W nocy wiało. W dzień też. I to jeszcze dokładnie w nasze okna, więc budziłam się podczas każdego większego podmuchu. Pojechaliśmy do portu, piękne, lazurowe morze, tylko pokryte bałwankami jak pastwisko owcami. Redbull Fly on anything rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, ponieważ czekali, aż wiatr się trochę uspokoi. I tak ich zdmuchiwało, ale nie było źle. Prom pasażerki nie dał rady przybić do portu z powodu wysokiej fali. I tak dalej.
Wróciliśmy do domu.
Wychodzę na balkon posprzątać rozbitą doniczkę z tulipanami (przesadziłam do nowej, przeżyły upadek). Patrzę na taras. Coś mi się nie zgadza, tylko nie mam pojęcia co... Patrzę...
- Kochanie? - pytam. - My mieliśmy 4 krzesła na balkonie, prawda?
- ... Tak...
- Bo widzę tylko 3...
Czwarte odbiło się od szopki na dole i wylądowało na ziemi. W całości. Dobrze, że nie w czyimś oknie (daleko nie miało) albo na czyjejś głowie...
PS. Idę spać, ponieważ właśnie próbowałam wpisać "skali" w tytule jako "scali"...
PS2. Opierając się na Wikipedii było 7 w skali Boforta, nie 10 ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dublin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dublin. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 maja 2011
wtorek, 17 maja 2011
Królowa.
(akcja)
Ja: Dzień dobry, słyszałam, że zamierzacie zamknąć kilka ulic w okolicy z okazji wizyty królowej. Mam pytanie, pracuję zaraz za rogiem, no i tak się zastanawiam, czy mogę zostawić mój rower przyczepiony do latarni, czy zostanie usunięty przez oddział saperów z podejrzeniem istnienia bomby w środku?
Policjant nr 1. Hm... Dobre pytanie...
Policjant nr 2 Well... obawiam się, że może zostać usunięty z podejrzeniem bomby w środku...
Ja: Nie do końca to chciałam usłyszeć...
Policjant nr 1: A nie możesz go umieścić wewnątrz miejsca pracy?
Ja: Nie bardzo, nie ma gdzie. A które konkretnie ulice zamykacie?
Policjant nr 2: Ekhm... Właściwie to nie wiemy, bo my nie jesteśmy stąd... Ale możesz sprawdzić w internecie, najlepiej na stronie Dublin Bus.
Ja: Dublin Bus???
Policjant nr 1: No tak, oni wiedzą najlepiej, bo muszą zmienić trasy autobusów.
Ja: Acha.... Świetnie. A jak długo to potrwa?
Policjant nr 2: Królowa odlatuje w piątek.
Policjant nr 1: Ale zaraz potem przylatuje Barack Obama, więc w przyszłym tygodniu będzie to samo.
(kurtyna)
...
Podobno również w ramach wsparcia sprowadzono 150 brytyjskich policjantów do pomocy i 2 armatki wodne. Jak to Piotr słusznie zauważył, ktoś tu się prosi o kłopoty, bo Irlandczycy generalnie nie kochają się z Brytyjczykami (ach, te 1000 lat niewoli) a jeżeli kogoś ma wkurzać Brytyjska Królowa to już na pewno zirytują go brytyjscy policjanci.
Jak też podsumował kumpel na powyższe wieści: No... To jest mniej więcej tak samo na miejscu jak wizyta Adolfa Hitlera w Oświęcimiu.
Ja: Dzień dobry, słyszałam, że zamierzacie zamknąć kilka ulic w okolicy z okazji wizyty królowej. Mam pytanie, pracuję zaraz za rogiem, no i tak się zastanawiam, czy mogę zostawić mój rower przyczepiony do latarni, czy zostanie usunięty przez oddział saperów z podejrzeniem istnienia bomby w środku?
Policjant nr 1. Hm... Dobre pytanie...
Policjant nr 2 Well... obawiam się, że może zostać usunięty z podejrzeniem bomby w środku...
Ja: Nie do końca to chciałam usłyszeć...
Policjant nr 1: A nie możesz go umieścić wewnątrz miejsca pracy?
Ja: Nie bardzo, nie ma gdzie. A które konkretnie ulice zamykacie?
Policjant nr 2: Ekhm... Właściwie to nie wiemy, bo my nie jesteśmy stąd... Ale możesz sprawdzić w internecie, najlepiej na stronie Dublin Bus.
Ja: Dublin Bus???
Policjant nr 1: No tak, oni wiedzą najlepiej, bo muszą zmienić trasy autobusów.
Ja: Acha.... Świetnie. A jak długo to potrwa?
Policjant nr 2: Królowa odlatuje w piątek.
Policjant nr 1: Ale zaraz potem przylatuje Barack Obama, więc w przyszłym tygodniu będzie to samo.
(kurtyna)
...
Podobno również w ramach wsparcia sprowadzono 150 brytyjskich policjantów do pomocy i 2 armatki wodne. Jak to Piotr słusznie zauważył, ktoś tu się prosi o kłopoty, bo Irlandczycy generalnie nie kochają się z Brytyjczykami (ach, te 1000 lat niewoli) a jeżeli kogoś ma wkurzać Brytyjska Królowa to już na pewno zirytują go brytyjscy policjanci.
Jak też podsumował kumpel na powyższe wieści: No... To jest mniej więcej tak samo na miejscu jak wizyta Adolfa Hitlera w Oświęcimiu.
niedziela, 13 marca 2011
Różnice kulturowe II
Styczeń.
Kończę zajęcia, wracam ze znajomym Brazylijczykiem (jego 3. dzień w Irlandii, jak również pierwszy pobyt poza granicami Brazylii). Rafael prosi, abyśmy poszli przez park (a Dublin parkami usiany, jak wiadomo).
- Dobrze. - stwierdzam - Ale zimą parki są zawsze takie ponure.
Rafael patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Jak to? Przecież są cudowne! Pierwszy raz widzę drzewa bez liści, są tak niesamowite, uwielbiam je!
Idziemy dalej przez tenże park, Rafael zachwyca się mewą, która stoi na cieniutkim lodzie pokrywającym staw. Śniegu i lodu też nigdy nie widział, ale to mnie akurat nie dziwi, do tego się już przyzwyczaiłam.
I nagle - Rafael łapie mnie za ramię i prowadzi w kierunku drzewa krzycząc:
- Patrz! Widziałaś?! Jaki piękny ptak!
Nic nie widzę. Wykrzykuje też jakąś angielską nazwę, której nie znam. Spodziewam się sikorki, zimorodka, no chociaż sójki! Wreszcie pojawia się owa piękność... Sroka we własnej ptasiej osobie.
Kończę zajęcia, wracam ze znajomym Brazylijczykiem (jego 3. dzień w Irlandii, jak również pierwszy pobyt poza granicami Brazylii). Rafael prosi, abyśmy poszli przez park (a Dublin parkami usiany, jak wiadomo).
- Dobrze. - stwierdzam - Ale zimą parki są zawsze takie ponure.
Rafael patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Jak to? Przecież są cudowne! Pierwszy raz widzę drzewa bez liści, są tak niesamowite, uwielbiam je!
Idziemy dalej przez tenże park, Rafael zachwyca się mewą, która stoi na cieniutkim lodzie pokrywającym staw. Śniegu i lodu też nigdy nie widział, ale to mnie akurat nie dziwi, do tego się już przyzwyczaiłam.
I nagle - Rafael łapie mnie za ramię i prowadzi w kierunku drzewa krzycząc:
- Patrz! Widziałaś?! Jaki piękny ptak!
Nic nie widzę. Wykrzykuje też jakąś angielską nazwę, której nie znam. Spodziewam się sikorki, zimorodka, no chociaż sójki! Wreszcie pojawia się owa piękność... Sroka we własnej ptasiej osobie.
niedziela, 20 lutego 2011
Różnice kulturowe I
Po zapisaniu się na angielski (z miesiąc temu jakoś) wyruszyłam na poszukiwanie zeszytu. W normalnym świecie napisałabym "poszłam kupić zeszyt", ale moje zakupy okazały się praktycznie 4-dniową wyprawą z chodzeniem po wszystkich możliwych sklepach papierniczych w okolicy i w centrum,wielkich, dużych i małych...
A wszystko dlatego, że... chciałam kupić zeszyt w kratkę! Nie w linie, w kratkę, nie wkłady do segregatora (które w większości też są w linie), tylko zeszyt, nie A4 tylko A5 lub B5...
Wszyscy sprzedawcy patrzyli na mnie ciut dziwnie, bo przecież nie ma takich zeszytów. Bo u nich się w takich nie pisze, przecież do pisania są linie. A na matematyce to nie wiem w czym piszą.
Udało mi się znaleźć JEDEN zeszyt A5 w kratkę, ale z jakiejś ekskluzywnej serii, który kosztował 16 euro. Stwierdziłam, że NIE kupię zeszytu za 62 zł...
W linie też nie kupiłam, ponieważ nienawidzę linii. Udało mi się gdzieś w jakiejś sieciówce odzieżowej znaleźć (dzięki podpowiedzi koleżanki) gładki.
A wszystko dlatego, że... chciałam kupić zeszyt w kratkę! Nie w linie, w kratkę, nie wkłady do segregatora (które w większości też są w linie), tylko zeszyt, nie A4 tylko A5 lub B5...
Wszyscy sprzedawcy patrzyli na mnie ciut dziwnie, bo przecież nie ma takich zeszytów. Bo u nich się w takich nie pisze, przecież do pisania są linie. A na matematyce to nie wiem w czym piszą.
Udało mi się znaleźć JEDEN zeszyt A5 w kratkę, ale z jakiejś ekskluzywnej serii, który kosztował 16 euro. Stwierdziłam, że NIE kupię zeszytu za 62 zł...
W linie też nie kupiłam, ponieważ nienawidzę linii. Udało mi się gdzieś w jakiejś sieciówce odzieżowej znaleźć (dzięki podpowiedzi koleżanki) gładki.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Gość II
piątek, 17 grudnia 2010
Gość
wtorek, 14 grudnia 2010
odwilż
Jakiś czas temu przyszła odwilż. Lodośnieg zaczął topnieć, chodniki stały się jeszcze większym lodowiskiem. Obecnie jest całkiem dobrze. Śmieciarka nadal do nas nie przyjechała, więc dzisiaj śmieci wyrzucałam na zasadzie delikatnego kładzenia ich na szczyt góry, tak żeby nie spowodować lawiny (a przynajmniej do czasu mojego zniknięcia z okolicy). Liczę, że przyjadą jutro, bo na koniec tygodnia zapowiadają silny arktyczny snowstorm i obawiam się, że sparaliżuje to miasto na następny tydzień. Mam nadzieję, że nie zamkną nam znowu ścianki wspinaczkowej!
środa, 8 grudnia 2010
Irlandia vs. zima
Miałam napisać odkrywczą notkę, ale ktoś mnie uprzedził.
Dostałam już dwa telefony proszące o ustosunkowanie się do powyższego artykułu. Zacznę może od tego, że widzieliśmy chodnik posypany kocim żwirkiem.
Śniegu spadło w sumie może ze 30 cm, ale w związku za wahaniami temperatury + i - zamienił się zbitą skorupę. Na chodnikach i schodach deptany przez ludzi stworzył po prostu grubą warstwę śniegu i lodu. Podobnie jak na większości ulic, z wyjątkiem tych bardzo głównych, gdzie w dzień była woda a wieczorami ze dwa cm lodu. W przeciwieństwie do Polski właściciele posesji nie mają obowiązku sprzątać śnieg sprzed swoich budynków (tak samo jak śniegu i sopli z dachu). Ba, nawet nam zaprzyjaźniona Irlandka powiedziała, że zeszłej zimy jeżeli ktoś ZGARNĄŁ śnieg z chodnika a coś się komuś stało w tym miejscu, to poszkodowany miał prawo pozwać właściciela. W związku z tym śnieg i lód zalegają wszędzie. W połowie tygodnia Piotr się wkurzył, wziął saperkę i wykuł wąską ścieżkę na schodach, którą ja później poprawiłam wspomnianą saperką w nocy podczas opadów. (Tak, mamy saperkę. Mamy również piłę i siekierę, a czemu? Nie mamy natomiast skrobaczki do szyb i na dodatek nie można takowej kupić) Szufle do śniegu i miotły tu nie istnieją, więc jak już miasto zabrało się do czyszczenia chodników (a raczej odkuwania, bo tak to jest jak się nie sprząta śniegu kiedy jeszcze jest sypki i miękki) to wyposażyli swoich pracowników w szpadle, takie jak przekopywania ogródka. Chociaż może faktycznie przy tym lodzie się lepiej sprawdziły...
Od środy do niedzieli nasze centrum sportowe ze ścianką było zamknięte na 4 spusty (z powodu "extremely heavy weather conditions"). Sklepy w centrum handlowym czynnym do 21 przez 2-3 dni były zamykane koło 18-19 (z powodu "extremely heavy weatherconditions"). W czwartek w połowie dnia Dublin Bus wywiesił na stronie, że z powodu "extremely heavy weather conditions" zawiesza kursowanie większości autobusów, więc Ci, którzy zostawili swoje samochody w domach i nie zerwali się z pracy utknęli w centrum miasta. No fakt, sypało w czwartek. Nawet nam się samochód ślizgał przy ruszaniu czy hamowaniu. Raz na jakiś czas.
Przez 3 dni po Dublinie jeździło się cudowanie. Prawie żadnych korków. Mały ruch, zwłaszcza wieczorami, kiedy ścinało. Dundrum (centrum handlowe. Wielkie. Zatłoczone. Przeraźliwie zatłoczone, głośne i skomplikowane, gubię się w nim, przez co czasami chodzę "kilometry" zanim się znajdę) jest cudownie przyjaznym miejscem kiedy jest opustoszałe.
Odnośnie "extremely heavy weather conditions". W ciągu ostatniego tygodnia temperatura dwa razy spadła do -7. Poza tym oscylowała pomiędzy +2 a -4. Śnieg padał w soboty na niedzielę przez kilka godzin. Potem sobie leżał, coś tam może przyprószyło raz czy drugi. W czwartek sypało w ciągu dnia aż do późnego wieczora. Wtedy to śnieg na naszym parkingu za domem zaczął mi sięgać tak trochę mniej niż do połowy łydki. W połączeniu z tym pierwszym opadem oczywiście. Oprócz tych dwóch razy trochę prószyło jeszcze potem (na przykład wczoraj, ale roztapiało się rano (i zamarzało wieczorem). To byłoby na tyle.
A. O ile śmieciarka w ogóle dojedzie naszą tylną uliczką, która jest pokryta wyślizganym śniegiem to jestem bardzo ciekawa jak ekipa da radę przepchnąć dwa ciężkie duże śmietniki przez ten zaśnieżony parking. Bo ja im saperką drogi wykopywać nie zamierzam.
PS. W Bergen na nasze wzgórza śmieciarka przez miesiąc przyjeżdżała z łańcuchami na kołach ;)
Dostałam już dwa telefony proszące o ustosunkowanie się do powyższego artykułu. Zacznę może od tego, że widzieliśmy chodnik posypany kocim żwirkiem.
Śniegu spadło w sumie może ze 30 cm, ale w związku za wahaniami temperatury + i - zamienił się zbitą skorupę. Na chodnikach i schodach deptany przez ludzi stworzył po prostu grubą warstwę śniegu i lodu. Podobnie jak na większości ulic, z wyjątkiem tych bardzo głównych, gdzie w dzień była woda a wieczorami ze dwa cm lodu. W przeciwieństwie do Polski właściciele posesji nie mają obowiązku sprzątać śnieg sprzed swoich budynków (tak samo jak śniegu i sopli z dachu). Ba, nawet nam zaprzyjaźniona Irlandka powiedziała, że zeszłej zimy jeżeli ktoś ZGARNĄŁ śnieg z chodnika a coś się komuś stało w tym miejscu, to poszkodowany miał prawo pozwać właściciela. W związku z tym śnieg i lód zalegają wszędzie. W połowie tygodnia Piotr się wkurzył, wziął saperkę i wykuł wąską ścieżkę na schodach, którą ja później poprawiłam wspomnianą saperką w nocy podczas opadów. (Tak, mamy saperkę. Mamy również piłę i siekierę, a czemu? Nie mamy natomiast skrobaczki do szyb i na dodatek nie można takowej kupić) Szufle do śniegu i miotły tu nie istnieją, więc jak już miasto zabrało się do czyszczenia chodników (a raczej odkuwania, bo tak to jest jak się nie sprząta śniegu kiedy jeszcze jest sypki i miękki) to wyposażyli swoich pracowników w szpadle, takie jak przekopywania ogródka. Chociaż może faktycznie przy tym lodzie się lepiej sprawdziły...
Od środy do niedzieli nasze centrum sportowe ze ścianką było zamknięte na 4 spusty (z powodu "extremely heavy weather conditions"). Sklepy w centrum handlowym czynnym do 21 przez 2-3 dni były zamykane koło 18-19 (z powodu "extremely heavy weatherconditions"). W czwartek w połowie dnia Dublin Bus wywiesił na stronie, że z powodu "extremely heavy weather conditions" zawiesza kursowanie większości autobusów, więc Ci, którzy zostawili swoje samochody w domach i nie zerwali się z pracy utknęli w centrum miasta. No fakt, sypało w czwartek. Nawet nam się samochód ślizgał przy ruszaniu czy hamowaniu. Raz na jakiś czas.
Przez 3 dni po Dublinie jeździło się cudowanie. Prawie żadnych korków. Mały ruch, zwłaszcza wieczorami, kiedy ścinało. Dundrum (centrum handlowe. Wielkie. Zatłoczone. Przeraźliwie zatłoczone, głośne i skomplikowane, gubię się w nim, przez co czasami chodzę "kilometry" zanim się znajdę) jest cudownie przyjaznym miejscem kiedy jest opustoszałe.
Odnośnie "extremely heavy weather conditions". W ciągu ostatniego tygodnia temperatura dwa razy spadła do -7. Poza tym oscylowała pomiędzy +2 a -4. Śnieg padał w soboty na niedzielę przez kilka godzin. Potem sobie leżał, coś tam może przyprószyło raz czy drugi. W czwartek sypało w ciągu dnia aż do późnego wieczora. Wtedy to śnieg na naszym parkingu za domem zaczął mi sięgać tak trochę mniej niż do połowy łydki. W połączeniu z tym pierwszym opadem oczywiście. Oprócz tych dwóch razy trochę prószyło jeszcze potem (na przykład wczoraj, ale roztapiało się rano (i zamarzało wieczorem). To byłoby na tyle.
A. O ile śmieciarka w ogóle dojedzie naszą tylną uliczką, która jest pokryta wyślizganym śniegiem to jestem bardzo ciekawa jak ekipa da radę przepchnąć dwa ciężkie duże śmietniki przez ten zaśnieżony parking. Bo ja im saperką drogi wykopywać nie zamierzam.
PS. W Bergen na nasze wzgórza śmieciarka przez miesiąc przyjeżdżała z łańcuchami na kołach ;)
sobota, 29 maja 2010
Rzeczne niespodzianki
Zrobiliśmy dzisiaj przyjemny spacer po Dublinie. Portowa część jest bardzo ciekawie rewitalizowana, muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Potem przeszliśmy na południową część miasta, gdzie przeważały kontrasty między nowym a starym budownictwem. Ogólnie muszę podjechać z aparatem.
Miasto, oprócz głównej rzeki dzielącą miasto na część południową i północną, posiada również sieć kanałów i rzeczek. W połączeniu jeszcze z licznymi parkami miasto jest gigantycznym siedliskiem kaczek wszelkiej maści, o łabędziach nie wspomnę. Zdarzają się również czaple i gęsi.
Anyway - jest wiosna, jak wiadomo. Wiosna w przyrodzie oznacza małe, często puchate, słodkie maleństwa. Ostatnio czatowałam z aparatem pod domem polując na młode sroki. Rodzice fruwali nade mną skrzecząc niemiłosiernie. Raz tylko bałam się bardziej, kiedy w Norwegii pikowała na nas mama-mewa (z gatunku WIELKICH MEW na dodatek), bo na jedynej dla nas lądowej drodze, którą mogliśmy wrócić na nabrzeże (na końcu falochronu była cypel z ławeczką), jej młode, jeszcze nieloty, postanowiły pójść na spacer. Na kanale niedaleko nas pływa sobie kaczka krzyżówka ze stadem kaczątek. Dzisiaj na brzegu kanału, metr od chodnika siedziała dumnie mama łąbędziowa z mnóstwem szarych, puchatych maleństw, a tata łabędź obserwował groźnie wszystkich przechodniów. Widząc nie raz szarżujące łabędzie ominęliśmy rodzinkę szerokim łukiem.
Kiedy w Liffey opada poziom wody, standardowym widokiem są leżące na dnie, obrośnięte glonami rowery. Można też znaleźć koszyki sklepowe. Przechodząc sobie przez mostek na jakiejś bocznej rzeczce w dokach, obecnie będących nowym osiedlem, zauważyliśmy wrak całkiem sporej łódki leżącej sobie na brzegu cieku. Stan wody niski, więc była odsłonięta. Przystanęliśmy, aby przyjrzeć się bliżej. W pewnym momencie krzyknęłam "Zobacz!", tonem sugerującym zakończenie "zobacz jakie słodkie, małe...". Problem polegał na zdefiniowaniu "małe co?". Dwa podłużne kształty płynęły w wodzie. Pierwszą moją myślą było młode wydry, ale rozsądek kopnął mózg, że wydra i miasto się nie dodaje. Piotr rzucił "Kuna?" (nie wiem od kiedy kuna pływa, ale nie pytałam), ja pomyślałam z niedowierzaniem "Bobry?" Wszystko trwało dosłownie kilka sekund. Po tym czasie zwierzątka wyszły z wody na odsłonięty brzeg (którego normalnie tam nie ma, bo woda jest wyżej) i pokazały całą sylwetkę. I ogon. Popatrzeliśmy na siebie z niesmakiem i czym prędzej się oddaliśmy. Jakoś uważam, że szczury nie powinny być na tyle bezczelne, aby pokazywać się ludziom w biały dzień.
Miasto, oprócz głównej rzeki dzielącą miasto na część południową i północną, posiada również sieć kanałów i rzeczek. W połączeniu jeszcze z licznymi parkami miasto jest gigantycznym siedliskiem kaczek wszelkiej maści, o łabędziach nie wspomnę. Zdarzają się również czaple i gęsi.
Anyway - jest wiosna, jak wiadomo. Wiosna w przyrodzie oznacza małe, często puchate, słodkie maleństwa. Ostatnio czatowałam z aparatem pod domem polując na młode sroki. Rodzice fruwali nade mną skrzecząc niemiłosiernie. Raz tylko bałam się bardziej, kiedy w Norwegii pikowała na nas mama-mewa (z gatunku WIELKICH MEW na dodatek), bo na jedynej dla nas lądowej drodze, którą mogliśmy wrócić na nabrzeże (na końcu falochronu była cypel z ławeczką), jej młode, jeszcze nieloty, postanowiły pójść na spacer. Na kanale niedaleko nas pływa sobie kaczka krzyżówka ze stadem kaczątek. Dzisiaj na brzegu kanału, metr od chodnika siedziała dumnie mama łąbędziowa z mnóstwem szarych, puchatych maleństw, a tata łabędź obserwował groźnie wszystkich przechodniów. Widząc nie raz szarżujące łabędzie ominęliśmy rodzinkę szerokim łukiem.
Kiedy w Liffey opada poziom wody, standardowym widokiem są leżące na dnie, obrośnięte glonami rowery. Można też znaleźć koszyki sklepowe. Przechodząc sobie przez mostek na jakiejś bocznej rzeczce w dokach, obecnie będących nowym osiedlem, zauważyliśmy wrak całkiem sporej łódki leżącej sobie na brzegu cieku. Stan wody niski, więc była odsłonięta. Przystanęliśmy, aby przyjrzeć się bliżej. W pewnym momencie krzyknęłam "Zobacz!", tonem sugerującym zakończenie "zobacz jakie słodkie, małe...". Problem polegał na zdefiniowaniu "małe co?". Dwa podłużne kształty płynęły w wodzie. Pierwszą moją myślą było młode wydry, ale rozsądek kopnął mózg, że wydra i miasto się nie dodaje. Piotr rzucił "Kuna?" (nie wiem od kiedy kuna pływa, ale nie pytałam), ja pomyślałam z niedowierzaniem "Bobry?" Wszystko trwało dosłownie kilka sekund. Po tym czasie zwierzątka wyszły z wody na odsłonięty brzeg (którego normalnie tam nie ma, bo woda jest wyżej) i pokazały całą sylwetkę. I ogon. Popatrzeliśmy na siebie z niesmakiem i czym prędzej się oddaliśmy. Jakoś uważam, że szczury nie powinny być na tyle bezczelne, aby pokazywać się ludziom w biały dzień.
sobota, 22 maja 2010
Instrukcja pójścia spać:
1. Wyłączyć komputery
2. Umyć ząbki.
3. Zrobić to co się uważa za konieczne, np nastawić budziki.
... i najważniejsze:
4. PRZED zamknięciem okien w salonie (bo ostatnio ciepło, to otwarte) sprawdzić czy w mieszkaniu nie przebywa kot. Jeżeli przebywa to wygonić. Jeżeli nie przebywa to najlepiej zamknąć okno. Chodzące, futrzaste niespodzianki w środku nocy mogą doprowadzić do zawału nawet w młodym wieku.
PS. Kot dzisiejszy jest już naszym drugim gościem. Siedząc na kanapie, tyłem do okna zauważyłam kątem oka ruch w okolicach pralki. Po kilku sekundach, które spędziłam gapiąc się na spokojnie zmierzające w kierunku przedpokoju zwierzę, spytałam siedzącego przy stole męża "Kochanie, dlaczego mamy kota w mieszkaniu?"
Kot wcześniejszy wszedł tym samym oknem, wykorzystując moją nieobecność w salonie, przyszedł zrobił "Mmmmmiiiiaaaa!", otarł się o nogi, po czym zwinął się w kłębek na kanapie.
2. Umyć ząbki.
3. Zrobić to co się uważa za konieczne, np nastawić budziki.
... i najważniejsze:
4. PRZED zamknięciem okien w salonie (bo ostatnio ciepło, to otwarte) sprawdzić czy w mieszkaniu nie przebywa kot. Jeżeli przebywa to wygonić. Jeżeli nie przebywa to najlepiej zamknąć okno. Chodzące, futrzaste niespodzianki w środku nocy mogą doprowadzić do zawału nawet w młodym wieku.
PS. Kot dzisiejszy jest już naszym drugim gościem. Siedząc na kanapie, tyłem do okna zauważyłam kątem oka ruch w okolicach pralki. Po kilku sekundach, które spędziłam gapiąc się na spokojnie zmierzające w kierunku przedpokoju zwierzę, spytałam siedzącego przy stole męża "Kochanie, dlaczego mamy kota w mieszkaniu?"
Kot wcześniejszy wszedł tym samym oknem, wykorzystując moją nieobecność w salonie, przyszedł zrobił "Mmmmmiiiiaaaa!", otarł się o nogi, po czym zwinął się w kłębek na kanapie.
piątek, 30 kwietnia 2010
Pomiędzy słońcem a ulewą.
Po raz kolejny doceniam pomysł Piotra, którym było kupienie wieży. Republika z porządnych głośników jest nie do porównania z Republiką słuchaną z głośników komputera. W ogóle czegokolwiek słuchanego z głośników komputera nie mogę znieść.
Całe szczęście, że zabrałam w listopadzie rowery do Bergen jak miałam okazję. Przynajmniej teraz nie musimy znowu kupować kolejnych, albo myśleć jak tamte sprowadzić do Irlandii. Rower w Dublinie wyjątkowo się przydaje, zwłaszcza że komunikacja miejsca jest droga i nieujarzmiona, a ja jestem zbyt leniwa, żeby wszędzie chodzić pieszo. A tak wsiadam na moje Ferrari Cabriolet (:P adresat wie do kogo to ;) ) i śmigam szybciej niż samochody stojące w korkach. I na dodatek mam własną ścieżkę rowerową na prawie każdej ulicy. I kierowców przyzwyczajonych, że na ulicach jest takie stworzenie jak rowerzysta. Chociaż z olbrzymim zaciekawieniem obserwuję tutejsze zwyczaje. Piesi totalnie olewają sygnalizację świetlną. A rowerzyści pod tym względem są jeszcze gorsi! Niejednokrotnie zastanawiam się czy ja aby na pewno znam ten sam kodeks drogowy co oni, kiedy ja stoję na czerwonym a kolejni rowerzyści mnie mijają, wykorzystają luki w jadących samochodach i przeciskają się przez skrzyżowanie jak gdyby nigdy nic.
W ostatnich dniach mój humor jest jak dzisiejsza pogoda. Zaczęła się słońcem i śpiewem ptaków. W międzyczasie nadciągnęły granatowe chmury i lunęły z nich strugi deszczu. Popadało jakiś czas, wróciło słońce, aby znowu ustąpić miejsca ulewie. Dziwnie mi. Czuję się samotna w wielkim mieście. I tęsknie za Wami.
Całe szczęście, że zabrałam w listopadzie rowery do Bergen jak miałam okazję. Przynajmniej teraz nie musimy znowu kupować kolejnych, albo myśleć jak tamte sprowadzić do Irlandii. Rower w Dublinie wyjątkowo się przydaje, zwłaszcza że komunikacja miejsca jest droga i nieujarzmiona, a ja jestem zbyt leniwa, żeby wszędzie chodzić pieszo. A tak wsiadam na moje Ferrari Cabriolet (:P adresat wie do kogo to ;) ) i śmigam szybciej niż samochody stojące w korkach. I na dodatek mam własną ścieżkę rowerową na prawie każdej ulicy. I kierowców przyzwyczajonych, że na ulicach jest takie stworzenie jak rowerzysta. Chociaż z olbrzymim zaciekawieniem obserwuję tutejsze zwyczaje. Piesi totalnie olewają sygnalizację świetlną. A rowerzyści pod tym względem są jeszcze gorsi! Niejednokrotnie zastanawiam się czy ja aby na pewno znam ten sam kodeks drogowy co oni, kiedy ja stoję na czerwonym a kolejni rowerzyści mnie mijają, wykorzystają luki w jadących samochodach i przeciskają się przez skrzyżowanie jak gdyby nigdy nic.
W ostatnich dniach mój humor jest jak dzisiejsza pogoda. Zaczęła się słońcem i śpiewem ptaków. W międzyczasie nadciągnęły granatowe chmury i lunęły z nich strugi deszczu. Popadało jakiś czas, wróciło słońce, aby znowu ustąpić miejsca ulewie. Dziwnie mi. Czuję się samotna w wielkim mieście. I tęsknie za Wami.
środa, 28 kwietnia 2010
Mieszkanko
Miałam napisać notkę, ale homor diabli wzięli w przeciągu 30 sekund. Więc nie napiszę.
Kilka zdjęć naszego nowego miejsca zamieszkania. W sumie to są to zdjęcia salono-jadalnio-kuchni, ale w końcu to jest nasz główny pokój ;) Sypialnia składa się głównie z łóżka, szafy i bałaganu, więc uznałam, że nie ma sensu jej fotografować.

Widok na pokój z korytarza


Widok za oknem :)

Kuchnia (i korytarz, nawet chyba widać drzwi wejściowe na końcu)
Kilka zdjęć naszego nowego miejsca zamieszkania. W sumie to są to zdjęcia salono-jadalnio-kuchni, ale w końcu to jest nasz główny pokój ;) Sypialnia składa się głównie z łóżka, szafy i bałaganu, więc uznałam, że nie ma sensu jej fotografować.

Widok na pokój z korytarza


Widok za oknem :)

Kuchnia (i korytarz, nawet chyba widać drzwi wejściowe na końcu)
środa, 21 kwietnia 2010
O wszystkim i o niczym.
Niedzielna wyprawa na północ zakończyła się sukcesem. Mimo niesprzyjających warunków takich jak dublińska komunikacja miejsca oraz przebijanie się na totalnie drugi koniec miasta udało nam się dostać do Ikei. Ba! Udało nam się nawet zrobić zakupy. Tak oto staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami kilku drewnianych (sosna, bo sosna, ale w końcu drzewo!) mebli, idealnie pasujących do mieszkania. W ten sposób nasza następna przeprowadzka będzie jeszcze trudniejsza. A ponadto mamy już dwa komplety mebli z Ikei, w dwóch różnych krajach. Ponadto oba do siebie totalnie nie pasują.
Mieszkanko zrobiło się przytulne i ładne. Ponadto książki na półkach od razu sprawiają, że czuję się bardziej jak w domu.
Dzisiaj wybrałam się rowerem na przejażdżkę. Pierwszą moją myślą po wyjechaniu za bramę było "Chyba nie powinnam jechać tą stroną drogi...". Ciężko jest się przestawić na lewostronny ruch.
W. utknął w Chinach. Koleżanka mieszkająca w Norwegii od 5 dni próbuje wydostać się z Hiszpanii do domu. A do Brazylijczyka, współpracownika Piotra, przyjechała dziewczyna z Bergen. Miała wracać w czwartek. Zeszły. Próbowała już 3 razy. Następne podejście jutro. A mnie znowu dopasła refleksja jak łatwo przyroda może pokrzyżować człowiekowi plany. A także połowie świata. I na dodatek człowiek może tylko stać i gapić się jak krowa na malowane wrota, bo wulkanu i tak przecież nie wyłączy, a deszczu nie zatrzyma.
Zupełnie zmieniając temat, ostatnio obserwowałam taką scenkę. Była sobie mama. Prowadziła za ręce dwie córki, na oko tak 7 i 10 lat. Szłyśmy w tym samym kierunku, ja kawałek za nią. Przeciągnęła swoje córki przez każde czerwone światło dla pieszych. A było ich jakieś 5. Nie poczekała na żadnym. Z jednej strony, ja też często przechodzę tutaj na czerwonym, jak zresztą co drugi przechodzień. Czekanie na zielone czasami trwa bardzo długo. No ale z drugiej strony dzieci w tym wieku, zwłaszcza ta starsza, już chodzą same do koleżanek czy wracają ze szkoły. I jako matka, chciałabym mieć pewność, że bezpiecznie przejdą przez jezdnię, poczekają na to zielone. No ale skoro sama je ciągnę na czerwonym, to mój argument "tylko pamiętajcie, przechodźcie na zielonym, bo tak jest bezpiecznie" jest bezwartościowy.
A przy okazji przypomniało mi się jakim przekorną nastolatką byłam, jakoś tak w okolicach 13-15 lat. Mama, jak szłyśmy razem, zawsze stała uparcie na chodniku dopóki nie zapaliło się zielone. Nawet jak nic nie jechało w odległości kilometra. A ja się wkurzałam, że przecież możemy iść. Czasami szłam i musiałam i tak na nią czekać po drugiej stronie. Natomiast tata, idąc ze mną, nie zwracał uwagi na takie rzeczy jak światła. No bo przecież bez przesady. Więc uparcie chciał przechodzić na czerwonym. A ja stałam z założonymi rękami w ramach protestu twierdząc, że JA będę czekać na zielone. I to on musiał czekać na mnie po drugiej stronie. To się chyba nazywa "okres buntu" ;)
Mieszkanko zrobiło się przytulne i ładne. Ponadto książki na półkach od razu sprawiają, że czuję się bardziej jak w domu.
Dzisiaj wybrałam się rowerem na przejażdżkę. Pierwszą moją myślą po wyjechaniu za bramę było "Chyba nie powinnam jechać tą stroną drogi...". Ciężko jest się przestawić na lewostronny ruch.
W. utknął w Chinach. Koleżanka mieszkająca w Norwegii od 5 dni próbuje wydostać się z Hiszpanii do domu. A do Brazylijczyka, współpracownika Piotra, przyjechała dziewczyna z Bergen. Miała wracać w czwartek. Zeszły. Próbowała już 3 razy. Następne podejście jutro. A mnie znowu dopasła refleksja jak łatwo przyroda może pokrzyżować człowiekowi plany. A także połowie świata. I na dodatek człowiek może tylko stać i gapić się jak krowa na malowane wrota, bo wulkanu i tak przecież nie wyłączy, a deszczu nie zatrzyma.
Zupełnie zmieniając temat, ostatnio obserwowałam taką scenkę. Była sobie mama. Prowadziła za ręce dwie córki, na oko tak 7 i 10 lat. Szłyśmy w tym samym kierunku, ja kawałek za nią. Przeciągnęła swoje córki przez każde czerwone światło dla pieszych. A było ich jakieś 5. Nie poczekała na żadnym. Z jednej strony, ja też często przechodzę tutaj na czerwonym, jak zresztą co drugi przechodzień. Czekanie na zielone czasami trwa bardzo długo. No ale z drugiej strony dzieci w tym wieku, zwłaszcza ta starsza, już chodzą same do koleżanek czy wracają ze szkoły. I jako matka, chciałabym mieć pewność, że bezpiecznie przejdą przez jezdnię, poczekają na to zielone. No ale skoro sama je ciągnę na czerwonym, to mój argument "tylko pamiętajcie, przechodźcie na zielonym, bo tak jest bezpiecznie" jest bezwartościowy.
A przy okazji przypomniało mi się jakim przekorną nastolatką byłam, jakoś tak w okolicach 13-15 lat. Mama, jak szłyśmy razem, zawsze stała uparcie na chodniku dopóki nie zapaliło się zielone. Nawet jak nic nie jechało w odległości kilometra. A ja się wkurzałam, że przecież możemy iść. Czasami szłam i musiałam i tak na nią czekać po drugiej stronie. Natomiast tata, idąc ze mną, nie zwracał uwagi na takie rzeczy jak światła. No bo przecież bez przesady. Więc uparcie chciał przechodzić na czerwonym. A ja stałam z założonymi rękami w ramach protestu twierdząc, że JA będę czekać na zielone. I to on musiał czekać na mnie po drugiej stronie. To się chyba nazywa "okres buntu" ;)
sobota, 17 kwietnia 2010
Pył
W odpowiedzi na smsy mojej mamy, a także pytania Mari i Shina - od tygodnia mamy za oknem błękitne niebo w ciągu dnia i gwiazdy w ciągu nocy. Chyba że pył wulkaniczny jest tak naprawdę gwiezdnym pyłem to trochę może zmieniać postać rzeczy ;)
niedziela, 11 kwietnia 2010
Dublin, podejście drugie.
Nienawidzę przeprowadzek.
Nienawidzę pakowania rzeczy.
Nienawidzę ich rozpakowywania.
Nienawidzę tłukącego się szkła w kartonach.
Nienawidzę małych schowków. Tego, że aby wyjąć odkurzacz to najpierw trzeba wyjąć suszarkę do prania i coś tam jeszcze.
Nienawidzę małych szaf.
Nienawidzę nie mieć samochodu. Zwłaszcza jak trzeba np. kupić regał. I szafkę.
Nienawidzę małych lodówek. I małych zamrażalników.
Nienawidzę wyspiarskiego zwyczaju dwóch osobnych kranów do gorącej i do zimnej wody.
Nienawidzę braku szafek w łazienkach.
A już najbardziej nienawidzę małych kuchni. I małych blatów. I braku zmywarki. I jednokomorowych zlewów.
Ogólnie okolica jest przyjemna. Za oknem słychać śpiew ptaszków i widać ogród. Jest ciepło i mnóstwo kwiatów. I zaczynają kwitnąć magnolie.
Połowa kieliszków nie przetrwała transportu. Szklanki sobie poradziły, ale już udało mi się 2 stłuc.
Znaleźliśmy smaczne ogórki, mogę zrobić sałatkę. Tylko czemu tu nie mają korzenia pietruszki?
I czym właściwie jest pasternak?
Ech... ;) Ogólnie zamieszanie.
Nienawidzę pakowania rzeczy.
Nienawidzę ich rozpakowywania.
Nienawidzę tłukącego się szkła w kartonach.
Nienawidzę małych schowków. Tego, że aby wyjąć odkurzacz to najpierw trzeba wyjąć suszarkę do prania i coś tam jeszcze.
Nienawidzę małych szaf.
Nienawidzę nie mieć samochodu. Zwłaszcza jak trzeba np. kupić regał. I szafkę.
Nienawidzę małych lodówek. I małych zamrażalników.
Nienawidzę wyspiarskiego zwyczaju dwóch osobnych kranów do gorącej i do zimnej wody.
Nienawidzę braku szafek w łazienkach.
A już najbardziej nienawidzę małych kuchni. I małych blatów. I braku zmywarki. I jednokomorowych zlewów.
Ogólnie okolica jest przyjemna. Za oknem słychać śpiew ptaszków i widać ogród. Jest ciepło i mnóstwo kwiatów. I zaczynają kwitnąć magnolie.
Połowa kieliszków nie przetrwała transportu. Szklanki sobie poradziły, ale już udało mi się 2 stłuc.
Znaleźliśmy smaczne ogórki, mogę zrobić sałatkę. Tylko czemu tu nie mają korzenia pietruszki?
I czym właściwie jest pasternak?
Ech... ;) Ogólnie zamieszanie.
środa, 3 marca 2010
Podróż
Samolot mam jutro o 12.20. Lot trwa 2 godziny i 5 minut. Na miejscu jestem o 15.25 czasu lokalnego. Mam godzinę, żeby złapać pociąg, w przeciwnym razie spędzę 9 godzin na lotnisku czekając na następny. I nie mam ochoty dojechać do Hjerkinn o 4.30 rano... znowu... Bo chyba tylko raz w życiu byłam tam o normalnej porze. A tak to zawsze w okolicach 4.30.
Przed południem można do mnie dzwonić na numer irlandzki.
Po południu można do mnie dzwonić na nr norweski.
Smsy można przysyłać na nr polski.
Czuję się chora, co mnie się bardzo nie podoba. Idę pożreć jaką polopirynę.
Następna notka już z Middle of Nowhere. Taki jest plan. Bo jeżeli notka pojawi się wcześniej to będzie znaczyć, że nie zdążyłam na wcześniejszy pociąg ;)
Przed południem można do mnie dzwonić na numer irlandzki.
Po południu można do mnie dzwonić na nr norweski.
Smsy można przysyłać na nr polski.
Czuję się chora, co mnie się bardzo nie podoba. Idę pożreć jaką polopirynę.
Następna notka już z Middle of Nowhere. Taki jest plan. Bo jeżeli notka pojawi się wcześniej to będzie znaczyć, że nie zdążyłam na wcześniejszy pociąg ;)
Ostatnie godziny wiosny...
Przygotowywanie się do zmiany strefy klimatycznej z +7 na -10 st. C.
Pakowanie w trakcie. Samolot jutro. Rzeczy chyba nadal w Bergen. Np. mój krem na zimę, który tam wsadziłam w szale pakowania nie pomyślawszy, że mogę go jeszcze potrzebować. Lecę na zakupy.
Pakowanie w trakcie. Samolot jutro. Rzeczy chyba nadal w Bergen. Np. mój krem na zimę, który tam wsadziłam w szale pakowania nie pomyślawszy, że mogę go jeszcze potrzebować. Lecę na zakupy.
poniedziałek, 1 marca 2010
Skrótowo.
Znaleźliśmy mieszkanie. Dzisiaj poszły referencje i inne kopie dokumentów. Czas na kaucję i umowę. Wygląda na to, że już nikt się wycofać nie zamierza, więc mogę o tym pisać. Mieszkanie jest w Dublinie 6, 15 minut piechotą od Piotra pracy, 10 minut od pani Melon, co powinno ucieszyć Tenel :P Przy okazji wszystkich tęskniących za ogrodem zapraszam na tymczasowo prawie własny kawałek trawnika ;) Oferuję kawę, kocyk (jak jakiś kupię) i inne dobroci. Parę książek też się znajdzie... jak tylko przyjadą z Bergen.
Mieszkanko jest ładne, wydaje się ciut większe niż to w Bergen. Pomijając łazienkę, która jest malutka. A może nie. W każdym razie salon wydaje się być bardziej przestronny. No i jest dostęp do ogrodu. Jest w kamienicy na pierwszym piętrze.
W czwartek lecę do Norwegii. Tutaj jest wiosna na całego. W miejscu, w które jadę jest -10.
Wycieczka do Howth była bardzo udana. Co prawda przed wyjazdem nie planowaliśmy 10km marszu, ale tak nam jakoś wyszło. Vytas początkowo trochę marudził, ale potem zobaczył widoki i przestał.
Mówiąc krótko: jeżeli ktoś ma ochotę spędzić weekend majowy w Dublinie i okolicach to zapraszamy :) Liczba miejsc w salonie ograniczona, więc radzę szybko się namyślać ;)
Mieszkanko jest ładne, wydaje się ciut większe niż to w Bergen. Pomijając łazienkę, która jest malutka. A może nie. W każdym razie salon wydaje się być bardziej przestronny. No i jest dostęp do ogrodu. Jest w kamienicy na pierwszym piętrze.
W czwartek lecę do Norwegii. Tutaj jest wiosna na całego. W miejscu, w które jadę jest -10.
Wycieczka do Howth była bardzo udana. Co prawda przed wyjazdem nie planowaliśmy 10km marszu, ale tak nam jakoś wyszło. Vytas początkowo trochę marudził, ale potem zobaczył widoki i przestał.
Mówiąc krótko: jeżeli ktoś ma ochotę spędzić weekend majowy w Dublinie i okolicach to zapraszamy :) Liczba miejsc w salonie ograniczona, więc radzę szybko się namyślać ;)
piątek, 26 lutego 2010
Krzyk
Jak byłam pierwszy raz w Hjerkinn to mi się tam nie podobało. Ale starałam się do tego nie przyznawać nawet przed samą sobą. W następnym roku już było zdecydowanie lepiej. Jak byłam pierwszy raz w Bergen to mi się tam nie podobało. A potem się zakochałam.
Więc... doszłam do wniosku, że tym razem nie będę niczego udawać. Że im szybciej i głośniej to wykrzyczę, tym szybciej je polubię. Więc... TO MIASTO JEST OKROPNE!!! Jest szare, brudne, zatłoczone, jest mnóstwo samochodów, które powodują wielki hałas. Latarnie uliczne są dziwne, co powoduje, że ulice są ciemne. Z wyjątkiem jednej uliczki z pubami nad kanałem to miasto jest bez duszy. Bez atmosfery. Ma ładne miejsca. Ma też potworne miejsca. Wiele potwornych miejsc. Wiele potwornych rozwiązań. Zimne łazienki. I niewietrzone. Nic dziwnego, że są zagrzybione. Mają zboczenie na punkcie kominków. Ale gdyby to był faktycznie kominek to bym nie narzekała. Ale oni mają fizia na punkcie kominkowych atrap! W każdym mieszkaniu, zwłaszcza w starszych, jest kominek i w środek wstawiony kominek elektryczny. Wiecie, taki grzejnik konwektorowy, który teoretycznie ładniej wygląda. Żarzy się i imituje płomienie. W Castoramie takie widziałam. I wieje ciepłym powietrzem hałasując przy tym niemiłosiernie. I jeszcze w 90% nad nim wisi lustro.
Mają ładne kościoły. Zazwyczaj wepchnięte gdzieś między inne budowle. Ja, Torunianka, przyzwyczajona do starówki, gotyku, ładnych, kolorowych kamienic nie mogę tego miejsca na razie zdzierżyć. Wczoraj wieczorem pogadałam sobie z Rumunem. Pokazałam mu zdjęcia Torunia. Patrzył z zachwytem i stwierdził, że jest 10 razy ładniejszy niż Dublin.
Tyle tytułem krzyku.
Zbieram się obejrzeć kolejne mieszkania. I Leszku - wierz mi, że w tym momencie krany schodzą na ostatni plan. Generalnie mam gdzieś krany byleby tylko mieszkanie było ładne i ciepłe, a łazienka przyjemna, a nie zagrzybiona. ;)
Więc... doszłam do wniosku, że tym razem nie będę niczego udawać. Że im szybciej i głośniej to wykrzyczę, tym szybciej je polubię. Więc... TO MIASTO JEST OKROPNE!!! Jest szare, brudne, zatłoczone, jest mnóstwo samochodów, które powodują wielki hałas. Latarnie uliczne są dziwne, co powoduje, że ulice są ciemne. Z wyjątkiem jednej uliczki z pubami nad kanałem to miasto jest bez duszy. Bez atmosfery. Ma ładne miejsca. Ma też potworne miejsca. Wiele potwornych miejsc. Wiele potwornych rozwiązań. Zimne łazienki. I niewietrzone. Nic dziwnego, że są zagrzybione. Mają zboczenie na punkcie kominków. Ale gdyby to był faktycznie kominek to bym nie narzekała. Ale oni mają fizia na punkcie kominkowych atrap! W każdym mieszkaniu, zwłaszcza w starszych, jest kominek i w środek wstawiony kominek elektryczny. Wiecie, taki grzejnik konwektorowy, który teoretycznie ładniej wygląda. Żarzy się i imituje płomienie. W Castoramie takie widziałam. I wieje ciepłym powietrzem hałasując przy tym niemiłosiernie. I jeszcze w 90% nad nim wisi lustro.
Mają ładne kościoły. Zazwyczaj wepchnięte gdzieś między inne budowle. Ja, Torunianka, przyzwyczajona do starówki, gotyku, ładnych, kolorowych kamienic nie mogę tego miejsca na razie zdzierżyć. Wczoraj wieczorem pogadałam sobie z Rumunem. Pokazałam mu zdjęcia Torunia. Patrzył z zachwytem i stwierdził, że jest 10 razy ładniejszy niż Dublin.
Tyle tytułem krzyku.
Zbieram się obejrzeć kolejne mieszkania. I Leszku - wierz mi, że w tym momencie krany schodzą na ostatni plan. Generalnie mam gdzieś krany byleby tylko mieszkanie było ładne i ciepłe, a łazienka przyjemna, a nie zagrzybiona. ;)
wtorek, 23 lutego 2010
Dublin dzień drugi.
Nie nadążam. Jeżeli miałabym opisać wszystkie moje przemyślenia z ostatnich 24 godzin to następne kilka godzin musiałabym spędzić przed komputerem. Absurdalność niektórych zjawisk mnie poraża.
Przede wszystkim udało mi się rozpracować ogrzewanie w pokoju. Zrobiło się cieplej, więc od razu również przestałam narzekać na wszystko związane z naszym tymczasowym mieszkaniem. Mam prawo tak to nazwać, skoro składa się z sypialni, salonu, kuchni i łazienki. Hotel mieści się w starym budynku, co za tym idzie ma pojedyncze, nieszczelne okna i grzyb w łazience (podobno typowe dla starego budownictwa na Wyspach). Fascynują mnie natomiast grzejniki: wielki napis „do not cover” jasno sugeruje, aby w żadnym wypadku ich niczym nie przykrywać. Mylę się? Natomiast zasłony są umieszczone w taki sposób, że idealnie wręcz przykrywają otwory omawianych, elektrycznych smoków (zionących ciepłem zamiast ognia, chociaż zapach może czasem sugerować coś innego). Poza tym szefowa kiedyś mi coś wspominała, że na Wyspach nie używa się kołder. Odpowiednia szuflada w moim mózgu otworzyła się w momencie kiedy pierwszy raz zerknęłam na łóżko. Otóż... system działa tak: posłanie składa się z narzuty, dwóch koców i dwóch prześcieradeł. Na jednym prześcieradle śpisz, drugie oddziela Cię od koców. Czyli działa tak jakby powłoczka na koce, tylko bez tych wszystkich zalet jakie nam takowa daje. Podsumowując śpisz pod warstwą 4 różnych rzeczy, które tylko i wyłącznie razem wzięte dają jako takie ciepło. Zabawa polega na tym, żeby obudzić się pod taką samą warstwą pod jaką się zasnęło. Ja na razie trenuje podnoszenie koca z podłogi bez okrywania się spod prześcieradła.
Ilość Polaków jest oszałamiająca. Dla zdziwionych przypomnę, że nigdy nie byłam w UK ani Irlandii. Oslo też unikałam. W Bergen spotkałam kilkoro Polaków w ciągu kilku miesięcy. Tutaj spotkałam kilkudziesięciu w ciągu 3 godzin. W różnym wieku, miłych i niemiłych. Weszłam do sklepu polskiego i rzuciła mi się w oczy mąka. Pomyślałam: „dlaczego, do cholery, oni sprowadzają tu nawet mąkę?” Zrozumiałam jak próbowałam kupić mąkę w Tesco. Zwykłą mąkę pszenną. Ale okazuje się, że w tym kraju jest to rarytas. Standardem jest natomiast mąka „samorosnąca” - z dodatkiem sody oczyszczonej. Po kie licho, pytam, im soda oczyszczona w mące??? Teraz przynajmniej rozumiem co to jest „soda bread”. Zirytowana wyszłam z Tesco i poszłam kupić mąkę wrocławską....
Wróciwszy do domu Piotr popatrzył z niedowierzaniem na mąkę i zapytał „Dlaczego kupiłaś mąkę wrocławską?” Zmęczona odpowiedziałam bez namysłu „Bo innej akurat nie mieli”. Dopiero po jego minie zorientowałam się, że pytał skąd w ogóle ją wzięłam i dlaczego nie kupiłam jakiejś lokalnej, a nie dlaczego kupiłam wrocławską a nie np. poznańską.
Piotr pyta: „Co w ogóle mają w tych polskich sklepach?”
Ja: „Więc mają.....”
Piotr mi przerywa: „Czekaj! Powiedz, że mają koncesję i można tam kupić polskie piwo.”
Popatrzyłam na niego ze sporą dezaprobatą. „Piotr. Polskie piwo to w Tesco kupisz. Do wyboru Tyskie, Żywiec i Lech”
Przede wszystkim udało mi się rozpracować ogrzewanie w pokoju. Zrobiło się cieplej, więc od razu również przestałam narzekać na wszystko związane z naszym tymczasowym mieszkaniem. Mam prawo tak to nazwać, skoro składa się z sypialni, salonu, kuchni i łazienki. Hotel mieści się w starym budynku, co za tym idzie ma pojedyncze, nieszczelne okna i grzyb w łazience (podobno typowe dla starego budownictwa na Wyspach). Fascynują mnie natomiast grzejniki: wielki napis „do not cover” jasno sugeruje, aby w żadnym wypadku ich niczym nie przykrywać. Mylę się? Natomiast zasłony są umieszczone w taki sposób, że idealnie wręcz przykrywają otwory omawianych, elektrycznych smoków (zionących ciepłem zamiast ognia, chociaż zapach może czasem sugerować coś innego). Poza tym szefowa kiedyś mi coś wspominała, że na Wyspach nie używa się kołder. Odpowiednia szuflada w moim mózgu otworzyła się w momencie kiedy pierwszy raz zerknęłam na łóżko. Otóż... system działa tak: posłanie składa się z narzuty, dwóch koców i dwóch prześcieradeł. Na jednym prześcieradle śpisz, drugie oddziela Cię od koców. Czyli działa tak jakby powłoczka na koce, tylko bez tych wszystkich zalet jakie nam takowa daje. Podsumowując śpisz pod warstwą 4 różnych rzeczy, które tylko i wyłącznie razem wzięte dają jako takie ciepło. Zabawa polega na tym, żeby obudzić się pod taką samą warstwą pod jaką się zasnęło. Ja na razie trenuje podnoszenie koca z podłogi bez okrywania się spod prześcieradła.
Ilość Polaków jest oszałamiająca. Dla zdziwionych przypomnę, że nigdy nie byłam w UK ani Irlandii. Oslo też unikałam. W Bergen spotkałam kilkoro Polaków w ciągu kilku miesięcy. Tutaj spotkałam kilkudziesięciu w ciągu 3 godzin. W różnym wieku, miłych i niemiłych. Weszłam do sklepu polskiego i rzuciła mi się w oczy mąka. Pomyślałam: „dlaczego, do cholery, oni sprowadzają tu nawet mąkę?” Zrozumiałam jak próbowałam kupić mąkę w Tesco. Zwykłą mąkę pszenną. Ale okazuje się, że w tym kraju jest to rarytas. Standardem jest natomiast mąka „samorosnąca” - z dodatkiem sody oczyszczonej. Po kie licho, pytam, im soda oczyszczona w mące??? Teraz przynajmniej rozumiem co to jest „soda bread”. Zirytowana wyszłam z Tesco i poszłam kupić mąkę wrocławską....
Wróciwszy do domu Piotr popatrzył z niedowierzaniem na mąkę i zapytał „Dlaczego kupiłaś mąkę wrocławską?” Zmęczona odpowiedziałam bez namysłu „Bo innej akurat nie mieli”. Dopiero po jego minie zorientowałam się, że pytał skąd w ogóle ją wzięłam i dlaczego nie kupiłam jakiejś lokalnej, a nie dlaczego kupiłam wrocławską a nie np. poznańską.
Piotr pyta: „Co w ogóle mają w tych polskich sklepach?”
Ja: „Więc mają.....”
Piotr mi przerywa: „Czekaj! Powiedz, że mają koncesję i można tam kupić polskie piwo.”
Popatrzyłam na niego ze sporą dezaprobatą. „Piotr. Polskie piwo to w Tesco kupisz. Do wyboru Tyskie, Żywiec i Lech”
Subskrybuj:
Posty (Atom)



