W skrócie:
- jesteśmy w Dublinie
- mieszkamy w hotelu, za który płaci firma (do 7 marca). Mamy apartament z kuchnią i łazienką. Jest tam zimno.
- szukamy mieszkania
- nasze rzeczy są w Bergen i jeszcze nie wiadomo kiedy i jak przyjadą.
- czuję się "światowcem". Mam 3 numery telefonu, każdy z innego kraju, a w portfelu mam korony norweskie, korony duńskie, polskie złotówki i euro.
- sklepy są otwarte w niedzielę
- ludzie mówią w języku, który rozumiesz
- za 1,5 tygodnia wracam do Norwegii, bo szefowa napisała, że nagle ma hotel pełen ludzi na cały marzec i żadnej obsługi.
- czas jest godzinę do tyłu w stosunku do Polski i Norwegii.
Piątek, 19.02.2010. Bergen
Pakowałam rzeczy przez dzień cały. Mieliśmy 10 kartonów, w które powinniśmy się zmieścić. Skończyłam o 19.30 pakując siódmy i stwierdzając, że czas wreszcie pójść do pubu. Było miło. Poznałam szefa Piotra. To znaczy najpierw podeszłam do stolika, przywitałam się, padło jakieś zdanie o firmie i szefach, które skwitowałam "I hate them." Po czym Piotr przedstawił mi swojego szefa, który stał obok.
Pożegnałam się z Palestyńczykiem. Znajomi Austriacy odprowadzili nas na autobus. Autobus nam uciekł, następny był jakoś po godzinie, więc zaprosili nas do siebie na herbatę, bo było zimno. Była 1.30 w nocy. Następny autobus też nam uciekł, więc w domu byliśmy o 3.40.
Sobota, 20.02.2010 Bergen
Wstaliśmy na dobre koło 12. Koło 13 i śniadaniu spakowałam kolejne 2 kartony. Został 1 i rzeczy na przynajmniej 2. Popatrzyłam na to wszystko i powiedziałam "Możemy gdzieś iść? Ja nie chcę na to wszystko patrzeć". Więc pojechaliśmy do miasta, do pubu obok Finnegans'a, ponieważ wiedzieliśmy, że akurat tam Matt pracuje w tym momencie. Wchodzimy do pubu, witamy się z Mattem... witamy się z Philem, szefem Piotra, który akurat ogląda tam mecz i pije piwo... "Jesteście spakowani?" "Nie..." Posiedzieliśmy tam z 1,5 godz. Wszyscy goście wyszli, Matt zamknął lokal i zabrał nas do domu na obiad. W tym czasie jak plotkowałam z Karen, a Piotr przeżywał atak Ronje, która w końcu przestała się go bać. A ponieważ mnie zna i kojarzy, więc już nie jestem tak atrakcyjna. W efekcie czego Piotr został przygniecony setką zabawek, które Ronje po kolei wyciągała z pudła i mu przynosiła :)
Wróciliśmy o 21 do domu. Nie, o 21 wyszliśmy od nich. Wzięliśmy jedno pudło od Matta, drugie przywiózł nam Dirceu. Chłopaki przywieźli nam swoje rzeczy, ponieważ cały bagaż do przewiezienia został w naszym mieszkaniu. Ktoś go stamtąd odbierze i przewiezie do Irlandii. Nie mamy pojęcia kto. Ale jest szansa, że Matt, ale o tym później.
Skończyliśmy pakować i sprzątać do 3.40. o 4.47 mieliśmy autobus na lotnisko. Odprawiliśmy bagaż. Kupiliśmy sobie kawę. Przyjechał Dirceu i Vytas (którzy przylecieli z nami) i Monika z Romanem, którzy ich przywieźli i przyjechali się pożegnać. Muszę mówić, że mieliśmy najwięcej energii z nich wszystkich? Dobra, można to też nazwać głupawką.
Niedziela 21.02.2010 Bergen/Oslo/Dublin
1. Nie lubię latać.
2. No dobra, nie lubię startować i lądować. Mieliśmy przesiadkę w Oslo, co oznacza podwójną dawkę lądowania i startowania.
3. W Norwegii sypało śniegiem, lotnisko było białe.
4. Pierwszy samolot był prawie pusty, wschód słońca nad chmurami i górami pozwalał zapomnieć o niewyspaniu.
5. Lotnisko w Oslo jest wielkie. Zwłaszcza jak się łazi przy transferze w kółko. Chłopaki polecieli do bezcłowego. Piotr kupił sobie whisky. Zobaczyłam cenę. Zmęczona i zirytowana poszłam między półki i włożyłam mu czekoladki do koszyka. Belgijskie trufle. Piotr stwierdził (po ang, bo chłopaki byli obok) "O, będą świetnie pasować do whisky" "Nie. Są moje. Wybrałam najdroższe jakie mogłam".
6. Czekając na drugi samolot Vytas stwierdził, że średnia wieku dla obsługi SASa to chyba koło 50tki i że szkoda, bo nie ma na co popatrzeć. Piotr natomiast stwierdził, że ten samolot raczej też nie będzie zbyt zatłoczony. I dzięki temu po chwili pojawiły się dwie wycieczki szkolne. Jedna z Irlandii wracająca do domu, a druga norweska lecąca na wakacje. Spokojnie nie było, a Vytas dostał "słodkie czternastki" do popatrzenia. Więc zasnął w samolocie.
7. Dublin. Wsiadając do taksówki poczułam się zdziwiona, że Dirceu siada za kierownicą. Spowolniona praca mojego zmęczonego mózgu sprawiła, że chwilę mi zajęło przypomnienie sobie, ze Irlandia ma ruch lewostronny. Później już było tylko gorzej.
8. Pokój w hotelu nie był gotowy, była 12. Poszliśmy więc na obiad. Poczułam się jak w mieście... Tramwaje... Sklepy otwarte w niedzielę (w Norwegii można o tym zapomnieć). Alkohol w sklepach. Ludzie na ulicach. Wręcz tłumy na ulicach. W niedzielę, podkreślam. Bergen w niedzielę jest wymarłe. Pudliszki i chrzan w Tesco. I polskie kabanosy. Skrzypce w co drugim pubie. Zrozumiałe napisy na sklepach. W ogóle dużo różnych bodźców.
9. W hotelu uświadomiliśmy sobie jedno. Że gniazdka są ciut inne, o czym nie pomyśleliśmy. Ale przynajmniej mają jedną przejściówkę w hotelu. Natomiast jak chłopaki podłączą część sprzętów w firmie, które dostali od szefa to nie mam pojęcia.
10. Spaliśmy od 17 do 7.30 rano.
11. Internet jest tylko w części jadalniano-salonowej hotelu. I mają tutaj totalnego bzika na punkcie kominków. Które są w większości atrapami.
12. Mentalność ludzi jest inna. Inna niż polska. I zdecydowanie inna niż norweska. Norwedzy są zamknięci i z dystansem. W celu szybkiego zrozumienia proponuję obejrzeć poniższą scenkę.
Irlandczycy... Przykładowo, siedzę w salonie, zrobiłam się dostępna na komunikatorach. Mój błąd. Wszyscy zaczęli się odzywać i pytać o różne rzeczy. Napisałam, że piszę notkę na bloga i zaraz będą wiedzieć. Więc zamiast tego zaczęli mnie zagadywać kelner na przemian z jednym z gości. I głównym zdaniem dookoła jest "How are you?"
Na razie tyle. Idę do pokoju ukryć worki pod oczami i lecę na miasto. Następna relacja wkrótce.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bergen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bergen. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 22 lutego 2010
sobota, 20 lutego 2010
Przemyślenia
Wczoraj, siedząc w pubie i żegnając się ze znajomymi (którzy już kombinują jak dostać się do Dublina), doszłam do wniosku, że mamy jakąś taką zdolność do przyciągania ludzi. I co najlepsze, przyciągania bardzo sympatycznych ludzi. Patrząc na nich wszystkich pomyślałam, że chyba faktycznie otworzenie gospodarstwa agroturystycznego vel schroniska jest całkiem niezłym pomysłem. Wróciwszy do domu przeczytałam maila, którego dostałam od przyjaciółki Tenel. Ubawiłam się nieźle dochodząc do wniosku, że to może być początek ciekawej znajomości, skoro jeszcze dziewczyny na oczy nie widziałam, a już ją lubię. Przeczytałam maila mężowi. Popatrzył na mnie z przerażeniem "Jezu. Jeszcze nie pojechaliśmy do Dublina, a już mamy tam znajomych?".
Siniak robi się coraz bardziej kolorowy.
Rozcięta łapa boli.
Dla poprawienia sobie nastroju poparzyłam sobie palec wskazujący wyjmując pieczywo z piekarnika (250st).
Ptaszki śpiewają za oknem. Woda kapie z kranu w łazience. Bałagan nie maleje.
Siniak robi się coraz bardziej kolorowy.
Rozcięta łapa boli.
Dla poprawienia sobie nastroju poparzyłam sobie palec wskazujący wyjmując pieczywo z piekarnika (250st).
Ptaszki śpiewają za oknem. Woda kapie z kranu w łazience. Bałagan nie maleje.
piątek, 19 lutego 2010
Sprawozdanie
Dostałam kartony. Pakowanie w trakcie.
Poślizgnęłam się na lodzie. Siniak wielkości pięści pojawia się na nodze.
Pocięłam sobie łapę kartonem.
Podgrzałam obiad, żeby go zjeść, żeby móc umyć garnek, żeby go spakować. Aby umilić sobie życie garnek przypaliłam.
Nie wiem gdzie mój mąż chce spakować miecz.
Nie wiem gdzie wyrzucić całą stertę słoików.
Słońce świeci, ptaszki śpiewają. Wieczorem Finnegan's.
Przepis wrzucę jak zakończę sajgon.
Poślizgnęłam się na lodzie. Siniak wielkości pięści pojawia się na nodze.
Pocięłam sobie łapę kartonem.
Podgrzałam obiad, żeby go zjeść, żeby móc umyć garnek, żeby go spakować. Aby umilić sobie życie garnek przypaliłam.
Nie wiem gdzie mój mąż chce spakować miecz.
Nie wiem gdzie wyrzucić całą stertę słoików.
Słońce świeci, ptaszki śpiewają. Wieczorem Finnegan's.
Przepis wrzucę jak zakończę sajgon.
środa, 17 lutego 2010
Zaczyna się robić nerwowo...
Jest ciekawiej niż się spodziewałam... Znaczy... miałam wrażenie, że w kontener nie uwierzę, póki go nie zobaczę. Ale że nagle szefostwo Piotra wpadnie na pomysł, że sami mamy sobie znaleźć firmę transportową (np. spakować wieżę, garnki, szkło, 2 rowery i 2 pary nart w pudła i nadać DHLem) i przedstawić im rachunek, bo oni koszty pokrywają... i że wpadnie na to w środę wieczorem przysyłając maila, a skoro wylatujemy w niedzielę, a w sobotę mało kto pracuje, to mamy na to 2 dni robocze, podczas których Piotr pracuje... o tym nie pomyślałam... poziom abstrakcji rozwiązania mnie poraził. Piotr jest w nastroju "bez kija nie podchodź", a Matt tylko stwierdził: "Oni chyba żartują...".
W pomyśle całym, o dziwo, najbardziej wkurza mnie idea zdobywania kartonów. Bo przywiozłam sobie takowe, jak jeszcze miałam samochód, sprytna byłam. Do kontenera się nadają. Na zapakowanie i wysyłkę absolutnie nie. No i jeszcze nie zaczęłam nic pakować, bo przecież pakowanie to chwila, kartony mam, po co się śpieszyć.
... Przynajmniej spędziłam miłe popołudnie z Karen i Ronje.
A oto bagietki, podejście II:

Mari - chciałaś przepis na nie, czy na chleb na zakwasie?
W pomyśle całym, o dziwo, najbardziej wkurza mnie idea zdobywania kartonów. Bo przywiozłam sobie takowe, jak jeszcze miałam samochód, sprytna byłam. Do kontenera się nadają. Na zapakowanie i wysyłkę absolutnie nie. No i jeszcze nie zaczęłam nic pakować, bo przecież pakowanie to chwila, kartony mam, po co się śpieszyć.
... Przynajmniej spędziłam miłe popołudnie z Karen i Ronje.
A oto bagietki, podejście II:

Mari - chciałaś przepis na nie, czy na chleb na zakwasie?
poniedziałek, 15 lutego 2010
Zdjęcia
Porządki w zdjęciach, czyli ucieczka przed pakowaniem.
Oto zaległe Gwiazdka i Sylwester.
Doszorowałam dzisiaj kuchenkę. Nie to, żebym nie robiła tego na bieżąco. Kuchenka jest elektryczna, ale starego typu: z żeliwnymi (czy tam jakimiś) palnikami. W efekcie wolno stygnie, więc jeżeli coś Ci bulgocze i kipi to skręcenie grzałki nie pomoże. A przy gwałtownym przenoszeniu gotujących się rzeczy łatwo o rozlanie. Tym sposobem kuchenka przypala się nadzwyczaj łatwo. Niemniej jednak wydaje mi się, że teraz jest nawet czystsza niż jak się wprowadzaliśmy.
Oto zaległe Gwiazdka i Sylwester.
Doszorowałam dzisiaj kuchenkę. Nie to, żebym nie robiła tego na bieżąco. Kuchenka jest elektryczna, ale starego typu: z żeliwnymi (czy tam jakimiś) palnikami. W efekcie wolno stygnie, więc jeżeli coś Ci bulgocze i kipi to skręcenie grzałki nie pomoże. A przy gwałtownym przenoszeniu gotujących się rzeczy łatwo o rozlanie. Tym sposobem kuchenka przypala się nadzwyczaj łatwo. Niemniej jednak wydaje mi się, że teraz jest nawet czystsza niż jak się wprowadzaliśmy.
czwartek, 28 stycznia 2010
Stairway to hell...
czyli parę słów prawdy ;)
"Dungeons and Dragons is one of Satan's sneakiest tactics, leading a long parade of unsuspecting souls down the stairway to hell."
"How did the demons get in him? Through the D & D. That's the ultimate (but well hidden) purpose of the "game." When a player begins worshipping a new deity (Satan) and asking help of characters in the game (demons), they are doing exactly what out-and-out Satan worshipers do, they just don't realize it."
"Literally millions of young people are unknowingly participating in genuine occult practices and opening the doors for demons to enter their bodies through this seemingly innocent game."
Ciekawskich odsyłam tutaj i tutaj.
Bawcie się dobrze :)
W Bergen pogoda wybitnie sztormowa. Plucha, pochmurno, pada deszcz, śnieg topnieje, wilgotno i wieje. Wieczorem wyszłam z domu na chwilę. Zapomniałam zabrać raków...
Właściwie to nie rozumiem narzekań nadsyłanych z Polski, że jest zimno. Generalnie jak było -15 st, to było mi cieplej niż jest teraz jak jest 0 st. Wtedy nie wiało, świeciło piękne słońce i człowiek aż chciał żyć. A wiedząc, że jest mróz ubierał się odpowiednio mając w dupie całą modę czy inne wymysły. A teraz mrozu nie ma, więc olałam takie pierdoły jak getry pod spodniami, więc nic dziwnego, że zmarzłam. Zwłaszcza, że jakimś sztormem z nad morza zawiewa, a w końcu morze tutaj jest wszędzie dookoła. Najbliższe jest pół km od nas, na południowy zachód, mimo że główny port jest 7 km na północny zachód.
Ale z drugiej strony... mam ciepłe mieszkanko w piwnicy, gdzie utrzymanie temperatury 25st nie jest problemem. A zima tylko wtedy jest przyjemna jak człowiek nie marznie w domu lub w pracy.
EDIT, godz. 2.30
Środek nocy. Mąż śpi. Cisza. Uchylone okno. Siedzicie przodem do niego pisząc na komputerze. Nagle kątem oka widzicie jakiś ruch za oknem. W ułamku sekundy w oknie pojawia się głowa kota (białego, w końcu to odpowiedni zimowy kamuflaż), kot mówi ciche "Miiauuu" po czym znika. Wtapiając się w ścieżkę zasypaną świeżym śniegiem.
"Dungeons and Dragons is one of Satan's sneakiest tactics, leading a long parade of unsuspecting souls down the stairway to hell."
"How did the demons get in him? Through the D & D. That's the ultimate (but well hidden) purpose of the "game." When a player begins worshipping a new deity (Satan) and asking help of characters in the game (demons), they are doing exactly what out-and-out Satan worshipers do, they just don't realize it."
"Literally millions of young people are unknowingly participating in genuine occult practices and opening the doors for demons to enter their bodies through this seemingly innocent game."
Ciekawskich odsyłam tutaj i tutaj.
Bawcie się dobrze :)
W Bergen pogoda wybitnie sztormowa. Plucha, pochmurno, pada deszcz, śnieg topnieje, wilgotno i wieje. Wieczorem wyszłam z domu na chwilę. Zapomniałam zabrać raków...
Właściwie to nie rozumiem narzekań nadsyłanych z Polski, że jest zimno. Generalnie jak było -15 st, to było mi cieplej niż jest teraz jak jest 0 st. Wtedy nie wiało, świeciło piękne słońce i człowiek aż chciał żyć. A wiedząc, że jest mróz ubierał się odpowiednio mając w dupie całą modę czy inne wymysły. A teraz mrozu nie ma, więc olałam takie pierdoły jak getry pod spodniami, więc nic dziwnego, że zmarzłam. Zwłaszcza, że jakimś sztormem z nad morza zawiewa, a w końcu morze tutaj jest wszędzie dookoła. Najbliższe jest pół km od nas, na południowy zachód, mimo że główny port jest 7 km na północny zachód.
Ale z drugiej strony... mam ciepłe mieszkanko w piwnicy, gdzie utrzymanie temperatury 25st nie jest problemem. A zima tylko wtedy jest przyjemna jak człowiek nie marznie w domu lub w pracy.
EDIT, godz. 2.30
Środek nocy. Mąż śpi. Cisza. Uchylone okno. Siedzicie przodem do niego pisząc na komputerze. Nagle kątem oka widzicie jakiś ruch za oknem. W ułamku sekundy w oknie pojawia się głowa kota (białego, w końcu to odpowiedni zimowy kamuflaż), kot mówi ciche "Miiauuu" po czym znika. Wtapiając się w ścieżkę zasypaną świeżym śniegiem.
piątek, 22 stycznia 2010
Le Mhrrau....
godz. 8.40. Zaczęłam dostrzegać świat za oknem. Nie dlatego, że dopiero otworzyłam oczy, o nie nie, moje patrzałki męczą się już od 7.15 (w związku z wizytą hydraulików u właścicieli i u nas, którzy mieli być o 7.30 a przyszli oczywiście o 8.15). Chodzi o to, że dopiero teraz świat zaczyna się wynurzać z odmętów ciemności. Powoli, powoli.
Wiecie, że 5 osób może wypić prawie kilogram kawy w ciągu tygodnia? Dzisiaj skończyłam mój zapas Astry, a że przyrządzam ją teraz z innymi przyprawami i jest przepyszna, to mam ochotę na jeszcze. A tu nie ma...
Ptaki za oknem ćwierkają, jakby wiosna szła. Ale z drugiej strony w grudniu jak było -13 st ćwierkały tak samo, więc może te norweskie tak mają.
A w ogóle to zaczynam odczuwać zapotrzebowanie na... magla. Nie jestem pewna czy ta profesja jeszcze w ogóle istnieje. Ale raz w życiu próbowała wyprasować prześcieradło na desce do prasowania. Tak, miała schizę na gładkie prześcieradło, czasami miewam takie przebłyski samobójcze. Mniej więcej raz na pół roku rzucam się wyprasować Piotrowi koszulki po praniu, ale mniej więcej po 10 minutach przypominam sobie jak bardzo ja nienawidzę tej pracy domowej. Anyway - deska do prasowania zupełnie nie nadaje się dla prześcieradeł. Tym bardziej, że teraz posiadamy również takie o wymiarach 2,20 na 2,40...
Jeden wielki zieeeeeeew.
Wiecie, że 5 osób może wypić prawie kilogram kawy w ciągu tygodnia? Dzisiaj skończyłam mój zapas Astry, a że przyrządzam ją teraz z innymi przyprawami i jest przepyszna, to mam ochotę na jeszcze. A tu nie ma...
Ptaki za oknem ćwierkają, jakby wiosna szła. Ale z drugiej strony w grudniu jak było -13 st ćwierkały tak samo, więc może te norweskie tak mają.
A w ogóle to zaczynam odczuwać zapotrzebowanie na... magla. Nie jestem pewna czy ta profesja jeszcze w ogóle istnieje. Ale raz w życiu próbowała wyprasować prześcieradło na desce do prasowania. Tak, miała schizę na gładkie prześcieradło, czasami miewam takie przebłyski samobójcze. Mniej więcej raz na pół roku rzucam się wyprasować Piotrowi koszulki po praniu, ale mniej więcej po 10 minutach przypominam sobie jak bardzo ja nienawidzę tej pracy domowej. Anyway - deska do prasowania zupełnie nie nadaje się dla prześcieradeł. Tym bardziej, że teraz posiadamy również takie o wymiarach 2,20 na 2,40...
Jeden wielki zieeeeeeew.
wtorek, 19 stycznia 2010
Drobne frustracje.
Ustalmy fakty.
Po pierwsze: powinnam wyjść z domu dawno temu. Ot, nowość.
Po drugie: idziemy do kina na 18.30. Miałam połazić po sklepach zanim mąż mój skończy pracę, a czyni to teoretycznie o 17.
Po trzecie: wyjście do kina oraz znaczne ocieplenie spowodowało, że wymyśliłam sobie, że jest okazja, żeby ubrać się wreszcie inaczej niż tylko przeciwdeszczowo i przeciwwietrznie od stóp do głów. Prognoza pogody od kilku dni głosiła, że we wtorek ma być słonecznie. Ucieszyłam się, zasnęłam z planami krótkiej pseudowojskowej spódniczki i glanów, bo nie chciało mi się w kozakach na obcasie latać po sklepach.
.... No więc.... wstałam. Spojrzałam za okno. Zrobiłam sobie kawę, aby chwilowo zająć się czymś innym. I tak siedzę sobie od dłuższego czasu patrząc to na monitor z prognozą pogody, to za okno. Bo na yr.no twierdzi, że aktualnie w Bergen jest bezchmurne niebo i słońce. Okno natomiast twierdzi, że są wyjątkowo niskie chmury, mgła i pada deszcz. Oczywiście nadal jest biało, bo taka ilość śniegu tak łatwo nie stopnieje. Nawet makijaż się boję zrobić przy takiej wilgoci w powietrzu...
Co ciekawe, jutro podobno też ma być słońce...
Po pierwsze: powinnam wyjść z domu dawno temu. Ot, nowość.
Po drugie: idziemy do kina na 18.30. Miałam połazić po sklepach zanim mąż mój skończy pracę, a czyni to teoretycznie o 17.
Po trzecie: wyjście do kina oraz znaczne ocieplenie spowodowało, że wymyśliłam sobie, że jest okazja, żeby ubrać się wreszcie inaczej niż tylko przeciwdeszczowo i przeciwwietrznie od stóp do głów. Prognoza pogody od kilku dni głosiła, że we wtorek ma być słonecznie. Ucieszyłam się, zasnęłam z planami krótkiej pseudowojskowej spódniczki i glanów, bo nie chciało mi się w kozakach na obcasie latać po sklepach.
.... No więc.... wstałam. Spojrzałam za okno. Zrobiłam sobie kawę, aby chwilowo zająć się czymś innym. I tak siedzę sobie od dłuższego czasu patrząc to na monitor z prognozą pogody, to za okno. Bo na yr.no twierdzi, że aktualnie w Bergen jest bezchmurne niebo i słońce. Okno natomiast twierdzi, że są wyjątkowo niskie chmury, mgła i pada deszcz. Oczywiście nadal jest biało, bo taka ilość śniegu tak łatwo nie stopnieje. Nawet makijaż się boję zrobić przy takiej wilgoci w powietrzu...
Co ciekawe, jutro podobno też ma być słońce...
piątek, 15 stycznia 2010
Zdjęcia, smog i zakazy.
Październikowa wycieczka na południe Norwegii, do Haugesund do Jara, wreszcie opublikowana.
Grudniowa wycieczka po górach po okolicach Bergen również. Wtedy po raz pierwszy będąc w górach widziałam jak słońce zachodzi za taflę morza ;)
W Bergen trwa stan ostrzeżenia przed smogiem, ponieważ w związku z utrzymującą się od dłuższego czasu inwersją temperatur, (podobno) nad miastem zalega powietrze pełne szkodliwych substancji. Podobno, ponieważ nie jest to jakoś specjalnie odczuwalne. Znaczy świeci słońce, ptaszki śpiewają, a spacer nie powoduje nagłego ataku kaszlu. Faktem jest, że widać, jak po najniższych partiach doliny (a my jesteśmy trochę wyżej) snuje się mgła, no i zdecydowanie nie nazwałabym tego przejrzystym powietrzem... Ale żebyśmy od razu byli w tej chwili najbardziej skażonym miastem Europy??? (Przynajmniej mgła jest całkiem fotogeniczna ;))
W każdym razie w związku z panującym zagrożeniem władze miasta podjęły odpowiednie działania mające na celu ograniczenie ruchu samochodowego w mieście (bo z domami opalanymi drewnem to raczej niewiele są w stanie zrobić). Mianowicie: wszystkie prywatne miejsca parkingowe w centrum zostają tymczasowo zlikwidowane, na parkingach (zazwyczaj podziemnych) będzie dostępna tylko połowa miejsc, a ponadto ... w dni parzyste miesiąca do centrum mogą wjeżdżać samochody o numerze rejestracyjnym kończącym się cyfrą parzystą, a w dni nieparzyste - nieparzystą. Aby było śmieszniej... numer naszego samochodu kończy się... lirerą "K" :) Ale i tak nie jeździmy nim zbyt często do centrum, bo trzeba przejechać przez bramki - w końcu wjazd do centrum jest płatny. Ponadto trzeba też płacić za parking, bo wszędzie jest strefa. Autobus wychodzi taniej, zwłaszcza że z miejsca gdzie mieszkamy mamy całkiem sporo linii.
Aby chwilowo choć trochę się oderwać od wielkich śniegów ;)

Grudniowa wycieczka po górach po okolicach Bergen również. Wtedy po raz pierwszy będąc w górach widziałam jak słońce zachodzi za taflę morza ;)
W Bergen trwa stan ostrzeżenia przed smogiem, ponieważ w związku z utrzymującą się od dłuższego czasu inwersją temperatur, (podobno) nad miastem zalega powietrze pełne szkodliwych substancji. Podobno, ponieważ nie jest to jakoś specjalnie odczuwalne. Znaczy świeci słońce, ptaszki śpiewają, a spacer nie powoduje nagłego ataku kaszlu. Faktem jest, że widać, jak po najniższych partiach doliny (a my jesteśmy trochę wyżej) snuje się mgła, no i zdecydowanie nie nazwałabym tego przejrzystym powietrzem... Ale żebyśmy od razu byli w tej chwili najbardziej skażonym miastem Europy??? (Przynajmniej mgła jest całkiem fotogeniczna ;))
W każdym razie w związku z panującym zagrożeniem władze miasta podjęły odpowiednie działania mające na celu ograniczenie ruchu samochodowego w mieście (bo z domami opalanymi drewnem to raczej niewiele są w stanie zrobić). Mianowicie: wszystkie prywatne miejsca parkingowe w centrum zostają tymczasowo zlikwidowane, na parkingach (zazwyczaj podziemnych) będzie dostępna tylko połowa miejsc, a ponadto ... w dni parzyste miesiąca do centrum mogą wjeżdżać samochody o numerze rejestracyjnym kończącym się cyfrą parzystą, a w dni nieparzyste - nieparzystą. Aby było śmieszniej... numer naszego samochodu kończy się... lirerą "K" :) Ale i tak nie jeździmy nim zbyt często do centrum, bo trzeba przejechać przez bramki - w końcu wjazd do centrum jest płatny. Ponadto trzeba też płacić za parking, bo wszędzie jest strefa. Autobus wychodzi taniej, zwłaszcza że z miejsca gdzie mieszkamy mamy całkiem sporo linii.
Aby chwilowo choć trochę się oderwać od wielkich śniegów ;)

środa, 13 stycznia 2010
Matt vs. Baterie
Dla wszystkich narzekających na śnieg zalegający na chodnikach w Polsce. Śnieg w Bergen spadł 19 grudnia i leży do tej pory. Śnieg z chodników zniknął po Nowym Roku. Znam 4 osoby, które osobiście zaciągnęłam na pieszą wycieczkę do sklepu, mogące zaświadczyć, jak fatalnie się chodziło.
Zniknął, znaczy został zepchnięty pługiem/łopatą i koparką ładowany na wywrotki, które z kolei wywiozły go w siną dal. Z chodników, znaczy z części teoretycznie uważanej za główne chodniki. To znaczy, że na przystanek już da się przejść normalnie, do sklepu Safari jest dalej trudno, a mniejsze uliczki w centrum Bergen pokrywa warstwa ubitego śniegu pokrytego na powierzchni warstwą lodu.
Inna sprawa, że Norwedzy tej chwili chodzą głównie w porządnych burach z goretexem i antypoślizgową podeszwą. Samobójców na obcasach nie widziałam, co oczywiście nie jest dowodem, że nie istnieją.
Dla kontrastu dodam również, że dzisiaj Karen, żona Matta, uświadomiła mi, że niektóre chodniki w centrum są.... podgrzewane. Jako niedowiarek oczywiście musiałam dotknąć. SĄ. Owszem, zastanowiło mnie dlaczego niektóre chodniki są suche, bez śniegu, błota czy lodu. Ale ogrzewanie nie przyszło mi do głowy jako rozwiązanie zagadki.
Oczywiście ma to swoje dobre strony. Np. kiedy mała Ronja (dwuletnia córka wcześniej wspomnianych) postanowiła okazać swoje niezadowolenie spowodowane byciem wyniesioną pod pachą z księgarni poprzez tarzanie się po chodniku.
W zeszłą niedzielę poszliśmy z Mattem w góry. Wykazałam się szczytem inteligencji zabierając ze sobą aparat i obiektywy, ale zapominając o takim drobiazgu jak karta pamięci. Jak tylko zaczęłam się na górze nad sobą użalać, Matt wyciągnął swój aparat ze słowami "O, jaki ładny widok, chyba zrobię zdjęcie". Jak wiadomo, (czasami) jest sprawiedliwość na tym świecie, więc długo tych zdjęć nie porobił, ponieważ rozładowały mu się baterie. Ale miał zapasowe, więc oczywiście natychmiast je wymienił. Okazało się jednak, że aparat nie działa. Zrzuciwszy na zimno, stare baterie czy inne chochliki schował aparat do plecaka i nie denerwował mnie więcej.
A lato było piękne tego roku... Znaczy się zima. Widoki również :)
Anyway, jak już zeszliśmy z gór, tudzież miejscami zjechaliśmy na naszych tyłkach przy pomocy plastikowych jabłuszek, usiedliśmy na przystanku i czekaliśmy na autobus, Matt wyciągnął aparat. Otworzył pojemnik na baterie. Popatrzył. Przełożył baterie tak, żeby jednak były plusem do plusa i minusem do minusa. Uruchomił aparat. Wyobrażacie sobie moją satysfakcję malującą się na twarzy?
Oczywiście, jak już dojechaliśmy do ich mieszkania posiedzieć jeszcze z całą trójką, była to jedna z pierwszych historii dnia opowiedzianych jego żonie :)
Zniknął, znaczy został zepchnięty pługiem/łopatą i koparką ładowany na wywrotki, które z kolei wywiozły go w siną dal. Z chodników, znaczy z części teoretycznie uważanej za główne chodniki. To znaczy, że na przystanek już da się przejść normalnie, do sklepu Safari jest dalej trudno, a mniejsze uliczki w centrum Bergen pokrywa warstwa ubitego śniegu pokrytego na powierzchni warstwą lodu.
Inna sprawa, że Norwedzy tej chwili chodzą głównie w porządnych burach z goretexem i antypoślizgową podeszwą. Samobójców na obcasach nie widziałam, co oczywiście nie jest dowodem, że nie istnieją.
Dla kontrastu dodam również, że dzisiaj Karen, żona Matta, uświadomiła mi, że niektóre chodniki w centrum są.... podgrzewane. Jako niedowiarek oczywiście musiałam dotknąć. SĄ. Owszem, zastanowiło mnie dlaczego niektóre chodniki są suche, bez śniegu, błota czy lodu. Ale ogrzewanie nie przyszło mi do głowy jako rozwiązanie zagadki.
Oczywiście ma to swoje dobre strony. Np. kiedy mała Ronja (dwuletnia córka wcześniej wspomnianych) postanowiła okazać swoje niezadowolenie spowodowane byciem wyniesioną pod pachą z księgarni poprzez tarzanie się po chodniku.
W zeszłą niedzielę poszliśmy z Mattem w góry. Wykazałam się szczytem inteligencji zabierając ze sobą aparat i obiektywy, ale zapominając o takim drobiazgu jak karta pamięci. Jak tylko zaczęłam się na górze nad sobą użalać, Matt wyciągnął swój aparat ze słowami "O, jaki ładny widok, chyba zrobię zdjęcie". Jak wiadomo, (czasami) jest sprawiedliwość na tym świecie, więc długo tych zdjęć nie porobił, ponieważ rozładowały mu się baterie. Ale miał zapasowe, więc oczywiście natychmiast je wymienił. Okazało się jednak, że aparat nie działa. Zrzuciwszy na zimno, stare baterie czy inne chochliki schował aparat do plecaka i nie denerwował mnie więcej.
A lato było piękne tego roku... Znaczy się zima. Widoki również :)
Anyway, jak już zeszliśmy z gór, tudzież miejscami zjechaliśmy na naszych tyłkach przy pomocy plastikowych jabłuszek, usiedliśmy na przystanku i czekaliśmy na autobus, Matt wyciągnął aparat. Otworzył pojemnik na baterie. Popatrzył. Przełożył baterie tak, żeby jednak były plusem do plusa i minusem do minusa. Uruchomił aparat. Wyobrażacie sobie moją satysfakcję malującą się na twarzy?
Oczywiście, jak już dojechaliśmy do ich mieszkania posiedzieć jeszcze z całą trójką, była to jedna z pierwszych historii dnia opowiedzianych jego żonie :)
środa, 30 grudnia 2009
Poświątecznie i przedsylwestrowo
Święta w towarzystwie państwa Narolskich upłynęły w bardzo wesołej atmosferze i pozostawiły za sobą akumulatory naładowane pozytywną energią. Naładowane przepysznym jedzeniem żołądki również, ale to taki detal ;)
Wczoraj z kolei przyjechali przyjaciele z Poznania. No, niech będzie, Kartuzy i Zielona Góra w sumie też się zaliczają do definicji ;) Zaraz po wejściu do domu przez kilka minut wyładowywali pakunki w postaci przesyłek od Rudej, teścia, babci, jak również zapasy żywieniowe przekazane od własnych rodziców. Lub też po prostu zachachmęcone z lodówek :) Poczułam się jakby była powtórka świąt :) A dzisiaj jeszcze przyszła paczka od mamy :)
Bardzo przyjemnie jest mieć gości :) Są nawet pewne szanse, że nie zagadam ich na śmierć :*
A poza tym leży dużo śniegu i przyszły mrozy. Jest bajkowo :)
Wczoraj z kolei przyjechali przyjaciele z Poznania. No, niech będzie, Kartuzy i Zielona Góra w sumie też się zaliczają do definicji ;) Zaraz po wejściu do domu przez kilka minut wyładowywali pakunki w postaci przesyłek od Rudej, teścia, babci, jak również zapasy żywieniowe przekazane od własnych rodziców. Lub też po prostu zachachmęcone z lodówek :) Poczułam się jakby była powtórka świąt :) A dzisiaj jeszcze przyszła paczka od mamy :)
Bardzo przyjemnie jest mieć gości :) Są nawet pewne szanse, że nie zagadam ich na śmierć :*
A poza tym leży dużo śniegu i przyszły mrozy. Jest bajkowo :)
czwartek, 24 grudnia 2009
Święta Święta Święta :)
Choinka ubrana.
Piernik upieczony. Pierwszy w życiu nota bene.
Domek skończony. Chociaż mąż już miecz na niego wypolerował ;)
Dzisiaj w Trójce pół dnia gadali, jak to kobiety się zamęczają, żeby zrobić tradycyjnie 12 potraw i jeszcze to sprzątanie, a mężczyźni uciekają byle dalej, żeby tylko nie zostać wciągnięci w wir świątecznych przygotowań. A ja... czuję się ciut odsunięcia od prób gotowania. Mogę oczywiście zrobić makiełki. Tzn. jak tylko opracuję metodę zmielenia maku bez maszynki do mięsa, makutry, moździerza i blendera. Mogę oczywiście coś upiec. Ale od grzybowej, kapusty z grzybami, kapusty z grochem, PIEROGÓW (to ja zawsze lepiłam pierogi!!!) czy nawet makaronu mam się trzymać z daleka, ponieważ mój mąż szaleje w kuchni, dodaje przyprawy, robi bałagan, kosztuje, poprawia, kosztuje, chodzi i wącha zapachy itd itd.... Piekarnik mamy w schowku. Kuchenkę mamy w salonie z aneksem kuchennym. Poczułam się oszukana kiedy zapach zwykłej, gotującej się włoszczyzny zdominował zapach mojego pieczącego się piernika... Ale przynajmniej choinka dominuje przestrzeń :D
Anyway. Dostałam już swój gwiazdkowy prezent. Mam wrażenie, że Krystian nieźle się bawił, bo okazało się, że wczoraj ja radziłam się go w sprawie prezentu dla Piotra, a dzisiaj Piotr wypytywał go w kwestii prezentu dla mnie... :)
W każdym razie prezent mi się baaardzo podoba :)
A oto chatka z piernika (przód):

... i tył:

A oto efekty zabawy z choinką oraz nową zabawką ;)


A przy okazji dziękuję za rady odnośnie fotografowania ćwierkadeł :) Poddawać się nie zamierzam, zwłaszcza że daleko do nich nie mam. Mogłabym tylko przestać strzelać zdjęcia zza szyby, siedząc sobie w cieplutkim mieszkanku zamiast koczować na śniegu ;P
Wesołych Świąt wszystkim :*
Piernik upieczony. Pierwszy w życiu nota bene.
Domek skończony. Chociaż mąż już miecz na niego wypolerował ;)
Dzisiaj w Trójce pół dnia gadali, jak to kobiety się zamęczają, żeby zrobić tradycyjnie 12 potraw i jeszcze to sprzątanie, a mężczyźni uciekają byle dalej, żeby tylko nie zostać wciągnięci w wir świątecznych przygotowań. A ja... czuję się ciut odsunięcia od prób gotowania. Mogę oczywiście zrobić makiełki. Tzn. jak tylko opracuję metodę zmielenia maku bez maszynki do mięsa, makutry, moździerza i blendera. Mogę oczywiście coś upiec. Ale od grzybowej, kapusty z grzybami, kapusty z grochem, PIEROGÓW (to ja zawsze lepiłam pierogi!!!) czy nawet makaronu mam się trzymać z daleka, ponieważ mój mąż szaleje w kuchni, dodaje przyprawy, robi bałagan, kosztuje, poprawia, kosztuje, chodzi i wącha zapachy itd itd.... Piekarnik mamy w schowku. Kuchenkę mamy w salonie z aneksem kuchennym. Poczułam się oszukana kiedy zapach zwykłej, gotującej się włoszczyzny zdominował zapach mojego pieczącego się piernika... Ale przynajmniej choinka dominuje przestrzeń :D
Anyway. Dostałam już swój gwiazdkowy prezent. Mam wrażenie, że Krystian nieźle się bawił, bo okazało się, że wczoraj ja radziłam się go w sprawie prezentu dla Piotra, a dzisiaj Piotr wypytywał go w kwestii prezentu dla mnie... :)
W każdym razie prezent mi się baaardzo podoba :)
A oto chatka z piernika (przód):

... i tył:

A oto efekty zabawy z choinką oraz nową zabawką ;)


A przy okazji dziękuję za rady odnośnie fotografowania ćwierkadeł :) Poddawać się nie zamierzam, zwłaszcza że daleko do nich nie mam. Mogłabym tylko przestać strzelać zdjęcia zza szyby, siedząc sobie w cieplutkim mieszkanku zamiast koczować na śniegu ;P
Wesołych Świąt wszystkim :*
niedziela, 20 grudnia 2009
"Krótka" relacja z weekendu...
Piątek, popołudnie. Wracam z zakupów, zostawiam samochód na parkingu przed domem. Spotykam właściciela, który niesie karton brzęczący butelkami. W końcu wyjeżdżają i na święta i na Sylwestra, więc zapas alkoholu musi być ;)
Właściciel uśmiecha się do mnie, informuje, że właśnie jadą. Już prawie odchodzę, kiedy przypomina sobie: "A właśnie. Podobno ma dużo w śniegu w nocy spaść" "Tak, słyszałam, że ma padać śnieg. A ile to jest dużo?" "No słyszałem, że jakieś pół metra." Wykrztusiłam z siebie jedynie "Acha". "Zostawię Wam coś do odśnieżania na wierzchu".
Wróciłam do mieszkania. Usiadłam przed kompem przy stole. Popatrzyłam na okno. Okna są jakiś metr na metr. Patrząc z zewnątrz zaczynają się zaraz nad powierzchnią gruntu. Pół metra śniegu.... No, to tak do połowy okien, pomyślałam.
Piątek, wieczór. Piotr wrócił z pracy. "Spotkałam właściciela" mówię na powitanie i relacjonuję naszą rozmowę. Opracowaliśmy bezpieczną trasę na sobotnią wycieczkę w góry z Vytasem uwzględniając możliwy śnieg. Kładąc się spać koło północy wyjrzeliśmy na zewnątrz. Faktycznie, coś białego zaczęło prószyć z nieba. Zielona trawka w ogrodzie pokryła się paromilimetrowym białym puchem. Jednak nadal była zielona. Wątpiąc w jakiegokolwiek pół metra śniegu zasnęłam smacznie.
Sobota, 9 rano. Jak zwykle zaspaliśmy. Widoczność za oknem ograniczona do jakiś 20 m. Mgła, pada śnieg. Dzwoni Vytas z pytaniem "Idziemy na ten spacer?" "Pewnie, trasa nie jest długa, w sam raz na dzisiaj, szlak głównie szerokim spacerniakiem przez góry, zgubić się nie bardzo jest jak. Idziemy. Będziemy u Ciebie za pół godziny".
Sobota, 9.30. Udało nam się wyjść z mieszkania. (Drzwi na poziomie gruntu i otwierają się na zewnątrz). Stanęliśmy przed parkingiem zastanawiając się, która góra śniegu jest naszym samochodem. Po długiej chwili udało nam się go odkopać. Błogosławiąc napęd na 4 koła wyjeżdżamy powoli z gąszczy naszych uliczek na główniejszą drogę. Jest biała i wyślizgana. Na rondzie nami rzuca. Ludzie chodnikami brną po łydki w śniegu. W połowie drogi widzimy jakiś pług.
Sobota, jakaś 10.15. Wjeżdżamy na główną, przelotową, kilkupasmową drogę przez Bergen. Główniejszej nie ma. "No, ale byłem pewien, że TUTAJ będę widział asfalt" stwierdził Piotr zastanawiając się czy już zrezygnować z napędu na 4 koła na rzecz napędu tylko na tylną oś, czy może jeszcze nie.
Sobota 11.00 Wjechaliśmy kolejką na Floyen. Przejaśniło się trochę. Z góry widać zasypane miasto, port z ilością statków większą niż zazwyczaj oraz nadciągającą z nad morza zawieję. Ruszamy. Pierwsza część szlaku idzie drogą pod górę. Śnieg powyżej kostek, miejscami mniej lub więcej w zależności od osłony przed wiatrem. Wielkie świerki oblepione śniegiem, ptaki próbujące znaleźć pożywienie, mało ludzi dookoła. Na naszej trasie ślady jednej osoby. Szczyty toną we mgle, widać białe lasy w dolinach. Mija nas dwójka młodych chłopców ubranych jak harcerze i niosących razem wielki garnek z drewnem. Droga się kończy, zaczyna się szeroka, ale kamienista ścieżka. Ten odcinek pamiętamy z zeszłego tygodnia. Wtedy nie było śniegu. Było za to mnóstwo oblodzonych kamieni. Szybko nam o sobie przypomniały.
Sobota, połowa drogi. Jesteśmy na otwartej przestrzeni, wieje mocny wiatr, który zawiewa śniegiem, zarówno tym, który właśnie spada jak i tym, który już spadł. Między skałą a zaspą śniegu sięgającą mi do ud Piotr znajduje szczelinę akurat, żeby przykucnąć w trójkę i wypić herbatę. Akceptowalna osłona od wiatru. Innej i tak nie było.
Sobota, po herbacie. Vytas idzie przodem. Wieje przeraźliwie. W którymś momencie tak zawiało śniegiem, że go nie widziałam, mimo że był jakieś 10 m przede mną. Piotr daje mi swoje kijki. Lód na kamieniach pod śniegiem robi swoje, ale na szczęście śnieg amortyzuje upadki :) Spotykamy człowieka z psem na spacerze. Więcej futra niż psa. Mówię właścicielowi, że dalej śnieg będzie wyższy niż pies. Właściciel uśmiecha się ze stwierdzeniem, że nie szkodzi, bo stwora śnieg uwielbia. Dochodzimy do kolejnej drogi spacerowej, szerokiej i zasypanej. Grzecznie schodzimy sobie doliną wzdłuż jeziora wśród śniegów, lasów, gór i dolin.
Sobota, godz. 14.00 Nasz szlak skończył się na osiedlu domków jednorodzinnych. Miał byś ok 3h spacer i był. W końcu chłopaki o 18 mają wigilię firmową. Pożegnaliśmy się z Vytasem. Autobus, parking z samochodem, zakupy i do domu.
Sobota, 15.00. Zaparkowaliśmy przed domem... i zabraliśmy się za wykopanie sobie ścieżki do mieszkania, bo inaczej wychodzenie z domu bez ochraniaczy na nogawki nie miałoby sensu. Śnieg był dla mnie do 1/3 łydki. Przy okazji wykopaliśmy również ścieżkę dla właścicieli.
Sobota, 17.40. Wychodzimy z domu. Ścieżkę trzeba będzie wykopać jeszcze raz, bo ze starej dużo nie zostało. Znowu zastanawiamy się, która góra śniegu to nasz samochód. Piotr dzwoni do współpracowników, że nie zdąży na 18.15 na autobus, który miał przewieźć wszystkich pod stację kolejki i że pojedzie bezpośrednio do tejże stacji. Wyjaśniając - kolacja wigilijna była w restauracji na Ulriken, górze, która ma 640 m. n.m.p. do której wjazd jest kolejką linową.
Sobota, godz. 18.00. Samochód odkopany. Ja prowadzę. Nie jest źle, chociaż samochód zachowuje się inaczej. Główne drogi wyglądają jeszcze gorzej niż rano. Cały czas sypie śnieg. Hamowanie skrzynią biegów i niczym więcej. Czarny asfalt widzę tylko i wyłącznie w tunelu. Po drodze mijamy samochód, który zatrzymał się przy podjeździe pod górkę (główna droga) i na tym skończyła się jego podróż. Koła się kręcą, samochód stoi. Chwilę dalej jest mijamy autobus przegubowy, któremu zarzuciło tył, tak, że był skręcony prawie pod kątem prostym w stosunku do przodu. Szczęśliwie tył trafił akurat w boczną uliczkę, a nie np. w chodnik z pieszymi lub płot. Skręcam za tunelem w prawo, skąd boczną (i jedyną) drogą jest już tylko 150m do stacji kolejki. Skręcam... i zatrzymuję się patrząc jak kilka samochodów próbuje podjechać pod górę (bo uliczka pozioma nie jest). Część się wycofała. Jeden próbował na wstecznym. "Wiesz... ja już sobie dojdę ten kawałek" powiedział mój mąż z zaciekawieniem obserwując świat dookoła.
Sobota, godz 18.45 Jestem pod domem. Idę jeszcze na spacer po naszym uroczym osiedlu. Pokryte śniegiem jest jeszcze bardziej urocze. Po powrocie wykopuję sobie ścieżkę do domu, czyli przerzucam drugie tyle śniegu co poprzednio. Śnieg przed garażem właścicieli sięga mi pod kolana.
Niedziela, godz. 30 minut po północy. Zmęczona robieniem ozdób choinkowych, czekając na telefon od Piotra, że już mogę po niego jechać, a jednocześnie zbyt ucieszona zamianą świata w bajkę wyruszam na spacer w towarzystwie aparatu i statywu. Podziwiam oblepione śniegiem drzewa, płoty, linie energetyczne. Podziwiam jasność, ciszę i spokój. Mieszkając na zboczy góry obserwuję uśpioną dolinę.
Niedziela, 1 w nocy. Wracając wolnym krokiem widzą z daleka ruch na naszym parkingu. Furgonetka, którą widziałam już wcześniej, bo zwracała na siebie uwagę parkując ukośnie zamiast prostopadle, próbuje ruszyć z miejsca. Byłoby by pewnie łatwiej, ale pług (znaczy samochód terenowy pick up, z zamontowanym pługiem na masce, bo nic innego by się nie zmieściło na tej dróżce) zgarniając śnieg jeszcze go trochę przysypał. Widzę kobietę koło 50tki, w spódniczce i kozaczkach próbującą kręcącą się trochę bezradnie koło samochodu, męża w garniturze za kierownicą i kręcące się w miejscu przednie koła. "Hm... Chyba mam coś co może chociaż trochę pomóc" stwierdziłam i przyniosłam łopatę. Zaczęłam odkopywać im przednie koła, ale facet natychmiast wyskoczył i stwierdził, że to zrobi. Popatrzyłam na ten śnieg do połowy łydek, jego półbuty i pewnie już całe mokre nogawki. Popatrzyłam na siebie... Tak.... Kurtka waterproof, spodnie waterproof, stuptupy, buty waterproof. I czapka. Więc oddałam mu łopatę i poszłam po drugą ;). Koła dalej kręciły się w miejscu, więc poszłam przeszukać schowek właścicieli w poszukiwaniu czegoś przydatnego. Przyniosłam wycieraczkę samochodową. Podłożyłam pod jedno z przednich kół. Faceta olśniło i wyciągnął wycieraczkę ze swojego samochodu i zrobił to samo. W tym czasie wolnym spacerowym krokiem nadszedł inny spacerowicz i tak oto samochód został wypchnięty.
Niedziela, godz. 2.40. Telefon od Piotra, mam go odebrać z centrum miasta, gdzie się w międzyczasie przenieśli. "Ile Ci zajmie dojechanie tutaj?" "To zależy jak szybko wyjadę z parkingu" stwierdziłam i streściłam mu historię furgonetki. "Poza tym muszę jeszcze odkopać samochód" mruknęłam wyglądając na zewnątrz. Na szczęście obyło się bez zakładanie łańcuchów, napęd na 4 koła ułatwia wiele rzeczy. Wychodząc z mieszkania doszłam do wniosku, że ... po raz trzeci trzeba wykopać ścieżkę, ale może niekoniecznie w tej chwili.
Niedziela, godz. 3.00. "Biegłem przez śnieżne ulice, słyszałem za mną ich krzyki, biegłem, się nie oglądałem, ach jakże było wspaniale"... Nie wróć, to nie ta bajka. Na prostym skrzyżowaniu wielopoziomowym ktoś nie opanował samochodu i zamiast między bramkami miejskimi pojechał środkiem. Przerzucanie na napęd na jedną oś byłoby pomysłem samobójczym. Pora była najgorsza z możliwych, ponieważ o 3 w Norwegii zamykają wszystkie puby. Nie można również kupić nigdzie alkoholu, ponieważ sprzedaż alkoholu w sklepach kończy się o 17, poza piwem, które można kupować do 20. W związku z tym wszystkim o 3 nad ranem nagle miasto jest pełne wałęsających się, pijanych w trupa Norwegów. Nie są agresywni. Nie są zaczepni. Tylko uporczywie włażą pod koła. Szczególnie w sytuacji kiedy iście chodnikiem oznacza brnięcie w śniegu do łydek.
Niedziela, godz 3.05. Piotr i jego dwóch wesolutkich współpracowników wsiadają do samochodu.
Niedziela, godz. 3.15. Spełniły się moje najgorsze obawy. Panowie mieszkają wysoko na pieprzonym stoku góry, do których prowadzi gąszcz wąskich i stromych uliczek, chwilowo również zasypanych śniegiem. W momencie kiedy GeirOve (Piotr popraw mnie jeżeli źle zapisałam imię) po raz kolejny każe mi skręcić o 180 st w lewo/prawo, któreż to lewo/prawo biegnie coraz bardziej stromo pod górę, rodzą się we mnie instynkty mordercze.
Niedziela, godz. 4 rano. Czas spać. Ścieżka do mieszkania znowu zniknęła.
Niedziela, przed 14. Poprosiwszy męża, żeby zajął się śniadaniem, w ramach porannych ćwiczeń poszłam spotkać się z łopatą. Jakoś się dobrze bawię, usypując coraz większy mur dookoła domy. Prognoza pogody przewiduje ujemne temperatury przynajmniej do następnego wtorku, kiedy to kończy się długoterminowość tejże. Szykują się białe święta :)
Właściciel uśmiecha się do mnie, informuje, że właśnie jadą. Już prawie odchodzę, kiedy przypomina sobie: "A właśnie. Podobno ma dużo w śniegu w nocy spaść" "Tak, słyszałam, że ma padać śnieg. A ile to jest dużo?" "No słyszałem, że jakieś pół metra." Wykrztusiłam z siebie jedynie "Acha". "Zostawię Wam coś do odśnieżania na wierzchu".
Wróciłam do mieszkania. Usiadłam przed kompem przy stole. Popatrzyłam na okno. Okna są jakiś metr na metr. Patrząc z zewnątrz zaczynają się zaraz nad powierzchnią gruntu. Pół metra śniegu.... No, to tak do połowy okien, pomyślałam.
Piątek, wieczór. Piotr wrócił z pracy. "Spotkałam właściciela" mówię na powitanie i relacjonuję naszą rozmowę. Opracowaliśmy bezpieczną trasę na sobotnią wycieczkę w góry z Vytasem uwzględniając możliwy śnieg. Kładąc się spać koło północy wyjrzeliśmy na zewnątrz. Faktycznie, coś białego zaczęło prószyć z nieba. Zielona trawka w ogrodzie pokryła się paromilimetrowym białym puchem. Jednak nadal była zielona. Wątpiąc w jakiegokolwiek pół metra śniegu zasnęłam smacznie.
Sobota, 9 rano. Jak zwykle zaspaliśmy. Widoczność za oknem ograniczona do jakiś 20 m. Mgła, pada śnieg. Dzwoni Vytas z pytaniem "Idziemy na ten spacer?" "Pewnie, trasa nie jest długa, w sam raz na dzisiaj, szlak głównie szerokim spacerniakiem przez góry, zgubić się nie bardzo jest jak. Idziemy. Będziemy u Ciebie za pół godziny".
Sobota, 9.30. Udało nam się wyjść z mieszkania. (Drzwi na poziomie gruntu i otwierają się na zewnątrz). Stanęliśmy przed parkingiem zastanawiając się, która góra śniegu jest naszym samochodem. Po długiej chwili udało nam się go odkopać. Błogosławiąc napęd na 4 koła wyjeżdżamy powoli z gąszczy naszych uliczek na główniejszą drogę. Jest biała i wyślizgana. Na rondzie nami rzuca. Ludzie chodnikami brną po łydki w śniegu. W połowie drogi widzimy jakiś pług.
Sobota, jakaś 10.15. Wjeżdżamy na główną, przelotową, kilkupasmową drogę przez Bergen. Główniejszej nie ma. "No, ale byłem pewien, że TUTAJ będę widział asfalt" stwierdził Piotr zastanawiając się czy już zrezygnować z napędu na 4 koła na rzecz napędu tylko na tylną oś, czy może jeszcze nie.
Sobota 11.00 Wjechaliśmy kolejką na Floyen. Przejaśniło się trochę. Z góry widać zasypane miasto, port z ilością statków większą niż zazwyczaj oraz nadciągającą z nad morza zawieję. Ruszamy. Pierwsza część szlaku idzie drogą pod górę. Śnieg powyżej kostek, miejscami mniej lub więcej w zależności od osłony przed wiatrem. Wielkie świerki oblepione śniegiem, ptaki próbujące znaleźć pożywienie, mało ludzi dookoła. Na naszej trasie ślady jednej osoby. Szczyty toną we mgle, widać białe lasy w dolinach. Mija nas dwójka młodych chłopców ubranych jak harcerze i niosących razem wielki garnek z drewnem. Droga się kończy, zaczyna się szeroka, ale kamienista ścieżka. Ten odcinek pamiętamy z zeszłego tygodnia. Wtedy nie było śniegu. Było za to mnóstwo oblodzonych kamieni. Szybko nam o sobie przypomniały.
Sobota, połowa drogi. Jesteśmy na otwartej przestrzeni, wieje mocny wiatr, który zawiewa śniegiem, zarówno tym, który właśnie spada jak i tym, który już spadł. Między skałą a zaspą śniegu sięgającą mi do ud Piotr znajduje szczelinę akurat, żeby przykucnąć w trójkę i wypić herbatę. Akceptowalna osłona od wiatru. Innej i tak nie było.
Sobota, po herbacie. Vytas idzie przodem. Wieje przeraźliwie. W którymś momencie tak zawiało śniegiem, że go nie widziałam, mimo że był jakieś 10 m przede mną. Piotr daje mi swoje kijki. Lód na kamieniach pod śniegiem robi swoje, ale na szczęście śnieg amortyzuje upadki :) Spotykamy człowieka z psem na spacerze. Więcej futra niż psa. Mówię właścicielowi, że dalej śnieg będzie wyższy niż pies. Właściciel uśmiecha się ze stwierdzeniem, że nie szkodzi, bo stwora śnieg uwielbia. Dochodzimy do kolejnej drogi spacerowej, szerokiej i zasypanej. Grzecznie schodzimy sobie doliną wzdłuż jeziora wśród śniegów, lasów, gór i dolin.
Sobota, godz. 14.00 Nasz szlak skończył się na osiedlu domków jednorodzinnych. Miał byś ok 3h spacer i był. W końcu chłopaki o 18 mają wigilię firmową. Pożegnaliśmy się z Vytasem. Autobus, parking z samochodem, zakupy i do domu.
Sobota, 15.00. Zaparkowaliśmy przed domem... i zabraliśmy się za wykopanie sobie ścieżki do mieszkania, bo inaczej wychodzenie z domu bez ochraniaczy na nogawki nie miałoby sensu. Śnieg był dla mnie do 1/3 łydki. Przy okazji wykopaliśmy również ścieżkę dla właścicieli.
Sobota, 17.40. Wychodzimy z domu. Ścieżkę trzeba będzie wykopać jeszcze raz, bo ze starej dużo nie zostało. Znowu zastanawiamy się, która góra śniegu to nasz samochód. Piotr dzwoni do współpracowników, że nie zdąży na 18.15 na autobus, który miał przewieźć wszystkich pod stację kolejki i że pojedzie bezpośrednio do tejże stacji. Wyjaśniając - kolacja wigilijna była w restauracji na Ulriken, górze, która ma 640 m. n.m.p. do której wjazd jest kolejką linową.
Sobota, godz. 18.00. Samochód odkopany. Ja prowadzę. Nie jest źle, chociaż samochód zachowuje się inaczej. Główne drogi wyglądają jeszcze gorzej niż rano. Cały czas sypie śnieg. Hamowanie skrzynią biegów i niczym więcej. Czarny asfalt widzę tylko i wyłącznie w tunelu. Po drodze mijamy samochód, który zatrzymał się przy podjeździe pod górkę (główna droga) i na tym skończyła się jego podróż. Koła się kręcą, samochód stoi. Chwilę dalej jest mijamy autobus przegubowy, któremu zarzuciło tył, tak, że był skręcony prawie pod kątem prostym w stosunku do przodu. Szczęśliwie tył trafił akurat w boczną uliczkę, a nie np. w chodnik z pieszymi lub płot. Skręcam za tunelem w prawo, skąd boczną (i jedyną) drogą jest już tylko 150m do stacji kolejki. Skręcam... i zatrzymuję się patrząc jak kilka samochodów próbuje podjechać pod górę (bo uliczka pozioma nie jest). Część się wycofała. Jeden próbował na wstecznym. "Wiesz... ja już sobie dojdę ten kawałek" powiedział mój mąż z zaciekawieniem obserwując świat dookoła.
Sobota, godz 18.45 Jestem pod domem. Idę jeszcze na spacer po naszym uroczym osiedlu. Pokryte śniegiem jest jeszcze bardziej urocze. Po powrocie wykopuję sobie ścieżkę do domu, czyli przerzucam drugie tyle śniegu co poprzednio. Śnieg przed garażem właścicieli sięga mi pod kolana.
Niedziela, godz. 30 minut po północy. Zmęczona robieniem ozdób choinkowych, czekając na telefon od Piotra, że już mogę po niego jechać, a jednocześnie zbyt ucieszona zamianą świata w bajkę wyruszam na spacer w towarzystwie aparatu i statywu. Podziwiam oblepione śniegiem drzewa, płoty, linie energetyczne. Podziwiam jasność, ciszę i spokój. Mieszkając na zboczy góry obserwuję uśpioną dolinę.
Niedziela, 1 w nocy. Wracając wolnym krokiem widzą z daleka ruch na naszym parkingu. Furgonetka, którą widziałam już wcześniej, bo zwracała na siebie uwagę parkując ukośnie zamiast prostopadle, próbuje ruszyć z miejsca. Byłoby by pewnie łatwiej, ale pług (znaczy samochód terenowy pick up, z zamontowanym pługiem na masce, bo nic innego by się nie zmieściło na tej dróżce) zgarniając śnieg jeszcze go trochę przysypał. Widzę kobietę koło 50tki, w spódniczce i kozaczkach próbującą kręcącą się trochę bezradnie koło samochodu, męża w garniturze za kierownicą i kręcące się w miejscu przednie koła. "Hm... Chyba mam coś co może chociaż trochę pomóc" stwierdziłam i przyniosłam łopatę. Zaczęłam odkopywać im przednie koła, ale facet natychmiast wyskoczył i stwierdził, że to zrobi. Popatrzyłam na ten śnieg do połowy łydek, jego półbuty i pewnie już całe mokre nogawki. Popatrzyłam na siebie... Tak.... Kurtka waterproof, spodnie waterproof, stuptupy, buty waterproof. I czapka. Więc oddałam mu łopatę i poszłam po drugą ;). Koła dalej kręciły się w miejscu, więc poszłam przeszukać schowek właścicieli w poszukiwaniu czegoś przydatnego. Przyniosłam wycieraczkę samochodową. Podłożyłam pod jedno z przednich kół. Faceta olśniło i wyciągnął wycieraczkę ze swojego samochodu i zrobił to samo. W tym czasie wolnym spacerowym krokiem nadszedł inny spacerowicz i tak oto samochód został wypchnięty.
Niedziela, godz. 2.40. Telefon od Piotra, mam go odebrać z centrum miasta, gdzie się w międzyczasie przenieśli. "Ile Ci zajmie dojechanie tutaj?" "To zależy jak szybko wyjadę z parkingu" stwierdziłam i streściłam mu historię furgonetki. "Poza tym muszę jeszcze odkopać samochód" mruknęłam wyglądając na zewnątrz. Na szczęście obyło się bez zakładanie łańcuchów, napęd na 4 koła ułatwia wiele rzeczy. Wychodząc z mieszkania doszłam do wniosku, że ... po raz trzeci trzeba wykopać ścieżkę, ale może niekoniecznie w tej chwili.
Niedziela, godz. 3.00. "Biegłem przez śnieżne ulice, słyszałem za mną ich krzyki, biegłem, się nie oglądałem, ach jakże było wspaniale"... Nie wróć, to nie ta bajka. Na prostym skrzyżowaniu wielopoziomowym ktoś nie opanował samochodu i zamiast między bramkami miejskimi pojechał środkiem. Przerzucanie na napęd na jedną oś byłoby pomysłem samobójczym. Pora była najgorsza z możliwych, ponieważ o 3 w Norwegii zamykają wszystkie puby. Nie można również kupić nigdzie alkoholu, ponieważ sprzedaż alkoholu w sklepach kończy się o 17, poza piwem, które można kupować do 20. W związku z tym wszystkim o 3 nad ranem nagle miasto jest pełne wałęsających się, pijanych w trupa Norwegów. Nie są agresywni. Nie są zaczepni. Tylko uporczywie włażą pod koła. Szczególnie w sytuacji kiedy iście chodnikiem oznacza brnięcie w śniegu do łydek.
Niedziela, godz 3.05. Piotr i jego dwóch wesolutkich współpracowników wsiadają do samochodu.
Niedziela, godz. 3.15. Spełniły się moje najgorsze obawy. Panowie mieszkają wysoko na pieprzonym stoku góry, do których prowadzi gąszcz wąskich i stromych uliczek, chwilowo również zasypanych śniegiem. W momencie kiedy GeirOve (Piotr popraw mnie jeżeli źle zapisałam imię) po raz kolejny każe mi skręcić o 180 st w lewo/prawo, któreż to lewo/prawo biegnie coraz bardziej stromo pod górę, rodzą się we mnie instynkty mordercze.
Niedziela, godz. 4 rano. Czas spać. Ścieżka do mieszkania znowu zniknęła.
Niedziela, przed 14. Poprosiwszy męża, żeby zajął się śniadaniem, w ramach porannych ćwiczeń poszłam spotkać się z łopatą. Jakoś się dobrze bawię, usypując coraz większy mur dookoła domy. Prognoza pogody przewiduje ujemne temperatury przynajmniej do następnego wtorku, kiedy to kończy się długoterminowość tejże. Szykują się białe święta :)
wtorek, 15 grudnia 2009
Pierniczkowanie
Bardzo miło wspominam zeszłoroczne pieczenie pierników. Pomijam oczywiście takie detale jak orzechy fruwające po całej kuchni dzięki Nelly'emu oraz posypce, która znajdowała się na każdym kawałku podłogi w mieszkaniu przez długi czas, mimo kilkakrotnego sprzątania odkurzaczem. Ja w każdym razie bawiłam się wyśmienicie, mam nadzieję, że inni również :) Żałuję, że w tym roku nie udało się tego powtórzyć, ale czasami tak bywa. W każdym razie wczoraj wieczorem piekłam pierniczki słuchając Pidżamy Porno. Później piekłam pierniczki w towarzystwie Rudej (na Skype'ie) a jeszcze później wrócił mój mąż i zżarł choinkę upieczoną w specjalny sposób, aby stała przed chatką z piernika. Na szczęście uratowałam pozostałe elementy domku.
Wczoraj poparzyłam się o blachę piekarnika, ale bardzo nieznacznie. Dzisiejsze sklejanie domku gorącym karmelem skończyło się niestety gorzej. Ale tym razem nie wkładałam palca celowo w karmel tak we wrześniu. Tym razem pamiętałam, że nie jest to najlepszy pomysł. Tylko co z tego... A nie mam czasu trzymać palca w lodzie przez 2h bo wypadałoby iść spać...
Zauważyłam, że w sumie to nie mamy zbyt wielu znajomych Norwegów tutaj. Naszymi towarzyszami życia codziennego są Polak (z którym chodzimy na piwo), Litwin (który pracuje z Piotrem jak i towarzyszy nam w górskich włóczęgach), Irlandczyk (którego spotykamy za każdym razem jak idziemy na piwo, ponieważ pracuje w knajpie, do której chodzimy), Pakistańczyk (który jest ochroniarzem w tejże samej knajpie, więc połowę wizyty w knajpie spędzamy przy bramce na pogaduchach) i Austriaczka (która była współlokatorką Piotra w pierwszym mieszkaniu w Bergen). Oraz ostatnio Austriak, Kolumbijczyk i dziewczyna z Ekwadoru, z którymi jestem jutro umówiona na obiad :)
Wczoraj poparzyłam się o blachę piekarnika, ale bardzo nieznacznie. Dzisiejsze sklejanie domku gorącym karmelem skończyło się niestety gorzej. Ale tym razem nie wkładałam palca celowo w karmel tak we wrześniu. Tym razem pamiętałam, że nie jest to najlepszy pomysł. Tylko co z tego... A nie mam czasu trzymać palca w lodzie przez 2h bo wypadałoby iść spać...
Zauważyłam, że w sumie to nie mamy zbyt wielu znajomych Norwegów tutaj. Naszymi towarzyszami życia codziennego są Polak (z którym chodzimy na piwo), Litwin (który pracuje z Piotrem jak i towarzyszy nam w górskich włóczęgach), Irlandczyk (którego spotykamy za każdym razem jak idziemy na piwo, ponieważ pracuje w knajpie, do której chodzimy), Pakistańczyk (który jest ochroniarzem w tejże samej knajpie, więc połowę wizyty w knajpie spędzamy przy bramce na pogaduchach) i Austriaczka (która była współlokatorką Piotra w pierwszym mieszkaniu w Bergen). Oraz ostatnio Austriak, Kolumbijczyk i dziewczyna z Ekwadoru, z którymi jestem jutro umówiona na obiad :)
niedziela, 6 grudnia 2009
Skrzyżowania
Norwedzy i ich cholerne zamiłowanie do skrzyżowań równorzędnych. W prawie każdym możliwym miejscu. Wyjeżdżasz sobie spokojnie z wąskiej osiedlowej drogi, strefa ograniczenia do 30km/h itd. Dojeżdżasz do szerokiej oświetlonej jezdni, z namalowanymi liniami, pasami i jeżdżącymi po niej autobusami. No więc stajesz i się rozglądasz. Widzisz światła nadjeżdżającego z lewej samochodu, więc czekasz. Po chwili zastanawiasz się czemu ta taksówka zwalnia. Zaraz potem myślisz, czemu on, do cholery, stoi i czego właściwie chce od mnie.... On pewnie myśli, dlaczego ta kretynka z prawej nie jedzie, skoro ma pierwszeństwo...
Facet zdążył się zirytować i pojechać zanim się zorientowałam o co mu chodzi. Po prostu ciężko jest mi się przyzwyczaić, że droga o niższej klasie ma pierwszeństwo przed drogą o wyższej klasie... Norwedzy skutecznie sprawili, że po mieście nie da się jeździć za szybko. Po prostu cały czas musisz uważać na wszystkie małe dróżki z prawej.... Agggrrrhh!
Aha. Zapisy na Sylwestra najwyraźniej skończyły się zanim się rozpoczęły ;) Na szczęście właściciele powiedzieli, że nie widzą problemów, bo... wyjeżdżają w góry.
Facet zdążył się zirytować i pojechać zanim się zorientowałam o co mu chodzi. Po prostu ciężko jest mi się przyzwyczaić, że droga o niższej klasie ma pierwszeństwo przed drogą o wyższej klasie... Norwedzy skutecznie sprawili, że po mieście nie da się jeździć za szybko. Po prostu cały czas musisz uważać na wszystkie małe dróżki z prawej.... Agggrrrhh!
Aha. Zapisy na Sylwestra najwyraźniej skończyły się zanim się rozpoczęły ;) Na szczęście właściciele powiedzieli, że nie widzą problemów, bo... wyjeżdżają w góry.
wtorek, 1 grudnia 2009
Barszcz czerwony...
... czyli:
kuchnia w kolorze buraczków
ściany w kolorze buraczków
podłoga w kolorze buraczków
cytryny i cebula w kolorze buraczków
dłonie w kolorze buraczków
paznokcie w kolorze buraczków (bardzo)
drewniana deska w kolorze buraczków (pewnie na najbliższy miesiąc)
mówiąc krótko Buraczki Są Wszędzie, czyli jak sparafrazował Alex mój mąż "Buraczki Cię widzą, Buraczki Cię śledzą, Buraczki Cię znajdą zabiją i zjedzą."
I żeby jeszcze było warto. Jeżeli ktoś ma dobry, sprawdzony sposób na barszcz czerwony to chętnie skorzystam. O ile oczywiście uda mi się znaleźć buraki (te akurat były przywiezione z Polski). Widziałam je raz w jednym sklepie tutaj. Parę sztuk. Następnym razem jak tam byłam to już ich nie widziałam. Za to zorientowałam się, że eksportujemy pieczarki do Norwegii.
W sobotę wsiedliśmy w samochód zabierając naszego zaprzyjaźnionego Litwina imieniem Vytas (już widzę uśmieszek na twarzy jednej z czytelniczek ;) ) i pojechaliśmy ...
całe 20km za miasto w celu pójścia na spacer :) Spacer zakładał wdrapanie się z poziomu 100-200 m n.p.m. na drobne 900 m n.p.m. Niech Was nie zwiedzie wysokość, to nie jest odpowiednik naszych Beskidów. Było stromo, były skały, kamienie, przepaście, bagna, wodospady i jeziora. Ogółem było super :)
Tylko... po raz pierwszy w życiu, kiedy ubłocona i zgrzana schodziłam z gór, usłyszałam "To co? Pizza i cola?" Po raz pierwszy zamiast siedzieć w jakimś schronisku zalewając wrzątkiem zupkę w proszku i ewentualnie pijąc grzańca wsiadłam w samochód, po niedługiej chwili znalazłam się w centrum miasta, po czym trafiłam do pizzerii. To było ... dziwne :)
Obecnie próbuję jakoś przeprosić moje buty. Moje 5letnie Chiruca z Goretexem postanowiły się na mnie śmiertelnie obrazić, za to, że nie chciało mi ich impregnować przez ostatnie 2 miesiące, a potem kazałam im przebywać głównie w mokrym śniegu albo kałużach. Dawno nie miałam tak mokrych butów. Dzisiaj w końcu wyschły ;)
Aha. Mała rada: nie dotykajcie rozgrzanej do 230st grzałki piekarnika (chociaż moja blizna z Hjerkinn powoli znika). Nagrzana do 200st blacha też nie jest dobrym pomysłem. Teraz już wiem po co trzymam lód w zamrażalniku :) 2h trzymania w lodzie i został tylko bąbel. I nie boli :)
kuchnia w kolorze buraczków
ściany w kolorze buraczków
podłoga w kolorze buraczków
cytryny i cebula w kolorze buraczków
dłonie w kolorze buraczków
paznokcie w kolorze buraczków (bardzo)
drewniana deska w kolorze buraczków (pewnie na najbliższy miesiąc)
mówiąc krótko Buraczki Są Wszędzie, czyli jak sparafrazował Alex mój mąż "Buraczki Cię widzą, Buraczki Cię śledzą, Buraczki Cię znajdą zabiją i zjedzą."
I żeby jeszcze było warto. Jeżeli ktoś ma dobry, sprawdzony sposób na barszcz czerwony to chętnie skorzystam. O ile oczywiście uda mi się znaleźć buraki (te akurat były przywiezione z Polski). Widziałam je raz w jednym sklepie tutaj. Parę sztuk. Następnym razem jak tam byłam to już ich nie widziałam. Za to zorientowałam się, że eksportujemy pieczarki do Norwegii.
W sobotę wsiedliśmy w samochód zabierając naszego zaprzyjaźnionego Litwina imieniem Vytas (już widzę uśmieszek na twarzy jednej z czytelniczek ;) ) i pojechaliśmy ...
całe 20km za miasto w celu pójścia na spacer :) Spacer zakładał wdrapanie się z poziomu 100-200 m n.p.m. na drobne 900 m n.p.m. Niech Was nie zwiedzie wysokość, to nie jest odpowiednik naszych Beskidów. Było stromo, były skały, kamienie, przepaście, bagna, wodospady i jeziora. Ogółem było super :)
Tylko... po raz pierwszy w życiu, kiedy ubłocona i zgrzana schodziłam z gór, usłyszałam "To co? Pizza i cola?" Po raz pierwszy zamiast siedzieć w jakimś schronisku zalewając wrzątkiem zupkę w proszku i ewentualnie pijąc grzańca wsiadłam w samochód, po niedługiej chwili znalazłam się w centrum miasta, po czym trafiłam do pizzerii. To było ... dziwne :)
Obecnie próbuję jakoś przeprosić moje buty. Moje 5letnie Chiruca z Goretexem postanowiły się na mnie śmiertelnie obrazić, za to, że nie chciało mi ich impregnować przez ostatnie 2 miesiące, a potem kazałam im przebywać głównie w mokrym śniegu albo kałużach. Dawno nie miałam tak mokrych butów. Dzisiaj w końcu wyschły ;)
Aha. Mała rada: nie dotykajcie rozgrzanej do 230st grzałki piekarnika (chociaż moja blizna z Hjerkinn powoli znika). Nagrzana do 200st blacha też nie jest dobrym pomysłem. Teraz już wiem po co trzymam lód w zamrażalniku :) 2h trzymania w lodzie i został tylko bąbel. I nie boli :)
poniedziałek, 23 listopada 2009
Gudvangen
W sobotę byliśmy w Gudvangen, małej wiosce położonej w najwęższym fjordzie świata. Niedaleko jest wioska o nazwie Bakka. Tam kończy się droga, a prowadzi mała wąska dróżka o szerokości jednego samochodu, nie więcej. Żyje tam na oko 30-50 osób. Na pewno nie więcej. I mają własny, dwukilometrowy tunel w skałach zbudowany specjalnie dla nich. Przy okazji - o szerokości może 1,5 samochodu. Wyjeżdżając z niego człowiek widzi morze i zaczyna się zastanawiać czy jest tam jakaś droga. Miejsce równie niesamowite co martwe. Bo "spokojne" i "puste" nie oddają całości sytuacji. Zdjęcia niedługo.
Anyway, przedstawiam plan na jutro: :) Czas trochę poeksperymentować, niach niach niach :)
Anyway, przedstawiam plan na jutro: :) Czas trochę poeksperymentować, niach niach niach :)
piątek, 20 listopada 2009
Garstka zdjęć
Ot i w końcu udało mi się opublikować małe co nieco. Zdaję sobie sprawę, że niektóre panoramy nie są idealne, ale po paru godzinach prób po prostu się poddałam i wrzuciłam jak jest. Miało być poglądowo, niekoniecznie artystycznie ;)
Anyway. Zdjęcia z Bergen, nocne zdjęcia z Bergen, a tutaj mała retrospekcja z pewnego śniadania, tak w ramach porządków na dysku ;)
A. Przy okazji chciałam uspokoić wszystkich martwiących się o pożary w tym kraju o drewnianej zabudowie. Nasz alarm przeciwpożarowy w mieszkaniu jest sprawny i przerażająco głośny (pobił nawet alarm hotelowy). Przetestowałam osobiście. Będę pamiętać, że nie należy niczego przypalać w piekarniku. Ani na patelni. Ani w ogóle ;)
Anyway. Zdjęcia z Bergen, nocne zdjęcia z Bergen, a tutaj mała retrospekcja z pewnego śniadania, tak w ramach porządków na dysku ;)
A. Przy okazji chciałam uspokoić wszystkich martwiących się o pożary w tym kraju o drewnianej zabudowie. Nasz alarm przeciwpożarowy w mieszkaniu jest sprawny i przerażająco głośny (pobił nawet alarm hotelowy). Przetestowałam osobiście. Będę pamiętać, że nie należy niczego przypalać w piekarniku. Ani na patelni. Ani w ogóle ;)
czwartek, 19 listopada 2009
Takie sobie przechwałki :)
Wydało się. Jak piszę o jakiś godnych pochwały spostrzeżeniach to nikt się nie wypowie, ale jak napiszę o przebojach z obleśnym kurczakiem, to od razu jest ożywiona dyskusja! Jak chcecie :)
Kilka dni temu udało nam się znaleźć coś co przypominało białą kiełbasę. W połączeniu z otrzymanym od mamy Rudej majerankiem oraz paroma innymi, niezbędnymi składnikami żurek po norwesku mamy w miarę opanowany. A kiełbasa przynajmniej nie chrupie przy krojeniu.
Przy okazji. Jak na standardy Bergen całkiem tanio udało nam się wynająć fajne mieszkanko. Jeżeli dodamy to tego fakt, że w cenę wliczony jest internet (sympatyczne szybkie łącze), prąd (czyli m.in. ogrzewanie podłogowe) oraz woda to w ogóle jest idealnie. A, zapomniałam o komórce na rowery ;) I powiem szczerze - nie sądziłam, że na północy Europy, na dodatek zasadniczo w piwnicy, będę się wygrzewać do woli :) Bo jeżeli jest mi zimno, to nie przejmując się rachunkami po prostu podkręcam ogrzewanie :) I jeszcze przyjemnie mnie grzeje w bose stópki :) Coś mi się w końcu od życia należy :)
A, i jeszcze mam okno w salonie z widokiem na góry :) No dobra, po drodze są też krzaki, ale kto by się przejmował, skoro nie ma liści, więc widać góry :)
Dzisiaj moje góry są zamglone i mokre.
Kilka dni temu udało nam się znaleźć coś co przypominało białą kiełbasę. W połączeniu z otrzymanym od mamy Rudej majerankiem oraz paroma innymi, niezbędnymi składnikami żurek po norwesku mamy w miarę opanowany. A kiełbasa przynajmniej nie chrupie przy krojeniu.
Przy okazji. Jak na standardy Bergen całkiem tanio udało nam się wynająć fajne mieszkanko. Jeżeli dodamy to tego fakt, że w cenę wliczony jest internet (sympatyczne szybkie łącze), prąd (czyli m.in. ogrzewanie podłogowe) oraz woda to w ogóle jest idealnie. A, zapomniałam o komórce na rowery ;) I powiem szczerze - nie sądziłam, że na północy Europy, na dodatek zasadniczo w piwnicy, będę się wygrzewać do woli :) Bo jeżeli jest mi zimno, to nie przejmując się rachunkami po prostu podkręcam ogrzewanie :) I jeszcze przyjemnie mnie grzeje w bose stópki :) Coś mi się w końcu od życia należy :)
A, i jeszcze mam okno w salonie z widokiem na góry :) No dobra, po drodze są też krzaki, ale kto by się przejmował, skoro nie ma liści, więc widać góry :)
Dzisiaj moje góry są zamglone i mokre.
wtorek, 17 listopada 2009
Odblaski
Proszę Państwa. Pomimo mojego ciągłego narzekania na wiele rzeczy, w tym przeuroczym kraju zdarzają się również momenty, w których Norwedzy mnie bardzo pozytywnie zaskakują. Jedną z nich jest ubiór pieszych nocą.
Pozwolę sobie pominąć zachowanie tychże pieszych podczas przechodzenia przez ulicę. Obawiam się, że w Polsce zginęli by na pierwszej z brzegu zebrze bez sygnalizacji świetlnej. Tutaj nikt nie zna zasady "Przed przejściem dla pieszych należy się zatrzymać. Rozejrzeć w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo". Tutaj kierowcy dostają nerwicy, ponieważ muszą ciągle być czujni, czy im jakiś człowiek nagle nie wlezie pod koła, bo wchodząc na pasy akurat patrzył w zupełnie inną stronę. I nie żartuję, sama byłam świadkiem. Tutejsi kierowcy widząc pieszego w odległości kilku m od przejścia już zaczynają się zatrzymywać....
Anyway, miało być o pieszych nocą. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Niemniej jednak 99% pieszych, nieważne czy idą ulicą oświetloną czy nie (a wiele osiedlowych uliczek, (przy czym pisząc "osiedle" mam na myśli osiedle domków jednorodzinnych, bo innych tu nie ma) jest tutaj kiepsko oświetlona) jest widoczna. Dlaczego? Ha! Jakie to proste. Ponieważ mają różnego rodzaju odblaski! Albo coś im się majta koło rękawów (kojarzycie rękawiczki dla dzieci takie połączone sznurkiem zwisające z rękawów? To niektórzy mają coś takiego). Albo mają opaski odblaskowe zaciskające się na rękawach kurtek koło nadgarstków albo wokół kostek. Niektórzy nawet po prostu na wieczorny spacer do sklepu lub z psem ubierają kamizelki odblaskowe. I chodzą tak po mieście! (To że miasto to jednocześnie góry pomijam ;)) Dzisiaj widziałam ojca z dwójką synów, gdzie on miał opaski, a dzieciaki kamizelki. I nie ma opcji, że ee, nie bo jak to wygląda. Baaardzo mi się to podoba.
Widzicie, kupiłam sobie kurtkę koloru czerwonego. Nie tylko dlatego, że lubię czerwony, ale dlatego, że chciałam być widoczna np. w górach czy na rowerze.... No i okazuje się, że tutaj ta moja idea bycia widocznej w czerwonej kurtce na rowerze ciut przegrywa... Bo widzicie... Rowerzyści to często jeżdżą w odblaskowych kamizelkach. A część z nich jeździ, uwaga, w wściekle odblaskowych kurtkach! I jeszcze z jadowicie zielonym pokrowcem przeciwdeszczowym na plecak. A ponadto, niektórzy do kompletu mają odblaskowy pokrowiec, który zakładają na kask. A przy okazji... nie widziałam tu rowerzysty bez kasku. I w sumie się nie dziwie. Jazda bez sprawnych hamulców w tym górskim mieście byłaby na pewno jedyna w swoim rodzaju. Nie byłoby szans na powtórkę.
Pozwolę sobie pominąć zachowanie tychże pieszych podczas przechodzenia przez ulicę. Obawiam się, że w Polsce zginęli by na pierwszej z brzegu zebrze bez sygnalizacji świetlnej. Tutaj nikt nie zna zasady "Przed przejściem dla pieszych należy się zatrzymać. Rozejrzeć w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo". Tutaj kierowcy dostają nerwicy, ponieważ muszą ciągle być czujni, czy im jakiś człowiek nagle nie wlezie pod koła, bo wchodząc na pasy akurat patrzył w zupełnie inną stronę. I nie żartuję, sama byłam świadkiem. Tutejsi kierowcy widząc pieszego w odległości kilku m od przejścia już zaczynają się zatrzymywać....
Anyway, miało być o pieszych nocą. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Niemniej jednak 99% pieszych, nieważne czy idą ulicą oświetloną czy nie (a wiele osiedlowych uliczek, (przy czym pisząc "osiedle" mam na myśli osiedle domków jednorodzinnych, bo innych tu nie ma) jest tutaj kiepsko oświetlona) jest widoczna. Dlaczego? Ha! Jakie to proste. Ponieważ mają różnego rodzaju odblaski! Albo coś im się majta koło rękawów (kojarzycie rękawiczki dla dzieci takie połączone sznurkiem zwisające z rękawów? To niektórzy mają coś takiego). Albo mają opaski odblaskowe zaciskające się na rękawach kurtek koło nadgarstków albo wokół kostek. Niektórzy nawet po prostu na wieczorny spacer do sklepu lub z psem ubierają kamizelki odblaskowe. I chodzą tak po mieście! (To że miasto to jednocześnie góry pomijam ;)) Dzisiaj widziałam ojca z dwójką synów, gdzie on miał opaski, a dzieciaki kamizelki. I nie ma opcji, że ee, nie bo jak to wygląda. Baaardzo mi się to podoba.
Widzicie, kupiłam sobie kurtkę koloru czerwonego. Nie tylko dlatego, że lubię czerwony, ale dlatego, że chciałam być widoczna np. w górach czy na rowerze.... No i okazuje się, że tutaj ta moja idea bycia widocznej w czerwonej kurtce na rowerze ciut przegrywa... Bo widzicie... Rowerzyści to często jeżdżą w odblaskowych kamizelkach. A część z nich jeździ, uwaga, w wściekle odblaskowych kurtkach! I jeszcze z jadowicie zielonym pokrowcem przeciwdeszczowym na plecak. A ponadto, niektórzy do kompletu mają odblaskowy pokrowiec, który zakładają na kask. A przy okazji... nie widziałam tu rowerzysty bez kasku. I w sumie się nie dziwie. Jazda bez sprawnych hamulców w tym górskim mieście byłaby na pewno jedyna w swoim rodzaju. Nie byłoby szans na powtórkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)