Styczeń.
Kończę zajęcia, wracam ze znajomym Brazylijczykiem (jego 3. dzień w Irlandii, jak również pierwszy pobyt poza granicami Brazylii). Rafael prosi, abyśmy poszli przez park (a Dublin parkami usiany, jak wiadomo).
- Dobrze. - stwierdzam - Ale zimą parki są zawsze takie ponure.
Rafael patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Jak to? Przecież są cudowne! Pierwszy raz widzę drzewa bez liści, są tak niesamowite, uwielbiam je!
Idziemy dalej przez tenże park, Rafael zachwyca się mewą, która stoi na cieniutkim lodzie pokrywającym staw. Śniegu i lodu też nigdy nie widział, ale to mnie akurat nie dziwi, do tego się już przyzwyczaiłam.
I nagle - Rafael łapie mnie za ramię i prowadzi w kierunku drzewa krzycząc:
- Patrz! Widziałaś?! Jaki piękny ptak!
Nic nie widzę. Wykrzykuje też jakąś angielską nazwę, której nie znam. Spodziewam się sikorki, zimorodka, no chociaż sójki! Wreszcie pojawia się owa piękność... Sroka we własnej ptasiej osobie.