piątek, 17 grudnia 2010

Pierniczkowanie

Pierniczki pierwsze:



Pierniczki drugie wersja eksperyment:


Pierniczki drugie wersja podstawowa:








Wspominałam, że mam komputer w lukrze? ;)

Gość

Najwyraźniej goście walą do nas drzwiami i oknami. Tej pani dawno u nas nie było, pewnie przeszkadzał jej śnieg w ogrodzie. Wygląda na to, że stęskniła się za nami, bo nawet rozpłaszczyła nosek na szybie. Długo jednak w takiej pozycji nie wytrzymała ;)



czwartek, 16 grudnia 2010

Nie zając, nie ucieknie.

Miałam wklejać zdjęcia niespodzianki oraz wypieków. W dzień nie zdążyłam, bo opuściłam dom już spóźniona, wróciłam też spóźniona, bo zasiedziana wcześniej u Aśki i Gaji (co ja na to mogę, że dziewczyny mi dobrze na samopoczucie robią, zwłaszcza dzisiaj), więc tylko wpadłam do domu, herbata w termon i na ściankę. Na ściance znajomi Polacy w ilościach nie małych oraz umówione sweet-party, czyli co, kto ze sobą przytachał (ja pierniczki oczywiście :)). Powtórka w niedzielę, w końcu Wigilia ściankowa być musi ;)

Więc zdechłam, padłam i olałam. Zdjęcia nie zając, nie uciekną, wkleję jutro.
A teraz DOBRANOC.

Ps. Nadal zdrapuję lukier z komputera. Po dzisiejszych wyczynach kuchnia się lepi bardziej niż po zdobieniu pierników. A sąsiedzi mogli mnie znienawidzić. Życie. ;)

wtorek, 14 grudnia 2010

odwilż

Jakiś czas temu przyszła odwilż. Lodośnieg zaczął topnieć, chodniki stały się jeszcze większym lodowiskiem. Obecnie jest całkiem dobrze. Śmieciarka nadal do nas nie przyjechała, więc dzisiaj śmieci wyrzucałam na zasadzie delikatnego kładzenia ich na szczyt góry, tak żeby nie spowodować lawiny (a przynajmniej do czasu mojego zniknięcia z okolicy). Liczę, że przyjadą jutro, bo na koniec tygodnia zapowiadają silny arktyczny snowstorm i obawiam się, że sparaliżuje to miasto na następny tydzień. Mam nadzieję, że nie zamkną nam znowu ścianki wspinaczkowej!

środa, 8 grudnia 2010

Irlandia vs. zima

Miałam napisać odkrywczą notkę, ale ktoś mnie uprzedził.

Dostałam już dwa telefony proszące o ustosunkowanie się do powyższego artykułu. Zacznę może od tego, że widzieliśmy chodnik posypany kocim żwirkiem.
Śniegu spadło w sumie może ze 30 cm, ale w związku za wahaniami temperatury + i - zamienił się zbitą skorupę. Na chodnikach i schodach deptany przez ludzi stworzył po prostu grubą warstwę śniegu i lodu. Podobnie jak na większości ulic, z wyjątkiem tych bardzo głównych, gdzie w dzień była woda a wieczorami ze dwa cm lodu. W przeciwieństwie do Polski właściciele posesji nie mają obowiązku sprzątać śnieg sprzed swoich budynków (tak samo jak śniegu i sopli z dachu). Ba, nawet nam zaprzyjaźniona Irlandka powiedziała, że zeszłej zimy jeżeli ktoś ZGARNĄŁ śnieg z chodnika a coś się komuś stało w tym miejscu, to poszkodowany miał prawo pozwać właściciela. W związku z tym śnieg i lód zalegają wszędzie. W połowie tygodnia Piotr się wkurzył, wziął saperkę i wykuł wąską ścieżkę na schodach, którą ja później poprawiłam wspomnianą saperką w nocy podczas opadów. (Tak, mamy saperkę. Mamy również piłę i siekierę, a czemu? Nie mamy natomiast skrobaczki do szyb i na dodatek nie można takowej kupić) Szufle do śniegu i miotły tu nie istnieją, więc jak już miasto zabrało się do czyszczenia chodników (a raczej odkuwania, bo tak to jest jak się nie sprząta śniegu kiedy jeszcze jest sypki i miękki) to wyposażyli swoich pracowników w szpadle, takie jak przekopywania ogródka. Chociaż może faktycznie przy tym lodzie się lepiej sprawdziły...
Od środy do niedzieli nasze centrum sportowe ze ścianką było zamknięte na 4 spusty (z powodu "extremely heavy weather conditions"). Sklepy w centrum handlowym czynnym do 21 przez 2-3 dni były zamykane koło 18-19 (z powodu "extremely heavy weatherconditions"). W czwartek w połowie dnia Dublin Bus wywiesił na stronie, że z powodu "extremely heavy weather conditions" zawiesza kursowanie większości autobusów, więc Ci, którzy zostawili swoje samochody w domach i nie zerwali się z pracy utknęli w centrum miasta. No fakt, sypało w czwartek. Nawet nam się samochód ślizgał przy ruszaniu czy hamowaniu. Raz na jakiś czas.

Przez 3 dni po Dublinie jeździło się cudowanie. Prawie żadnych korków. Mały ruch, zwłaszcza wieczorami, kiedy ścinało. Dundrum (centrum handlowe. Wielkie. Zatłoczone. Przeraźliwie zatłoczone, głośne i skomplikowane, gubię się w nim, przez co czasami chodzę "kilometry" zanim się znajdę) jest cudownie przyjaznym miejscem kiedy jest opustoszałe.

Odnośnie "extremely heavy weather conditions". W ciągu ostatniego tygodnia temperatura dwa razy spadła do -7. Poza tym oscylowała pomiędzy +2 a -4. Śnieg padał w soboty na niedzielę przez kilka godzin. Potem sobie leżał, coś tam może przyprószyło raz czy drugi. W czwartek sypało w ciągu dnia aż do późnego wieczora. Wtedy to śnieg na naszym parkingu za domem zaczął mi sięgać tak trochę mniej niż do połowy łydki. W połączeniu z tym pierwszym opadem oczywiście. Oprócz tych dwóch razy trochę prószyło jeszcze potem (na przykład wczoraj, ale roztapiało się rano (i zamarzało wieczorem). To byłoby na tyle.

A. O ile śmieciarka w ogóle dojedzie naszą tylną uliczką, która jest pokryta wyślizganym śniegiem to jestem bardzo ciekawa jak ekipa da radę przepchnąć dwa ciężkie duże śmietniki przez ten zaśnieżony parking. Bo ja im saperką drogi wykopywać nie zamierzam.

PS. W Bergen na nasze wzgórza śmieciarka przez miesiąc przyjeżdżała z łańcuchami na kołach ;)

piątek, 3 grudnia 2010

Harry Potter i czarna dziura

Wybieram się na film. Ogólnie książki czytałam i lubiłam, filmy widziałam, choć do tej pory chyba tylko jeden w kinie. Piotr w którejś rozmowie stwierdził, że tej ostatniej książki to on w sumie nie pamięta. Ja w sumie też nie, więc dzisiaj z ciekawości zajrzałam na ciocię Wikipedię. Przeczytałam streszczenie (mizerne). Przeczytałam je jeszcze raz. Przeczytałam je Piotrowi. Słuchał mnie z coraz bardziej niedowierzającą miną a podsumował pytaniem "Jesteś pewna, że myśmy to czytali?"

Otóż nie, nie jestem. Jedyne co z tego streszczenia pamiętam to epilog. Krótki do zapamiętania fakt, że Harry ożenił się z Ginny a Ron z Hermioną. Nie kojarzę ABSOLUTNIE nic więcej, czarna dziura w pamięci. Jest to dla mnie zagadką ciekawą, bo wydaje mi się, że przecież musiałam to czytać, bo to tak samo (dla mnie) jakbym nie przeczytała ostatniej książki Wiedźmina, czy Prathetta. Kolejną czarną dziurą jest dla mnie kwestią CZYJĄ książkę przeczytałam, ponieważ nie posiadam ani jednej własnej. Pierwsze 5 części pożyczałam od Moniki jeszcze w Toruniu, szóstą od Lidii, a czy ktoś się przyznaje do posiadania i pożyczenia nam siódmej?

Poza tym u nas to samo co u Was, czyli śnieżnie i mroźnie. Jedynie stopień sparaliżowania miasta pewnie jest większy, bo przecież śnieg w Irlandii nie występuje, a poza tym padał zeszłej zimy! Prawie 15cm! To niemożliwe, żeby takie opady wystąpiły dwie zimy pod rząd! ... A jednak... ;) CDN

środa, 17 listopada 2010

Lord of the Dance

Listopad. Wieczorne powietrze pachnie dymem i wilgocią. Tak samo jak włosy po powrocie z dworu. Wieje. Pada. I szumi.

W niedzielę byliśmy "Lord of the dance". Z Flatleyem w roli głównej, który po 10ciu? (Melon, popraw mnie jak się mylę) latach postanowił wrócić na scenę jako tancerz a nie tylko reżyser zbierający kasę. Po powrocie w myślach ułożyłam sobie całą notkę na ten temat, odkładając napisanie jej na poniedziałek. W poniedziałek doszłam do wniosku, że nie ma sensu dwa razy pisać tego samego, więc po prostu odsyłam Was do Melona.

Pozwolę sobie jedynie dodać parę uwag. Telebimy miały postać wąskich kolumn, a poszczególne "piksele" obrazu były duże i doskonale widoczne. Żadnego przejścia między kolorami czy cokolwiek. W rezultacie otrzymujemy obraz jak na monitorze ustawionym na bardzo niską rozdzielczość i dodatkowo na 16 kolorów. Tak przynajmniej je zapamiętałam. Obrazy pokazywane na nich, jakie by nie były, ładnie wyglądać po prostu nie mogły. Jeżeli do tego dodamy fakt, że wspomniane róże były kiczowate i tandetne jak róże z pocztówki sprzed 30 lat, to otrzymujemy obraz wręcz upiorny. Łabędź przepływający z telebimu na telebim, bodajże z jakimś dodatkiem zielska z rodzaju Nuphar (przepraszam, do mgr nie opłacało się uczyć nazw i polskich, i łacińskich, więc poprzestałam na tych drugich, a jest późno i polskiej zwyczajnie nie pamiętam), przyprawił mnie o lekkie drgawki. A co do czerwonego konturu pań na czarnym tle, wywijających biodrami jak na reklamach klubów go-go, powiem tylko, że w kulminacyjnym momencie było ich 3, a nie 2.

Co do kostiumów: ilość cekinów raziła oczy i tak już obolałe od świateł reflektorów. Melon zapomniała również dodać, że nasza elfka zmieniła się w typowego błazna. Temu kostiumowi brakowało jeszcze czapeczki z dzwoneczkami. A ponadto "słaba kopia francuskich gejów" to NAPRAWDĘ delikatne określenie.

Przyznam szczerze, że początkowo nie uderzyło mnie to wszystko aż tak mocno. Do czasu aż wieczorem, z czystej ciekawości, obejrzałam sobie fragmenty widowiska z 1996 na youtubie i zobaczyłam tamte stroje i tamtą choreografię. Te węzły celtyckie mieniące się na strojach czy choreografii dodawały wszystkiemu dużego uroku.

A co Flatleya - nie wiem czy przed nim na scenę wchodzi jego ego, ale brzuch na pewno ;)

Nie zamierzam jakoś specjalnie rozpaczać po tym wydarzeniu. Nie upadł jakiś mój ideał. Zdecydowanie bardziej rozpaczałam, jak po śmierci Ryśka Riedla usłyszałam nową, pierwszą nagraną z Jackiem Dewódzkim, płytę Dżemu. Była to również ostatnia płyta Dżemu jaką kupiłam i utwierdzałam się w tym postanowieniu na każdym kolejnym koncercie słysząc ich nowe piosenki. Przyznam, że jeszcze na parę lat temu nie wiedziałam kim jest Micheal Flatley, chociaż uwielbiałam utwór "Warriors". Przez pierwsze dwa lata studiów byłam przekonana, że to piosenka z filmu "Święci z Bostonu". Ruda zresztą tak samo, bo błąd wyszedł od niej (a konkretniej od osoby, która nagrywała jej płytę z tym sountrackiem) i obie się w tym utwierdzałyśmy. Mocno byłam zdziwiona kiedy jakoś później obejrzałam film czekając na mój ulubiony utwór, którego tam... nie było, a wyszperany w internecie opis płyty głosił, że jest na niej 18 utworów, a nie 21.

Mimo tych wszystkich narzekań, muszę powiedzieć, że całkiem dobrze się bawiłam, bo dobra muzyka w doskonałym nagłośnieniu zawsze jest mile widziana. No i taniec irlandzki na żywo również robi dobre wrażenie :)

A z ciekawostek przyrodniczych piekę kolejne dzieło. Zobaczymy jak mi wyjdzie, bo w około północy, kiedy chlebek zagniatałam, uświadomiłam sobie, że zapomniałam o ziemniakach. A naprawić błędu nie było jak, bo w domu tychże nie posiadamy. Cała ja.

niedziela, 7 listopada 2010

trochę muzyki

... ... Nowa era disco polo? ;)

niedziela, 31 października 2010

O chlebie słów parę.

Więc... Coby ani męża, ani siebie specjalnie nie tuczyć, nie rozpieszczam nas piekąc ciasta (zbyt często), natomiast wyżywam się inaczej. Zaczęłam ostatnio kolejny etap przygody z pieczywem na zakwasie. Bawię się w inne przepisy, a także... w wyrastanie chleba w koszyku.

Coby Was za bardzo nie znudzić, krótko: chleb na zakwasie musi wyrastać w czymś - albo od razu w formie, w której będzie pieczony, albo w koszyku do wyrastania i wtedy się go przerzuca na blachę do piekarnika i piecze bez formy - bo inaczej zamiast rosnąć w górę po prostu się rozleje na boki. Taka specyfika chleba. Szczegóły na życzenie ;)

Moje chlebowe guru wyrasta również chleb w misce wyłożonej ściereczką, ale tego sposobu zaniechałam po kilkukrotnej próbie odklejenia chleba od ścierki. Nie wiem, nie umiem, nie chcę. No ale z koszykiem życie też nie jest wcale takie proste, bo trzeba jeszcze sprawić, żeby 1. chleb nie przykleił się do koszyka (dwa pierwsze podejścia skończyły się zmasakrowaniem bochenka) 2. żeby między przerzuceniem chleba z koszyka na deskę a z deski na blachę (a jeszcze go trzeba naciąć, co trwa kilka sekund) nie opadł zupełnie tworząc placek... Kształt placka oczywiście wcale nie wpływa negatywnie na smak, w związku czym Melon z Piotrem zżarli kiedyś połowę bochenka za jednym posiedzeniem, nie mniej jednak nie zadowala moich ambicji. Ale... do czterech razy sztuka :)

Patrzcie i podziwiajcie :)



Żeby nie było oczywiście zbyt pięknie, zabawa z koszykiem powoduje, że absolutnie WSZYSTKO jest w mące. Bo mąką wysypany jest blat stołu. Mąką trzeba wysypać koszyk. Później się to sprząta i czeka kilka-kilkanaście godzin, żeby chleb wyrósł. Potem mąką wysypuje się deskę, żeby chleb nie przykleił się do deski (więc chleb jest umączony i od góry - bo od koszyka i od doły, bo od deski. Z deski przerzuca się chleb bo piekarnika, którego blacha automatycznie również jest w mące. Sprząta się to wszystko, czeka aż chleb się upiecze. Wyjmuje się chleb... który jest cały w mące. Myje się blachę - bo jest w mące. Zawija się chleb w ściereczkę - która zaraz będzie cała w mące, a na koniec, przy każdym krojeniu chleba pół blatu jest zgadnijcie w czym. Chciałam, to mam ;)

poniedziałek, 25 października 2010

Morfeusz.

Znalazłam przypadkiem. Utknęłam na dwie godziny. Tylko rozsądek nakazuje mi przestać, bo muszę jeszcze parę rzeczy zrobić. Polecam Morfeusza.

środa, 20 października 2010

Muzyczny wieczór

Napawam się spokojnym wieczorem, muzyką i dumą. Oto mój mąż wróciwszy do domu i posłuchawszy MOJEJ muzyki nagle stwierdził "Ale dobre, co to? Chcę więcej" Czyli pakiet wspólnej muzyki się powiększył. Żeby było śmieszniej wszystko, co jest obecnie na tapecie, zostało mi zaszczepione prędzej czy później przez ojca, no co do Kapeli jakoś równolegle z Rudą.

Słuchamy: Kapela ze wsi Warszawa, płyt dwie, Werchowyna, płyt dwie, i Orkiestra pod wezwaniem św. Mikołaja, płyta jedna.

Problem jest tylko jeden... Otóż mąż mój uznał, że głośniki są źle ustawione, żeby leżeć na kanapie i słuchać muzyki. W związku z tym... rozłożył się na podłodze... Co chyba niestety oznacza, że dzisiaj śpimy na dywanie w dużym pokoju, bo jakoś z autopsji wiem, że ciężko będzie go dobudzić w celu przeniesienia się do łóżka. A kołdra jest razem z nim ;)

sobota, 16 października 2010

Małe co nieco

Niedaleko Kmiecej, gdzie kiedyś mieszkaliśmy, była mała piekarenka. No, może nie aż taka mała. Piekli świetny chleb, zwany wiejskim. Był okrągły, miał chrupiącą skórkę i przed południem można było załapać się jeszcze na taki prosto z pieca, cieplutki. Po przyjściu do domu połowa od razu znikała, niezależnie od tego, kto po niego poszedł.
Później niestety na Wildzie królował baltonowski Fawora, którego specjalną miłośniczką nie jestem.

A teraz nie potrzebuję już chodzić do piekarni, żeby mieć ciepły, pachnący chlebek z chrupiącą skórką ;) Jedyny błąd jaki popełniam to pieczenie go wieczorem. Objadanie się czymkolwiek na noc, zwłaszcza ciepłym chlebem raczej nie jest odpowiednie, ale trudno nam się powstrzymać. A ostatnio chlebek przybrał nawet okrągły kształt. Tylko jeszcze nie udało mi się stworzyć ideału godnego obfotografowania. Ale dajcie mi jeszcze z dwa tygodnie.

Dostałam dzisiaj od mojego ukochanego męża "I shall wear midnight" T. Pratchetta, więc zakończywszy etap pieczenia oddaję się lekturze. Zobaczymy co tym razem wymyśliła Tiffany i Fik Mig Figle :)

środa, 6 października 2010

O kurczaku, słońcu i Antychryście.

Po pierwsze: NIENAWIDZĘ mieć do czynienia z kurczakiem w każdej martwej postaci poza filetami. NIENAWIDZĘ ciąć surowego kurczaka, przebijać się przez żebra, kości i słuchać jak chrupią. NIENAWIDZĘ patrzeć na te zakrzepłe resztki krwi. NIENAWIDZĘ go dotykać. NIENAWIDZĘ obierać mięsa z ugotowanego już kurczaka, takiego np. z rosołu. NIENAWIDZĘ tych pieprzonych, śluzowatych kości, białych, obleśnych chrząstek, obrzydliwie zwisającej skóry, grzebania palcami w poszukiwaniu malutkich kosteczek, które gdzieś tam się muszą zawsze panoszyć, dotykania tego, patrzenia na to. A po tym wszystkim mdli mnie na samą myśl o włożeniu tego do ust. Brrrr.....

Po drugie: 4 dni pięknej, słonecznej pogody pod rząd - w Irlandii - z temperaturą 16 - 18st w ciągu dnia napawają mnie pewną obawą. Ostatnio jak w Bergen przez dłuższy czas świeciło słońce, wbrew zwyczajowi zakładającemu, że w Bergen zawsze pada, to niedługo później przyszła taka zima, jakiej najstarsi mieszkańcy miasta nie pamiętali. Wspomnienie owo, w połączeniu z newsami o BP i ropie, która zaburzyła ciąg prądów morskich i prognozami srogiej zimy zaczyna mnie ciut martwić. Bo o ile w Bergen, mimo wszystko, mieszkańcy wiedzą co to jest śnieg i jak sobie z nim radzić, tak tutaj kierowcy na pytanie o zimowe opony myślą, że chodzi o łańcuchy.

Po trzecie: wczoraj, jakoś koło 2.30 nad ranem, doszłam do wniosku, że próba zrozumienia dialogu pijanego w sztok diabła z ciut mniej pijanym aniołem, gdzie ogólnie temat dotyczył powstrzymania Antychrysta przed zagładą świata, w praktyce koncentrował się na gotujących się w morzu delfinich mózgach, jest nieco zbyt karkołomna i najlepiej pójść spać. Dwanaście godzin później, z kawą w ręku, podjęłam drugą próbę przebrnięcia przez ich teorie. Za trzecim razem spróbuję chyba metodą urżnięcia się do ich poziomu abstrakcji. Anyway, polecam ("Dobry omen" T. Pratchett), jest jeszcze ciekawsze niż wykład Yarpena Zigrina o wpływie chędożenia na rozwój społeczeństw.

niedziela, 3 października 2010

Które?

Która kompozycja Wam się bardziej podoba?

Ta:

Czy ta:

Podglądając

Wydaje nam się, że sąsiadka nie ma gdzie trzymać butów, bo taki obraz ukazuje nam się za każdym razem jak otwiera okno. Chociaż ostatnio czerwone szpilki poszły w odstawkę, a ich miejsce zamieniły niebieskie. Był też poranek, kiedy mąż mój ujrzał gołębia śpiącego w jednym z butów.

czwartek, 23 września 2010

Przesileniowo.

Późną nocą jesieni już blisko
Gdzieś pod lasem kwitnie ognisko.

Stoją sierpy powleczone chłodem,
Podciągają kolana pod brody.

W krąg kobiety siedzą w milczeniu,
Wpatrują się w barwy płomieni.

I tylko ptak jakiś wrzaśnie,
Ja nie zasnę, nie zasnę.

Wszystko jest normalnie poza tym,
Zwykła północ - pożegnanie z latem.

I tak mija ta dziwna godzina,
Gdy się kończy coś, a coś zaczyna.

sobota, 11 września 2010

Jesienne powroty

Jak żuraw odlatujący jesienną porą, wróciłam. Przynajmniej chwilowo. Może na dłużej.
2-3 tygodnie się przedłużyły. Lato też. Rodzina za to się zmniejszyła o kogoś bliskiego.
Nie mam energii do nadrabiania zaległych wpisów na blogach, ani innych wiadomości. Jeśli coś ważnego wydarzyło się od 1 lipca o czym powinnam wiedzieć, to dajcie znać.

Dublin podejście drugie. Pierwsze zostało przerwane przez nieprzewidziane czynniki. Teraz czas rozpocząć tu życie na nowo, od początku. Oby to ten raz okazał się lepszy niż poprzedni.

Anyway, żyję.

piątek, 30 lipca 2010

Wyjechałam. Co oznacza kolejne dwa-trzy tyg bez wpisów.

środa, 28 lipca 2010

Wczoraj koleżanka znalazła mi siwego włosa na głowie. Po wyrwaniu namacalnie potwierdziłam fakt jego istnienia. Wzdech.

niedziela, 20 czerwca 2010

Budzikowe ptactwo.

Będąc młodą studentką, lat temu kilka, tak chyba z pięć, mieszkałam sobie w akademiku. Po paru miesiąc znajomości i licznych wędrówkach do pani kierownik udało nam się zamieszkać z Rudą we wspólnym pokoju (z cyklu "I tak to się zaczęło"). Pokój ten mieścił się na pierwszym piętrze, od swojej strony. Mimo tym sprzyjających okoliczności w trakcie upałów bywało tam gorąco, co wydłużało siedzenie po nocach jak i poranny sen. No i te 5 lat temu, w miesiącu czerwcu, kiedy to nagle zaskoczyła nas (no a na pewno mnie) sesja. Pewnego, ciepłego poranka, kiedy to odsypiałyśmy z jakiegoś powodu obudził mnie chrobot z okolic ściany. Konkretniej z okolic kratki wentylacyjnej. Mimo odwrócenia się na drugi bok chrobot nie ustawał, a mój mózg obudził się wystarczająco, aby wykonać pewne analizy. Mianowicie przypomniało mi się jak przyjazny nam pan złota rączka z akademika zacementował ową kratkę dokładnie ze słowami "Żeby wam, dziewczyny, żaden szczur nie wszedł, bo to nigdy nie wiadomo". Na to wspomnienie, w połączeniu z chrobotem, mój mózg zaczął dzwonić na alarm. No dobra, zwlokłam się z łóżka, wzięłam krzesło i postawiwszy je pod ścianą, stanęłam na nim, bo końca niska osóbką jestem, a kratka wysoko. Spojrzałam w otwór. Zamknęłam oczy. Otworzyłam jeszcze raz. Zamknęłam i otworzyłam ponownie. Gapiąc się w przerażone stworzenie powiedziałam głośno:
- Ruuuudaaaa....
Brak odpowiedzi, chyba że odgłos przewracającej się na drugi bok osoby uznamy za odpowiedź.
- Ruuudaaaa! - powtórzyłam.
- Cooo... - odpowiedziała niechętnie.
- Mamy pustułkę w szybie wentylacyjnym.
- .... Słucham? - odpowiedziała już mniej zaspanym tonem.
- No... mamy pustułkę w szybie wentylacyjnym - powtórzyłam.
Ruda wstała, podeszła. Popatrzyła. Popatrzyła jeszcze trochę. Ciągle nie dowierzając poszłyśmy do pani kierownik.
- Dzień dobry, my bardzo przepraszamy, zdajemy sobie sprawę, że nie wolno trzymać zwierząt w akademiku... Ale mamy pustułkę w szybie wentylacyjnym. - stwierdziłyśmy na wstępie. Panie kierownik popatrzyła na nas wzrokiem pełnym zdziwienia i zagubienia.
- I co ja mam z tym teraz zrobić? - zapytała.
Dalej akcja potoczyła się sprawnie, przyjechał chłopak z towarzystwa ornitologicznego, wyciągnął biednego stwora z pułapki zaobrączkował i wypuścił przez okno. W sumie nie zdziwił nas fakt, że była to pustułka, ponieważ wiedziałyśmy, że gniazdują u nas na dachu. Ale jak tej młodej udało się dostać do szybu, spaść 9 pięter w dół i nie mieć nawet zadrapania?

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ owa przygoda przypomniała się niedawno o poranku. Otóż jest czerwiec, wiadomo ciepło, śpimy przy otwartym oknie. Okna tutaj podnosi się do góry, aby je otworzyć. Otóż nagle o 5 rano obudził nas furkot skrzydeł i gruchanie. Gołębiowi spodobał się nasz parapet. Całe szczęście mamy zasłony, więc nie wpadł na pomysł latania nam po mieszkaniu. Piotr intruza przepędził, po czym przymknął okno zostawiając jakąś tam szparę. Zasnęliśmy. Przygoda nie byłaby tak niesamowita, gdyby dwie godziny później nie obudziło nas paniczne bicie skrzydłami o szybę. Od wewnątrz. Nie wiem jak mu się udało przejść przez ową szparę, ani właściwie po co, ale z pewnością skutecznie. Wstałam i wypuściłam biedaka na zewnątrz, zamykając uprzednio drzwi, aby w razie czego uganiać się za nim tylko po sypialnie a nie po całym mieszkaniu...

środa, 16 czerwca 2010

Zdjęcia

Ci, którzy jeszcze nie widzieli, mogą zobaczyć porcję zdjęć z Irlandii na picasie.
W ramach robienia porządków na dysku można tam również od dzisiaj zobaczyć reportaż z zimowej podróży z Bergen do Danii i znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego 24letnia mężatka zażądała maskotki do przytulania na czas podróży. Do tego są zdjęcia z Muzeum Narodowego w Kopenhadze, które nas zachwyciło. Album głównie dla tych zainteresowanych archeologią ;) Link do picasy po lewej.

sobota, 5 czerwca 2010

Ciasteczkowy potwór o poranku

Mąż wczoraj przyszedł do domu, położył się na kanapie i zasnął. Spał tak do rana, gdzieś tam w środku nocy przeniósł się z kanapy do łóżka. Nie przeszkadzało mu, że piekarnik szumi, a ja szaleję z mikserem. Przespał robienie ciasta jak i robienie bez, które były efektem ubocznym robienia ciasta (no szkoda tak wyrzucać 5 białek...). Ciacho wstawiłam do lodówki, bezy zostawiłam w piekarniku, żeby podeschły do końca.
Poszłam spać późno, bo długo gadałam z koleżanką na Skypie.
Rano wyspany mąż raźno wstał z łóżka i udał się w kierunku salonu. Odwróciłam się na drugi bok z nadzieją, że zajmie się komputerem i o mnie zapomni na jakiś czas. Po chwili dobiegło mnie skrzypienie drzwiczek piekarnika i szelest folii aluminiowej. I chrupanie. Chrupanie nie ustawało przez dłuższą chwilę, było tylko czasami przerywane szelestem folii. Nie wytrzymawszy wstałam, żeby uratować coś dla siebie. Znalazła męża, patrzącego na mnie wzrokiem aniołka i niewinnie oblizującego palce. A potem popatrzył na mnie oczkami kota w butach ze Shreka i zapytał "A gdzieeee ciacho?"

Na szczęście z 5 białek wychodzi dużo bez :)

czwartek, 3 czerwca 2010

Lato

Czekam na pana, który ma naprawić pralkę. Z wytęsknieniem, bo 1. chciałabym, żeby pralka działała 2. chciałabym wyjść z domu bo jak mi Siobhan napisała w smsie "Dzisiaj masz lato, korzystaj, jutro może się skończyć".

Przeczytawszy ostatnią notkę Mari doszłam do wniosku, że znalezienie miejsca do porusałczenia w najbliższy weekend jest zdecydowanie doskonałym pomysłem. Tylko... bez samochodu najłatwiej jednak jest dojechać na wschód, bo kolej miejska itd. No i właśnie... czy ktoś zna stosunek rusałek do słonej wody? Czy może morze nie sprzyja rusałczeniu? A jeżeli nie to by znaczyło, że nad morzem się syreni?

środa, 2 czerwca 2010

Lot NieLot Podfruwajka

Nielot poruszał się ruchem skaczącym. Na całkiem niemałe odległości - jak na skaczącego ptaka. Okazało się jednak, że latać umie, co postanowił mi udowodnić przelatując mi nad głową w odległości powodującej automatyczne skulenie się.



Dajcie mi wszyscy święty spokój....


Hmm... I jakby tam wleźć na górę?



Jedno z rodziców, którzy próbowali mnie przepłoszyć przez cały czas trwania sesji. Dawno nie słyszałam tak głośnych skrzeków...

sobota, 29 maja 2010

Rzeczne niespodzianki

Zrobiliśmy dzisiaj przyjemny spacer po Dublinie. Portowa część jest bardzo ciekawie rewitalizowana, muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Potem przeszliśmy na południową część miasta, gdzie przeważały kontrasty między nowym a starym budownictwem. Ogólnie muszę podjechać z aparatem.

Miasto, oprócz głównej rzeki dzielącą miasto na część południową i północną, posiada również sieć kanałów i rzeczek. W połączeniu jeszcze z licznymi parkami miasto jest gigantycznym siedliskiem kaczek wszelkiej maści, o łabędziach nie wspomnę. Zdarzają się również czaple i gęsi.

Anyway - jest wiosna, jak wiadomo. Wiosna w przyrodzie oznacza małe, często puchate, słodkie maleństwa. Ostatnio czatowałam z aparatem pod domem polując na młode sroki. Rodzice fruwali nade mną skrzecząc niemiłosiernie. Raz tylko bałam się bardziej, kiedy w Norwegii pikowała na nas mama-mewa (z gatunku WIELKICH MEW na dodatek), bo na jedynej dla nas lądowej drodze, którą mogliśmy wrócić na nabrzeże (na końcu falochronu była cypel z ławeczką), jej młode, jeszcze nieloty, postanowiły pójść na spacer. Na kanale niedaleko nas pływa sobie kaczka krzyżówka ze stadem kaczątek. Dzisiaj na brzegu kanału, metr od chodnika siedziała dumnie mama łąbędziowa z mnóstwem szarych, puchatych maleństw, a tata łabędź obserwował groźnie wszystkich przechodniów. Widząc nie raz szarżujące łabędzie ominęliśmy rodzinkę szerokim łukiem.

Kiedy w Liffey opada poziom wody, standardowym widokiem są leżące na dnie, obrośnięte glonami rowery. Można też znaleźć koszyki sklepowe. Przechodząc sobie przez mostek na jakiejś bocznej rzeczce w dokach, obecnie będących nowym osiedlem, zauważyliśmy wrak całkiem sporej łódki leżącej sobie na brzegu cieku. Stan wody niski, więc była odsłonięta. Przystanęliśmy, aby przyjrzeć się bliżej. W pewnym momencie krzyknęłam "Zobacz!", tonem sugerującym zakończenie "zobacz jakie słodkie, małe...". Problem polegał na zdefiniowaniu "małe co?". Dwa podłużne kształty płynęły w wodzie. Pierwszą moją myślą było młode wydry, ale rozsądek kopnął mózg, że wydra i miasto się nie dodaje. Piotr rzucił "Kuna?" (nie wiem od kiedy kuna pływa, ale nie pytałam), ja pomyślałam z niedowierzaniem "Bobry?" Wszystko trwało dosłownie kilka sekund. Po tym czasie zwierzątka wyszły z wody na odsłonięty brzeg (którego normalnie tam nie ma, bo woda jest wyżej) i pokazały całą sylwetkę. I ogon. Popatrzeliśmy na siebie z niesmakiem i czym prędzej się oddaliśmy. Jakoś uważam, że szczury nie powinny być na tyle bezczelne, aby pokazywać się ludziom w biały dzień.

sobota, 22 maja 2010

Powódź

Po pierwsze. Bardzo współczuję wszystkim zalanym. Naprawdę i szczerze.
Po drugie: woda musi mieć gdzie się rozlać. Jak tylko się podwyższa i podwyższa wały to efekt jest jaki widać. Nie będę się rozpisywać i wymądrzać, zainteresowanych odsyłam tutaj.
Po trzecie: Jeżeli ktoś buduje się na terenie zalewowym to niech się nie dziwi, że go zalewa! Ja wiem, że nie zawsze się wie i nie zawsze można. Ale taki Kozanów we Wrocławiu - w 1997 zalany do pierwszego piętra. I co? Po 1997 dobudowali tam kolejne bloki, położone JESZCZE niżej niż te zalane 13 lat wcześniej. Te z pierwszych dzisiejszych raportów, przy u. Iguta. I gdzie tu logika, pytam?
I tak samo Kaszczorek w Toruniu - osiedle domków jednorodzinnych położone w dolinie rzecznej, niedaleko Wisły. Natomiast całe wielkie osiedle bloków jest położone z dobre 20m wyżej, bo tyle wynosi wysokość skarpy. A przecież skarpa w dolinie rzecznej się sama nie zrobiła, woda jej raczej pomogła. W Sandomierzu woda też zalała tylko jedną część miasta - bo druga, w tym całe miasto, jest na wzgórzu.
Wzdech... Ale z drugiej strony miasta gdzieś się muszą rozwijać. Tylko ludzi szkoda.

A teraz po czwarte: jest szansa, że coś pozytywnego wyjdzie z tej powodzi. Otóż sławna szkoła ojca Rydzyka umiejscowiona jest przy Porcie Drzewnym w Toruniu. Port Drzewnym, jak sama nazwa wskazuje jest sztuczną odnogą Wisły, połączoną z nią bezpośrednio i oddzielona od niej jakimś tam większym lub mniejszym polem. Czyli jak podniesie się woda w Wiśle to podniesie się w woda w porcie. A od brzegu portu do "terenów zielonych" szkoły jest zaledwie kilka metrów. Do budynków - kilkanaście :D
Co ciekawe w okolicach Portu Drzewnego we wczesnym średniowieczu była pierwsza osada toruńska. Ze względu na liczne powodzie osada została przeniesiona w obecne miejsce w górze rzeki.

Anyway - jest szansa, że zaleje Rydzyka :) Co prawda, jeżeli go zaleje, to będzie to oznaczało, że zaleje również fajny drewniany domek z pięknym ogrodem mojej dalekiej rodziny. Ale... on jest położony jakieś 30 m od brzegu, wału brak - więc i tak ich zaleje, jeżeli już ich nie zalało.

Instrukcja pójścia spać:

1. Wyłączyć komputery
2. Umyć ząbki.
3. Zrobić to co się uważa za konieczne, np nastawić budziki.
... i najważniejsze:

4. PRZED zamknięciem okien w salonie (bo ostatnio ciepło, to otwarte) sprawdzić czy w mieszkaniu nie przebywa kot. Jeżeli przebywa to wygonić. Jeżeli nie przebywa to najlepiej zamknąć okno. Chodzące, futrzaste niespodzianki w środku nocy mogą doprowadzić do zawału nawet w młodym wieku.

PS. Kot dzisiejszy jest już naszym drugim gościem. Siedząc na kanapie, tyłem do okna zauważyłam kątem oka ruch w okolicach pralki. Po kilku sekundach, które spędziłam gapiąc się na spokojnie zmierzające w kierunku przedpokoju zwierzę, spytałam siedzącego przy stole męża "Kochanie, dlaczego mamy kota w mieszkaniu?"
Kot wcześniejszy wszedł tym samym oknem, wykorzystując moją nieobecność w salonie, przyszedł zrobił "Mmmmmiiiiaaaa!", otarł się o nogi, po czym zwinął się w kłębek na kanapie.

czwartek, 20 maja 2010

Notka hermetyczna.

Liczę. Dochodzi północ, 10 rozdań za nami, więc już mi się znaczki zlewają. Liczę jeszcze raz, bo coś chyba przesadziłam. 20 pkt. No 20, nie mniej nie więcej. Grzecznie otwieram z trefla, zastanawiając się jakby tu nie spieprzyć takiej ładnej karty. Przeciwnicy na szczęście nie przeszkadzają. Dostaję odpowiedź pozytywną, na 7+ pkt. Myślę sobie fajnie to mamy tak z 27, może 30, trzymam się tego co znam omijając masę odzywek, które znać powinnam (czyli 1 trefl-1 kier-4 bez atu). Na pytanie o asy mój mąż wydaje z siebie jakiś niekontrolowany okrzyk i łamiącym się głosem stwierdza "I ty mi jeszcze silnego zgłaszasz!"
Myślę sobie "O co mu chodzi, no zgłaszam, no i?" No... On miał na ręce 17pkt...

wtorek, 18 maja 2010

Myślicie, że nadszedł już czas?

wtorek, 11 maja 2010

Żeby nie było, że zapadłam się pod ziemię, czy coś... Wstęp do relacji z wycieczki :)



sobota, 1 maja 2010

Ktoś na górze chyba się zirytował moimi wczorajszymi narzekaniami na pogodę, bo dzisiaj po prostu nieprzerwanie leje. Prognoza pogody, pewnie chcąc być zabawna, dzisiejszy stan określa jako "shower".

Powszechnie wiadomo, że jestem zrzęda. Zazwyczaj staram się nie marudzić jak mi strasznie źle na blogu. W najbliższym czasie jednak nie ręczę za siebie.

piątek, 30 kwietnia 2010

Pomiędzy słońcem a ulewą.

Po raz kolejny doceniam pomysł Piotra, którym było kupienie wieży. Republika z porządnych głośników jest nie do porównania z Republiką słuchaną z głośników komputera. W ogóle czegokolwiek słuchanego z głośników komputera nie mogę znieść.

Całe szczęście, że zabrałam w listopadzie rowery do Bergen jak miałam okazję. Przynajmniej teraz nie musimy znowu kupować kolejnych, albo myśleć jak tamte sprowadzić do Irlandii. Rower w Dublinie wyjątkowo się przydaje, zwłaszcza że komunikacja miejsca jest droga i nieujarzmiona, a ja jestem zbyt leniwa, żeby wszędzie chodzić pieszo. A tak wsiadam na moje Ferrari Cabriolet (:P adresat wie do kogo to ;) ) i śmigam szybciej niż samochody stojące w korkach. I na dodatek mam własną ścieżkę rowerową na prawie każdej ulicy. I kierowców przyzwyczajonych, że na ulicach jest takie stworzenie jak rowerzysta. Chociaż z olbrzymim zaciekawieniem obserwuję tutejsze zwyczaje. Piesi totalnie olewają sygnalizację świetlną. A rowerzyści pod tym względem są jeszcze gorsi! Niejednokrotnie zastanawiam się czy ja aby na pewno znam ten sam kodeks drogowy co oni, kiedy ja stoję na czerwonym a kolejni rowerzyści mnie mijają, wykorzystają luki w jadących samochodach i przeciskają się przez skrzyżowanie jak gdyby nigdy nic.

W ostatnich dniach mój humor jest jak dzisiejsza pogoda. Zaczęła się słońcem i śpiewem ptaków. W międzyczasie nadciągnęły granatowe chmury i lunęły z nich strugi deszczu. Popadało jakiś czas, wróciło słońce, aby znowu ustąpić miejsca ulewie. Dziwnie mi. Czuję się samotna w wielkim mieście. I tęsknie za Wami.

środa, 28 kwietnia 2010

Mieszkanko

Miałam napisać notkę, ale homor diabli wzięli w przeciągu 30 sekund. Więc nie napiszę.

Kilka zdjęć naszego nowego miejsca zamieszkania. W sumie to są to zdjęcia salono-jadalnio-kuchni, ale w końcu to jest nasz główny pokój ;) Sypialnia składa się głównie z łóżka, szafy i bałaganu, więc uznałam, że nie ma sensu jej fotografować.



Widok na pokój z korytarza




Widok za oknem :)


Kuchnia (i korytarz, nawet chyba widać drzwi wejściowe na końcu)

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

I rocznica ślubu

Świętować można na różne sposoby.
Można urządzić przyjęcie lub imprezę, iść do restauracji na dobry obiad czy iść na piwo.
Można też pojechać na przeciwległy kraniec kraju po to, aby zobaczyć Atlantyk. W końcu mając nad wielką wodę jakieś 20km na wschód, albo 300km na zachód, wiadomo co wybierzemy. Atlantyk to Atlantyk. A my to my ;)

piątek, 23 kwietnia 2010

Tralala

Łłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!!!!
WYCIECZKA!!!
Jupi jupi jupi!!!

PS. Możemy nie odbierać telefonów.

środa, 21 kwietnia 2010

O wszystkim i o niczym.

Niedzielna wyprawa na północ zakończyła się sukcesem. Mimo niesprzyjających warunków takich jak dublińska komunikacja miejsca oraz przebijanie się na totalnie drugi koniec miasta udało nam się dostać do Ikei. Ba! Udało nam się nawet zrobić zakupy. Tak oto staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami kilku drewnianych (sosna, bo sosna, ale w końcu drzewo!) mebli, idealnie pasujących do mieszkania. W ten sposób nasza następna przeprowadzka będzie jeszcze trudniejsza. A ponadto mamy już dwa komplety mebli z Ikei, w dwóch różnych krajach. Ponadto oba do siebie totalnie nie pasują.

Mieszkanko zrobiło się przytulne i ładne. Ponadto książki na półkach od razu sprawiają, że czuję się bardziej jak w domu.

Dzisiaj wybrałam się rowerem na przejażdżkę. Pierwszą moją myślą po wyjechaniu za bramę było "Chyba nie powinnam jechać tą stroną drogi...". Ciężko jest się przestawić na lewostronny ruch.

W. utknął w Chinach. Koleżanka mieszkająca w Norwegii od 5 dni próbuje wydostać się z Hiszpanii do domu. A do Brazylijczyka, współpracownika Piotra, przyjechała dziewczyna z Bergen. Miała wracać w czwartek. Zeszły. Próbowała już 3 razy. Następne podejście jutro. A mnie znowu dopasła refleksja jak łatwo przyroda może pokrzyżować człowiekowi plany. A także połowie świata. I na dodatek człowiek może tylko stać i gapić się jak krowa na malowane wrota, bo wulkanu i tak przecież nie wyłączy, a deszczu nie zatrzyma.

Zupełnie zmieniając temat, ostatnio obserwowałam taką scenkę. Była sobie mama. Prowadziła za ręce dwie córki, na oko tak 7 i 10 lat. Szłyśmy w tym samym kierunku, ja kawałek za nią. Przeciągnęła swoje córki przez każde czerwone światło dla pieszych. A było ich jakieś 5. Nie poczekała na żadnym. Z jednej strony, ja też często przechodzę tutaj na czerwonym, jak zresztą co drugi przechodzień. Czekanie na zielone czasami trwa bardzo długo. No ale z drugiej strony dzieci w tym wieku, zwłaszcza ta starsza, już chodzą same do koleżanek czy wracają ze szkoły. I jako matka, chciałabym mieć pewność, że bezpiecznie przejdą przez jezdnię, poczekają na to zielone. No ale skoro sama je ciągnę na czerwonym, to mój argument "tylko pamiętajcie, przechodźcie na zielonym, bo tak jest bezpiecznie" jest bezwartościowy.

A przy okazji przypomniało mi się jakim przekorną nastolatką byłam, jakoś tak w okolicach 13-15 lat. Mama, jak szłyśmy razem, zawsze stała uparcie na chodniku dopóki nie zapaliło się zielone. Nawet jak nic nie jechało w odległości kilometra. A ja się wkurzałam, że przecież możemy iść. Czasami szłam i musiałam i tak na nią czekać po drugiej stronie. Natomiast tata, idąc ze mną, nie zwracał uwagi na takie rzeczy jak światła. No bo przecież bez przesady. Więc uparcie chciał przechodzić na czerwonym. A ja stałam z założonymi rękami w ramach protestu twierdząc, że JA będę czekać na zielone. I to on musiał czekać na mnie po drugiej stronie. To się chyba nazywa "okres buntu" ;)

sobota, 17 kwietnia 2010

Pył

W odpowiedzi na smsy mojej mamy, a także pytania Mari i Shina - od tygodnia mamy za oknem błękitne niebo w ciągu dnia i gwiazdy w ciągu nocy. Chyba że pył wulkaniczny jest tak naprawdę gwiezdnym pyłem to trochę może zmieniać postać rzeczy ;)

niedziela, 11 kwietnia 2010

Dublin, podejście drugie.

Nienawidzę przeprowadzek.
Nienawidzę pakowania rzeczy.
Nienawidzę ich rozpakowywania.
Nienawidzę tłukącego się szkła w kartonach.
Nienawidzę małych schowków. Tego, że aby wyjąć odkurzacz to najpierw trzeba wyjąć suszarkę do prania i coś tam jeszcze.
Nienawidzę małych szaf.
Nienawidzę nie mieć samochodu. Zwłaszcza jak trzeba np. kupić regał. I szafkę.
Nienawidzę małych lodówek. I małych zamrażalników.
Nienawidzę wyspiarskiego zwyczaju dwóch osobnych kranów do gorącej i do zimnej wody.
Nienawidzę braku szafek w łazienkach.
A już najbardziej nienawidzę małych kuchni. I małych blatów. I braku zmywarki. I jednokomorowych zlewów.

Ogólnie okolica jest przyjemna. Za oknem słychać śpiew ptaszków i widać ogród. Jest ciepło i mnóstwo kwiatów. I zaczynają kwitnąć magnolie.
Połowa kieliszków nie przetrwała transportu. Szklanki sobie poradziły, ale już udało mi się 2 stłuc.
Znaleźliśmy smaczne ogórki, mogę zrobić sałatkę. Tylko czemu tu nie mają korzenia pietruszki?
I czym właściwie jest pasternak?
Ech... ;) Ogólnie zamieszanie.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Duchy i wnuki

Parę dni temu w kuchni, przyznałam się szefowej, że strach mnie ogarnia o siedzeniu samemu w środku nocy na tej małej, drewnianej stacyjce i czekaniu na pociąg. W końcu 1.33, po sezonie, więc raczej nikogo nie będzie. A szefowa popatrzyła na mnie i stwierdziła: "No tak. Będziesz sama w tym wiekowym drewnianym budynku. A w końcu duchy wolą stuletnie miejsca. Ale tam na górze mieszka samotna staruszka. Porusza się na wózku inwalidzkim. Będziesz słyszała skrzypienie podłogi i kółek nad głową..." - jej ton stawał się coraz bardziej złowieszczy... Popatrzyłam na nią wzrokiem pod tytułem "Tak, teraz mi na pewno lepiej..."

Chociaż pewnie mi się należało, ponieważ dzień wcześniej jak przyszłam do pracy, szefowa klęczała na podłodze ze swoją najmłodszą wnuczką i sklejała taśmą dwa wielkie kartony budując domek (który później przez tydzień zawalał jej biuro). Cały czas klęcząc podniosła głowę patrząc wzrokiem mówiącym "Za co???". "Nie martw się" powiedziałam. "Następny wnuk już nie długo i wszystko zacznie się od początku" po czym uciekłam schować się w drugim kącie jadalni. Tak na wszelki wypadek ;)

A tak szczerze mówiąc to wybrałam sobie najgorszy dzień w miesiącu na tę podróż. Jak na razie czuję pierwsze znamiona nadchodzącej migreny, boli mnie krzyż i ramiona. I jest mi zimno. I muszę pomarudzić.

D jak Dublin.

P jak pakowanie.
A jak akupresura.
N jak niewyspanie.
I jak In Extremo.
K jak kawa.
A jak autorka (zdjęć).

Wpadł pies do kuchni...

... i porwał mięsa ćwierć....

Ostatni obiad w najbliższym miesiącu. Gości 6ciu. Nie robimy bufetu, tylko podajemy do stołu. Ziemniaki, mięso, warzywa i surówka. No, i brązowy sos, oczywiście, w końcu Norwegowie żyć bez niego nie umieją. Obiad bez brązowego sosu to prawie taka sama katastrofa jak śniadanie bez brązowego sera.

Goście jeszcze nie przyjechali. Sprzątam jadalnie. Szefowa krząta się po kuchni. Obie nie zauważamy, jak Leo z gracją otwiera sobie drzwi do środka, po czym cicho przemyka do kuchni. Po chwili widzę jak Leo wybiega przerażony z kuchni i leci do wyjścia. Szefowa za nim. Wydaje się być zła. Więc szukam sobie dodatkowego zajęcia z dala od niej, coby miała czas ochłonąć.

A było z czego. Też bym była wściekła, jak wychodząc z toalety nagle zobaczyła ślicznego pieska opierającego się przednimi łapami o blat i zżerającego mięso przeznaczone dla gości na obiad. Zwłaszcza, że ilość mięsa była akurat na 6 osób i ani grama więcej.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Opalanie w Norwegii

Goście wczoraj pojechali, dziś dzień wolny. Połowę dnia spędziłam grzejąc się na słońcu i słuchając szemrania potoków wody wszędzie dookoła. Zauważyłam pewne podobieństwo do mojego poprzedniego pobytu tutaj. Otóż latem, aby pójść posiedzieć/poleżeć na ławce i powygrzewać się na słońcu, zakładałam długi rękaw, sweter i polar (oraz koniecznie grube skarpety), zabierałam obowiązkowo koc i szłam na słońce. Koc celem opatulenia się, oczywiście. A teraz, zimą (no dobrze, wiosną) robię dokładnie to samo. Co ciekawe mam wrażenie, że teraz było mi cieplej niż tamte kilka razy w lipcu i w sierpniu. Ale wtedy bardziej wiało.

Martin z Hege znowu odbyli podróż do Trondheim (w sobotę wieczorem), dzisiaj wrócili. Nadal dziecko nie zechciało wyjść na świat, ale jak to mówią, do 3 razy sztuka.

Czuję się tu całkiem dobrze. Ale muszę przyznać, że myśl o wyjeździe w piątek napełnia mnie wielką radością. Tęsknię za mężem. I chętnie zobaczę jakieś inne kolory niż tylko biały, czarny, brązowy i niebieski. Z przewagą białego.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Wielkanocne rozważania w rytmie In Extremo

Wielkanoc. Święto chrześcijańskie. Niezwykle ważne z punktu widzenia osób wierzących. Mówiące o umieraniu i odradzaniu. O smutku i radości. Nie ma komercji związanej z prezentami, mikołajami i kolędami. A przynajmniej na moim odludziu ;) Nie atakują mnie kurczaczki i zajączki (poza tymi kiczowatymi figurkami na stołach...).

Jednak ja nie utożsamiam się z wiarą chrześcijańską. Ukrzyżowanie i zmartwychwstanie są symbolem. Mówią o życiu i śmierci, jak wiele innych symboli. I o nadziei. Większość Wielkanocnych zwyczajów wywodzi się z czasów wierzeń pogańskich, w większości Europy jajko było symbolem życia na długo zanim pojawili się księża katoliccy. Na terenach słowiańskich w czasach przedchrześcijańskich ważnym dniem była równonoc wiosenna, święto wiosny, Matki Ziemi, inaczej też Jare. Święto, które miało dokładnie taką samą wymowę jak Wielkanoc. No prawie, bo w Wielkanocy chodzi jeszcze o to, że Jezus się za nas poświęcił i odkupił nasze grzechy. Ale generalnie umieranie i odradzanie. Początek życia, nowego etapu. Początek wiosny, plonów. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo wierzenia się przemieszały na przestrzeni wieków i ile zwyczajów, dawniej uznawanych za pogańskie, obecnie są uważane za chrześcijańskie.
Czy jest więc różnica w co wierzymy, skoro podstawowe założenia i idee są takie same?

A cały ten wywód wziął się stąd, że zawsze mam problem czego życzyć na Wielkanoc. Jaka jest tak naprawdę idea tych świąt. Wierszyki mnie doprowadzają do szału, sformułowania "Wesołego jajka" czy "Bogatego zająca" (nie znam rodziny, gdzie zając przynosi upominki komukolwiek poza dziećmi, albo przynajmniej wydaje mi się, że nie znam) uważam za niepasujące. Wszelkie życzenia nawiązujące do wiary katolickiej, jakkolwiek oddające sens tych świąt, nie pasują z kolei do mnie samej, bo jak dostaję tego typu życzenia od kogoś, kto na co dzień trzyma się od kościoła i wiary na odległość, to trąci mi to trochę hipokryzją. W związku z tym sama takich życzeń nie wysyłam, bo uważam, że to niewłaściwe. Jak zmienię swoje podejście do sprawy wiary w Boga, to może zacznę.

Więc chyba pozostaje mi życzyć Wam radości z nadchodzącej wiosny, z odradzającej się przyrody oraz chwili zadumy nad tym, co odeszło.

Poradnik gościa

Jeżeli ktokolwiek z Was pracował kiedyś jako kelner/kelnerka i/lub w hotelu to poniższe zasady pewnie zna. Jednak dla tych, którzy nie mają doświadczenia w tej materii, udzielę kilku porad:

1. Taca (założenie: taca trzymana jest w jednej ręce, na dłoni)
Jeżeli chcecie być uprzejmi dla kelnera to zostawcie jego cholerną tacę w spokoju. Chcecie mu pomóc w sprzątaniu ze stołu, to podsuńcie szklanki bliżej niego. Chcecie mu pomóc przy zdejmowaniu szklanek z tacy na stół - to przestańcie chcieć. Zdejmowanie czegokolwiek samemu z tacy kelnera albo stawianiu czegokolwiek na omawianym przedmiocie prowadzi w 90% do katastrofy. I co gorsza to nie Wy musicie po niej sprzątać.

2. Talerze
Wydaje Wam się, że będziecie mili i zestawicie razem naczynia na stoliku? Odpuście sobie. Dajcie mu poukładać jak mu się podoba. Może wtedy uda mu się wszystko zabrać za jednym zamachem, a nie będzie chodził 3 razy tam i z powrotem, bo jakiś pomocny klient poustawiał wszystko tak, że nie da się tego odpowiednio ustawić w rękach.

3. Rachunki
Zasada tyczy się większej ilości gości w restauracji, jeżeli jesteście jedynymi, to problemu nie ma. Przykładowo: wyobraźcie sobie, że macie na sali 30 osób do obsłużenia (zebranie zamówień na napoje i dostarczenie tychże). Jesteście sami tego dnia. Macie mnóstwo roboty, biegacie jak kot z pęcherzem, obsłużyliście 15 osób, nadal 15 zostało i się niecierpliwi. Podchodzicie do stolika, zbieracie zamówienie i pytacie na czyj rachunek owo zamówienie zapisać (bo akurat są z dwóch różnych pokojów, a wspólnie zamówili wino). Śpieszy Wam się, pozostali goście czekają, a ta dwójka akurat urządza sobie dyskusje "Proszę zapisać na mój rachunek" "Nie ma mowy, proszę zapisać na pokój ten i ten" "Nie, bo... ". Kelnera naprawdę takie przepychanki nie interesują...

4. Dzieci...
Nie mam nic przeciwko dzieciom. Mają takie samo prawo do przebywania w hotelu/restauracji jak każdy. Nie mam nic przeciwko, aby się bawiły, nie muszą być uwiązane do stołu. Ale można je uczulić, że nie wbiega się kelnerowi pod nogi, zwłaszcza jak niesie tacę pełną napojów. Albo. tym bardziej, jak niesie pojemniki z gorącym jedzeniem.

A teraz wyobraźcie sobie, że wszystkie opisane problemy były kwestią jednego wieczoru. Dzieci było: sześcioro obcych (2-5 lat), pięcioro wnuków szefowej (6-14 lat) i dwoje dzieci znajomych (ok 3 lat). Slalom z ruchomymi przeszkodami i natężenie dźwięku powyżej dopuszczalnych norm. W efekcie w jakieś wolnej chwili nalewając sobie kawę... próbowałam nalać ją do kubka odwróconego do góry dnem...

5. Zwierzęta
Jeżeli hotel pozwala na trzymanie zwierząt w pokojach, nie jest to równoznaczne z pozwoleniem na trzymanie ich w łóżkach! Szlag człowieka trafia, bo sierść zostaje wszędzie, przylepie się do elektryzującej się pościeli, a następnie do czystych, białych powłoczek. A pies, najczęściej w takich sytuacjach, był czarny.

Podsumowując: jeśli chcecie być mili dla obsługi, to po prostu się uśmiechajcie. Używajcie słów "proszę" i "dziękuję". Wystarczy, naprawdę. Chociaż napiwki też są miłe ;)

sobota, 3 kwietnia 2010

Pisanki, czyli o co chodzi z tą pietruszką?

Najprostszym sposobem farbowania jajek jest ugotowanie ich w łupinach cebuli, stają się wtedy brązowe, takie jak na zdjęciach w poprzedniej notce. Odnośnie farbowania (naturalnego, bo można też kupić w sklepach farbki) na inne kolory, czytałam, że świeże buraki dają różowy, a pokrzywa zielony. Ogólnie pod ręką miałam tylko cebulę, więc nie wypróbowałam pozostałych.

Odnośnie pietruszki - pietruszka jajek nie farbuje. Natomiast odpowiednio przymocowana daje fajne wzorki, ponieważ skorupka w miejscu gdzie przywierają listki pozostaje biała. Mój patent na jej przymocowanie wymaga pozbycia się pary rajstop/pończoch czy podkolanówek. Czyli oblepiamy jajko pietruszką (z pomocą wody, łatwiej się trzyma podczas wkładania) i wkładamy do pończochy. Wiążemy supełek, odcinamy i tak z każdym jajkiem. Musimy uważać, bo podczas wkładania pietruszka lubi się przemieszczać, poza tym pończocha powinna być naciągnięta i przylegać do jajka. Tak przygotowane jajka wkładamy do garnka z wodą i łupinami cebuli. Ja wkładam do zimnej. Gotujemy ok 10-15 minut od zagotowania. Warto też przekłuć skorupkę (szerszy czubek jajka), to wtedy nie powinno pęknąć przy gotowaniu.

Wzorki malowałam używając drewnianej wykałaczki maczanej w occie, zaraz po wyjęciu jajek z wody. Dobrym patentem jest też lekkie natłuszczenie skorupek wacikiem maczanym w oleju, już na sam koniec, wtedy mają ładniejszy kolor.

Niach niach niach

Kolejne z moich dziwactw. Wstać o 6 rano, żeby bawić się w farbowanie jajek. Co nie zmienia faktu... że uwielbiam te moje porąbane pomysły :D



czwartek, 1 kwietnia 2010

Sielanka

Czas sobie płynie. Śnieg sobie pada. Gałązki stojące w wazonach w hotelu wypuściły listki. Młode zielone listki. Jedyna oznaka wiosny. O 20 nadal jest jasno. Trochę nie pasuje do bieli za oknem. Hege z Martinem urządzają sobie wycieczki do Trondheim. Znaczy pojechali wczoraj wieczorem, bo myśleli, że to już. Ale pani położna powiedziała, że jeszcze nie. I że mają wracać do domu, bo poród może być równie dobrze dzisiaj co za tydzień. Więc wrócili. Goście przychodzą sobie na kawę. Łyse owce sobie beczą. Psy sobie hasają. Po śniegu. Sielsko i anielsko. Prawie jak Boże Narodzenie...

Wyjaśniając kwestię strzyżenia owiec. Strzyżenie owiec odbywa się dwa razy do roku. Koszta zabawy przekraczają zyski. Na pytanie po co w takim razie cała heca, dowiedziałam się, że takie są przepisy, a bez tego ktoś na nich doniesie i będą płacić kary. Metoda strzyżenia polega na położeniu owiec na grzbiecie - wtedy kręgosłup tak się układa, że ułożenie wprowadza zwierzę w stan naturalnego znieczulenia. Dlatego też wyglądają jak umierające. Poza tym owce były przerażone, ale one zazwyczaj się wszystkiego boją. Poza nadjeżdżającymi samochodami. Zapewniam również, że pomimo że zdjęcia wyglądają upiornie (z punktu widzenia troski o stwory) to owce żyją i mają się dobrze. Żadna nie umarła na zawał. Żadna też nie poroniła, a cała setka jest w ciąży.

A jutro lub pojutrze zobaczę na czym polega ta cała rzekoma frajda z łowieniem ryb. Z przerębla, na zamarzniętym jeziorze, żeby nie było :) A ostatnio z Caroline wybrałyśmy się w góry. Rakiety śnieżne to fajna sprawa :) To tak w ramach rozrywek, w końcu nie można ciągle karmić owiec i jeździć z psami, co nie? :P

Strzeżenie wiedźm

Albo strzyżenie owiec jak kto woli.
Fotoreportaż znajdziecie tutaj.

Patrząc za okno doszłam do wniosku, że z okazji Świąt Wielkanocnych ulepię bałwana. I wcale nie jest to prima aprilis.

poniedziałek, 29 marca 2010

Technicznie.

Akcja dzieje się w stajni. Światło kiepskie. Obiektyw f/3,5-5,6 nie spełnia oczekiwań dając czasy 1/13 - 1/20. ISO 400, bo niżej się nie da. Wyżej też nie, bo w tym świetle już 400 daje czasami ziarno. Z konieczności zdjęcia robię EF 50mm f/1,8. Przesłona między 1,8 a 2,5, czasy 1/30 - 1/100. Mała głębia ostrości, ale co zrobić. Obiekt - facet + owca. Owca się rzuca, dopóki nie zostanie położona na plecy (wtedy kręgosłup jest tak ułożony, że działa na nią jak znieczulenie - oto sekret strzyżenia owiec). Nawet jak owca się nie rzuca, to facet co chwila ją przemieszcza. Nie mówiąc o tym, że sam również się przemieszcza, rusza, zwłaszcza rękami z kosiarką, znaczy chciałam powiedzieć maszynką do golenia. Czas na jedną owce minuta do dwóch. Pomijam kwestię osób trzecich, psów, dzieci wchodzących w kadr za obiektem. Pomijam też stajnię i kraty boksów jako ładne tło.

Generalnie zdjęcia nawet jeżeli są ostre, to niekoniecznie tam gdzie bym chciała. A nawet te na 1/100 są rozmazane. Nie wpadłam na to, żeby korzystać z lampy błyskowej, pewnie z powodu mojej nienawiści do niej i wniosku, że te owce i tak są już wystarczająco zestresowane. A i akcja działa się dość szybko.

Jakieś rady? Sugestie? Przykładowe zdjęcia oczywiście wrzucę. Jak już przez nie przebrnę.

sobota, 27 marca 2010

W skrócie.

Mam kilka rzeczy do opisania. Ale nie mam czasu.
- Jutro strzyżenie owiec. I tak, planuję robić zdjęcia ;) A może nawet ostrzygą lamę :)
- Szefowa pozwoliła mi pofarbować jajka na niedzielne śniadanie. Anne Stine powiedziała, że chyba mi przyśle swoje dzieci na naukę, bo jakoś nie przekazała im tej umiejętności.
- Hege pozwoliła "pomacać" swój brzuch ;)
- Goście z jednego pokoju mają 8 tygodniowego szczeniaczka. Jest słodki i w przeciwieństwie do jagniąt nie skończy jako pasztet. Czy co tam się robi z jagnięciny.
- Nasze rzeczy nadal nie dotarły do Dublina. Ale wyjechały już z Bergen.
- W dzień śnieg zamienia się w wodę. Nocą woda zamienia się w lód. Często nad ranem lód pokrywany jest nowym śniegiem, który w dzień zamienia się w wodę. I tak w kółko.
- Z poprzednich 3 jagniąt zostały 2.
- Kolejna owca urodziła 4 młode. W piątek, na razie wszystkie żyją.
- Leo (seter Hakona) otwiera sobie drzwi do hotelu. W ogóle każde drzwi. I obie strony. Nie drapiąc ich. Po prostu stając na tylnych łapach naciska klamkę. Mógłby się jeszcze nauczyć je zamykać i byłoby idealnie :)

piątek, 26 marca 2010

Pyrkon

Nie sądziłam, że tak będzie. Czułam się tu dobrze. Czuję się tu akceptowana, mogę pogadać, pożartować, posiedzieć z kimś z rodziny i wypić kawę. Mogę iść do stajni, mogę pójść na spacer z Caroline. Żadnych gierek, zawiści czy walki między kimkolwiek. Jest fajnie.

Ale dzisiaj, mając świadomość, że wszyscy przyjaciele i znajomi właśnie dobrze się bawią, na wydarzeniu, które bardzo lubię, czuję się samotna. Jest mi smutno. Sama chciałam. Wydawało mi się, że to nic takiego. Ale jednak bycie z nimi jest dla mnie ważne. Nawet jeżeli pada się na pysk i zapieprza przez kilkadziesiąt godzin na okrągło.

czwartek, 25 marca 2010

Z cyklu: dawno temu.

Gdzieś za zakrętem spotykam kota. Siedzi na środku drogi z kamieni. Martwy ptak leży przed nim. Wokół kota unoszą się czarne pióra. Szeleszcząc cicho opadają mu na futro, ale on nie zwraca na nie uwagi. Chudy jest. Dawno nie jadł.

Ptak... Znam go. Przylatywał do mnie zimą - pogadać. Całymi dniami siedziałam przy oknie. Ja z jednej strony, on z drugiej. Ja udawałam, że wcale mnie nie ma. On udawał, że mnie nie widzi.
Ja mówiłam do niego. On słuchał. Nie odpowiadał.
On mówił do mnie. Ja słuchałam.
Oboje byliśmy szczęśliwi.

Kot. Patrzy na mnie. Zielonymi oczami opowiada swoje życie. I pozostałe osiem. Po czym zabiera ptaka i znika za rogiem.
Zostaję sama.

kwiecień 2006

Stres i Norwegowie

W jednej z poprzednich notek napisałam, że najbliższy szpital położniczy jest w Trondheim. 160 km stąd. Jo skomentowała to stwierdzeniem, że mam się szykować na odbieranie porodu. Otóż pewnego pięknego dnia, kiedy zamiast pracować siedziałam z szefową i Lilian pijąc kawę, doszłyśmy do wniosku, że na pewno w święta będzie wielka śnieżyca, w związku z czym zamkną drogi i: goście nie dojadą, dzieci utkną w szkole w Dombas, a Hege w tym momencie zacznie rodzić. Anne (matka dwójki dzieci i babcia 3ga wnucząt - lub 5ciorga, jeżeli liczyć te przyszywane) stwierdziła z rozbrajającym uśmiechem, że ona zamierza szykować gorącą wodę, bo widziała na filmach, że tak się powinno robić i to wszystko, bo nie ma pojęcia co dalej. Doszłyśmy jednak do wniosku, że nie ma się co martwić, w końcu to trzecie dziecko Hege, a poza tym ona przecież jest pielęgniarką, to na pewno wie co robić. A ponadto Martin ma wprawę w przyjmowaniu porodów jagniąt, więc sobie poradzą. Tyle jeśli chodzi o przejęcie przyszłej babci.

Przy okazji zapytałam Hege i Martina, czy planują jechać kilka dni wcześniej, czy cokolwiek... Popatrzyli na mnie dziwnie z miną "Ale o co Ci, dziewczyno, chodzi?" lekko wzruszając ramionami. Powiedziałam, że no w sumie tak, nie ma się co martwić, przecież Hege jest pielęgniarką, a Martin ma wprawę w odbieraniu porodów owiec. Hege się roześmiała, a przyszły ojciec powiedział ze stoickim spokojem "Jasne, a jak dziecko ułoży się nieprawidłowo to wepchnę z powrotem i odwrócę".

Poza tym zarówno Hege, jak i Anne, jak i Lilian wyraziły (niezależnie) tą samą opinię:
"Przecież do Trondheim jedzie się tylko 2,5 godziny. Jak (Hege) poczuje, że się zaczyna, to wsiądą w samochód i pojadą, przecież poród zazwyczaj trwa kilka godzin"

Jeżeli ktoś z Was, moi drodzy, nie miał jeszcze do czynienia ze skandynawską mentalnością, to proszę być przygotowanym na tego typu niespodzianki. Poza tym nic dziwnego, że Norwedzy są całkiem zdrowym narodem, skoro słowo "stres" jest dla nich pojęciem obcym...

A termin porodu zbliża się nie ubłagalnie, zostało 9 dni. A jeszcze wczoraj widziałam Hege przesuwającą ciężką donicę ;)

wtorek, 23 marca 2010

Krótkie nic.

Miałam napisać notkę, ale spędziłam wieczór na rozmowach przez Skype'a. Lód pokryty został warstwą świeżego śniegu. Wywróciłam się dzisiaj dwa razy. Pocieszyło mnie jak zaraz koło mnie Trojowi rozjechały się łapy i też usiadł na zadzie.

A oto moje maleństwo :)

poniedziałek, 22 marca 2010

Przesilenie

Praca w hotelu dzieli się na czas, kiedy są goście i wszystko ma ustalone reguły oraz czas, kiedy gości nie ma. A reguły są płynne. Zazwyczaj są wtedy jakieś dodatkowe prace, które trzeba wykonać. Natomiast to moja sprawa kiedy je wykonam. Mam zrobić to i to i mam czas do piątku. Mogę sobie usiąść w środku dnia z kawą i powygrzewać się na słońcu. Mogę zrobić przerwę i pójść na spacer. Pójść do stajni i pozawracać komuś głowę pytaniami. Poplotkować z szefową. Czas w takie dni zwalnia. Robi się leniwie.

Jagniątka zostały 3. Chodzę do nich 4 razy dziennie, żeby je nakarmić. Ich matka czasami zabeczy z niepokojem, ale nie przejmuje się mną jakoś specjalnie. Młode, jak tylko wchodzę, beczą cienko i żałośnie. Dwa są ciągle głodne i się przepychają, trzecie zazwyczaj stoi z boku i muszę w nie wciskać jedzenie. Ale jest największe z nich wszystkich, więc myślę, że je mleko matki i po prostu nie jest głodne. Brakuje mi rąk. W jednej ręce butelka, w drugiej pyszczek młodego. Trzecia by się przydała do odsuwania dwóch pozostałych :)

Śnieg powoli topnieje. Zamienia się w wodę. A woda zamienia się w lód. Cały teren hotelu, który nie jest pokryty śniegiem lub jest trochę bardziej płaski (dwa parkingi, droga, teren pod stajnią) pokryty jest lodem. Niestety, na zieloną trawkę przyjdzie poczekać jeszcze z miesiąc.

Do Foldall przyleciały jaskółki. U nas też czasami jakieś ptaszki zaświergoczą.
Psy (dorosły wilczur i seter oraz szczeniaki: podhalański i ... coś włochatego, łaciatego) biegają szczęśliwe po słońcu domagając się uwagi. Taraj (wilczur) jak ma ochotę na zabawę to przychodzi, popycha nosem kamień (obecnie bryłę śniegu) w twoim kierunku i mówi wzrokiem: "Rzuuuuuć mi". Troj (młody podchalański) biega w kamizelce odblaskowej, bo ciężko go odróżnić od śniegu i uwielbia wszystko. Zwłaszcza zabawy ze szczeniakiem Viktora. A Leo (seter Hakona) boi się Taraja, więc hasa raczej samotnie. Właśnie do mnie przylazł i tak długo skakał na drzwi (siedzę sama w hotelu, w salonie), że aż go w końcu wpuściłam, bo najwyraźniej czuje się samotny. Nic dziwnego - w końcu zeżarł latem papużki faliste Anne Stine i teraz nie w domu żadnych innych zwierzaków.

Hege ma termin porodu dokładnie w 40ste urodziny Martina, za dwa tygodnie. Zastanawiamy się czy syn postanowi zrobić tacie prezent. Przy okazji: szpital jest w Trondheim. 160 km od nas.

Równonoc upłynęło mi leniwie, w towarzystwie psów, jagniąt i słońca. Wieczorem, przy -10 stopniach, poszłyśmy z Caroline do jazkuzzi. Siedząc w ciepłej wodzie patrzyłyśmy na góry i rozgwieżdżone niebo. Etap, w którym trzeba było wyjść i przejść boso, w mokrym kostiumie kąpielowym 50 m (nie dało się przebiec, bo było strasznie ślisko) był... niezapomniany.

Siobhan, jeżeli chcesz poznać naprawdę wyluzowanych ludzi, to zapraszam do mnie :)

Nadszedł czas zabrania Leo i pójścia do stajni nakarmić jagnięta, nie obijając sobie tyłka na lodzie przy tej okazji. A w ogóle: macie może pomysł jak wytłumaczyć Norwegom idee Lanego Poniedziałku?

sobota, 20 marca 2010

Wiosna

Tym, którzy nie pamiętają, przypomnę, że oprócz posiadania hotelu i koni szefowa hoduje owce. Jagnięta rodzą się w maju, zazwyczaj każda owca ma 1 lub 2 dzieci.
Ale... wczoraj w nocy jedna z owiec urodziła. Na dodatek urodziła 4 jagnięta. I tu pojawia się problem, ponieważ owce mają tylko po 2 wymiona, więc nie bardzo może wykarmić tyle młodych.

I... zgadnijcie kto natychmiast zgłosił się do karmienia maleństw z butelki :)

Tak więc ja jestem zadowolona, że mogę, a Martin szczęśliwy, bo nie musi ;) Jutro powiem Wam jak było :)

Szefowa coś wspominała o jagnięcinie na Święta Wielkanocne, ale mój umysł jakoś omija tę kwestię.

piątek, 19 marca 2010

Zabawy

Nie mam sprzętu studyjnego. Zapomniałam statywu. Mam czas. I szpilki. Buchnęłam lampę z salonu. Mam biurko. I najważniejsze: aparat z samowyzwalaczem ;)




Nie są idealne, wiem ;) Ale na chwilę obecną jestem zadowolona :)

środa, 17 marca 2010

Śniadanie

Niemcy. Sztuk 27. Jak przygotujemy dużo jedzenia, to akurat nie mają apetytu, jak przygotujemy tylko trochę, to zjedzą wszystko w przeciągu 5 minut i chcą jeszcze. Mówiąc krótko wywracają nasze życie do góry nogami przez ostatnie 10 dni.

Co nie zmienia faktu, że są całkiem sympatyczni.

Przychodzę do pracy. Szefowa wita mnie stwierdzeniem:
- Zgadnij kto został wylosowany, aby przygotować jutrzejsze śniadanie!
Przecież to Lilian zawsze ma śniadania, myślę sobie. A oni jutro wyjeżdżają. Pełna złych przeczuć odpowiadam:
- Nie wiem, pewnie wielkanocny zając.
- A zgadnij, o której jest to śniadanie! - odpowiada radośnie szefowa.
- Pewnie w środku nocy. - stwierdzam zrezygnowana.
- O 5 rano. - słyszę.

Co oznacza, że zaczynam koło 4 rano. Czyli za 4 godziny i 10 minut. Normalnie o tym marzyłam...

niedziela, 14 marca 2010

Goście z innych krajów

Jak już wspominałam, mamy 27 Niemców na wakacjach. Siedzą tu od tygodnia i posiedzą jeszcze do piątku. Są.... grupą wyjątkową. Trudną w rozpracowaniu. Od poniedziałku próbujemy z szefową rozgryźć ich menu obiadowe. Mniej więcej po 4 dniach udało mi się zrobić wystarczającą ilość sałatki, bo Niemcy wcinają niesamowite ilości zieleniny. Warzywa gotowane również znikają w przeciągu kilku sekund. A z kolei jak wczoraj stwierdziłyśmy, dobra to zapchamy ich sałatą i kalafiorem, to nie wyszło. Bo akurat wczoraj jedli coś innego. Z szefową miałyśmy już niezłą głupawkę wieczorem.

W grupie jest 7mioro wegetarian. Szefowa nie przejmuje się nimi aż tak specjalnie. Tylko że we wtorek przyjeżdża na jedną noc grupa Duńczyków, z których połowa jest wegetarianami. Szefowa się załamała, bo przecież cokolwiek zrobi dla nich, to mięsojadzi i tak to zeżrą, a nikt nie ma zamiaru robić naleśników dla 50 osób ;)

Idę zobaczyć co nasi goście wymyślą dzisiaj. Ja w każdym razie zamierzam im trochę utrudnić życie i zrobić dwa rodzaje sałatki (bo wczoraj została mi wersja z jajkiem, więc nie mogę jej zmieszać z owocami). Mam tylko nadzieję, że nie postanowią spróbować obu, bo wtedy na pewno będzie za mało a ja w końcu nie wytrzymam i zacznę do nich strzelać. ;)

środa, 10 marca 2010

Kawa

- Co TO jest??? - zapytała Anne wskazując na małą miseczkę wypełnioną fusami po kawie.
- Ee... w sumie to kawa - stwierdziłam nie mając pojęcia jak są "fusy" po angielsku.
- Czy to są fusy z ekspresu? - domyśliła się szefowa przypominając sobie zapewne, że nie dawno opróżniałam zbiorniczek w ekspresie.
- Tak.
Szefowa oparła się plecami o blat, skrzyżowała przedramiona, co absolutnie nie ma nic wspólnego z dwoma waleniami położonymi na wielorybie, popatrzyła na mnie z nad okularów i ironicznie zażartowała:
- I co zamierzasz z tym zrobić? Przepłukać włosy?
- Nie, zmieszać z mydłem i użyć jako peeling. - powiedziałam.
Anne zrobiła lekko oszołomioną minę, bo okazało się, że jej żart okazał się prawie zgodny z prawdą.
- Słuchaj, ale Ty wiesz, że takie rzeczy można kupić?
- Wiem. Tylko mam pewne trudności z pojechaniem do sklepu. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Czekaj, chcesz mi powiedzieć, że robisz to dlatego, że nie masz kremu, czy dlatego że masz ochotę poeksperymentować? - zapytała zdumiona.
- W sumie to jedno i drugie, ale zaczęłam szukać pomysłów z tego pierwszego powodu. W końcu potrzeba matką wynalazków.
- No dobrze... to powiedz mi jutro, czy się eksperyment się powiódł, czy nie zamierzasz tego nigdy więcej próbować.
- Dobrze. Dotychczas próbowałam z mlekiem, oliwą i cukrem i działało.
Szefowa wzniosła oczy do nieba:
- No tak, przecież Kleopatra kąpała się w oślim mleku - stwierdziła ironicznie.
- Tak, ale jakbym wzięła Ci całe mleko z lodówki i zużyła je po to, żeby się w nim wykąpać, to byś mnie zabiła. - powiedziałam.
- Całe szczęście, że nie mamy nigdzie wanny - odetchnęła z ulgą Anne.
- Ale macie jazkuzzi! - podpowiedziałam.
- Wzięłabyś całe moje mleko i nalałabyś je do jazkuzzi...
- ... a ty byś mnie powiesiła. - dokończyłam.
- Tak... na pewno nie chciałabym Cię oglądać przez kilka dni... - stwierdziła Anne z rozbawieniem.

wtorek, 9 marca 2010

Nowonarodzona :)

Przyjechali Niemcy. 27 osób na 10 dni. Początkowe standardy, czyli oni próbują być dla mnie mili i mówić do mnie po norwesku, przynajmniej podstawowe słowa. Wielkie jest zdziwienie tych bardziej dociekliwych, którzy nagle się orientują, że niestety, nie nauczę ich jak jest "groszek" po norwesku, bo nie mam zielonego pojęcia. Najlepsze jest jak zamawiają piwo mieszając przy tym niemiecki z norweskim a ja muszę zgadywać o co im do licha chodzi.

W związku z tym, że przyjechali zażyczyli sobie dostęp do sauny. A sauna przeszła remont, więc dzisiaj po sprzątaniu tego przybytku czułam się zakurzona od stóp do głów. A przy okazji cierpię od dni paru, ponieważ nie zabrałam ze sobą żadnego balsamu do ciała. A wydostanie się stąd do sklepu jest nie lada przedsięwzięciem :) Więc... polecam połączenie oliwy i mleka + cukru :) działa jako peeling i oliwka w jednym :)

niedziela, 7 marca 2010

Bajki

Poczułam się szczęśliwa. Odkryłam z zasobach internetu moje ukochany bajki, czyli Gumisie, Kacze Opowieści i Brygadę RR. Są całkiem niezłym podkładem do haftowania. Na zmianę z South Parkiem ;) Co prawda muszę powiedzieć, że jako dziecku, bajki te wydawały mi się bardziej interesujące. Chociaż dialog między Chipem i Dalem "Ścisz tę muzykę, przy niej w ogóle nie da się myśleć!" "To jest muzyka Heavy Metalowa! Ona jest do słuchania, a nie do myślenia." mnie rozłożył :)

Goście pojechali, zostałam sama w przepastnym budynku hotelowym. Uciekam na spacer, bo się rozpogodziło, a Martin coś mówił, że powinni znaleźć dla mnie jakieś biegówki :)

sobota, 6 marca 2010

Spaghetti

Jako gości mamy między innymi 10 nastolatków płci męskiej (uczestnicy zawodów narciarskich).
Anne: "Położę spaghetti w tym dużym, płaskim pojemniku i poleję go sosem z wierzchu."
Ja: "Świetnie... Czyli dzisiaj będziemy sos pomidorowy wszędzie dookoła?" (odwołując się do wczorajszego drobnego makaronu, który zawsze komuś uciekał z łyżki jak próbowano go nałożyć, więc w rezultacie makaron był w innych potrawach, na ladzie grzejnej, pod ławą, na podłodze dookoła i jeszcze pod stołami)
Anne: "Tak, dzisiaj będą mieli dłuuugie nitki do rozrzucania i chlapania sosem"
Ja (z wyrzutem): "Musiałaś?"
Anne: "Oczywiście! Przecież inaczej zanudziłybyśmy się na śmierć! Musimy mieć coś do roboty"
Ja: "Hm... To może następnym razem podamy im żywego kurczaka złap-go-sam? Będzie mnóstwo sprzątania i rozrywki"
Anne: Nie bój się, oni są zdolni. Spaghetti im wystarczy"

Myszka Miki

Tych, którzy nie pamiętają, jak wygląda życie i praca w Hjerkinn, albo zaczęli czytać tego bloga później, zapraszam do przeczytania notek z lipca, sierpnia i września. Będzie Wam łatwiej zrozumieć sytuacją i wydarzenia :)

Pracuje popołudniami. Szefowa gotuje.
Moje drugie spotkanie z szefową wyglądało następująco: wchodzę do kuchni gotowa do pracy. Szefowa buszuje w lodówce wyciągając przydatne rzeczy na obiad. Podchodzę do drzwi, aby się przywitać i zapytać jaki dzisiaj jest plan działania. W tym momencie szefowa się prostuje i odwraca do mnie... a ja zamiast się odezwać stoję z otwartymi ustami i się gapię. Po chwili udaje mi się wykrztusić:
"Dzień dobry. Anne... masz bardzo ładne okulary"
Anne: "Tak?"
Ja: "Tak. Są takie... różowe."
Anne (uświadamiając sobie co ma na twarzy) "Ach, te! Ale one nie są różowe!"
Patrzę na nią z rozbawieniem.
Anne (kontynuując): "One są... (zdejmuje okulary, patrzy na nie przez chwilę)... one są... no dobrze. Są bardzo różowe"

Trochę później tłumaczyła mi coś w recepcji. Stała blisko. Okulary są jasno różowe dookoła szkieł i mają ciemno różowe ... no, te długie co się zakłada za uszy.
Ja: "Anne, wiesz, że te okulary mają Myszki Miki na bokach?"
Anne: "Co mają?"
Ja: "Główki Myszki Miki na bokach"
Anne zdejmuje okulary: "Gdzie?"
Pokazuję jej palcem na rząd kolorowych główek na boku "Tutaj"
Anne: "Naprawdę? Przykro mi nie widzę ich bez okularów!"

Generalnie praca upłynęła nam na plotkach. O tym, że Hege i Martin spodziewają się syna i że poród nastąpi w przeciągu miesiąca. Najbliższy szpital położniczy jest w Trondheim, czyli 160km stąd. O tym, że Norwedzy już nigdy nie uwierzą w globalne ocieplenie. O tym, że szefowa była na nartach w Dombas, na stoku ze slalomem i jest z siebie dumna, że nadal potrafi jeździć.

I przy okazji dowiedziałam się, dlaczego cały parking (między hotelem a budynkiem campingu) jest pokryty grubą warstwą lodu. Przekonałam się o tym wczoraj jak wywinęłam to niezłego kozła. Otóż z góry płynie sobie strumyk. Strumyk pod parkingiem przepływa rurą, po czym płynie sobie dalej. Cały bajer polega na tym, że rura zamarzła, więc woda ze strumyczka poszła górą, po parkingu. Oczywiście teraz strumyk jest w fazie stałej i problemu nie ma. Natomiast jak cały śnieg zacznie się topić, to cała woda pójdzie parkingiem, ponieważ rura, która jest głębiej i nie działają na nią takie pomocne rzeczy jak ciepłe promienie słoneczne, będzie się rozmrażać zdecydowanie wolniej. Mam jednak nadzieję, że mnie już wtedy tu nie będzie ;)