Listopad. Wieczorne powietrze pachnie dymem i wilgocią. Tak samo jak włosy po powrocie z dworu. Wieje. Pada. I szumi.
W niedzielę byliśmy "Lord of the dance". Z Flatleyem w roli głównej, który po 10ciu? (Melon, popraw mnie jak się mylę) latach postanowił wrócić na scenę jako tancerz a nie tylko reżyser zbierający kasę. Po powrocie w myślach ułożyłam sobie całą notkę na ten temat, odkładając napisanie jej na poniedziałek. W poniedziałek doszłam do wniosku, że nie ma sensu dwa razy pisać tego samego, więc po prostu odsyłam Was do Melona.
Pozwolę sobie jedynie dodać parę uwag. Telebimy miały postać wąskich kolumn, a poszczególne "piksele" obrazu były duże i doskonale widoczne. Żadnego przejścia między kolorami czy cokolwiek. W rezultacie otrzymujemy obraz jak na monitorze ustawionym na bardzo niską rozdzielczość i dodatkowo na 16 kolorów. Tak przynajmniej je zapamiętałam. Obrazy pokazywane na nich, jakie by nie były, ładnie wyglądać po prostu nie mogły. Jeżeli do tego dodamy fakt, że wspomniane róże były kiczowate i tandetne jak róże z pocztówki sprzed 30 lat, to otrzymujemy obraz wręcz upiorny. Łabędź przepływający z telebimu na telebim, bodajże z jakimś dodatkiem zielska z rodzaju Nuphar (przepraszam, do mgr nie opłacało się uczyć nazw i polskich, i łacińskich, więc poprzestałam na tych drugich, a jest późno i polskiej zwyczajnie nie pamiętam), przyprawił mnie o lekkie drgawki. A co do czerwonego konturu pań na czarnym tle, wywijających biodrami jak na reklamach klubów go-go, powiem tylko, że w kulminacyjnym momencie było ich 3, a nie 2.
Co do kostiumów: ilość cekinów raziła oczy i tak już obolałe od świateł reflektorów. Melon zapomniała również dodać, że nasza elfka zmieniła się w typowego błazna. Temu kostiumowi brakowało jeszcze czapeczki z dzwoneczkami. A ponadto "słaba kopia francuskich gejów" to NAPRAWDĘ delikatne określenie.
Przyznam szczerze, że początkowo nie uderzyło mnie to wszystko aż tak mocno. Do czasu aż wieczorem, z czystej ciekawości, obejrzałam sobie fragmenty widowiska z 1996 na youtubie i zobaczyłam tamte stroje i tamtą choreografię. Te węzły celtyckie mieniące się na strojach czy choreografii dodawały wszystkiemu dużego uroku.
A co Flatleya - nie wiem czy przed nim na scenę wchodzi jego ego, ale brzuch na pewno ;)
Nie zamierzam jakoś specjalnie rozpaczać po tym wydarzeniu. Nie upadł jakiś mój ideał. Zdecydowanie bardziej rozpaczałam, jak po śmierci Ryśka Riedla usłyszałam nową, pierwszą nagraną z Jackiem Dewódzkim, płytę Dżemu. Była to również ostatnia płyta Dżemu jaką kupiłam i utwierdzałam się w tym postanowieniu na każdym kolejnym koncercie słysząc ich nowe piosenki. Przyznam, że jeszcze na parę lat temu nie wiedziałam kim jest Micheal Flatley, chociaż uwielbiałam utwór "Warriors". Przez pierwsze dwa lata studiów byłam przekonana, że to piosenka z filmu "Święci z Bostonu". Ruda zresztą tak samo, bo błąd wyszedł od niej (a konkretniej od osoby, która nagrywała jej płytę z tym sountrackiem) i obie się w tym utwierdzałyśmy. Mocno byłam zdziwiona kiedy jakoś później obejrzałam film czekając na mój ulubiony utwór, którego tam... nie było, a wyszperany w internecie opis płyty głosił, że jest na niej 18 utworów, a nie 21.
Mimo tych wszystkich narzekań, muszę powiedzieć, że całkiem dobrze się bawiłam, bo dobra muzyka w doskonałym nagłośnieniu zawsze jest mile widziana. No i taniec irlandzki na żywo również robi dobre wrażenie :)
A z ciekawostek przyrodniczych piekę kolejne dzieło. Zobaczymy jak mi wyjdzie, bo w około północy, kiedy chlebek zagniatałam, uświadomiłam sobie, że zapomniałam o ziemniakach. A naprawić błędu nie było jak, bo w domu tychże nie posiadamy. Cała ja.