Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hjerkinn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hjerkinn. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 kwietnia 2010

Duchy i wnuki

Parę dni temu w kuchni, przyznałam się szefowej, że strach mnie ogarnia o siedzeniu samemu w środku nocy na tej małej, drewnianej stacyjce i czekaniu na pociąg. W końcu 1.33, po sezonie, więc raczej nikogo nie będzie. A szefowa popatrzyła na mnie i stwierdziła: "No tak. Będziesz sama w tym wiekowym drewnianym budynku. A w końcu duchy wolą stuletnie miejsca. Ale tam na górze mieszka samotna staruszka. Porusza się na wózku inwalidzkim. Będziesz słyszała skrzypienie podłogi i kółek nad głową..." - jej ton stawał się coraz bardziej złowieszczy... Popatrzyłam na nią wzrokiem pod tytułem "Tak, teraz mi na pewno lepiej..."

Chociaż pewnie mi się należało, ponieważ dzień wcześniej jak przyszłam do pracy, szefowa klęczała na podłodze ze swoją najmłodszą wnuczką i sklejała taśmą dwa wielkie kartony budując domek (który później przez tydzień zawalał jej biuro). Cały czas klęcząc podniosła głowę patrząc wzrokiem mówiącym "Za co???". "Nie martw się" powiedziałam. "Następny wnuk już nie długo i wszystko zacznie się od początku" po czym uciekłam schować się w drugim kącie jadalni. Tak na wszelki wypadek ;)

A tak szczerze mówiąc to wybrałam sobie najgorszy dzień w miesiącu na tę podróż. Jak na razie czuję pierwsze znamiona nadchodzącej migreny, boli mnie krzyż i ramiona. I jest mi zimno. I muszę pomarudzić.

Wpadł pies do kuchni...

... i porwał mięsa ćwierć....

Ostatni obiad w najbliższym miesiącu. Gości 6ciu. Nie robimy bufetu, tylko podajemy do stołu. Ziemniaki, mięso, warzywa i surówka. No, i brązowy sos, oczywiście, w końcu Norwegowie żyć bez niego nie umieją. Obiad bez brązowego sosu to prawie taka sama katastrofa jak śniadanie bez brązowego sera.

Goście jeszcze nie przyjechali. Sprzątam jadalnie. Szefowa krząta się po kuchni. Obie nie zauważamy, jak Leo z gracją otwiera sobie drzwi do środka, po czym cicho przemyka do kuchni. Po chwili widzę jak Leo wybiega przerażony z kuchni i leci do wyjścia. Szefowa za nim. Wydaje się być zła. Więc szukam sobie dodatkowego zajęcia z dala od niej, coby miała czas ochłonąć.

A było z czego. Też bym była wściekła, jak wychodząc z toalety nagle zobaczyła ślicznego pieska opierającego się przednimi łapami o blat i zżerającego mięso przeznaczone dla gości na obiad. Zwłaszcza, że ilość mięsa była akurat na 6 osób i ani grama więcej.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Opalanie w Norwegii

Goście wczoraj pojechali, dziś dzień wolny. Połowę dnia spędziłam grzejąc się na słońcu i słuchając szemrania potoków wody wszędzie dookoła. Zauważyłam pewne podobieństwo do mojego poprzedniego pobytu tutaj. Otóż latem, aby pójść posiedzieć/poleżeć na ławce i powygrzewać się na słońcu, zakładałam długi rękaw, sweter i polar (oraz koniecznie grube skarpety), zabierałam obowiązkowo koc i szłam na słońce. Koc celem opatulenia się, oczywiście. A teraz, zimą (no dobrze, wiosną) robię dokładnie to samo. Co ciekawe mam wrażenie, że teraz było mi cieplej niż tamte kilka razy w lipcu i w sierpniu. Ale wtedy bardziej wiało.

Martin z Hege znowu odbyli podróż do Trondheim (w sobotę wieczorem), dzisiaj wrócili. Nadal dziecko nie zechciało wyjść na świat, ale jak to mówią, do 3 razy sztuka.

Czuję się tu całkiem dobrze. Ale muszę przyznać, że myśl o wyjeździe w piątek napełnia mnie wielką radością. Tęsknię za mężem. I chętnie zobaczę jakieś inne kolory niż tylko biały, czarny, brązowy i niebieski. Z przewagą białego.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Poradnik gościa

Jeżeli ktokolwiek z Was pracował kiedyś jako kelner/kelnerka i/lub w hotelu to poniższe zasady pewnie zna. Jednak dla tych, którzy nie mają doświadczenia w tej materii, udzielę kilku porad:

1. Taca (założenie: taca trzymana jest w jednej ręce, na dłoni)
Jeżeli chcecie być uprzejmi dla kelnera to zostawcie jego cholerną tacę w spokoju. Chcecie mu pomóc w sprzątaniu ze stołu, to podsuńcie szklanki bliżej niego. Chcecie mu pomóc przy zdejmowaniu szklanek z tacy na stół - to przestańcie chcieć. Zdejmowanie czegokolwiek samemu z tacy kelnera albo stawianiu czegokolwiek na omawianym przedmiocie prowadzi w 90% do katastrofy. I co gorsza to nie Wy musicie po niej sprzątać.

2. Talerze
Wydaje Wam się, że będziecie mili i zestawicie razem naczynia na stoliku? Odpuście sobie. Dajcie mu poukładać jak mu się podoba. Może wtedy uda mu się wszystko zabrać za jednym zamachem, a nie będzie chodził 3 razy tam i z powrotem, bo jakiś pomocny klient poustawiał wszystko tak, że nie da się tego odpowiednio ustawić w rękach.

3. Rachunki
Zasada tyczy się większej ilości gości w restauracji, jeżeli jesteście jedynymi, to problemu nie ma. Przykładowo: wyobraźcie sobie, że macie na sali 30 osób do obsłużenia (zebranie zamówień na napoje i dostarczenie tychże). Jesteście sami tego dnia. Macie mnóstwo roboty, biegacie jak kot z pęcherzem, obsłużyliście 15 osób, nadal 15 zostało i się niecierpliwi. Podchodzicie do stolika, zbieracie zamówienie i pytacie na czyj rachunek owo zamówienie zapisać (bo akurat są z dwóch różnych pokojów, a wspólnie zamówili wino). Śpieszy Wam się, pozostali goście czekają, a ta dwójka akurat urządza sobie dyskusje "Proszę zapisać na mój rachunek" "Nie ma mowy, proszę zapisać na pokój ten i ten" "Nie, bo... ". Kelnera naprawdę takie przepychanki nie interesują...

4. Dzieci...
Nie mam nic przeciwko dzieciom. Mają takie samo prawo do przebywania w hotelu/restauracji jak każdy. Nie mam nic przeciwko, aby się bawiły, nie muszą być uwiązane do stołu. Ale można je uczulić, że nie wbiega się kelnerowi pod nogi, zwłaszcza jak niesie tacę pełną napojów. Albo. tym bardziej, jak niesie pojemniki z gorącym jedzeniem.

A teraz wyobraźcie sobie, że wszystkie opisane problemy były kwestią jednego wieczoru. Dzieci było: sześcioro obcych (2-5 lat), pięcioro wnuków szefowej (6-14 lat) i dwoje dzieci znajomych (ok 3 lat). Slalom z ruchomymi przeszkodami i natężenie dźwięku powyżej dopuszczalnych norm. W efekcie w jakieś wolnej chwili nalewając sobie kawę... próbowałam nalać ją do kubka odwróconego do góry dnem...

5. Zwierzęta
Jeżeli hotel pozwala na trzymanie zwierząt w pokojach, nie jest to równoznaczne z pozwoleniem na trzymanie ich w łóżkach! Szlag człowieka trafia, bo sierść zostaje wszędzie, przylepie się do elektryzującej się pościeli, a następnie do czystych, białych powłoczek. A pies, najczęściej w takich sytuacjach, był czarny.

Podsumowując: jeśli chcecie być mili dla obsługi, to po prostu się uśmiechajcie. Używajcie słów "proszę" i "dziękuję". Wystarczy, naprawdę. Chociaż napiwki też są miłe ;)

czwartek, 1 kwietnia 2010

Sielanka

Czas sobie płynie. Śnieg sobie pada. Gałązki stojące w wazonach w hotelu wypuściły listki. Młode zielone listki. Jedyna oznaka wiosny. O 20 nadal jest jasno. Trochę nie pasuje do bieli za oknem. Hege z Martinem urządzają sobie wycieczki do Trondheim. Znaczy pojechali wczoraj wieczorem, bo myśleli, że to już. Ale pani położna powiedziała, że jeszcze nie. I że mają wracać do domu, bo poród może być równie dobrze dzisiaj co za tydzień. Więc wrócili. Goście przychodzą sobie na kawę. Łyse owce sobie beczą. Psy sobie hasają. Po śniegu. Sielsko i anielsko. Prawie jak Boże Narodzenie...

Wyjaśniając kwestię strzyżenia owiec. Strzyżenie owiec odbywa się dwa razy do roku. Koszta zabawy przekraczają zyski. Na pytanie po co w takim razie cała heca, dowiedziałam się, że takie są przepisy, a bez tego ktoś na nich doniesie i będą płacić kary. Metoda strzyżenia polega na położeniu owiec na grzbiecie - wtedy kręgosłup tak się układa, że ułożenie wprowadza zwierzę w stan naturalnego znieczulenia. Dlatego też wyglądają jak umierające. Poza tym owce były przerażone, ale one zazwyczaj się wszystkiego boją. Poza nadjeżdżającymi samochodami. Zapewniam również, że pomimo że zdjęcia wyglądają upiornie (z punktu widzenia troski o stwory) to owce żyją i mają się dobrze. Żadna nie umarła na zawał. Żadna też nie poroniła, a cała setka jest w ciąży.

A jutro lub pojutrze zobaczę na czym polega ta cała rzekoma frajda z łowieniem ryb. Z przerębla, na zamarzniętym jeziorze, żeby nie było :) A ostatnio z Caroline wybrałyśmy się w góry. Rakiety śnieżne to fajna sprawa :) To tak w ramach rozrywek, w końcu nie można ciągle karmić owiec i jeździć z psami, co nie? :P

Strzeżenie wiedźm

Albo strzyżenie owiec jak kto woli.
Fotoreportaż znajdziecie tutaj.

Patrząc za okno doszłam do wniosku, że z okazji Świąt Wielkanocnych ulepię bałwana. I wcale nie jest to prima aprilis.

sobota, 27 marca 2010

W skrócie.

Mam kilka rzeczy do opisania. Ale nie mam czasu.
- Jutro strzyżenie owiec. I tak, planuję robić zdjęcia ;) A może nawet ostrzygą lamę :)
- Szefowa pozwoliła mi pofarbować jajka na niedzielne śniadanie. Anne Stine powiedziała, że chyba mi przyśle swoje dzieci na naukę, bo jakoś nie przekazała im tej umiejętności.
- Hege pozwoliła "pomacać" swój brzuch ;)
- Goście z jednego pokoju mają 8 tygodniowego szczeniaczka. Jest słodki i w przeciwieństwie do jagniąt nie skończy jako pasztet. Czy co tam się robi z jagnięciny.
- Nasze rzeczy nadal nie dotarły do Dublina. Ale wyjechały już z Bergen.
- W dzień śnieg zamienia się w wodę. Nocą woda zamienia się w lód. Często nad ranem lód pokrywany jest nowym śniegiem, który w dzień zamienia się w wodę. I tak w kółko.
- Z poprzednich 3 jagniąt zostały 2.
- Kolejna owca urodziła 4 młode. W piątek, na razie wszystkie żyją.
- Leo (seter Hakona) otwiera sobie drzwi do hotelu. W ogóle każde drzwi. I obie strony. Nie drapiąc ich. Po prostu stając na tylnych łapach naciska klamkę. Mógłby się jeszcze nauczyć je zamykać i byłoby idealnie :)

czwartek, 25 marca 2010

Stres i Norwegowie

W jednej z poprzednich notek napisałam, że najbliższy szpital położniczy jest w Trondheim. 160 km stąd. Jo skomentowała to stwierdzeniem, że mam się szykować na odbieranie porodu. Otóż pewnego pięknego dnia, kiedy zamiast pracować siedziałam z szefową i Lilian pijąc kawę, doszłyśmy do wniosku, że na pewno w święta będzie wielka śnieżyca, w związku z czym zamkną drogi i: goście nie dojadą, dzieci utkną w szkole w Dombas, a Hege w tym momencie zacznie rodzić. Anne (matka dwójki dzieci i babcia 3ga wnucząt - lub 5ciorga, jeżeli liczyć te przyszywane) stwierdziła z rozbrajającym uśmiechem, że ona zamierza szykować gorącą wodę, bo widziała na filmach, że tak się powinno robić i to wszystko, bo nie ma pojęcia co dalej. Doszłyśmy jednak do wniosku, że nie ma się co martwić, w końcu to trzecie dziecko Hege, a poza tym ona przecież jest pielęgniarką, to na pewno wie co robić. A ponadto Martin ma wprawę w przyjmowaniu porodów jagniąt, więc sobie poradzą. Tyle jeśli chodzi o przejęcie przyszłej babci.

Przy okazji zapytałam Hege i Martina, czy planują jechać kilka dni wcześniej, czy cokolwiek... Popatrzyli na mnie dziwnie z miną "Ale o co Ci, dziewczyno, chodzi?" lekko wzruszając ramionami. Powiedziałam, że no w sumie tak, nie ma się co martwić, przecież Hege jest pielęgniarką, a Martin ma wprawę w odbieraniu porodów owiec. Hege się roześmiała, a przyszły ojciec powiedział ze stoickim spokojem "Jasne, a jak dziecko ułoży się nieprawidłowo to wepchnę z powrotem i odwrócę".

Poza tym zarówno Hege, jak i Anne, jak i Lilian wyraziły (niezależnie) tą samą opinię:
"Przecież do Trondheim jedzie się tylko 2,5 godziny. Jak (Hege) poczuje, że się zaczyna, to wsiądą w samochód i pojadą, przecież poród zazwyczaj trwa kilka godzin"

Jeżeli ktoś z Was, moi drodzy, nie miał jeszcze do czynienia ze skandynawską mentalnością, to proszę być przygotowanym na tego typu niespodzianki. Poza tym nic dziwnego, że Norwedzy są całkiem zdrowym narodem, skoro słowo "stres" jest dla nich pojęciem obcym...

A termin porodu zbliża się nie ubłagalnie, zostało 9 dni. A jeszcze wczoraj widziałam Hege przesuwającą ciężką donicę ;)

wtorek, 23 marca 2010

Krótkie nic.

Miałam napisać notkę, ale spędziłam wieczór na rozmowach przez Skype'a. Lód pokryty został warstwą świeżego śniegu. Wywróciłam się dzisiaj dwa razy. Pocieszyło mnie jak zaraz koło mnie Trojowi rozjechały się łapy i też usiadł na zadzie.

A oto moje maleństwo :)

poniedziałek, 22 marca 2010

Przesilenie

Praca w hotelu dzieli się na czas, kiedy są goście i wszystko ma ustalone reguły oraz czas, kiedy gości nie ma. A reguły są płynne. Zazwyczaj są wtedy jakieś dodatkowe prace, które trzeba wykonać. Natomiast to moja sprawa kiedy je wykonam. Mam zrobić to i to i mam czas do piątku. Mogę sobie usiąść w środku dnia z kawą i powygrzewać się na słońcu. Mogę zrobić przerwę i pójść na spacer. Pójść do stajni i pozawracać komuś głowę pytaniami. Poplotkować z szefową. Czas w takie dni zwalnia. Robi się leniwie.

Jagniątka zostały 3. Chodzę do nich 4 razy dziennie, żeby je nakarmić. Ich matka czasami zabeczy z niepokojem, ale nie przejmuje się mną jakoś specjalnie. Młode, jak tylko wchodzę, beczą cienko i żałośnie. Dwa są ciągle głodne i się przepychają, trzecie zazwyczaj stoi z boku i muszę w nie wciskać jedzenie. Ale jest największe z nich wszystkich, więc myślę, że je mleko matki i po prostu nie jest głodne. Brakuje mi rąk. W jednej ręce butelka, w drugiej pyszczek młodego. Trzecia by się przydała do odsuwania dwóch pozostałych :)

Śnieg powoli topnieje. Zamienia się w wodę. A woda zamienia się w lód. Cały teren hotelu, który nie jest pokryty śniegiem lub jest trochę bardziej płaski (dwa parkingi, droga, teren pod stajnią) pokryty jest lodem. Niestety, na zieloną trawkę przyjdzie poczekać jeszcze z miesiąc.

Do Foldall przyleciały jaskółki. U nas też czasami jakieś ptaszki zaświergoczą.
Psy (dorosły wilczur i seter oraz szczeniaki: podhalański i ... coś włochatego, łaciatego) biegają szczęśliwe po słońcu domagając się uwagi. Taraj (wilczur) jak ma ochotę na zabawę to przychodzi, popycha nosem kamień (obecnie bryłę śniegu) w twoim kierunku i mówi wzrokiem: "Rzuuuuuć mi". Troj (młody podchalański) biega w kamizelce odblaskowej, bo ciężko go odróżnić od śniegu i uwielbia wszystko. Zwłaszcza zabawy ze szczeniakiem Viktora. A Leo (seter Hakona) boi się Taraja, więc hasa raczej samotnie. Właśnie do mnie przylazł i tak długo skakał na drzwi (siedzę sama w hotelu, w salonie), że aż go w końcu wpuściłam, bo najwyraźniej czuje się samotny. Nic dziwnego - w końcu zeżarł latem papużki faliste Anne Stine i teraz nie w domu żadnych innych zwierzaków.

Hege ma termin porodu dokładnie w 40ste urodziny Martina, za dwa tygodnie. Zastanawiamy się czy syn postanowi zrobić tacie prezent. Przy okazji: szpital jest w Trondheim. 160 km od nas.

Równonoc upłynęło mi leniwie, w towarzystwie psów, jagniąt i słońca. Wieczorem, przy -10 stopniach, poszłyśmy z Caroline do jazkuzzi. Siedząc w ciepłej wodzie patrzyłyśmy na góry i rozgwieżdżone niebo. Etap, w którym trzeba było wyjść i przejść boso, w mokrym kostiumie kąpielowym 50 m (nie dało się przebiec, bo było strasznie ślisko) był... niezapomniany.

Siobhan, jeżeli chcesz poznać naprawdę wyluzowanych ludzi, to zapraszam do mnie :)

Nadszedł czas zabrania Leo i pójścia do stajni nakarmić jagnięta, nie obijając sobie tyłka na lodzie przy tej okazji. A w ogóle: macie może pomysł jak wytłumaczyć Norwegom idee Lanego Poniedziałku?

sobota, 20 marca 2010

Wiosna

Tym, którzy nie pamiętają, przypomnę, że oprócz posiadania hotelu i koni szefowa hoduje owce. Jagnięta rodzą się w maju, zazwyczaj każda owca ma 1 lub 2 dzieci.
Ale... wczoraj w nocy jedna z owiec urodziła. Na dodatek urodziła 4 jagnięta. I tu pojawia się problem, ponieważ owce mają tylko po 2 wymiona, więc nie bardzo może wykarmić tyle młodych.

I... zgadnijcie kto natychmiast zgłosił się do karmienia maleństw z butelki :)

Tak więc ja jestem zadowolona, że mogę, a Martin szczęśliwy, bo nie musi ;) Jutro powiem Wam jak było :)

Szefowa coś wspominała o jagnięcinie na Święta Wielkanocne, ale mój umysł jakoś omija tę kwestię.

środa, 17 marca 2010

Śniadanie

Niemcy. Sztuk 27. Jak przygotujemy dużo jedzenia, to akurat nie mają apetytu, jak przygotujemy tylko trochę, to zjedzą wszystko w przeciągu 5 minut i chcą jeszcze. Mówiąc krótko wywracają nasze życie do góry nogami przez ostatnie 10 dni.

Co nie zmienia faktu, że są całkiem sympatyczni.

Przychodzę do pracy. Szefowa wita mnie stwierdzeniem:
- Zgadnij kto został wylosowany, aby przygotować jutrzejsze śniadanie!
Przecież to Lilian zawsze ma śniadania, myślę sobie. A oni jutro wyjeżdżają. Pełna złych przeczuć odpowiadam:
- Nie wiem, pewnie wielkanocny zając.
- A zgadnij, o której jest to śniadanie! - odpowiada radośnie szefowa.
- Pewnie w środku nocy. - stwierdzam zrezygnowana.
- O 5 rano. - słyszę.

Co oznacza, że zaczynam koło 4 rano. Czyli za 4 godziny i 10 minut. Normalnie o tym marzyłam...

niedziela, 14 marca 2010

Goście z innych krajów

Jak już wspominałam, mamy 27 Niemców na wakacjach. Siedzą tu od tygodnia i posiedzą jeszcze do piątku. Są.... grupą wyjątkową. Trudną w rozpracowaniu. Od poniedziałku próbujemy z szefową rozgryźć ich menu obiadowe. Mniej więcej po 4 dniach udało mi się zrobić wystarczającą ilość sałatki, bo Niemcy wcinają niesamowite ilości zieleniny. Warzywa gotowane również znikają w przeciągu kilku sekund. A z kolei jak wczoraj stwierdziłyśmy, dobra to zapchamy ich sałatą i kalafiorem, to nie wyszło. Bo akurat wczoraj jedli coś innego. Z szefową miałyśmy już niezłą głupawkę wieczorem.

W grupie jest 7mioro wegetarian. Szefowa nie przejmuje się nimi aż tak specjalnie. Tylko że we wtorek przyjeżdża na jedną noc grupa Duńczyków, z których połowa jest wegetarianami. Szefowa się załamała, bo przecież cokolwiek zrobi dla nich, to mięsojadzi i tak to zeżrą, a nikt nie ma zamiaru robić naleśników dla 50 osób ;)

Idę zobaczyć co nasi goście wymyślą dzisiaj. Ja w każdym razie zamierzam im trochę utrudnić życie i zrobić dwa rodzaje sałatki (bo wczoraj została mi wersja z jajkiem, więc nie mogę jej zmieszać z owocami). Mam tylko nadzieję, że nie postanowią spróbować obu, bo wtedy na pewno będzie za mało a ja w końcu nie wytrzymam i zacznę do nich strzelać. ;)

środa, 10 marca 2010

Kawa

- Co TO jest??? - zapytała Anne wskazując na małą miseczkę wypełnioną fusami po kawie.
- Ee... w sumie to kawa - stwierdziłam nie mając pojęcia jak są "fusy" po angielsku.
- Czy to są fusy z ekspresu? - domyśliła się szefowa przypominając sobie zapewne, że nie dawno opróżniałam zbiorniczek w ekspresie.
- Tak.
Szefowa oparła się plecami o blat, skrzyżowała przedramiona, co absolutnie nie ma nic wspólnego z dwoma waleniami położonymi na wielorybie, popatrzyła na mnie z nad okularów i ironicznie zażartowała:
- I co zamierzasz z tym zrobić? Przepłukać włosy?
- Nie, zmieszać z mydłem i użyć jako peeling. - powiedziałam.
Anne zrobiła lekko oszołomioną minę, bo okazało się, że jej żart okazał się prawie zgodny z prawdą.
- Słuchaj, ale Ty wiesz, że takie rzeczy można kupić?
- Wiem. Tylko mam pewne trudności z pojechaniem do sklepu. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Czekaj, chcesz mi powiedzieć, że robisz to dlatego, że nie masz kremu, czy dlatego że masz ochotę poeksperymentować? - zapytała zdumiona.
- W sumie to jedno i drugie, ale zaczęłam szukać pomysłów z tego pierwszego powodu. W końcu potrzeba matką wynalazków.
- No dobrze... to powiedz mi jutro, czy się eksperyment się powiódł, czy nie zamierzasz tego nigdy więcej próbować.
- Dobrze. Dotychczas próbowałam z mlekiem, oliwą i cukrem i działało.
Szefowa wzniosła oczy do nieba:
- No tak, przecież Kleopatra kąpała się w oślim mleku - stwierdziła ironicznie.
- Tak, ale jakbym wzięła Ci całe mleko z lodówki i zużyła je po to, żeby się w nim wykąpać, to byś mnie zabiła. - powiedziałam.
- Całe szczęście, że nie mamy nigdzie wanny - odetchnęła z ulgą Anne.
- Ale macie jazkuzzi! - podpowiedziałam.
- Wzięłabyś całe moje mleko i nalałabyś je do jazkuzzi...
- ... a ty byś mnie powiesiła. - dokończyłam.
- Tak... na pewno nie chciałabym Cię oglądać przez kilka dni... - stwierdziła Anne z rozbawieniem.

wtorek, 9 marca 2010

Nowonarodzona :)

Przyjechali Niemcy. 27 osób na 10 dni. Początkowe standardy, czyli oni próbują być dla mnie mili i mówić do mnie po norwesku, przynajmniej podstawowe słowa. Wielkie jest zdziwienie tych bardziej dociekliwych, którzy nagle się orientują, że niestety, nie nauczę ich jak jest "groszek" po norwesku, bo nie mam zielonego pojęcia. Najlepsze jest jak zamawiają piwo mieszając przy tym niemiecki z norweskim a ja muszę zgadywać o co im do licha chodzi.

W związku z tym, że przyjechali zażyczyli sobie dostęp do sauny. A sauna przeszła remont, więc dzisiaj po sprzątaniu tego przybytku czułam się zakurzona od stóp do głów. A przy okazji cierpię od dni paru, ponieważ nie zabrałam ze sobą żadnego balsamu do ciała. A wydostanie się stąd do sklepu jest nie lada przedsięwzięciem :) Więc... polecam połączenie oliwy i mleka + cukru :) działa jako peeling i oliwka w jednym :)

niedziela, 7 marca 2010

Bajki

Poczułam się szczęśliwa. Odkryłam z zasobach internetu moje ukochany bajki, czyli Gumisie, Kacze Opowieści i Brygadę RR. Są całkiem niezłym podkładem do haftowania. Na zmianę z South Parkiem ;) Co prawda muszę powiedzieć, że jako dziecku, bajki te wydawały mi się bardziej interesujące. Chociaż dialog między Chipem i Dalem "Ścisz tę muzykę, przy niej w ogóle nie da się myśleć!" "To jest muzyka Heavy Metalowa! Ona jest do słuchania, a nie do myślenia." mnie rozłożył :)

Goście pojechali, zostałam sama w przepastnym budynku hotelowym. Uciekam na spacer, bo się rozpogodziło, a Martin coś mówił, że powinni znaleźć dla mnie jakieś biegówki :)

sobota, 6 marca 2010

Spaghetti

Jako gości mamy między innymi 10 nastolatków płci męskiej (uczestnicy zawodów narciarskich).
Anne: "Położę spaghetti w tym dużym, płaskim pojemniku i poleję go sosem z wierzchu."
Ja: "Świetnie... Czyli dzisiaj będziemy sos pomidorowy wszędzie dookoła?" (odwołując się do wczorajszego drobnego makaronu, który zawsze komuś uciekał z łyżki jak próbowano go nałożyć, więc w rezultacie makaron był w innych potrawach, na ladzie grzejnej, pod ławą, na podłodze dookoła i jeszcze pod stołami)
Anne: "Tak, dzisiaj będą mieli dłuuugie nitki do rozrzucania i chlapania sosem"
Ja (z wyrzutem): "Musiałaś?"
Anne: "Oczywiście! Przecież inaczej zanudziłybyśmy się na śmierć! Musimy mieć coś do roboty"
Ja: "Hm... To może następnym razem podamy im żywego kurczaka złap-go-sam? Będzie mnóstwo sprzątania i rozrywki"
Anne: Nie bój się, oni są zdolni. Spaghetti im wystarczy"

Myszka Miki

Tych, którzy nie pamiętają, jak wygląda życie i praca w Hjerkinn, albo zaczęli czytać tego bloga później, zapraszam do przeczytania notek z lipca, sierpnia i września. Będzie Wam łatwiej zrozumieć sytuacją i wydarzenia :)

Pracuje popołudniami. Szefowa gotuje.
Moje drugie spotkanie z szefową wyglądało następująco: wchodzę do kuchni gotowa do pracy. Szefowa buszuje w lodówce wyciągając przydatne rzeczy na obiad. Podchodzę do drzwi, aby się przywitać i zapytać jaki dzisiaj jest plan działania. W tym momencie szefowa się prostuje i odwraca do mnie... a ja zamiast się odezwać stoję z otwartymi ustami i się gapię. Po chwili udaje mi się wykrztusić:
"Dzień dobry. Anne... masz bardzo ładne okulary"
Anne: "Tak?"
Ja: "Tak. Są takie... różowe."
Anne (uświadamiając sobie co ma na twarzy) "Ach, te! Ale one nie są różowe!"
Patrzę na nią z rozbawieniem.
Anne (kontynuując): "One są... (zdejmuje okulary, patrzy na nie przez chwilę)... one są... no dobrze. Są bardzo różowe"

Trochę później tłumaczyła mi coś w recepcji. Stała blisko. Okulary są jasno różowe dookoła szkieł i mają ciemno różowe ... no, te długie co się zakłada za uszy.
Ja: "Anne, wiesz, że te okulary mają Myszki Miki na bokach?"
Anne: "Co mają?"
Ja: "Główki Myszki Miki na bokach"
Anne zdejmuje okulary: "Gdzie?"
Pokazuję jej palcem na rząd kolorowych główek na boku "Tutaj"
Anne: "Naprawdę? Przykro mi nie widzę ich bez okularów!"

Generalnie praca upłynęła nam na plotkach. O tym, że Hege i Martin spodziewają się syna i że poród nastąpi w przeciągu miesiąca. Najbliższy szpital położniczy jest w Trondheim, czyli 160km stąd. O tym, że Norwedzy już nigdy nie uwierzą w globalne ocieplenie. O tym, że szefowa była na nartach w Dombas, na stoku ze slalomem i jest z siebie dumna, że nadal potrafi jeździć.

I przy okazji dowiedziałam się, dlaczego cały parking (między hotelem a budynkiem campingu) jest pokryty grubą warstwą lodu. Przekonałam się o tym wczoraj jak wywinęłam to niezłego kozła. Otóż z góry płynie sobie strumyk. Strumyk pod parkingiem przepływa rurą, po czym płynie sobie dalej. Cały bajer polega na tym, że rura zamarzła, więc woda ze strumyczka poszła górą, po parkingu. Oczywiście teraz strumyk jest w fazie stałej i problemu nie ma. Natomiast jak cały śnieg zacznie się topić, to cała woda pójdzie parkingiem, ponieważ rura, która jest głębiej i nie działają na nią takie pomocne rzeczy jak ciepłe promienie słoneczne, będzie się rozmrażać zdecydowanie wolniej. Mam jednak nadzieję, że mnie już wtedy tu nie będzie ;)

Trzy kolory: Niebieski.

Latem błękitne niebo odbija się w wodzie czyniąc ją równie błękitną. Zimą woda jest biała. Pokryta lodem i śniegiem.
Zimą poranki są niebieskie. Zwłaszcza przed wschodem słońca.
Błękit nieba poprzecinanego obłokami. Błękit cieni. Bo w dzień nawet cienie są niebieskie. Tak samo jak niebieskie są góry po zachodzie słońca. Śnieg staje się niebieski. Czerń ma niebieski odcień.
Czerń przeradza się w błękit, błękit przeradza się w biel, biel przeradza się błękit, który stopniowo przechodzi w czerń.
I tak codziennie. Całą zimę.

Bo prawdziwa zima, zima pierwotna, zima bez ludzi, ma trzy kolory.
Biały, Czarny, Niebieski.
Innych nie ma. Kolorowe ptaki odleciały. Zostały czarne gawrony. I sroki. Czarno-białe.

Pierwotna zima jest piękna. Ale czasami trzeba daleko pojechać, żeby to odkryć.

piątek, 5 marca 2010

Trzy kolory: Czarny.

Czerń dwojaka. Czerń dzienna i czerń nocna. Punktowa i dominująca.

Czerń dzienna jest dodatkiem. Istnieje tylko po to, aby podkreślić biel.
Czerń bezlistnych drzew. Czerń cieni. Czerń płotów. Czerń krzewów i krzaków. Czerń lasów.
Po prostu jest.
Rzuca się w oczy.
Kontrastuje.

Czerń nocna dominuje nad wszystkim. Nawet w świetle księżyca.
Nieprzenikniona. Niezakłócona. Cicha.
Czasami roziskrzona gwiazdami.
Utracona w mieście.
Odzyskana na wsi.