Choinka ubrana.
Piernik upieczony. Pierwszy w życiu nota bene.
Domek skończony. Chociaż mąż już miecz na niego wypolerował ;)
Dzisiaj w Trójce pół dnia gadali, jak to kobiety się zamęczają, żeby zrobić tradycyjnie 12 potraw i jeszcze to sprzątanie, a mężczyźni uciekają byle dalej, żeby tylko nie zostać wciągnięci w wir świątecznych przygotowań. A ja... czuję się ciut odsunięcia od prób gotowania. Mogę oczywiście zrobić makiełki. Tzn. jak tylko opracuję metodę zmielenia maku bez maszynki do mięsa, makutry, moździerza i blendera. Mogę oczywiście coś upiec. Ale od grzybowej, kapusty z grzybami, kapusty z grochem, PIEROGÓW (to ja zawsze lepiłam pierogi!!!) czy nawet makaronu mam się trzymać z daleka, ponieważ mój mąż szaleje w kuchni, dodaje przyprawy, robi bałagan, kosztuje, poprawia, kosztuje, chodzi i wącha zapachy itd itd.... Piekarnik mamy w schowku. Kuchenkę mamy w salonie z aneksem kuchennym. Poczułam się oszukana kiedy zapach zwykłej, gotującej się włoszczyzny zdominował zapach mojego pieczącego się piernika... Ale przynajmniej choinka dominuje przestrzeń :D
Anyway. Dostałam już swój gwiazdkowy prezent. Mam wrażenie, że Krystian nieźle się bawił, bo okazało się, że wczoraj ja radziłam się go w sprawie prezentu dla Piotra, a dzisiaj Piotr wypytywał go w kwestii prezentu dla mnie... :)
W każdym razie prezent mi się baaardzo podoba :)
A oto chatka z piernika (przód):

... i tył:

A oto efekty zabawy z choinką oraz nową zabawką ;)


A przy okazji dziękuję za rady odnośnie fotografowania ćwierkadeł :) Poddawać się nie zamierzam, zwłaszcza że daleko do nich nie mam. Mogłabym tylko przestać strzelać zdjęcia zza szyby, siedząc sobie w cieplutkim mieszkanku zamiast koczować na śniegu ;P
Wesołych Świąt wszystkim :*