pudding karmelowy. Nie powiedziałam, że gdyby podali mi do spróbowania taki pudding domowej roboty a taki z paczki, jaki zazwyczaj mamy, to nie poczułabym różnicy. Asia stwierdziła natomiast, że przypomina jej słodką jajecznicę. Generalnie wolimy nasz budyń.

Tak więc po nocnym bieganiu po stołówce i podawaniu drinków (głównie ginu z tonikiem), zwlekłam się o 6.30 z łóżka, żeby przygotować im śniadanie. Stwierdziłam, że jak tylko skończę pracę to idę się zdrzemnąć. Więc jak już się poddałam przy próbie doczyszczenia kamiennej posadzki z tłustych plam po rozgniecionych chipsach i miałam kończyć pracę, przyszła Asia i namówiła mnie na spacer do Hageseter. Bo jest taka ładna pogoda i można by tam pójść kupić sobie lody (trzeba trochę skomplikować sobie życie i nie można tak po prostu kupić lodów w hotelu, skoro można to zrobić w odległej o 4km w jedną stronę kafeterii). No więc zamiast dać odpocząć nogom poszłam na miły spacer do Hageseter. Przy tej okazji odkryłam, że zaczęła się jesień i że brzozy zaczynają żółknąć. Posiedziałyśmy na zielonej trawce, zjadłyśmy lody, popatrzyłyśmy na krowy i cielaczki i wróciłyśmy na 19 na obiad.
Mama z Rasvitą już na nas czekały, a ponieważ ładnie świeciło słońce i było ciepło to siedziałyśmy przy stoliku przed hotelem. Szefowa stwierdziła, że jest niedziela, więc jeżeli chcemy to możemy dostać kieliszek czerwonego wina do obiadu. Humory miałyśmy doskonałe, chociaż ja wypiłam dopiero połowę mojej porcji alkoholu. W tym momencie przechodzi koło nas Victor (pracuje tutaj jako złota rączka): "Hej! Któraś z Was ma ochotę pojechać do Snohheim i wrócić stamtąd rowerem?" (Snohheim to schronisko pod Snohetta, prowadzi tam droga przez poligon, 15km od hotelu). Nie znając żadnych szczegółów wszystkie stwierdziłyśmy "Jasne!". Victor na nas popatrzył "Hmm, to trzeba by znaleźć kogoś kto weźmie drugi samochód, bo mnie z rowerem miał Haakon zawieźć". Po czym idąc do hotelu odwrócił się i z pewnym niedowierzaniem zapytał: "Ale wy nie żartujecie?" "Nie!" Więc w 3 minuty skończyłyśmy obiad i byłyśmy gotowe. Całe szczęście, że w zeszłym tygodniu Anne Stine wpadła pomysł, żeby kupić 10 rowerów i je wypożyczać. Więc pojechaliśmy na poligon w takie fajne miejsce gdzie był cudowny widok na cały płaskowyż, góry i wszystko i wróciliśmy rowerami do hotelu. Jazda rowerem ograniczała się prawie wyłącznie do wciskania hamulców, ale widoki były cudowne, zachód słońca nad Snohettą jeszcze ładniejszy, a nawet woły piżmowe widzieliśmy. Krótko mówiąc - bardzo przyjemny dzień :)

czwartek, 20 sierpnia 2009

Norweskie okna

W tym tygodniu było tyle atrakcji, że jutro niedługo chyba umrzemy z nadmiaru wrażeń. Dziewczyny w poniedziałek były w Oppdal na zakupach (Rasvita i ja zostałyśmy z braku miejsc w samochodzie), we wtorek leciałyśmy helikopterem, wczoraj mama, Rasvita i ja po pracy pojechałyśmy stopem do Dombas do sklepu (rekord łapania stopa w Norwegii - 15 minut), a dzisiaj poszłyśmy na 12km wycieczkę po górach. Anne Stine zawiozła nas do Kongsvoll (drugi hotel w pobliżu) i wracałyśmy stamtąd przez góry.

Dzisiaj przez góry przewalają się ogromne masy chmur. Przez większość dnia nie mogły przejść, tylko trzymały się na łańcuchu górskim, który graniczy z doliną. Dolina Gubransdalen jest jedną z większych dolin w Norwegii ciągnącą się z południa na północ - tędy idzie E6, linia kolejowa, jest sporo miejscowości m.in. Lillehammer, jak i nasz hotel. Nie mam odpowiedniego zdjęcia, ale fala chmur nad górami wygląda zazwyczaj tak. Tutaj dosyć często jest tak, że chmury zbierają się nad południowym łańcuchem i nie mogą przejść dalej. Szczególnie widoczne jest to wczesnym rankiem (zrobię zdjęcie jak tylko będzie powtórka). Dzisiaj właśnie taki front próbował przejść przez jedno pasmo gór, a jak już mu się to udało, to pojawił się następny.
Ogólnie dzisiaj mocno wiało jak byłyśmy na spacerze, a teraz zrobiła się porządna wichura. Wszystko szumi, cały drewniany budynek się trzęsie, szyby wentylacyjne wyją, okna dzwonią, drzwi się trudno otwierają a przeszklona weranda jest miejscem gdzie hula wiatr i strach siedzieć blisko szyb. Jednym słowem jest jak w upiornym zamczysku, gdzie na dodatek straszy. Będąc w Polsce bałabym się, że jakiś konar na mnie spadnie. Ale tu nie ma drzew, a jak są to maja 2-4 metry wysokości. Że jakiś komin może się rozpaść. Że dachówka może spać mi na samochód. Ale nie ma kominów, nie ma dachówek i nie mam samochodu. Jedyna na co trzeba naprawdę uważać to na okna, ponieważ większość okien w Norwegii jakie widziałam (i wszystkie w hotelu) otwierają się na zewnątrz budynku. Efektów jest kilka:
1. Wyobraźcie sobie silny wiatr i otwarte okno (5 lat temu u nas w pokoju poszła szyba, bo okno przypieprzyło w ścianę razem z zabezpieczeniem od takich sytuacji).
2. Wyobraźcie sobie mycie okien na drugim piętrze. Mam na myśli stronę zewnętrzną oczywiście. Nie wspominam tu nawet o pieprzonych oknach w hyttach, które są dzielone na małe szybki, rozkładają się na 4 części i oczywiście też na zewnątrz. Doprowadzały mnie do szału w zeszłym roku, kiedy je myłyśmy, bo w rezultacie jedno okno myjesz z czterech stron, stojąc na krześle na dworze w temperaturze 2 st C i jeszcze zaczyna padać śnieg (to był koniec września).
3. Dodajcie do tego silne wiatry, śnieżyce i inne nie lubiące okien warunki pogodowe.
Czy też Wam się wydaje, że pomysł jest lekko ... niecodzienny? Norwedzy, pytani dlaczego mają okna otwierane na zewnątrz, nie umieją odpowiedzieć. Chyba to jest coś w stylu: a to może być inaczej?

Mama ugotowała zupę jarzynową. Mój chleb (podejście drugie) jest właśnie w piekarniku i wygląda ślicznie. Dyplomatycznie nie wspominam o poprzednim, norweskie warunki robienia zakwasu są nieco inne niż polskie ;) Metoda prób i błędów zawsze skuteczna.

wtorek, 18 sierpnia 2009

H jak Helikopter

Dzisiejszy dzień zdecydowanie sponsoruje literka "H" jak Helikopter. Mówiąc krótko, dzisiaj jak byłam w pracy, o 8.10 przyszła szefowa i pan R. i powiedzieli, że o 9.00 ja, mama, Asia i Rasvita mamy się stawić w recepcji, ktoś po nas podjedzie i będziemy lecieć helikopterem. Ponieważ w tym tygodniu nie ma żołnierzy, z wyjątkiem kilku, więc chyba oficerom się nudzi ;) Ponadto mieliśmy dzisiaj jedynie 6 gości (w tym właśnie pana R., pilota i dwóch innych oficerów), więc szefowa najwyraźniej uznała, że nam też się nudzi.
O 9 rano wszyscy pracownicy (z wyjątkiem jednej osoby, która miała wolne i spała, a leciała już wcześniej) opuścili stanowiska pracy, żeby polatać helikopterem, a szefowa stwierdziła jedynie "bawcie się dobrze".
Przelot helikopterem był super. Pilot i jeden z oficerów, który też leciał, postanowili trochę nas postraszyć, więc lecieliśmy np. pionowo w górę i zaraz potem pionowo w dół (przerażające uczucie kiedy przez przednią szybę widzisz zbliżającą się ziemię, albo jezioro), przechylaliśmy się ostro w prawo i w lewo, lecieliśmy doliną rzeki slalomem między górami (czułam się jak w grze komputerowej), polecieliśmy nad hotel, zawiśliśmy w powietrzu nad hotelem (z akcją spadania pionowo w dół) i wróciliśmy na lądowisko. Myślę, że żadna kolejka górska w wesołym miasteczku nie dostarcza tyle adrenaliny. A podobno Anne powiedziała pilotowi, że ma być ostrożny, bo jesteśmy jedynymi pracownikami jakich ma.
Jak wysiadłyśmy przyjechał pan R. (szef od eksplozji, jest tunajczęściej i najdłużej, sympatyczny i gadatliwy, organizator naszego lotu ;) ) i pytał pilota: "A lecieliście tak do góry i w dół?" "A lecieliście slalomem?". Ja spytałam pilota: "Czy zawsze latacie w ten sposób?" "No... nie zawsze ;)" W każdym razie było super :)

Pan R. po lewej, nasz pilot po prawej (ten w czarnym) :)


Zdjęcia z lotu zaczynają się tutaj. Wyszły mniej widowiskowo niż się spodziewałam, bo ciężko jest złapać ostrość kiedy Ci się wydaje, że zaraz możesz zginąć ;)

Drugą atrakcją dzisiejszego dnia było słońce. Było go całkiem sporo, więc postanowiłam się powygrzewać. Wygrzewanie na słońcu w tym kraju wygląda tak: ubierasz ciepłe skarpety, z dwie bluzki i koniecznie polar i rękawiczki i idziesz sprawdzić czy to wystarczy. Dzisiejszego dnia niezbędny był również ciepły koc i poduszka. Leżąc na ławce, opatulona kocem po szyję, wygrzewałam się z twarzą wystawioną na słońce.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Zdjęcia

Jak mówiłam, miało być -1 st i było. Dzięki temu był również prześliczny poranek, z ładnymi mgłami i ładnym światłem. Nie robiłam zdjęć, bo pracowałam. Jak tylko skończyłam pracę zaczęło padać i pada od soboty z drobnymi przerwami.
Przy okazji pochwalę się zbiorem grzybów i pokojem:

A to jest widok z werandy :)


Wreszcie się zebrałam i wrzuciłam zdjęcia na Picasę. To, że na nich nie pada oznacza, że robiłam je głównie w ciągu 2 pierwszych dni w lipcu i kilku następnych, kiedy było trochę cieplej, albo ładniej, albo po prostu nie padało i trzeba było się w końcu ruszyć z pokoju, bo ile można siedzieć przed kompem. Zapraszam do oglądania i komentowania, a ja tymczasem spadam do pracy ;)

piątek, 14 sierpnia 2009

Jesienne narzekania

Czasami naprawdę nienawidzę tego miejsca. Przestało padać. Wyszło słońce. Na zewnątrz jest nawet ładnie. Tylko co z tego, skoro wiatr wieje z prędkością 5 m/s, trudno jest otworzyć drzwi, a temperatura wynosi jakieś 7 st. Rano było 3 st. Jutro rano zapowiadają -1 st C. Wrzosy zakwitły, jesień przyszła.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Suszenie grzybów

Poszłam na grzyby. Tzn. poszłam ścieżką do Hageseter i razem z mamą zbierałyśmy grzyby. Żeby się specjalnie nie przemęczać zbierałyśmy tylko te rosnące najdalej 2 metry od ścieżki. W efekcie pół mojej ściany jest obwieszone grzybami, a poza tym wyszedł mi całkiem dobry sos grzybowy. I chyba odkryłam, która z dziwnych rzeczy na półce sklepowej to kasza jęczmienna.

Ja:
Wiesz, znalazłam mnóstwo grzybów wczoraj, prawie nie mam miejsca na ścianie, żeby je wieszać.
Anne: Wieszać? Zaraz... pocięłaś je na kawałki...
Ja: ... nawlekłam na nitkę i powiesiłam na ścianie, żeby wyschły.
Anne: Acha. A nie mogłaś położyć je na raszce i włożyć do piekarnika?
Ja: W zeszłym roku próbowałam, ale coś było nie tak i wszystkie się poprzyklejały do metalu, więc postanowiłam zrobić tak jak mój dziadek zawsze robił.
Anne: Acha. No tak. Ja kiedyś próbowałam ususzyć grzyby w suszarce bębnowej.
Ja: ... ... znaczy ...
Anne: Tak, w takiej do ubrań.
Ja: ...
Anne (uśmiechnięta): Wszystko pachniało grzybami i musiałam ją umyć. Metoda nie działa, nie polecam :)

niedziela, 9 sierpnia 2009

Uroczysty obiad

Obiad na 80 osób. 3 imprezy naraz: 60te urodziny jakiejś kobiety, impreza dla byłych pracowników i jakaś szesnastoosobowa grupa Francuzów. Plan był taki, że urodziny rozpoczynają się o 18.00 a Francuzi przychodzą o 19.15, więc nie będzie tłoku przy bufecie. W międzyczasie może zjedzą pojedynczy goście, bo inaczej nie mają szansy na wolny stolik...

Plan planem, życie życiem. 22 gości urodzinowych zaczęło jeść koło 19, bo jubilatka postanowiła rozpakować wszystkie prezenty przed obiadem. Chwilę później przyszli Francuzi, którzy byli bardziej zakręceni niż można by się spodziewać. Szefowa na wszelkie pytania zadawane przez nas (a co z tortem, czy Francuzi mają wspólny rachunek itd) odpowiadała z niewinną miną: "Nie wiem", "Nie mam pojęcia", "Nie chcę nic wiedzieć o żadnym torcie". Pomijam już fakt, że w momencie kiedy w salonie goście pili szampana za zdrowie jubilatki, Anne ze standardowym dla siebie urokiem, zaczęła szorować lodówkę do lodów, robiąc przy tym trochę hałasu i latając z mopem. Lodówka jest trochę głęboka i trzeba się schylić, żeby się do niej dostać, więc wystawał z niej tylko jej... tyłek.

Dokładnie w środku obiadu, w czasie kiedy wszyscy okupowali bufet i zamawiali litry alkoholu (w końcu 80 osób przyszło na imprezę, co z tego, że 3 różne) Anne postanowiła wymienić beczkę z piwem, bo akurat się skończyła. Anne zawsze ostrzega każdego, kto wymienia beczkę, żeby był bardzo ostrożny,bo bardzo łatwo jest coś zepsuć, a tak naprawdę woli zrobić to sama. Poprzednim razem ułamała jakąś część w beczce, więc 20 litrów piwa poszło do śmieci. Tym razem "ułamało się" coś w dystrybutorze. Efekt: kran był zamknięty, a całe 20 litrów piwa ciekło ciurkiem po całym barze. Anne zachowała całkowity spokój. Z miną pod tytułem "nic już dzisiaj nie jest w stanie mnie zadziwić" przyniosła 10 litrowe pudełko po dżemie i podstawiła je pod piwo. Chciałam zaznaczyć, że nikt z pracowników nie spowodował żadnych tego typu strat w tym sezonie, a beczka jest wymieniana kilka razy w tygodniu ;)

W międzyczasie w jadalni 22 osobowy stolik absorbował uwagę wszystkich gości, ponieważ najpierw podpita jubilatka śpiewała różne piosenki (pytane Norweżki nie były w stanie mi powiedzieć o czym), a później ktoś wygłaszał przemowę do całej jadalni. Francuzi słuchali jej z miną pełnego niezrozumienia, więc zbierając talerze powiedziałam im, żeby się nie martwili, bo ja również nie rozumiem o czym jest mowa. Wyraz twarzy z jakim pytali "Co? Ale jak?" - bezcenna.

Mieliśmy również dwoje gości - duchów. Ich rzeczy były w pokoju, tylko nikt poza Linn ich na oczy nie widział, a sama Norweżka w ogóle nie pamiętała jak wyglądają. Szefowa zwróciła na nich uwagę w momencie kiedy okazało się, że jutro muszą zwolnić pokój. Zaśmiałam się, że może to duchy, po czym zobaczyłam, że facet ma na nazwisko Kasper, co nieodzownie kojarzy z bajką o duchu zwanym Kacprem. Sytuacja przestała być zabawna, kiedy zorientowaliśmy się, że w sumie to oni wynajęli ten pokój 3 dni temu na jedną noc, więc wychodziłoby na to, że poszli w góry i nie wrócili, co już nie jest śmieszne. Ale z ostatnich wieści wiem, że chyba się znaleźli. Znaczy pali się światło u nich w pokoju ;)

sobota, 8 sierpnia 2009

Dobrego Nowego Życia

Miałam zadzwonić po ceremonii, ale pracowałam sama na obiedzie i nie udało mi się wyrwać. Po pracy usiadłam sobie na kamieniu z ostatnim zapasem mojego alkoholu (cydr gruszkowy, nie pytajcie) i podziwiając góry o wschodzie (księżyca) wypiłam zdrowie Moniki i Wojciecha (przy okazji próbując im złożyć życzenia telefonicznie, co się udało dopiero ze 2h później ;) ).
Młodej parze życzę... szczęśliwego nowego życia :) Dużo miłości, uśmiechu i wzajemnego zrozumienia. Oraz oczywiście częstszego przebywania w tej samej czasoprzestrzeni ;) Liczę również na jakąś relację, zdjęcia, co bym w tej mojej głuszy zabitej dechami miała jakiś obraz sytuacji :) Wszystkim życzę dobrej zabawy (a jak słyszałam impreza ma się całkiem nieźle) i mówię dobranoc.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Poligon

Jak już mówiłam obecnie jako gości mamy wojskowych. U nas mieszka kadra, a w hotelu 1km od nas mieszka 110 niższych stopniem żołnierzy. Zwłaszcza że tamten hotel do zeszłego roku był własnością armii. Kilometr od nas znajduje się poligon wojskowy. W zeszłym roku przez tydzień latały nad nami F-16, dokładnie nad hotelem schodziły poniżej poziomu okolicznych gór i zrzucały bomby na specjalne pole odległe od nas o 3 km. Huk był nieziemski. Śmialiśmy się, że gdyby poślizgnąłby im się palec o sekundę wcześniej to byłoby po nas. Wybyliby sobie również sporą część oficerów, co nas trochę pocieszało.
Anyway... Żołnierze przyjeżdżają do nas odkąd tutaj pracuję. Połowę pamiętam z zeszłych lat, młodzi w drugim hotelu pewnie się zmieniają. Od 5 lat słyszę, że poligon ma zostać zlikwidowany, żeby go włączyć do terenu parku narodowego. Szefowa kiedyś się śmiała, że rząd norweski zamierza wydać kilkanaście milionów koron i rozbrajać ten teren przez kilka dobrych lat, mimo że w okolicy jest cała masa ładnych gór, które aż się proszą, żeby zostać włączone do parku narodowego bez żadnych ceregieli. Pewnie cała akcja przez woły piżmowe, które sobie upodobały akurat poligon jako miejsce pobytu.
Na poligonie nie prowadzi się obecnie (odkąd pamiętam) żadnych działań (poza F-16 w zeszłym roku). Po poligonie chodzą turyści, myśliwi w poszukiwaniu reniferów itd. Nie ma tam również zakopanych min ani innych tego typu niebezpiecznych pułapek. Trzeba po prostu cały teren oczyścić z różnych małych rakietek, które kiedyś nie trafiły do celu i nie wybuchły, a cały czas mogą to zrobić.
Więc... wiecie jak oni rozbrajają ten teren? Ta cała gromada 110 żołnierzy idzie tyralierą i szuka niewybuchów. Jak coś znajdują to wołają pirotechników, którzy jadą za nimi. I tak od poniedziałku do piątku. Od 5 lat...

Mówiłam, że turyści chodzą po poligonie, nie? Żołnierz, na pytanie czy się nie boją, że ktoś wejdzie na taką uzbrojoną rakietę, powiedział ze stoickim spokojem: "Nie, można je spokojnie zobaczyć (faktycznie, w tej wyższej kamienistej części idzie to zrobić), a jest zasada, że zakrzaczenia się omija szerokim łukiem.".... Well... Dobrze wiedzieć. Zwłaszcza jak sobie przypomnę jak się w zeszłym roku przebijaliśmy z Niemcami przez wierzbę lapońską sięgającą do pasa. Nie mówiąc już o wracaniu po zmroku....

Akcja: suszenie

Właśnie odkryłam, że mój nienawidzący blogów mąż założył własnego. To pewnie wpływ środków konserwujących dodawanych do tutejszej żywności ;)

Pieczenie chleba rozpoczęta. Cholera siedzi w piekarniku i zajmie jej to jeszcze jakieś 30 minut. Rosnąć nie chciała, teraz niby jest lepiej, pachnie dziwnie (ale Asia mówi, że tutaj inaczej odczuwa zapachy, więc może ja też). Straty standardowe: w końcu ja można nie dotknąć grzałki piekarnika nagrzanej do temperatury 200 st C? Efekt jest taki, że chwilowo od 20 minut odmrażam sobie nadgarstek ;)

Żurawiny nie znalazłam, natomiast grzyby owszem. Tutaj zbieranie grzybów wygląda tak: jak w końcu zaczynasz się o nie potykać dochodzisz do wniosku, że to jednak głupota ich nie zabrać. Aha i nie ma sensu schodzić dalej niż metr od ścieżki. Po co się przedzierać przez wierzbę lapońską i inną kosodrzewinę, skoro grzyby same wchodzą Ci pod nogi?

środa, 5 sierpnia 2009

Próba reanimacji

Przyszło słońce i od razu odżyłam. Co prawda przyszło akurat jak musiałam iść do pracy, ale nawet zza okien jadalni góry w słońcu wyglądają przepięknie. Znalazłam też zadanie na jutrzejsze przedpołudnie: będę zbierać żurawinę i grzyby. Mama już przyniosła dwa podgrzybki i jednego prawdziwka - jutro jajecznica z grzybami ;)

Zakwas się zrobił. Wydaje się być w porządku, chociaż wolałabym gdyby ładniej pachniał. Faza I pieczenia chleba rozpoczęta dziś o 23.30. Godzina zero wybije w czwartek rano. Zobaczymy ;)

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Deszczowe rozważania

Uśmiałam się dzisiaj czytając artykuł na GW. Wydawało mi się do tej pory, że to z powodu wzrastającej ilości niechcianych ciąż u nastolatek oraz badań wykazujących, że rodzice nie rozmawiają z dziećmi o seksie, wprowadzono do szkół wychowanie do życia w rodzinie. Przedmiot miał w dużym stopniu omawiać metody antykoncepcji, ryzyko chorób, a także szacunek dla partnera itd. I teraz ... jak to się wszystko ma do "wychowania w abstynencji" i zniechęcania do seksu przedmałżeńskiego? Nie wiem, na jednej lekcji będą mówić, że należy się zabezpieczać podczas uprawiania seksu, a na następnej, że seks przedmałżeński jest zły? I może jeszcze oba zajęcia będzie prowadził ten sam nauczyciel? I jak można omawiać kwestię seksu przed ślubem na zajęciach, które w ogóle nie powinny być związane z religią! I dlaczego przez anglistów i matematyków? Niestety polska szkoła nie jest przygotowana do tego, żeby nauczać innych wartości niż katolickie. I szkoda, że próbuje nauczać ich na siłę.
Pomijam kwestię niekompetentnie prowadzonych lekcji wychowania do życia w rodzinie. Chodziło mi raczej o założenia.

Szefowa dzisiaj doszła do wniosku, że ludzie zupełnie nie zwracają uwagi na to, co się wokół nich dzieje i na to, co jest napisane. Nie było to specjalnie odkrywcze, ponieważ obserwuję to każdego dnia pracy. W ramach usług hotelowych napełniamy gościom termosy (kawa, herbata, inne). Jest napisane w kilku miejscach, że napełniamy je rano przed śniadaniem, więc prosimy o zostawienie ich wieczorem dnia poprzedniego. Codziennie rano jest ktoś kto przynosi termos. Albo dziesięciu takich ktosiów. Albo jeden i ten sam ktoś 4 dni z rzędu. I co z tego, że już za pierwszym razem powiedziałaś, że prosimy i przyniesienie wieczorem. Jest napisane, że śniadanie jest do 9.30. Dzisiaj 5 osób przyszło o 9.32. Ktoś potrafi mnie zapytać gdzie jest mleko stojąc 20 cm od niego.
A najfajniej jest jak ludzie próbują być mili i widząc, że zbieram talerze przy ich stoliku, próbują mi podać miseczkę. Tylko że ja już mam 4 talerze na lewej ręce i dwa w prawej... Ale przecież zęby mam jeszcze wolne ;) I tak codziennie :)

Przyjechali żołnierze :) Wszystkie pokoje zajęte, pełno wojskowych mercedesów terenowych... Dziewczyny musiały się przenieść na pierwsze piętro w anneksie, tylko my z mamą zostałyśmy na dole, bo "nasz pokój jest na tyle brzydki", że szefowa go nie wynajęła ;) Więc... mieszkamy na piętrze z samymi mężczyznami. Wyjaśniając tym, którzy wyobrazili sobie polskich szeregowych, tutejsze wojsko zachowuje się zupełnie inaczej, po drugie u nas w hotelu mieszka sama wyższa kadra, po trzecie po 5 latach pracy tutaj mam wtyki u głównodowodzącego. U jego zastępcy również ;) A faktem jest, że żołnierze to bardzo solidni goście: punktualni, nie grymaszący (w większości), mili i mało absurbujący. Więc... teraz mój mąż mógłby się zrobić zazdrosny i mnie odwiedzić... :)

sobota, 1 sierpnia 2009

Podsumowanie miesiąca...

... i trochę narzekania.

W ciągu ostatniego miesiąca:
- raz widziałam się z mężem
- miałam 7 dni wolnych (w tym 2 na podróż tutaj)
- większość czasu spałam
- dwa razy miałam gości :)
- były białe noce, ale się skończyły
- ani razu nie byłam w sklepie
- tylko raz miałam migrenę
- moje włosy są na etapie zsianowienia (zazwyczaj pod koniec mojego pobytu tutaj mają tendencję do wypadanie garściami
- przez większość czasu padało, a jak nie padało to było mgliście i zimno
- kilka razy biegałam
- 3 razy piłam alkohol, 2 razy kupiłam lody w hotelu, zjadłam 2 paczki ciastek
- przeczytałam 2 książki i obejrzałam kilka filmów
- zrobiłam bardzo niewiele zdjęć
- wielokrotnie nie chodziłam na śniadania i wielokrotnie nie chodziłam na obiady
- żywiłam się głównie żółtym serem
- moje dłonie usiłują się na mnie mścić za niewłaściwe traktowanie (a co ja za to mogę, że praca w kuchni bardzo wysusza ręce)
- skończyła się wiosna
- pojawiły się pierwsze grzyby
- podobno zaczęła się jesień

Pewnego poranka ostatnio było strasznie mgliście i ciemno. Marudziłam Linn, że pogoda nadaje się wyłącznie do spania.
Linn: No chcesz, przecież już się jesień zbliża.
Ja: Jaka jesień! Przecież jest środek lata!
Linn: Jakiego lata. Sierpień się zbliża. Lato było w zeszłym tygodniu.

Dzisiaj pierwszy raz od przyjazdu byłam w sklepie. Miałam wolne, wyciągnęłam mamę i pojechałyśmy pociągiem do Oppdal (50km na północ). Mama tęskniąca za słodyczami kupiła mnóstwo ciastek. Ja, tęskniąca do normalnego jedzenia, starałam się kupić coś, z czego można by ugotować obiad jaki znam. A w ogóle to tutaj jest zdecydowanie łatwiej kupić mąkę żytnią (i razową i zwykłą) niż w Polsce! Dostałam żytnią razową i zobaczę czy mi zakwas wyjdzie. A jak już mi zakwas wyjdzie to chleb też (o ile piekarnik będzie ze mną współpracował, bo ten w anneksie żyje własnym życiem jeśli chodzi o dłuższe pieczenie).

Miałam sobie też kupić wino. Przy okazji odkryłam, że wina w hotelu są 3 razy droższe niż w normalnym sklepie. Ale najpierw poszłyśmy zrobić rozpoznanie w Vinmonopolet, ale nie kupiłyśmy myśląc, że najpierw zrobimy normalne zakupy, a potem wrócimy i wino kupimy na samym końcu. Ale oczywiście Norwegia rządzi się własnymi prawami czyli: jeżeli całe centrum handlowe (no, nazwijmy to centrum handlowym) jest otwarte do 18 w sobotę, to wcale nie oznacza, że wszystkie sklepy są czynne do 18. 2/3 z nich jest zamykana każdy o swojej porze. A ponieważ w Norwegii cięższy alkohol (czyli wszystko oprócz piwa i cydru) może być sprzedawane tylko w specjalnym sklepie, zwanym właśnie Vinmonopolet i ten akurat jest czynny w sobotę do 16, więc... nie kupiłam sobie wina. Bo oczywiście w całym Oppdal jest tylko jeden. Tak samo jak jest jedna apteka, 3 markety spożywcze, 2 sklepy z ciuchami, 1 meblowy (w końcu Oppdal to spora miejscowość ;) ), widziałam nawet jakąś księgarnię, ze dwóch fryzjerów, z 2-3 kaffeterie i 1 pizzeria. To miałam na myśli mówiąc "centrum handlowe". Ale mają tam też podobno dobrą chińszczyznę. Wiem, bo pamiętam jak Anne Stine 5 lat temu jechała do Oppdal po chińskie żarcie na kolację. Razem drobne 100km.

Aha. Oczywiście wystarczy pojechać od nas w którąkolwiek stronę i zjechać trochę niżej z gór, żeby okazało się, że słońce i temperatura 20st Celcjusza nadal istnieją.