piątek, 30 kwietnia 2010

Pomiędzy słońcem a ulewą.

Po raz kolejny doceniam pomysł Piotra, którym było kupienie wieży. Republika z porządnych głośników jest nie do porównania z Republiką słuchaną z głośników komputera. W ogóle czegokolwiek słuchanego z głośników komputera nie mogę znieść.

Całe szczęście, że zabrałam w listopadzie rowery do Bergen jak miałam okazję. Przynajmniej teraz nie musimy znowu kupować kolejnych, albo myśleć jak tamte sprowadzić do Irlandii. Rower w Dublinie wyjątkowo się przydaje, zwłaszcza że komunikacja miejsca jest droga i nieujarzmiona, a ja jestem zbyt leniwa, żeby wszędzie chodzić pieszo. A tak wsiadam na moje Ferrari Cabriolet (:P adresat wie do kogo to ;) ) i śmigam szybciej niż samochody stojące w korkach. I na dodatek mam własną ścieżkę rowerową na prawie każdej ulicy. I kierowców przyzwyczajonych, że na ulicach jest takie stworzenie jak rowerzysta. Chociaż z olbrzymim zaciekawieniem obserwuję tutejsze zwyczaje. Piesi totalnie olewają sygnalizację świetlną. A rowerzyści pod tym względem są jeszcze gorsi! Niejednokrotnie zastanawiam się czy ja aby na pewno znam ten sam kodeks drogowy co oni, kiedy ja stoję na czerwonym a kolejni rowerzyści mnie mijają, wykorzystają luki w jadących samochodach i przeciskają się przez skrzyżowanie jak gdyby nigdy nic.

W ostatnich dniach mój humor jest jak dzisiejsza pogoda. Zaczęła się słońcem i śpiewem ptaków. W międzyczasie nadciągnęły granatowe chmury i lunęły z nich strugi deszczu. Popadało jakiś czas, wróciło słońce, aby znowu ustąpić miejsca ulewie. Dziwnie mi. Czuję się samotna w wielkim mieście. I tęsknie za Wami.

środa, 28 kwietnia 2010

Mieszkanko

Miałam napisać notkę, ale homor diabli wzięli w przeciągu 30 sekund. Więc nie napiszę.

Kilka zdjęć naszego nowego miejsca zamieszkania. W sumie to są to zdjęcia salono-jadalnio-kuchni, ale w końcu to jest nasz główny pokój ;) Sypialnia składa się głównie z łóżka, szafy i bałaganu, więc uznałam, że nie ma sensu jej fotografować.



Widok na pokój z korytarza




Widok za oknem :)


Kuchnia (i korytarz, nawet chyba widać drzwi wejściowe na końcu)

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

I rocznica ślubu

Świętować można na różne sposoby.
Można urządzić przyjęcie lub imprezę, iść do restauracji na dobry obiad czy iść na piwo.
Można też pojechać na przeciwległy kraniec kraju po to, aby zobaczyć Atlantyk. W końcu mając nad wielką wodę jakieś 20km na wschód, albo 300km na zachód, wiadomo co wybierzemy. Atlantyk to Atlantyk. A my to my ;)

piątek, 23 kwietnia 2010

Tralala

Łłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!!!!
WYCIECZKA!!!
Jupi jupi jupi!!!

PS. Możemy nie odbierać telefonów.

środa, 21 kwietnia 2010

O wszystkim i o niczym.

Niedzielna wyprawa na północ zakończyła się sukcesem. Mimo niesprzyjających warunków takich jak dublińska komunikacja miejsca oraz przebijanie się na totalnie drugi koniec miasta udało nam się dostać do Ikei. Ba! Udało nam się nawet zrobić zakupy. Tak oto staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami kilku drewnianych (sosna, bo sosna, ale w końcu drzewo!) mebli, idealnie pasujących do mieszkania. W ten sposób nasza następna przeprowadzka będzie jeszcze trudniejsza. A ponadto mamy już dwa komplety mebli z Ikei, w dwóch różnych krajach. Ponadto oba do siebie totalnie nie pasują.

Mieszkanko zrobiło się przytulne i ładne. Ponadto książki na półkach od razu sprawiają, że czuję się bardziej jak w domu.

Dzisiaj wybrałam się rowerem na przejażdżkę. Pierwszą moją myślą po wyjechaniu za bramę było "Chyba nie powinnam jechać tą stroną drogi...". Ciężko jest się przestawić na lewostronny ruch.

W. utknął w Chinach. Koleżanka mieszkająca w Norwegii od 5 dni próbuje wydostać się z Hiszpanii do domu. A do Brazylijczyka, współpracownika Piotra, przyjechała dziewczyna z Bergen. Miała wracać w czwartek. Zeszły. Próbowała już 3 razy. Następne podejście jutro. A mnie znowu dopasła refleksja jak łatwo przyroda może pokrzyżować człowiekowi plany. A także połowie świata. I na dodatek człowiek może tylko stać i gapić się jak krowa na malowane wrota, bo wulkanu i tak przecież nie wyłączy, a deszczu nie zatrzyma.

Zupełnie zmieniając temat, ostatnio obserwowałam taką scenkę. Była sobie mama. Prowadziła za ręce dwie córki, na oko tak 7 i 10 lat. Szłyśmy w tym samym kierunku, ja kawałek za nią. Przeciągnęła swoje córki przez każde czerwone światło dla pieszych. A było ich jakieś 5. Nie poczekała na żadnym. Z jednej strony, ja też często przechodzę tutaj na czerwonym, jak zresztą co drugi przechodzień. Czekanie na zielone czasami trwa bardzo długo. No ale z drugiej strony dzieci w tym wieku, zwłaszcza ta starsza, już chodzą same do koleżanek czy wracają ze szkoły. I jako matka, chciałabym mieć pewność, że bezpiecznie przejdą przez jezdnię, poczekają na to zielone. No ale skoro sama je ciągnę na czerwonym, to mój argument "tylko pamiętajcie, przechodźcie na zielonym, bo tak jest bezpiecznie" jest bezwartościowy.

A przy okazji przypomniało mi się jakim przekorną nastolatką byłam, jakoś tak w okolicach 13-15 lat. Mama, jak szłyśmy razem, zawsze stała uparcie na chodniku dopóki nie zapaliło się zielone. Nawet jak nic nie jechało w odległości kilometra. A ja się wkurzałam, że przecież możemy iść. Czasami szłam i musiałam i tak na nią czekać po drugiej stronie. Natomiast tata, idąc ze mną, nie zwracał uwagi na takie rzeczy jak światła. No bo przecież bez przesady. Więc uparcie chciał przechodzić na czerwonym. A ja stałam z założonymi rękami w ramach protestu twierdząc, że JA będę czekać na zielone. I to on musiał czekać na mnie po drugiej stronie. To się chyba nazywa "okres buntu" ;)

sobota, 17 kwietnia 2010

Pył

W odpowiedzi na smsy mojej mamy, a także pytania Mari i Shina - od tygodnia mamy za oknem błękitne niebo w ciągu dnia i gwiazdy w ciągu nocy. Chyba że pył wulkaniczny jest tak naprawdę gwiezdnym pyłem to trochę może zmieniać postać rzeczy ;)

niedziela, 11 kwietnia 2010

Dublin, podejście drugie.

Nienawidzę przeprowadzek.
Nienawidzę pakowania rzeczy.
Nienawidzę ich rozpakowywania.
Nienawidzę tłukącego się szkła w kartonach.
Nienawidzę małych schowków. Tego, że aby wyjąć odkurzacz to najpierw trzeba wyjąć suszarkę do prania i coś tam jeszcze.
Nienawidzę małych szaf.
Nienawidzę nie mieć samochodu. Zwłaszcza jak trzeba np. kupić regał. I szafkę.
Nienawidzę małych lodówek. I małych zamrażalników.
Nienawidzę wyspiarskiego zwyczaju dwóch osobnych kranów do gorącej i do zimnej wody.
Nienawidzę braku szafek w łazienkach.
A już najbardziej nienawidzę małych kuchni. I małych blatów. I braku zmywarki. I jednokomorowych zlewów.

Ogólnie okolica jest przyjemna. Za oknem słychać śpiew ptaszków i widać ogród. Jest ciepło i mnóstwo kwiatów. I zaczynają kwitnąć magnolie.
Połowa kieliszków nie przetrwała transportu. Szklanki sobie poradziły, ale już udało mi się 2 stłuc.
Znaleźliśmy smaczne ogórki, mogę zrobić sałatkę. Tylko czemu tu nie mają korzenia pietruszki?
I czym właściwie jest pasternak?
Ech... ;) Ogólnie zamieszanie.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Duchy i wnuki

Parę dni temu w kuchni, przyznałam się szefowej, że strach mnie ogarnia o siedzeniu samemu w środku nocy na tej małej, drewnianej stacyjce i czekaniu na pociąg. W końcu 1.33, po sezonie, więc raczej nikogo nie będzie. A szefowa popatrzyła na mnie i stwierdziła: "No tak. Będziesz sama w tym wiekowym drewnianym budynku. A w końcu duchy wolą stuletnie miejsca. Ale tam na górze mieszka samotna staruszka. Porusza się na wózku inwalidzkim. Będziesz słyszała skrzypienie podłogi i kółek nad głową..." - jej ton stawał się coraz bardziej złowieszczy... Popatrzyłam na nią wzrokiem pod tytułem "Tak, teraz mi na pewno lepiej..."

Chociaż pewnie mi się należało, ponieważ dzień wcześniej jak przyszłam do pracy, szefowa klęczała na podłodze ze swoją najmłodszą wnuczką i sklejała taśmą dwa wielkie kartony budując domek (który później przez tydzień zawalał jej biuro). Cały czas klęcząc podniosła głowę patrząc wzrokiem mówiącym "Za co???". "Nie martw się" powiedziałam. "Następny wnuk już nie długo i wszystko zacznie się od początku" po czym uciekłam schować się w drugim kącie jadalni. Tak na wszelki wypadek ;)

A tak szczerze mówiąc to wybrałam sobie najgorszy dzień w miesiącu na tę podróż. Jak na razie czuję pierwsze znamiona nadchodzącej migreny, boli mnie krzyż i ramiona. I jest mi zimno. I muszę pomarudzić.

D jak Dublin.

P jak pakowanie.
A jak akupresura.
N jak niewyspanie.
I jak In Extremo.
K jak kawa.
A jak autorka (zdjęć).

Wpadł pies do kuchni...

... i porwał mięsa ćwierć....

Ostatni obiad w najbliższym miesiącu. Gości 6ciu. Nie robimy bufetu, tylko podajemy do stołu. Ziemniaki, mięso, warzywa i surówka. No, i brązowy sos, oczywiście, w końcu Norwegowie żyć bez niego nie umieją. Obiad bez brązowego sosu to prawie taka sama katastrofa jak śniadanie bez brązowego sera.

Goście jeszcze nie przyjechali. Sprzątam jadalnie. Szefowa krząta się po kuchni. Obie nie zauważamy, jak Leo z gracją otwiera sobie drzwi do środka, po czym cicho przemyka do kuchni. Po chwili widzę jak Leo wybiega przerażony z kuchni i leci do wyjścia. Szefowa za nim. Wydaje się być zła. Więc szukam sobie dodatkowego zajęcia z dala od niej, coby miała czas ochłonąć.

A było z czego. Też bym była wściekła, jak wychodząc z toalety nagle zobaczyła ślicznego pieska opierającego się przednimi łapami o blat i zżerającego mięso przeznaczone dla gości na obiad. Zwłaszcza, że ilość mięsa była akurat na 6 osób i ani grama więcej.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Opalanie w Norwegii

Goście wczoraj pojechali, dziś dzień wolny. Połowę dnia spędziłam grzejąc się na słońcu i słuchając szemrania potoków wody wszędzie dookoła. Zauważyłam pewne podobieństwo do mojego poprzedniego pobytu tutaj. Otóż latem, aby pójść posiedzieć/poleżeć na ławce i powygrzewać się na słońcu, zakładałam długi rękaw, sweter i polar (oraz koniecznie grube skarpety), zabierałam obowiązkowo koc i szłam na słońce. Koc celem opatulenia się, oczywiście. A teraz, zimą (no dobrze, wiosną) robię dokładnie to samo. Co ciekawe mam wrażenie, że teraz było mi cieplej niż tamte kilka razy w lipcu i w sierpniu. Ale wtedy bardziej wiało.

Martin z Hege znowu odbyli podróż do Trondheim (w sobotę wieczorem), dzisiaj wrócili. Nadal dziecko nie zechciało wyjść na świat, ale jak to mówią, do 3 razy sztuka.

Czuję się tu całkiem dobrze. Ale muszę przyznać, że myśl o wyjeździe w piątek napełnia mnie wielką radością. Tęsknię za mężem. I chętnie zobaczę jakieś inne kolory niż tylko biały, czarny, brązowy i niebieski. Z przewagą białego.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Wielkanocne rozważania w rytmie In Extremo

Wielkanoc. Święto chrześcijańskie. Niezwykle ważne z punktu widzenia osób wierzących. Mówiące o umieraniu i odradzaniu. O smutku i radości. Nie ma komercji związanej z prezentami, mikołajami i kolędami. A przynajmniej na moim odludziu ;) Nie atakują mnie kurczaczki i zajączki (poza tymi kiczowatymi figurkami na stołach...).

Jednak ja nie utożsamiam się z wiarą chrześcijańską. Ukrzyżowanie i zmartwychwstanie są symbolem. Mówią o życiu i śmierci, jak wiele innych symboli. I o nadziei. Większość Wielkanocnych zwyczajów wywodzi się z czasów wierzeń pogańskich, w większości Europy jajko było symbolem życia na długo zanim pojawili się księża katoliccy. Na terenach słowiańskich w czasach przedchrześcijańskich ważnym dniem była równonoc wiosenna, święto wiosny, Matki Ziemi, inaczej też Jare. Święto, które miało dokładnie taką samą wymowę jak Wielkanoc. No prawie, bo w Wielkanocy chodzi jeszcze o to, że Jezus się za nas poświęcił i odkupił nasze grzechy. Ale generalnie umieranie i odradzanie. Początek życia, nowego etapu. Początek wiosny, plonów. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo wierzenia się przemieszały na przestrzeni wieków i ile zwyczajów, dawniej uznawanych za pogańskie, obecnie są uważane za chrześcijańskie.
Czy jest więc różnica w co wierzymy, skoro podstawowe założenia i idee są takie same?

A cały ten wywód wziął się stąd, że zawsze mam problem czego życzyć na Wielkanoc. Jaka jest tak naprawdę idea tych świąt. Wierszyki mnie doprowadzają do szału, sformułowania "Wesołego jajka" czy "Bogatego zająca" (nie znam rodziny, gdzie zając przynosi upominki komukolwiek poza dziećmi, albo przynajmniej wydaje mi się, że nie znam) uważam za niepasujące. Wszelkie życzenia nawiązujące do wiary katolickiej, jakkolwiek oddające sens tych świąt, nie pasują z kolei do mnie samej, bo jak dostaję tego typu życzenia od kogoś, kto na co dzień trzyma się od kościoła i wiary na odległość, to trąci mi to trochę hipokryzją. W związku z tym sama takich życzeń nie wysyłam, bo uważam, że to niewłaściwe. Jak zmienię swoje podejście do sprawy wiary w Boga, to może zacznę.

Więc chyba pozostaje mi życzyć Wam radości z nadchodzącej wiosny, z odradzającej się przyrody oraz chwili zadumy nad tym, co odeszło.

Poradnik gościa

Jeżeli ktokolwiek z Was pracował kiedyś jako kelner/kelnerka i/lub w hotelu to poniższe zasady pewnie zna. Jednak dla tych, którzy nie mają doświadczenia w tej materii, udzielę kilku porad:

1. Taca (założenie: taca trzymana jest w jednej ręce, na dłoni)
Jeżeli chcecie być uprzejmi dla kelnera to zostawcie jego cholerną tacę w spokoju. Chcecie mu pomóc w sprzątaniu ze stołu, to podsuńcie szklanki bliżej niego. Chcecie mu pomóc przy zdejmowaniu szklanek z tacy na stół - to przestańcie chcieć. Zdejmowanie czegokolwiek samemu z tacy kelnera albo stawianiu czegokolwiek na omawianym przedmiocie prowadzi w 90% do katastrofy. I co gorsza to nie Wy musicie po niej sprzątać.

2. Talerze
Wydaje Wam się, że będziecie mili i zestawicie razem naczynia na stoliku? Odpuście sobie. Dajcie mu poukładać jak mu się podoba. Może wtedy uda mu się wszystko zabrać za jednym zamachem, a nie będzie chodził 3 razy tam i z powrotem, bo jakiś pomocny klient poustawiał wszystko tak, że nie da się tego odpowiednio ustawić w rękach.

3. Rachunki
Zasada tyczy się większej ilości gości w restauracji, jeżeli jesteście jedynymi, to problemu nie ma. Przykładowo: wyobraźcie sobie, że macie na sali 30 osób do obsłużenia (zebranie zamówień na napoje i dostarczenie tychże). Jesteście sami tego dnia. Macie mnóstwo roboty, biegacie jak kot z pęcherzem, obsłużyliście 15 osób, nadal 15 zostało i się niecierpliwi. Podchodzicie do stolika, zbieracie zamówienie i pytacie na czyj rachunek owo zamówienie zapisać (bo akurat są z dwóch różnych pokojów, a wspólnie zamówili wino). Śpieszy Wam się, pozostali goście czekają, a ta dwójka akurat urządza sobie dyskusje "Proszę zapisać na mój rachunek" "Nie ma mowy, proszę zapisać na pokój ten i ten" "Nie, bo... ". Kelnera naprawdę takie przepychanki nie interesują...

4. Dzieci...
Nie mam nic przeciwko dzieciom. Mają takie samo prawo do przebywania w hotelu/restauracji jak każdy. Nie mam nic przeciwko, aby się bawiły, nie muszą być uwiązane do stołu. Ale można je uczulić, że nie wbiega się kelnerowi pod nogi, zwłaszcza jak niesie tacę pełną napojów. Albo. tym bardziej, jak niesie pojemniki z gorącym jedzeniem.

A teraz wyobraźcie sobie, że wszystkie opisane problemy były kwestią jednego wieczoru. Dzieci było: sześcioro obcych (2-5 lat), pięcioro wnuków szefowej (6-14 lat) i dwoje dzieci znajomych (ok 3 lat). Slalom z ruchomymi przeszkodami i natężenie dźwięku powyżej dopuszczalnych norm. W efekcie w jakieś wolnej chwili nalewając sobie kawę... próbowałam nalać ją do kubka odwróconego do góry dnem...

5. Zwierzęta
Jeżeli hotel pozwala na trzymanie zwierząt w pokojach, nie jest to równoznaczne z pozwoleniem na trzymanie ich w łóżkach! Szlag człowieka trafia, bo sierść zostaje wszędzie, przylepie się do elektryzującej się pościeli, a następnie do czystych, białych powłoczek. A pies, najczęściej w takich sytuacjach, był czarny.

Podsumowując: jeśli chcecie być mili dla obsługi, to po prostu się uśmiechajcie. Używajcie słów "proszę" i "dziękuję". Wystarczy, naprawdę. Chociaż napiwki też są miłe ;)

sobota, 3 kwietnia 2010

Pisanki, czyli o co chodzi z tą pietruszką?

Najprostszym sposobem farbowania jajek jest ugotowanie ich w łupinach cebuli, stają się wtedy brązowe, takie jak na zdjęciach w poprzedniej notce. Odnośnie farbowania (naturalnego, bo można też kupić w sklepach farbki) na inne kolory, czytałam, że świeże buraki dają różowy, a pokrzywa zielony. Ogólnie pod ręką miałam tylko cebulę, więc nie wypróbowałam pozostałych.

Odnośnie pietruszki - pietruszka jajek nie farbuje. Natomiast odpowiednio przymocowana daje fajne wzorki, ponieważ skorupka w miejscu gdzie przywierają listki pozostaje biała. Mój patent na jej przymocowanie wymaga pozbycia się pary rajstop/pończoch czy podkolanówek. Czyli oblepiamy jajko pietruszką (z pomocą wody, łatwiej się trzyma podczas wkładania) i wkładamy do pończochy. Wiążemy supełek, odcinamy i tak z każdym jajkiem. Musimy uważać, bo podczas wkładania pietruszka lubi się przemieszczać, poza tym pończocha powinna być naciągnięta i przylegać do jajka. Tak przygotowane jajka wkładamy do garnka z wodą i łupinami cebuli. Ja wkładam do zimnej. Gotujemy ok 10-15 minut od zagotowania. Warto też przekłuć skorupkę (szerszy czubek jajka), to wtedy nie powinno pęknąć przy gotowaniu.

Wzorki malowałam używając drewnianej wykałaczki maczanej w occie, zaraz po wyjęciu jajek z wody. Dobrym patentem jest też lekkie natłuszczenie skorupek wacikiem maczanym w oleju, już na sam koniec, wtedy mają ładniejszy kolor.

Niach niach niach

Kolejne z moich dziwactw. Wstać o 6 rano, żeby bawić się w farbowanie jajek. Co nie zmienia faktu... że uwielbiam te moje porąbane pomysły :D



czwartek, 1 kwietnia 2010

Sielanka

Czas sobie płynie. Śnieg sobie pada. Gałązki stojące w wazonach w hotelu wypuściły listki. Młode zielone listki. Jedyna oznaka wiosny. O 20 nadal jest jasno. Trochę nie pasuje do bieli za oknem. Hege z Martinem urządzają sobie wycieczki do Trondheim. Znaczy pojechali wczoraj wieczorem, bo myśleli, że to już. Ale pani położna powiedziała, że jeszcze nie. I że mają wracać do domu, bo poród może być równie dobrze dzisiaj co za tydzień. Więc wrócili. Goście przychodzą sobie na kawę. Łyse owce sobie beczą. Psy sobie hasają. Po śniegu. Sielsko i anielsko. Prawie jak Boże Narodzenie...

Wyjaśniając kwestię strzyżenia owiec. Strzyżenie owiec odbywa się dwa razy do roku. Koszta zabawy przekraczają zyski. Na pytanie po co w takim razie cała heca, dowiedziałam się, że takie są przepisy, a bez tego ktoś na nich doniesie i będą płacić kary. Metoda strzyżenia polega na położeniu owiec na grzbiecie - wtedy kręgosłup tak się układa, że ułożenie wprowadza zwierzę w stan naturalnego znieczulenia. Dlatego też wyglądają jak umierające. Poza tym owce były przerażone, ale one zazwyczaj się wszystkiego boją. Poza nadjeżdżającymi samochodami. Zapewniam również, że pomimo że zdjęcia wyglądają upiornie (z punktu widzenia troski o stwory) to owce żyją i mają się dobrze. Żadna nie umarła na zawał. Żadna też nie poroniła, a cała setka jest w ciąży.

A jutro lub pojutrze zobaczę na czym polega ta cała rzekoma frajda z łowieniem ryb. Z przerębla, na zamarzniętym jeziorze, żeby nie było :) A ostatnio z Caroline wybrałyśmy się w góry. Rakiety śnieżne to fajna sprawa :) To tak w ramach rozrywek, w końcu nie można ciągle karmić owiec i jeździć z psami, co nie? :P

Strzeżenie wiedźm

Albo strzyżenie owiec jak kto woli.
Fotoreportaż znajdziecie tutaj.

Patrząc za okno doszłam do wniosku, że z okazji Świąt Wielkanocnych ulepię bałwana. I wcale nie jest to prima aprilis.