... czyli małe wyjaśnienia.
Na wstępie pragnę wyjaśnić, że ja po prostu jestem bardzo konserwatywna jeśli chodzi o zeszyty, w których mam robić notatki. Zgodzę się nawet na stwierdzenie, że mam nierówno pod sufitem.
Wszystko wynika z tego, że jestem wzrokowcem. Moje notatki muszą być przestrzenne. Mieć strzałki, gwiazdki, kropki, wypunktowania, podkreślenia. Jak patrzę na stronę to muszę od razu widzieć czego rzecz dotyczy i w której części strony znajdują się poszczególne informacje. Tekst musi być w miarę zwarty, nienawidzę pisania z kratką odstępu, bo wtedy wszystko idzie w cholerę. A w liniach to już w ogóle pisać się nie da. To znaczy ja nie mogę. Bo potem tego nie przeczytam. Karierę z zeszytami w linie zakończyłam w VII klasie podstawówki, kiedy pani nauczycielka języka polskiego wreszcie machnęła ręką i powiedziała, że mogę pisać w czym chcę.
Ale to nie koniec! Owe kratki muszą być delikatne. Nie może to być czarna, wyrazista kratka, bo wtedy również nic nie widzę, oprócz kratki. Moją zmorą było pożyczenia notatek od dziewczyny, która pisała jasnym, niebieskim długopisem na ciemno-kratkowanym papierze. A już kserować się tego w ogóle nie dało. Nie lubiłam też notatek koleżanki - to znaczy, lubiłam, bo notowała prawie wszystko co dało się zanotować, ale kserowanie ich było nie ekonomiczne ;) - która pisała w zeszytach w linie i jeszcze pisała wszystko ciągiem, w jednej linii. Generalnie semestr, w którym Ruda wyjechała do Belgii na Erasmusa był dla mnie nie lada wyzwaniem, bo moje ulubione źródło notatek piło piwo i jadło frytki z majonezem, więc musiałam chodzić na te poranne wykłady również...
Nie lubię też zbyt grubych zeszytów. W sensie dla formatu A5 idealne są dla mnie 80 kartek i pół sztywna okładka. Ale nie twarda. Dla formatu B5 może być grubszy i może być twarda, ale musi być na kółkach. I najlepiej, aby zadruk był w 4 różnych kolorach, na 4 różne przedmioty. Kiedyś łaziłyśmy przez dłuższy czas po Poznaniu z Rudą w poszukiwaniu takowych. Jak już znalazłam gdzieś, to od razu zadzwoniłam z pytaniem - "Tobie też kupić?" Czyli nie jestem znowuż taka nienormalna...
BTW, Ruda, jak znajdziesz gdzieś takie właśnie zeszyty w jakich notowałyśmy na V roku, to kup mi proszę z 1 czy 2. A jak znajdziesz w przeciągu najbliższego 1,5 miesiąca, to przekaż proszę JoAnnie ;)
No i oczywiście - okładka musi być jakaś sensowna! Już w liceum odkryłam, że jeżeli zeszyt ma okładkę, której nie lubię, to jakoś nie bardzo chce mi się zaglądać do tego przedmiotu ;) W Toruniu, na Szerokiej, zaraz przy Starym Rynku, był mój ulubiony sklep papierniczy (oprócz tego był tam też cały asortyment Magica, figurek, farb, gier, puzzli itp), mały i ciasny, gdzie za ladą stał przesympatyczny, siwy pan, z którym można było gadać godzinami. I przy okazji poprzeglądać nową dostawę zeszytów ;)))
Więc, Tenel - teraz już wiesz, dlaczego nie prosiłam Cię o przywiezienie zeszytu? :*
poniedziałek, 21 lutego 2011
niedziela, 20 lutego 2011
Różnice kulturowe I
Po zapisaniu się na angielski (z miesiąc temu jakoś) wyruszyłam na poszukiwanie zeszytu. W normalnym świecie napisałabym "poszłam kupić zeszyt", ale moje zakupy okazały się praktycznie 4-dniową wyprawą z chodzeniem po wszystkich możliwych sklepach papierniczych w okolicy i w centrum,wielkich, dużych i małych...
A wszystko dlatego, że... chciałam kupić zeszyt w kratkę! Nie w linie, w kratkę, nie wkłady do segregatora (które w większości też są w linie), tylko zeszyt, nie A4 tylko A5 lub B5...
Wszyscy sprzedawcy patrzyli na mnie ciut dziwnie, bo przecież nie ma takich zeszytów. Bo u nich się w takich nie pisze, przecież do pisania są linie. A na matematyce to nie wiem w czym piszą.
Udało mi się znaleźć JEDEN zeszyt A5 w kratkę, ale z jakiejś ekskluzywnej serii, który kosztował 16 euro. Stwierdziłam, że NIE kupię zeszytu za 62 zł...
W linie też nie kupiłam, ponieważ nienawidzę linii. Udało mi się gdzieś w jakiejś sieciówce odzieżowej znaleźć (dzięki podpowiedzi koleżanki) gładki.
A wszystko dlatego, że... chciałam kupić zeszyt w kratkę! Nie w linie, w kratkę, nie wkłady do segregatora (które w większości też są w linie), tylko zeszyt, nie A4 tylko A5 lub B5...
Wszyscy sprzedawcy patrzyli na mnie ciut dziwnie, bo przecież nie ma takich zeszytów. Bo u nich się w takich nie pisze, przecież do pisania są linie. A na matematyce to nie wiem w czym piszą.
Udało mi się znaleźć JEDEN zeszyt A5 w kratkę, ale z jakiejś ekskluzywnej serii, który kosztował 16 euro. Stwierdziłam, że NIE kupię zeszytu za 62 zł...
W linie też nie kupiłam, ponieważ nienawidzę linii. Udało mi się gdzieś w jakiejś sieciówce odzieżowej znaleźć (dzięki podpowiedzi koleżanki) gładki.
wtorek, 15 lutego 2011
Wariactwa rzeczywistości
Umarłam.
Poszłam do sklepu. Dużego. Na bocznych półkach, tych gdzie zazwyczaj są produkty promocyjne i bardziej widoczne dla klienta, mój wzrok przyciągnął napis "quick pancakes maker". Jaki maker, o co chodzi? Podeszłam bliżej. Ustrojstwo okazało się plastikową butelką z nakrętką, pojemności na oko litrowej, wypełnioną jakimś proszkiem. Trzeba odkręcić nakrętkę, dodać x ml mleka, zakręcić i wymieszać. I usmażyć. Promocja, 2,99 euro. Czy tam ileś.
Czy... zrobienie naleśników jest naprawdę tak skomplikowane, żeby tworzyć takie potworki, o śmieciach już nie wspomnę? Czy może się właśnie wywyższam?
Potem umarłam po raz drugi, ale tylko z uwagi na skok ciśnienia spowodowany próbą znalezienia pieprzonego kwasku cytrynowego w tym głupim, wielkim sklepie, który jest wielkości przeciętnego Piotra i Pawła, tylko z mniejszą ilością towarów. Poddałam się, kupię kiedy indziej i pewnie w polskim sklepie.
Poszłam do sklepu. Dużego. Na bocznych półkach, tych gdzie zazwyczaj są produkty promocyjne i bardziej widoczne dla klienta, mój wzrok przyciągnął napis "quick pancakes maker". Jaki maker, o co chodzi? Podeszłam bliżej. Ustrojstwo okazało się plastikową butelką z nakrętką, pojemności na oko litrowej, wypełnioną jakimś proszkiem. Trzeba odkręcić nakrętkę, dodać x ml mleka, zakręcić i wymieszać. I usmażyć. Promocja, 2,99 euro. Czy tam ileś.
Czy... zrobienie naleśników jest naprawdę tak skomplikowane, żeby tworzyć takie potworki, o śmieciach już nie wspomnę? Czy może się właśnie wywyższam?
Potem umarłam po raz drugi, ale tylko z uwagi na skok ciśnienia spowodowany próbą znalezienia pieprzonego kwasku cytrynowego w tym głupim, wielkim sklepie, który jest wielkości przeciętnego Piotra i Pawła, tylko z mniejszą ilością towarów. Poddałam się, kupię kiedy indziej i pewnie w polskim sklepie.
sobota, 5 lutego 2011
Zakłady
Dawno temu, w Toruniu, tata wsadził mnie do pociągu (miałam 4 lata) razem ze swoim znajomym Żuczkiem (tata twierdzi, że ze Sławkiem O., a co twierdzi mama?). Pociąg miał zaraz odjeżdżać, a tata oczywiście nie miał jeszcze biletu. Pobiegł do konduktora, poprosił, żeby poczekał "bo tam jest moje dziecko!" i poleciał kupować bilet. Bilet kupił, wsiadł do pociągu i pojechał... w przeciwnym kierunku. A myśmy sobie spokojnie dojechali do Poznania. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pierwszy telefon jaki otrzymała mama było "Cześć, mam Nataszę, ale zgubiliśmy Radka" a nie późniejszy "Cześć, wiesz, zgubiłem Nataszę".
Dawno temu, jeszcze za komuny, pojechaliśmy z rodzicami i znajomym (też długowłosym i długobrodym) do Tunezji. Było akurat tydzień po jakimś zamachu dokonanym przez ludzi, którym zwyczaj każe pozostać zarośniętymi. Był sobie budynek. Były jakieś tablice pełne szlaczków, ale kto by się domyślił, że szlaczki mówią o zakazie fotografowania, a budynek jest ważnym obiektem państwowym? Wypuścili nas z aresztu późnym wieczorem. I tak upłynął nam dzień pierwszy.
Dawno temu, ojciec wyniósł na śmietnik worek. Czarny. Pełen ważnych dokumentów. Ten ze śmieciami został w domu.
Dawno temu ojciec posiadał notes. I coś w rodzaju portfela. Po pewnym czasie notes był zbiorem luźnych kartek. Ważnych kartek, nieważnych kartek. Karteczek. Maciupkich karteluszek. Próba znalezienia ważnego adresu czy numeru kończyła się zgubieniem innego. Albo zgubieniem aktualnego biletu PKP. O banknotach nie wspomnę. (nie wiem czy przesadzam, czy nie, takie są moje wspomnienia, a raczej trauma ;))
Dawno temu pojechaliśmy na wycieczkę. Zorganizowaną. Anarchistyczna dusza ojca nie pozwalała mu zjawiać się na czas przy autokarze. Prawie nigdy. Albo w trakcie jazdy pociągiem wysiadał na pośredniej stacji, żeby pobiec kupić lody. No bo przecież pociąg będzie stał 5 minut. (no dobra, wracając z Bieszczad zamówiliśmy 15 pizz na stację i potem 3 kumpli biegło je odebrać, bo nie zgodzili się dostarczyć ich na peron ;)) Albo benzyna nam się kończyła w środku nocy, gdzieś pomiędzy zadupiem a wielkim nigdzie. Samochód się zepsuł. Ojciec zatrzasnął kluczyki w samochodzie, a zapasowe mama zostawiła w środku, 200km od miejsca gdzie znajdował się trzeci komplet (w środku nocy oczywiście). Swoją drogą ta sytuacja bardzo, ale to bardzo coś mi przypomina, ale ci.... Geny i te sprawy ;)
Swoją drogą, ponieważ ojciec nadal (a może raczej "znowu") jeździ tym samym rzęchem co 15 lat temu, Młody teraz przerabia te same akcje co ja. W kwestii podróżowania pod znakiem "OK, jesteśmy gdzieś na Podkarpaciu, gdzie by tu znaleźć mechanika"
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ za kilka godzin mój ojciec i Młody lądują w Dublinie. Dla ojca jest to druga podróż samolotem (pierwsza od 21 lat), dla Młodego pierwsza. Żaden nie mówi po angielsku. Wyobrażam sobie ojca aresztowanego za fotografowanie lotniska, albo palącego w niedozwolonym miejscu. Albo Mikołaja, który w ramach roztrzepania zgubi gdzieś kartę pokładową. Lub siebie. I telefon. Albo wszystko naraz. Zastanawiam się czy nie ustawić jakiś zakładów jak to się skończy ;)
Dawno temu, jeszcze za komuny, pojechaliśmy z rodzicami i znajomym (też długowłosym i długobrodym) do Tunezji. Było akurat tydzień po jakimś zamachu dokonanym przez ludzi, którym zwyczaj każe pozostać zarośniętymi. Był sobie budynek. Były jakieś tablice pełne szlaczków, ale kto by się domyślił, że szlaczki mówią o zakazie fotografowania, a budynek jest ważnym obiektem państwowym? Wypuścili nas z aresztu późnym wieczorem. I tak upłynął nam dzień pierwszy.
Dawno temu, ojciec wyniósł na śmietnik worek. Czarny. Pełen ważnych dokumentów. Ten ze śmieciami został w domu.
Dawno temu ojciec posiadał notes. I coś w rodzaju portfela. Po pewnym czasie notes był zbiorem luźnych kartek. Ważnych kartek, nieważnych kartek. Karteczek. Maciupkich karteluszek. Próba znalezienia ważnego adresu czy numeru kończyła się zgubieniem innego. Albo zgubieniem aktualnego biletu PKP. O banknotach nie wspomnę. (nie wiem czy przesadzam, czy nie, takie są moje wspomnienia, a raczej trauma ;))
Dawno temu pojechaliśmy na wycieczkę. Zorganizowaną. Anarchistyczna dusza ojca nie pozwalała mu zjawiać się na czas przy autokarze. Prawie nigdy. Albo w trakcie jazdy pociągiem wysiadał na pośredniej stacji, żeby pobiec kupić lody. No bo przecież pociąg będzie stał 5 minut. (no dobra, wracając z Bieszczad zamówiliśmy 15 pizz na stację i potem 3 kumpli biegło je odebrać, bo nie zgodzili się dostarczyć ich na peron ;)) Albo benzyna nam się kończyła w środku nocy, gdzieś pomiędzy zadupiem a wielkim nigdzie. Samochód się zepsuł. Ojciec zatrzasnął kluczyki w samochodzie, a zapasowe mama zostawiła w środku, 200km od miejsca gdzie znajdował się trzeci komplet (w środku nocy oczywiście). Swoją drogą ta sytuacja bardzo, ale to bardzo coś mi przypomina, ale ci.... Geny i te sprawy ;)
Swoją drogą, ponieważ ojciec nadal (a może raczej "znowu") jeździ tym samym rzęchem co 15 lat temu, Młody teraz przerabia te same akcje co ja. W kwestii podróżowania pod znakiem "OK, jesteśmy gdzieś na Podkarpaciu, gdzie by tu znaleźć mechanika"
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ za kilka godzin mój ojciec i Młody lądują w Dublinie. Dla ojca jest to druga podróż samolotem (pierwsza od 21 lat), dla Młodego pierwsza. Żaden nie mówi po angielsku. Wyobrażam sobie ojca aresztowanego za fotografowanie lotniska, albo palącego w niedozwolonym miejscu. Albo Mikołaja, który w ramach roztrzepania zgubi gdzieś kartę pokładową. Lub siebie. I telefon. Albo wszystko naraz. Zastanawiam się czy nie ustawić jakiś zakładów jak to się skończy ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)