Akcja dzieje się w stajni. Światło kiepskie. Obiektyw f/3,5-5,6 nie spełnia oczekiwań dając czasy 1/13 - 1/20. ISO 400, bo niżej się nie da. Wyżej też nie, bo w tym świetle już 400 daje czasami ziarno. Z konieczności zdjęcia robię EF 50mm f/1,8. Przesłona między 1,8 a 2,5, czasy 1/30 - 1/100. Mała głębia ostrości, ale co zrobić. Obiekt - facet + owca. Owca się rzuca, dopóki nie zostanie położona na plecy (wtedy kręgosłup jest tak ułożony, że działa na nią jak znieczulenie - oto sekret strzyżenia owiec). Nawet jak owca się nie rzuca, to facet co chwila ją przemieszcza. Nie mówiąc o tym, że sam również się przemieszcza, rusza, zwłaszcza rękami z kosiarką, znaczy chciałam powiedzieć maszynką do golenia. Czas na jedną owce minuta do dwóch. Pomijam kwestię osób trzecich, psów, dzieci wchodzących w kadr za obiektem. Pomijam też stajnię i kraty boksów jako ładne tło.
Generalnie zdjęcia nawet jeżeli są ostre, to niekoniecznie tam gdzie bym chciała. A nawet te na 1/100 są rozmazane. Nie wpadłam na to, żeby korzystać z lampy błyskowej, pewnie z powodu mojej nienawiści do niej i wniosku, że te owce i tak są już wystarczająco zestresowane. A i akcja działa się dość szybko.
Jakieś rady? Sugestie? Przykładowe zdjęcia oczywiście wrzucę. Jak już przez nie przebrnę.
poniedziałek, 29 marca 2010
sobota, 27 marca 2010
W skrócie.
Mam kilka rzeczy do opisania. Ale nie mam czasu.
- Jutro strzyżenie owiec. I tak, planuję robić zdjęcia ;) A może nawet ostrzygą lamę :)
- Szefowa pozwoliła mi pofarbować jajka na niedzielne śniadanie. Anne Stine powiedziała, że chyba mi przyśle swoje dzieci na naukę, bo jakoś nie przekazała im tej umiejętności.
- Hege pozwoliła "pomacać" swój brzuch ;)
- Goście z jednego pokoju mają 8 tygodniowego szczeniaczka. Jest słodki i w przeciwieństwie do jagniąt nie skończy jako pasztet. Czy co tam się robi z jagnięciny.
- Nasze rzeczy nadal nie dotarły do Dublina. Ale wyjechały już z Bergen.
- W dzień śnieg zamienia się w wodę. Nocą woda zamienia się w lód. Często nad ranem lód pokrywany jest nowym śniegiem, który w dzień zamienia się w wodę. I tak w kółko.
- Z poprzednich 3 jagniąt zostały 2.
- Kolejna owca urodziła 4 młode. W piątek, na razie wszystkie żyją.
- Leo (seter Hakona) otwiera sobie drzwi do hotelu. W ogóle każde drzwi. I obie strony. Nie drapiąc ich. Po prostu stając na tylnych łapach naciska klamkę. Mógłby się jeszcze nauczyć je zamykać i byłoby idealnie :)
- Jutro strzyżenie owiec. I tak, planuję robić zdjęcia ;) A może nawet ostrzygą lamę :)
- Szefowa pozwoliła mi pofarbować jajka na niedzielne śniadanie. Anne Stine powiedziała, że chyba mi przyśle swoje dzieci na naukę, bo jakoś nie przekazała im tej umiejętności.
- Hege pozwoliła "pomacać" swój brzuch ;)
- Goście z jednego pokoju mają 8 tygodniowego szczeniaczka. Jest słodki i w przeciwieństwie do jagniąt nie skończy jako pasztet. Czy co tam się robi z jagnięciny.
- Nasze rzeczy nadal nie dotarły do Dublina. Ale wyjechały już z Bergen.
- W dzień śnieg zamienia się w wodę. Nocą woda zamienia się w lód. Często nad ranem lód pokrywany jest nowym śniegiem, który w dzień zamienia się w wodę. I tak w kółko.
- Z poprzednich 3 jagniąt zostały 2.
- Kolejna owca urodziła 4 młode. W piątek, na razie wszystkie żyją.
- Leo (seter Hakona) otwiera sobie drzwi do hotelu. W ogóle każde drzwi. I obie strony. Nie drapiąc ich. Po prostu stając na tylnych łapach naciska klamkę. Mógłby się jeszcze nauczyć je zamykać i byłoby idealnie :)
piątek, 26 marca 2010
Pyrkon
Nie sądziłam, że tak będzie. Czułam się tu dobrze. Czuję się tu akceptowana, mogę pogadać, pożartować, posiedzieć z kimś z rodziny i wypić kawę. Mogę iść do stajni, mogę pójść na spacer z Caroline. Żadnych gierek, zawiści czy walki między kimkolwiek. Jest fajnie.
Ale dzisiaj, mając świadomość, że wszyscy przyjaciele i znajomi właśnie dobrze się bawią, na wydarzeniu, które bardzo lubię, czuję się samotna. Jest mi smutno. Sama chciałam. Wydawało mi się, że to nic takiego. Ale jednak bycie z nimi jest dla mnie ważne. Nawet jeżeli pada się na pysk i zapieprza przez kilkadziesiąt godzin na okrągło.
Ale dzisiaj, mając świadomość, że wszyscy przyjaciele i znajomi właśnie dobrze się bawią, na wydarzeniu, które bardzo lubię, czuję się samotna. Jest mi smutno. Sama chciałam. Wydawało mi się, że to nic takiego. Ale jednak bycie z nimi jest dla mnie ważne. Nawet jeżeli pada się na pysk i zapieprza przez kilkadziesiąt godzin na okrągło.
czwartek, 25 marca 2010
Z cyklu: dawno temu.
Gdzieś za zakrętem spotykam kota. Siedzi na środku drogi z kamieni. Martwy ptak leży przed nim. Wokół kota unoszą się czarne pióra. Szeleszcząc cicho opadają mu na futro, ale on nie zwraca na nie uwagi. Chudy jest. Dawno nie jadł.
Ptak... Znam go. Przylatywał do mnie zimą - pogadać. Całymi dniami siedziałam przy oknie. Ja z jednej strony, on z drugiej. Ja udawałam, że wcale mnie nie ma. On udawał, że mnie nie widzi.
Ja mówiłam do niego. On słuchał. Nie odpowiadał.
On mówił do mnie. Ja słuchałam.
Oboje byliśmy szczęśliwi.
Kot. Patrzy na mnie. Zielonymi oczami opowiada swoje życie. I pozostałe osiem. Po czym zabiera ptaka i znika za rogiem.
Zostaję sama.
kwiecień 2006
Ptak... Znam go. Przylatywał do mnie zimą - pogadać. Całymi dniami siedziałam przy oknie. Ja z jednej strony, on z drugiej. Ja udawałam, że wcale mnie nie ma. On udawał, że mnie nie widzi.
Ja mówiłam do niego. On słuchał. Nie odpowiadał.
On mówił do mnie. Ja słuchałam.
Oboje byliśmy szczęśliwi.
Kot. Patrzy na mnie. Zielonymi oczami opowiada swoje życie. I pozostałe osiem. Po czym zabiera ptaka i znika za rogiem.
Zostaję sama.
kwiecień 2006
Stres i Norwegowie
W jednej z poprzednich notek napisałam, że najbliższy szpital położniczy jest w Trondheim. 160 km stąd. Jo skomentowała to stwierdzeniem, że mam się szykować na odbieranie porodu. Otóż pewnego pięknego dnia, kiedy zamiast pracować siedziałam z szefową i Lilian pijąc kawę, doszłyśmy do wniosku, że na pewno w święta będzie wielka śnieżyca, w związku z czym zamkną drogi i: goście nie dojadą, dzieci utkną w szkole w Dombas, a Hege w tym momencie zacznie rodzić. Anne (matka dwójki dzieci i babcia 3ga wnucząt - lub 5ciorga, jeżeli liczyć te przyszywane) stwierdziła z rozbrajającym uśmiechem, że ona zamierza szykować gorącą wodę, bo widziała na filmach, że tak się powinno robić i to wszystko, bo nie ma pojęcia co dalej. Doszłyśmy jednak do wniosku, że nie ma się co martwić, w końcu to trzecie dziecko Hege, a poza tym ona przecież jest pielęgniarką, to na pewno wie co robić. A ponadto Martin ma wprawę w przyjmowaniu porodów jagniąt, więc sobie poradzą. Tyle jeśli chodzi o przejęcie przyszłej babci.
Przy okazji zapytałam Hege i Martina, czy planują jechać kilka dni wcześniej, czy cokolwiek... Popatrzyli na mnie dziwnie z miną "Ale o co Ci, dziewczyno, chodzi?" lekko wzruszając ramionami. Powiedziałam, że no w sumie tak, nie ma się co martwić, przecież Hege jest pielęgniarką, a Martin ma wprawę w odbieraniu porodów owiec. Hege się roześmiała, a przyszły ojciec powiedział ze stoickim spokojem "Jasne, a jak dziecko ułoży się nieprawidłowo to wepchnę z powrotem i odwrócę".
Poza tym zarówno Hege, jak i Anne, jak i Lilian wyraziły (niezależnie) tą samą opinię:
"Przecież do Trondheim jedzie się tylko 2,5 godziny. Jak (Hege) poczuje, że się zaczyna, to wsiądą w samochód i pojadą, przecież poród zazwyczaj trwa kilka godzin"
Jeżeli ktoś z Was, moi drodzy, nie miał jeszcze do czynienia ze skandynawską mentalnością, to proszę być przygotowanym na tego typu niespodzianki. Poza tym nic dziwnego, że Norwedzy są całkiem zdrowym narodem, skoro słowo "stres" jest dla nich pojęciem obcym...
A termin porodu zbliża się nie ubłagalnie, zostało 9 dni. A jeszcze wczoraj widziałam Hege przesuwającą ciężką donicę ;)
Przy okazji zapytałam Hege i Martina, czy planują jechać kilka dni wcześniej, czy cokolwiek... Popatrzyli na mnie dziwnie z miną "Ale o co Ci, dziewczyno, chodzi?" lekko wzruszając ramionami. Powiedziałam, że no w sumie tak, nie ma się co martwić, przecież Hege jest pielęgniarką, a Martin ma wprawę w odbieraniu porodów owiec. Hege się roześmiała, a przyszły ojciec powiedział ze stoickim spokojem "Jasne, a jak dziecko ułoży się nieprawidłowo to wepchnę z powrotem i odwrócę".
Poza tym zarówno Hege, jak i Anne, jak i Lilian wyraziły (niezależnie) tą samą opinię:
"Przecież do Trondheim jedzie się tylko 2,5 godziny. Jak (Hege) poczuje, że się zaczyna, to wsiądą w samochód i pojadą, przecież poród zazwyczaj trwa kilka godzin"
Jeżeli ktoś z Was, moi drodzy, nie miał jeszcze do czynienia ze skandynawską mentalnością, to proszę być przygotowanym na tego typu niespodzianki. Poza tym nic dziwnego, że Norwedzy są całkiem zdrowym narodem, skoro słowo "stres" jest dla nich pojęciem obcym...
A termin porodu zbliża się nie ubłagalnie, zostało 9 dni. A jeszcze wczoraj widziałam Hege przesuwającą ciężką donicę ;)
wtorek, 23 marca 2010
Krótkie nic.
poniedziałek, 22 marca 2010
Przesilenie
Praca w hotelu dzieli się na czas, kiedy są goście i wszystko ma ustalone reguły oraz czas, kiedy gości nie ma. A reguły są płynne. Zazwyczaj są wtedy jakieś dodatkowe prace, które trzeba wykonać. Natomiast to moja sprawa kiedy je wykonam. Mam zrobić to i to i mam czas do piątku. Mogę sobie usiąść w środku dnia z kawą i powygrzewać się na słońcu. Mogę zrobić przerwę i pójść na spacer. Pójść do stajni i pozawracać komuś głowę pytaniami. Poplotkować z szefową. Czas w takie dni zwalnia. Robi się leniwie.
Jagniątka zostały 3. Chodzę do nich 4 razy dziennie, żeby je nakarmić. Ich matka czasami zabeczy z niepokojem, ale nie przejmuje się mną jakoś specjalnie. Młode, jak tylko wchodzę, beczą cienko i żałośnie. Dwa są ciągle głodne i się przepychają, trzecie zazwyczaj stoi z boku i muszę w nie wciskać jedzenie. Ale jest największe z nich wszystkich, więc myślę, że je mleko matki i po prostu nie jest głodne. Brakuje mi rąk. W jednej ręce butelka, w drugiej pyszczek młodego. Trzecia by się przydała do odsuwania dwóch pozostałych :)
Śnieg powoli topnieje. Zamienia się w wodę. A woda zamienia się w lód. Cały teren hotelu, który nie jest pokryty śniegiem lub jest trochę bardziej płaski (dwa parkingi, droga, teren pod stajnią) pokryty jest lodem. Niestety, na zieloną trawkę przyjdzie poczekać jeszcze z miesiąc.
Do Foldall przyleciały jaskółki. U nas też czasami jakieś ptaszki zaświergoczą.
Psy (dorosły wilczur i seter oraz szczeniaki: podhalański i ... coś włochatego, łaciatego) biegają szczęśliwe po słońcu domagając się uwagi. Taraj (wilczur) jak ma ochotę na zabawę to przychodzi, popycha nosem kamień (obecnie bryłę śniegu) w twoim kierunku i mówi wzrokiem: "Rzuuuuuć mi". Troj (młody podchalański) biega w kamizelce odblaskowej, bo ciężko go odróżnić od śniegu i uwielbia wszystko. Zwłaszcza zabawy ze szczeniakiem Viktora. A Leo (seter Hakona) boi się Taraja, więc hasa raczej samotnie. Właśnie do mnie przylazł i tak długo skakał na drzwi (siedzę sama w hotelu, w salonie), że aż go w końcu wpuściłam, bo najwyraźniej czuje się samotny. Nic dziwnego - w końcu zeżarł latem papużki faliste Anne Stine i teraz nie w domu żadnych innych zwierzaków.
Hege ma termin porodu dokładnie w 40ste urodziny Martina, za dwa tygodnie. Zastanawiamy się czy syn postanowi zrobić tacie prezent. Przy okazji: szpital jest w Trondheim. 160 km od nas.
Równonoc upłynęło mi leniwie, w towarzystwie psów, jagniąt i słońca. Wieczorem, przy -10 stopniach, poszłyśmy z Caroline do jazkuzzi. Siedząc w ciepłej wodzie patrzyłyśmy na góry i rozgwieżdżone niebo. Etap, w którym trzeba było wyjść i przejść boso, w mokrym kostiumie kąpielowym 50 m (nie dało się przebiec, bo było strasznie ślisko) był... niezapomniany.
Siobhan, jeżeli chcesz poznać naprawdę wyluzowanych ludzi, to zapraszam do mnie :)
Nadszedł czas zabrania Leo i pójścia do stajni nakarmić jagnięta, nie obijając sobie tyłka na lodzie przy tej okazji. A w ogóle: macie może pomysł jak wytłumaczyć Norwegom idee Lanego Poniedziałku?
Jagniątka zostały 3. Chodzę do nich 4 razy dziennie, żeby je nakarmić. Ich matka czasami zabeczy z niepokojem, ale nie przejmuje się mną jakoś specjalnie. Młode, jak tylko wchodzę, beczą cienko i żałośnie. Dwa są ciągle głodne i się przepychają, trzecie zazwyczaj stoi z boku i muszę w nie wciskać jedzenie. Ale jest największe z nich wszystkich, więc myślę, że je mleko matki i po prostu nie jest głodne. Brakuje mi rąk. W jednej ręce butelka, w drugiej pyszczek młodego. Trzecia by się przydała do odsuwania dwóch pozostałych :)
Śnieg powoli topnieje. Zamienia się w wodę. A woda zamienia się w lód. Cały teren hotelu, który nie jest pokryty śniegiem lub jest trochę bardziej płaski (dwa parkingi, droga, teren pod stajnią) pokryty jest lodem. Niestety, na zieloną trawkę przyjdzie poczekać jeszcze z miesiąc.
Do Foldall przyleciały jaskółki. U nas też czasami jakieś ptaszki zaświergoczą.
Psy (dorosły wilczur i seter oraz szczeniaki: podhalański i ... coś włochatego, łaciatego) biegają szczęśliwe po słońcu domagając się uwagi. Taraj (wilczur) jak ma ochotę na zabawę to przychodzi, popycha nosem kamień (obecnie bryłę śniegu) w twoim kierunku i mówi wzrokiem: "Rzuuuuuć mi". Troj (młody podchalański) biega w kamizelce odblaskowej, bo ciężko go odróżnić od śniegu i uwielbia wszystko. Zwłaszcza zabawy ze szczeniakiem Viktora. A Leo (seter Hakona) boi się Taraja, więc hasa raczej samotnie. Właśnie do mnie przylazł i tak długo skakał na drzwi (siedzę sama w hotelu, w salonie), że aż go w końcu wpuściłam, bo najwyraźniej czuje się samotny. Nic dziwnego - w końcu zeżarł latem papużki faliste Anne Stine i teraz nie w domu żadnych innych zwierzaków.
Hege ma termin porodu dokładnie w 40ste urodziny Martina, za dwa tygodnie. Zastanawiamy się czy syn postanowi zrobić tacie prezent. Przy okazji: szpital jest w Trondheim. 160 km od nas.
Równonoc upłynęło mi leniwie, w towarzystwie psów, jagniąt i słońca. Wieczorem, przy -10 stopniach, poszłyśmy z Caroline do jazkuzzi. Siedząc w ciepłej wodzie patrzyłyśmy na góry i rozgwieżdżone niebo. Etap, w którym trzeba było wyjść i przejść boso, w mokrym kostiumie kąpielowym 50 m (nie dało się przebiec, bo było strasznie ślisko) był... niezapomniany.
Siobhan, jeżeli chcesz poznać naprawdę wyluzowanych ludzi, to zapraszam do mnie :)
Nadszedł czas zabrania Leo i pójścia do stajni nakarmić jagnięta, nie obijając sobie tyłka na lodzie przy tej okazji. A w ogóle: macie może pomysł jak wytłumaczyć Norwegom idee Lanego Poniedziałku?
sobota, 20 marca 2010
Wiosna
Tym, którzy nie pamiętają, przypomnę, że oprócz posiadania hotelu i koni szefowa hoduje owce. Jagnięta rodzą się w maju, zazwyczaj każda owca ma 1 lub 2 dzieci.
Ale... wczoraj w nocy jedna z owiec urodziła. Na dodatek urodziła 4 jagnięta. I tu pojawia się problem, ponieważ owce mają tylko po 2 wymiona, więc nie bardzo może wykarmić tyle młodych.
I... zgadnijcie kto natychmiast zgłosił się do karmienia maleństw z butelki :)
Tak więc ja jestem zadowolona, że mogę, a Martin szczęśliwy, bo nie musi ;) Jutro powiem Wam jak było :)
Szefowa coś wspominała o jagnięcinie na Święta Wielkanocne, ale mój umysł jakoś omija tę kwestię.
Ale... wczoraj w nocy jedna z owiec urodziła. Na dodatek urodziła 4 jagnięta. I tu pojawia się problem, ponieważ owce mają tylko po 2 wymiona, więc nie bardzo może wykarmić tyle młodych.
I... zgadnijcie kto natychmiast zgłosił się do karmienia maleństw z butelki :)
Tak więc ja jestem zadowolona, że mogę, a Martin szczęśliwy, bo nie musi ;) Jutro powiem Wam jak było :)
Szefowa coś wspominała o jagnięcinie na Święta Wielkanocne, ale mój umysł jakoś omija tę kwestię.
piątek, 19 marca 2010
Zabawy
środa, 17 marca 2010
Śniadanie
Niemcy. Sztuk 27. Jak przygotujemy dużo jedzenia, to akurat nie mają apetytu, jak przygotujemy tylko trochę, to zjedzą wszystko w przeciągu 5 minut i chcą jeszcze. Mówiąc krótko wywracają nasze życie do góry nogami przez ostatnie 10 dni.
Co nie zmienia faktu, że są całkiem sympatyczni.
Przychodzę do pracy. Szefowa wita mnie stwierdzeniem:
- Zgadnij kto został wylosowany, aby przygotować jutrzejsze śniadanie!
Przecież to Lilian zawsze ma śniadania, myślę sobie. A oni jutro wyjeżdżają. Pełna złych przeczuć odpowiadam:
- Nie wiem, pewnie wielkanocny zając.
- A zgadnij, o której jest to śniadanie! - odpowiada radośnie szefowa.
- Pewnie w środku nocy. - stwierdzam zrezygnowana.
- O 5 rano. - słyszę.
Co oznacza, że zaczynam koło 4 rano. Czyli za 4 godziny i 10 minut. Normalnie o tym marzyłam...
Co nie zmienia faktu, że są całkiem sympatyczni.
Przychodzę do pracy. Szefowa wita mnie stwierdzeniem:
- Zgadnij kto został wylosowany, aby przygotować jutrzejsze śniadanie!
Przecież to Lilian zawsze ma śniadania, myślę sobie. A oni jutro wyjeżdżają. Pełna złych przeczuć odpowiadam:
- Nie wiem, pewnie wielkanocny zając.
- A zgadnij, o której jest to śniadanie! - odpowiada radośnie szefowa.
- Pewnie w środku nocy. - stwierdzam zrezygnowana.
- O 5 rano. - słyszę.
Co oznacza, że zaczynam koło 4 rano. Czyli za 4 godziny i 10 minut. Normalnie o tym marzyłam...
niedziela, 14 marca 2010
Goście z innych krajów
Jak już wspominałam, mamy 27 Niemców na wakacjach. Siedzą tu od tygodnia i posiedzą jeszcze do piątku. Są.... grupą wyjątkową. Trudną w rozpracowaniu. Od poniedziałku próbujemy z szefową rozgryźć ich menu obiadowe. Mniej więcej po 4 dniach udało mi się zrobić wystarczającą ilość sałatki, bo Niemcy wcinają niesamowite ilości zieleniny. Warzywa gotowane również znikają w przeciągu kilku sekund. A z kolei jak wczoraj stwierdziłyśmy, dobra to zapchamy ich sałatą i kalafiorem, to nie wyszło. Bo akurat wczoraj jedli coś innego. Z szefową miałyśmy już niezłą głupawkę wieczorem.
W grupie jest 7mioro wegetarian. Szefowa nie przejmuje się nimi aż tak specjalnie. Tylko że we wtorek przyjeżdża na jedną noc grupa Duńczyków, z których połowa jest wegetarianami. Szefowa się załamała, bo przecież cokolwiek zrobi dla nich, to mięsojadzi i tak to zeżrą, a nikt nie ma zamiaru robić naleśników dla 50 osób ;)
Idę zobaczyć co nasi goście wymyślą dzisiaj. Ja w każdym razie zamierzam im trochę utrudnić życie i zrobić dwa rodzaje sałatki (bo wczoraj została mi wersja z jajkiem, więc nie mogę jej zmieszać z owocami). Mam tylko nadzieję, że nie postanowią spróbować obu, bo wtedy na pewno będzie za mało a ja w końcu nie wytrzymam i zacznę do nich strzelać. ;)
W grupie jest 7mioro wegetarian. Szefowa nie przejmuje się nimi aż tak specjalnie. Tylko że we wtorek przyjeżdża na jedną noc grupa Duńczyków, z których połowa jest wegetarianami. Szefowa się załamała, bo przecież cokolwiek zrobi dla nich, to mięsojadzi i tak to zeżrą, a nikt nie ma zamiaru robić naleśników dla 50 osób ;)
Idę zobaczyć co nasi goście wymyślą dzisiaj. Ja w każdym razie zamierzam im trochę utrudnić życie i zrobić dwa rodzaje sałatki (bo wczoraj została mi wersja z jajkiem, więc nie mogę jej zmieszać z owocami). Mam tylko nadzieję, że nie postanowią spróbować obu, bo wtedy na pewno będzie za mało a ja w końcu nie wytrzymam i zacznę do nich strzelać. ;)
środa, 10 marca 2010
Kawa
- Co TO jest??? - zapytała Anne wskazując na małą miseczkę wypełnioną fusami po kawie.
- Ee... w sumie to kawa - stwierdziłam nie mając pojęcia jak są "fusy" po angielsku.
- Czy to są fusy z ekspresu? - domyśliła się szefowa przypominając sobie zapewne, że nie dawno opróżniałam zbiorniczek w ekspresie.
- Tak.
Szefowa oparła się plecami o blat, skrzyżowała przedramiona, co absolutnie nie ma nic wspólnego z dwoma waleniami położonymi na wielorybie, popatrzyła na mnie z nad okularów i ironicznie zażartowała:
- I co zamierzasz z tym zrobić? Przepłukać włosy?
- Nie, zmieszać z mydłem i użyć jako peeling. - powiedziałam.
Anne zrobiła lekko oszołomioną minę, bo okazało się, że jej żart okazał się prawie zgodny z prawdą.
- Słuchaj, ale Ty wiesz, że takie rzeczy można kupić?
- Wiem. Tylko mam pewne trudności z pojechaniem do sklepu. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Czekaj, chcesz mi powiedzieć, że robisz to dlatego, że nie masz kremu, czy dlatego że masz ochotę poeksperymentować? - zapytała zdumiona.
- W sumie to jedno i drugie, ale zaczęłam szukać pomysłów z tego pierwszego powodu. W końcu potrzeba matką wynalazków.
- No dobrze... to powiedz mi jutro, czy się eksperyment się powiódł, czy nie zamierzasz tego nigdy więcej próbować.
- Dobrze. Dotychczas próbowałam z mlekiem, oliwą i cukrem i działało.
Szefowa wzniosła oczy do nieba:
- No tak, przecież Kleopatra kąpała się w oślim mleku - stwierdziła ironicznie.
- Tak, ale jakbym wzięła Ci całe mleko z lodówki i zużyła je po to, żeby się w nim wykąpać, to byś mnie zabiła. - powiedziałam.
- Całe szczęście, że nie mamy nigdzie wanny - odetchnęła z ulgą Anne.
- Ale macie jazkuzzi! - podpowiedziałam.
- Wzięłabyś całe moje mleko i nalałabyś je do jazkuzzi...
- ... a ty byś mnie powiesiła. - dokończyłam.
- Tak... na pewno nie chciałabym Cię oglądać przez kilka dni... - stwierdziła Anne z rozbawieniem.
- Ee... w sumie to kawa - stwierdziłam nie mając pojęcia jak są "fusy" po angielsku.
- Czy to są fusy z ekspresu? - domyśliła się szefowa przypominając sobie zapewne, że nie dawno opróżniałam zbiorniczek w ekspresie.
- Tak.
Szefowa oparła się plecami o blat, skrzyżowała przedramiona, co absolutnie nie ma nic wspólnego z dwoma waleniami położonymi na wielorybie, popatrzyła na mnie z nad okularów i ironicznie zażartowała:
- I co zamierzasz z tym zrobić? Przepłukać włosy?
- Nie, zmieszać z mydłem i użyć jako peeling. - powiedziałam.
Anne zrobiła lekko oszołomioną minę, bo okazało się, że jej żart okazał się prawie zgodny z prawdą.
- Słuchaj, ale Ty wiesz, że takie rzeczy można kupić?
- Wiem. Tylko mam pewne trudności z pojechaniem do sklepu. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Czekaj, chcesz mi powiedzieć, że robisz to dlatego, że nie masz kremu, czy dlatego że masz ochotę poeksperymentować? - zapytała zdumiona.
- W sumie to jedno i drugie, ale zaczęłam szukać pomysłów z tego pierwszego powodu. W końcu potrzeba matką wynalazków.
- No dobrze... to powiedz mi jutro, czy się eksperyment się powiódł, czy nie zamierzasz tego nigdy więcej próbować.
- Dobrze. Dotychczas próbowałam z mlekiem, oliwą i cukrem i działało.
Szefowa wzniosła oczy do nieba:
- No tak, przecież Kleopatra kąpała się w oślim mleku - stwierdziła ironicznie.
- Tak, ale jakbym wzięła Ci całe mleko z lodówki i zużyła je po to, żeby się w nim wykąpać, to byś mnie zabiła. - powiedziałam.
- Całe szczęście, że nie mamy nigdzie wanny - odetchnęła z ulgą Anne.
- Ale macie jazkuzzi! - podpowiedziałam.
- Wzięłabyś całe moje mleko i nalałabyś je do jazkuzzi...
- ... a ty byś mnie powiesiła. - dokończyłam.
- Tak... na pewno nie chciałabym Cię oglądać przez kilka dni... - stwierdziła Anne z rozbawieniem.
wtorek, 9 marca 2010
Nowonarodzona :)
Przyjechali Niemcy. 27 osób na 10 dni. Początkowe standardy, czyli oni próbują być dla mnie mili i mówić do mnie po norwesku, przynajmniej podstawowe słowa. Wielkie jest zdziwienie tych bardziej dociekliwych, którzy nagle się orientują, że niestety, nie nauczę ich jak jest "groszek" po norwesku, bo nie mam zielonego pojęcia. Najlepsze jest jak zamawiają piwo mieszając przy tym niemiecki z norweskim a ja muszę zgadywać o co im do licha chodzi.
W związku z tym, że przyjechali zażyczyli sobie dostęp do sauny. A sauna przeszła remont, więc dzisiaj po sprzątaniu tego przybytku czułam się zakurzona od stóp do głów. A przy okazji cierpię od dni paru, ponieważ nie zabrałam ze sobą żadnego balsamu do ciała. A wydostanie się stąd do sklepu jest nie lada przedsięwzięciem :) Więc... polecam połączenie oliwy i mleka + cukru :) działa jako peeling i oliwka w jednym :)
W związku z tym, że przyjechali zażyczyli sobie dostęp do sauny. A sauna przeszła remont, więc dzisiaj po sprzątaniu tego przybytku czułam się zakurzona od stóp do głów. A przy okazji cierpię od dni paru, ponieważ nie zabrałam ze sobą żadnego balsamu do ciała. A wydostanie się stąd do sklepu jest nie lada przedsięwzięciem :) Więc... polecam połączenie oliwy i mleka + cukru :) działa jako peeling i oliwka w jednym :)
niedziela, 7 marca 2010
Bajki
Poczułam się szczęśliwa. Odkryłam z zasobach internetu moje ukochany bajki, czyli Gumisie, Kacze Opowieści i Brygadę RR. Są całkiem niezłym podkładem do haftowania. Na zmianę z South Parkiem ;) Co prawda muszę powiedzieć, że jako dziecku, bajki te wydawały mi się bardziej interesujące. Chociaż dialog między Chipem i Dalem "Ścisz tę muzykę, przy niej w ogóle nie da się myśleć!" "To jest muzyka Heavy Metalowa! Ona jest do słuchania, a nie do myślenia." mnie rozłożył :)
Goście pojechali, zostałam sama w przepastnym budynku hotelowym. Uciekam na spacer, bo się rozpogodziło, a Martin coś mówił, że powinni znaleźć dla mnie jakieś biegówki :)
Goście pojechali, zostałam sama w przepastnym budynku hotelowym. Uciekam na spacer, bo się rozpogodziło, a Martin coś mówił, że powinni znaleźć dla mnie jakieś biegówki :)
sobota, 6 marca 2010
Spaghetti
Jako gości mamy między innymi 10 nastolatków płci męskiej (uczestnicy zawodów narciarskich).
Anne: "Położę spaghetti w tym dużym, płaskim pojemniku i poleję go sosem z wierzchu."
Ja: "Świetnie... Czyli dzisiaj będziemy sos pomidorowy wszędzie dookoła?" (odwołując się do wczorajszego drobnego makaronu, który zawsze komuś uciekał z łyżki jak próbowano go nałożyć, więc w rezultacie makaron był w innych potrawach, na ladzie grzejnej, pod ławą, na podłodze dookoła i jeszcze pod stołami)
Anne: "Tak, dzisiaj będą mieli dłuuugie nitki do rozrzucania i chlapania sosem"
Ja (z wyrzutem): "Musiałaś?"
Anne: "Oczywiście! Przecież inaczej zanudziłybyśmy się na śmierć! Musimy mieć coś do roboty"
Ja: "Hm... To może następnym razem podamy im żywego kurczaka złap-go-sam? Będzie mnóstwo sprzątania i rozrywki"
Anne: Nie bój się, oni są zdolni. Spaghetti im wystarczy"
Anne: "Położę spaghetti w tym dużym, płaskim pojemniku i poleję go sosem z wierzchu."
Ja: "Świetnie... Czyli dzisiaj będziemy sos pomidorowy wszędzie dookoła?" (odwołując się do wczorajszego drobnego makaronu, który zawsze komuś uciekał z łyżki jak próbowano go nałożyć, więc w rezultacie makaron był w innych potrawach, na ladzie grzejnej, pod ławą, na podłodze dookoła i jeszcze pod stołami)
Anne: "Tak, dzisiaj będą mieli dłuuugie nitki do rozrzucania i chlapania sosem"
Ja (z wyrzutem): "Musiałaś?"
Anne: "Oczywiście! Przecież inaczej zanudziłybyśmy się na śmierć! Musimy mieć coś do roboty"
Ja: "Hm... To może następnym razem podamy im żywego kurczaka złap-go-sam? Będzie mnóstwo sprzątania i rozrywki"
Anne: Nie bój się, oni są zdolni. Spaghetti im wystarczy"
Myszka Miki
Tych, którzy nie pamiętają, jak wygląda życie i praca w Hjerkinn, albo zaczęli czytać tego bloga później, zapraszam do przeczytania notek z lipca, sierpnia i września. Będzie Wam łatwiej zrozumieć sytuacją i wydarzenia :)
Pracuje popołudniami. Szefowa gotuje.
Moje drugie spotkanie z szefową wyglądało następująco: wchodzę do kuchni gotowa do pracy. Szefowa buszuje w lodówce wyciągając przydatne rzeczy na obiad. Podchodzę do drzwi, aby się przywitać i zapytać jaki dzisiaj jest plan działania. W tym momencie szefowa się prostuje i odwraca do mnie... a ja zamiast się odezwać stoję z otwartymi ustami i się gapię. Po chwili udaje mi się wykrztusić:
"Dzień dobry. Anne... masz bardzo ładne okulary"
Anne: "Tak?"
Ja: "Tak. Są takie... różowe."
Anne (uświadamiając sobie co ma na twarzy) "Ach, te! Ale one nie są różowe!"
Patrzę na nią z rozbawieniem.
Anne (kontynuując): "One są... (zdejmuje okulary, patrzy na nie przez chwilę)... one są... no dobrze. Są bardzo różowe"
Trochę później tłumaczyła mi coś w recepcji. Stała blisko. Okulary są jasno różowe dookoła szkieł i mają ciemno różowe ... no, te długie co się zakłada za uszy.
Ja: "Anne, wiesz, że te okulary mają Myszki Miki na bokach?"
Anne: "Co mają?"
Ja: "Główki Myszki Miki na bokach"
Anne zdejmuje okulary: "Gdzie?"
Pokazuję jej palcem na rząd kolorowych główek na boku "Tutaj"
Anne: "Naprawdę? Przykro mi nie widzę ich bez okularów!"
Generalnie praca upłynęła nam na plotkach. O tym, że Hege i Martin spodziewają się syna i że poród nastąpi w przeciągu miesiąca. Najbliższy szpital położniczy jest w Trondheim, czyli 160km stąd. O tym, że Norwedzy już nigdy nie uwierzą w globalne ocieplenie. O tym, że szefowa była na nartach w Dombas, na stoku ze slalomem i jest z siebie dumna, że nadal potrafi jeździć.
I przy okazji dowiedziałam się, dlaczego cały parking (między hotelem a budynkiem campingu) jest pokryty grubą warstwą lodu. Przekonałam się o tym wczoraj jak wywinęłam to niezłego kozła. Otóż z góry płynie sobie strumyk. Strumyk pod parkingiem przepływa rurą, po czym płynie sobie dalej. Cały bajer polega na tym, że rura zamarzła, więc woda ze strumyczka poszła górą, po parkingu. Oczywiście teraz strumyk jest w fazie stałej i problemu nie ma. Natomiast jak cały śnieg zacznie się topić, to cała woda pójdzie parkingiem, ponieważ rura, która jest głębiej i nie działają na nią takie pomocne rzeczy jak ciepłe promienie słoneczne, będzie się rozmrażać zdecydowanie wolniej. Mam jednak nadzieję, że mnie już wtedy tu nie będzie ;)
Pracuje popołudniami. Szefowa gotuje.
Moje drugie spotkanie z szefową wyglądało następująco: wchodzę do kuchni gotowa do pracy. Szefowa buszuje w lodówce wyciągając przydatne rzeczy na obiad. Podchodzę do drzwi, aby się przywitać i zapytać jaki dzisiaj jest plan działania. W tym momencie szefowa się prostuje i odwraca do mnie... a ja zamiast się odezwać stoję z otwartymi ustami i się gapię. Po chwili udaje mi się wykrztusić:
"Dzień dobry. Anne... masz bardzo ładne okulary"
Anne: "Tak?"
Ja: "Tak. Są takie... różowe."
Anne (uświadamiając sobie co ma na twarzy) "Ach, te! Ale one nie są różowe!"
Patrzę na nią z rozbawieniem.
Anne (kontynuując): "One są... (zdejmuje okulary, patrzy na nie przez chwilę)... one są... no dobrze. Są bardzo różowe"
Trochę później tłumaczyła mi coś w recepcji. Stała blisko. Okulary są jasno różowe dookoła szkieł i mają ciemno różowe ... no, te długie co się zakłada za uszy.
Ja: "Anne, wiesz, że te okulary mają Myszki Miki na bokach?"
Anne: "Co mają?"
Ja: "Główki Myszki Miki na bokach"
Anne zdejmuje okulary: "Gdzie?"
Pokazuję jej palcem na rząd kolorowych główek na boku "Tutaj"
Anne: "Naprawdę? Przykro mi nie widzę ich bez okularów!"
Generalnie praca upłynęła nam na plotkach. O tym, że Hege i Martin spodziewają się syna i że poród nastąpi w przeciągu miesiąca. Najbliższy szpital położniczy jest w Trondheim, czyli 160km stąd. O tym, że Norwedzy już nigdy nie uwierzą w globalne ocieplenie. O tym, że szefowa była na nartach w Dombas, na stoku ze slalomem i jest z siebie dumna, że nadal potrafi jeździć.
I przy okazji dowiedziałam się, dlaczego cały parking (między hotelem a budynkiem campingu) jest pokryty grubą warstwą lodu. Przekonałam się o tym wczoraj jak wywinęłam to niezłego kozła. Otóż z góry płynie sobie strumyk. Strumyk pod parkingiem przepływa rurą, po czym płynie sobie dalej. Cały bajer polega na tym, że rura zamarzła, więc woda ze strumyczka poszła górą, po parkingu. Oczywiście teraz strumyk jest w fazie stałej i problemu nie ma. Natomiast jak cały śnieg zacznie się topić, to cała woda pójdzie parkingiem, ponieważ rura, która jest głębiej i nie działają na nią takie pomocne rzeczy jak ciepłe promienie słoneczne, będzie się rozmrażać zdecydowanie wolniej. Mam jednak nadzieję, że mnie już wtedy tu nie będzie ;)
Trzy kolory: Niebieski.
Latem błękitne niebo odbija się w wodzie czyniąc ją równie błękitną. Zimą woda jest biała. Pokryta lodem i śniegiem.
Zimą poranki są niebieskie. Zwłaszcza przed wschodem słońca.
Błękit nieba poprzecinanego obłokami. Błękit cieni. Bo w dzień nawet cienie są niebieskie. Tak samo jak niebieskie są góry po zachodzie słońca. Śnieg staje się niebieski. Czerń ma niebieski odcień.
Czerń przeradza się w błękit, błękit przeradza się w biel, biel przeradza się błękit, który stopniowo przechodzi w czerń.
I tak codziennie. Całą zimę.
Bo prawdziwa zima, zima pierwotna, zima bez ludzi, ma trzy kolory.
Biały, Czarny, Niebieski.
Innych nie ma. Kolorowe ptaki odleciały. Zostały czarne gawrony. I sroki. Czarno-białe.
Pierwotna zima jest piękna. Ale czasami trzeba daleko pojechać, żeby to odkryć.

Zimą poranki są niebieskie. Zwłaszcza przed wschodem słońca.
Błękit nieba poprzecinanego obłokami. Błękit cieni. Bo w dzień nawet cienie są niebieskie. Tak samo jak niebieskie są góry po zachodzie słońca. Śnieg staje się niebieski. Czerń ma niebieski odcień.
Czerń przeradza się w błękit, błękit przeradza się w biel, biel przeradza się błękit, który stopniowo przechodzi w czerń.
I tak codziennie. Całą zimę.
Bo prawdziwa zima, zima pierwotna, zima bez ludzi, ma trzy kolory.
Biały, Czarny, Niebieski.
Innych nie ma. Kolorowe ptaki odleciały. Zostały czarne gawrony. I sroki. Czarno-białe.
Pierwotna zima jest piękna. Ale czasami trzeba daleko pojechać, żeby to odkryć.

piątek, 5 marca 2010
Trzy kolory: Czarny.
Czerń dwojaka. Czerń dzienna i czerń nocna. Punktowa i dominująca.
Czerń dzienna jest dodatkiem. Istnieje tylko po to, aby podkreślić biel.
Czerń bezlistnych drzew. Czerń cieni. Czerń płotów. Czerń krzewów i krzaków. Czerń lasów.
Po prostu jest.
Rzuca się w oczy.
Kontrastuje.
Czerń nocna dominuje nad wszystkim. Nawet w świetle księżyca.
Nieprzenikniona. Niezakłócona. Cicha.
Czasami roziskrzona gwiazdami.
Utracona w mieście.
Odzyskana na wsi.
Czerń dzienna jest dodatkiem. Istnieje tylko po to, aby podkreślić biel.
Czerń bezlistnych drzew. Czerń cieni. Czerń płotów. Czerń krzewów i krzaków. Czerń lasów.
Po prostu jest.
Rzuca się w oczy.
Kontrastuje.
Czerń nocna dominuje nad wszystkim. Nawet w świetle księżyca.
Nieprzenikniona. Niezakłócona. Cicha.
Czasami roziskrzona gwiazdami.
Utracona w mieście.
Odzyskana na wsi.
Trzy kolory: Biały.
Wydaje mi się, że wiem skąd się wziął przymiotnik "śnieżnobiały".
Dokoła jest biel. Jest jasność. Jest czystość. Jest cisza.
Śnieg, który skrzypi pod nogami.
Śnieg, który nie jest brudnym błotem.
Śnieg nieprzetarty, nietknięty niczyją stopą.
Dominuje w krajobrazie.
Uspokaja krajobraz.
Skrzy się w słońcu.
Dokoła jest biel. Jest jasność. Jest czystość. Jest cisza.
Śnieg, który skrzypi pod nogami.
Śnieg, który nie jest brudnym błotem.
Śnieg nieprzetarty, nietknięty niczyją stopą.
Dominuje w krajobrazie.
Uspokaja krajobraz.
Skrzy się w słońcu.
czwartek, 4 marca 2010
W środku zimy.
Czuję się trochę tak jakbym wróciła do punktu wyjścia.
Jak ostatni raz widziałam dworzec kolejowy w Hjerkinn to było ciemno, zimno i leżało sporo śniegu. Było to na początku października. Jak dzisiaj widziałam ten sam dworzec, było, surprise, zimno, ciemno i sporo śniegu.
Zastanawiam się czy to już jest reguła, że w każdej podróży samolotem muszę połamać sobie paznokcie.
Generalnie skończywszy śniadanie o 9 poszłam zapakować bagaż podręczny i udałam się na lotnisko. Dotarłam tam 2h przed czasem, odprawiłam bagaż i siebie i powłóczyłam się dookoła. Niezwykle łatwo stracić 1,5h łażąc po sklepach bezcłowych. Nic nie kupiwszy poszłam pod bramkę zastanawiając się czy uda im się zapakować mój bagaż do samolotu (bo bagaże typu "plecaki" ze sprzączkami i pasami i w ogóle nie są odprawiane normalnie, tylko jako "over-size" - a przynajmniej na lotnisku w Dublinie). Po starcie podziwiałam wyspę Howth, na której byliśmy ostatnio. Zasnęłam w okolicy Glasgow. Jakby ktoś się zastanawiał to ta część Wielkiej Brytanii nad którą lecieliśmy była biała. I nie były to chmury. W Oslo zaczęłam się zastanawiać czy mój bagaż wyjedzie na standardowej taśmie, czy może na taśmie przeznaczonej dla bagaży nadwymiarowych. Zanim jednak zaczęłam się poważniej martwić tymże problem plecaczek mój, a właściwie to Piotra, podjechał grzecznie do moich łapek, bodajże jako 5 w kolejności. Pozostało 28 minut do pociągu. Teoretycznie najtrudniejsze było za mną. Zapomniałam jednak, że to Norwegia. Że jak pociąg ma wszystkie miejsca zajęte, to kasjerka nie sprzeda Ci biletu. Poinformowano mnie, że muszę się spytać konduktora czy mi pozwoli wejść na pokład pociągu. No więc... zapytałam. Po tym jak już wsiadłam i przejechałam dobre 20 minut ;) A konduktor był nawet na tyle miły, że wskazał mi przyjemne miejsce do rozbicia biwaku zamiast siedzenia na korytarzu. Resztę podróży spędziłam więc ... w bawialni (tak, pociągi w Norwegii mają miejsce do zabaw dla dzieci), rozłożona wygodnie na ławce pod wielkim oknem :)I dokładnie wtedy... mój żołądek przypomniał sobie, że nie dostał nic do jedzenia od wspomnianego wcześniej śniadania.
Anne jeszcze nie widziałam, bo poszła szybko do domu. Próbowałam dowiedzieć się czegoś od Anne Stine. Np
Ja: jaki jest plan na najbliższy miesiąc?
AS: "No idea, ask my mum".
Ja: "ok.... Czy jutro pracuje?"
AS: "Nie mam pojęcia, ale Lilian ma pierwszą zmianę, więc na pewno nie pracujesz rano"
Ja: "aha... a co to była za dziewczyna, która mi się przedstawiała?"
AS: "Karoline? Pracuje w Hjerkinn Hus. Dzisiaj nam pomagała, bo był obiad na 80 osób"
Ja: "Ile?"
AS: "No, pogrzeb był i goście mieli obiad"
Ja: "... uhm... a poza tym co słychać?"
AS: "Zimno było, -35st. I nie było wiatru przez ostatnie dwa miesiące"
Ja: "To chyba dobrze?"
AS: "Nie, mam nadzieję, że teraz po pełni wreszcie zmieni się pogoda i zacznie wiać"
Ja: "Ale przecież jak wieje to bardziej odczuwasz mróz"
AS: "To co! Ale bez wiatru nie możesz uprawiać ... (tu padła nazwa sportu, której nie znałam i nie zapamiętałam). No wiesz, zakładasz narty na nogi, przyczepiasz się do latawca i jedziesz!"
Czyli generalnie ... poziom abstrakcji tego miejsca utrzymuje się na takim samym poziomie co zwykle.
Jak ostatni raz widziałam dworzec kolejowy w Hjerkinn to było ciemno, zimno i leżało sporo śniegu. Było to na początku października. Jak dzisiaj widziałam ten sam dworzec, było, surprise, zimno, ciemno i sporo śniegu.
Zastanawiam się czy to już jest reguła, że w każdej podróży samolotem muszę połamać sobie paznokcie.
Generalnie skończywszy śniadanie o 9 poszłam zapakować bagaż podręczny i udałam się na lotnisko. Dotarłam tam 2h przed czasem, odprawiłam bagaż i siebie i powłóczyłam się dookoła. Niezwykle łatwo stracić 1,5h łażąc po sklepach bezcłowych. Nic nie kupiwszy poszłam pod bramkę zastanawiając się czy uda im się zapakować mój bagaż do samolotu (bo bagaże typu "plecaki" ze sprzączkami i pasami i w ogóle nie są odprawiane normalnie, tylko jako "over-size" - a przynajmniej na lotnisku w Dublinie). Po starcie podziwiałam wyspę Howth, na której byliśmy ostatnio. Zasnęłam w okolicy Glasgow. Jakby ktoś się zastanawiał to ta część Wielkiej Brytanii nad którą lecieliśmy była biała. I nie były to chmury. W Oslo zaczęłam się zastanawiać czy mój bagaż wyjedzie na standardowej taśmie, czy może na taśmie przeznaczonej dla bagaży nadwymiarowych. Zanim jednak zaczęłam się poważniej martwić tymże problem plecaczek mój, a właściwie to Piotra, podjechał grzecznie do moich łapek, bodajże jako 5 w kolejności. Pozostało 28 minut do pociągu. Teoretycznie najtrudniejsze było za mną. Zapomniałam jednak, że to Norwegia. Że jak pociąg ma wszystkie miejsca zajęte, to kasjerka nie sprzeda Ci biletu. Poinformowano mnie, że muszę się spytać konduktora czy mi pozwoli wejść na pokład pociągu. No więc... zapytałam. Po tym jak już wsiadłam i przejechałam dobre 20 minut ;) A konduktor był nawet na tyle miły, że wskazał mi przyjemne miejsce do rozbicia biwaku zamiast siedzenia na korytarzu. Resztę podróży spędziłam więc ... w bawialni (tak, pociągi w Norwegii mają miejsce do zabaw dla dzieci), rozłożona wygodnie na ławce pod wielkim oknem :)I dokładnie wtedy... mój żołądek przypomniał sobie, że nie dostał nic do jedzenia od wspomnianego wcześniej śniadania.
Anne jeszcze nie widziałam, bo poszła szybko do domu. Próbowałam dowiedzieć się czegoś od Anne Stine. Np
Ja: jaki jest plan na najbliższy miesiąc?
AS: "No idea, ask my mum".
Ja: "ok.... Czy jutro pracuje?"
AS: "Nie mam pojęcia, ale Lilian ma pierwszą zmianę, więc na pewno nie pracujesz rano"
Ja: "aha... a co to była za dziewczyna, która mi się przedstawiała?"
AS: "Karoline? Pracuje w Hjerkinn Hus. Dzisiaj nam pomagała, bo był obiad na 80 osób"
Ja: "Ile?"
AS: "No, pogrzeb był i goście mieli obiad"
Ja: "... uhm... a poza tym co słychać?"
AS: "Zimno było, -35st. I nie było wiatru przez ostatnie dwa miesiące"
Ja: "To chyba dobrze?"
AS: "Nie, mam nadzieję, że teraz po pełni wreszcie zmieni się pogoda i zacznie wiać"
Ja: "Ale przecież jak wieje to bardziej odczuwasz mróz"
AS: "To co! Ale bez wiatru nie możesz uprawiać ... (tu padła nazwa sportu, której nie znałam i nie zapamiętałam). No wiesz, zakładasz narty na nogi, przyczepiasz się do latawca i jedziesz!"
Czyli generalnie ... poziom abstrakcji tego miejsca utrzymuje się na takim samym poziomie co zwykle.
środa, 3 marca 2010
Podróż
Samolot mam jutro o 12.20. Lot trwa 2 godziny i 5 minut. Na miejscu jestem o 15.25 czasu lokalnego. Mam godzinę, żeby złapać pociąg, w przeciwnym razie spędzę 9 godzin na lotnisku czekając na następny. I nie mam ochoty dojechać do Hjerkinn o 4.30 rano... znowu... Bo chyba tylko raz w życiu byłam tam o normalnej porze. A tak to zawsze w okolicach 4.30.
Przed południem można do mnie dzwonić na numer irlandzki.
Po południu można do mnie dzwonić na nr norweski.
Smsy można przysyłać na nr polski.
Czuję się chora, co mnie się bardzo nie podoba. Idę pożreć jaką polopirynę.
Następna notka już z Middle of Nowhere. Taki jest plan. Bo jeżeli notka pojawi się wcześniej to będzie znaczyć, że nie zdążyłam na wcześniejszy pociąg ;)
Przed południem można do mnie dzwonić na numer irlandzki.
Po południu można do mnie dzwonić na nr norweski.
Smsy można przysyłać na nr polski.
Czuję się chora, co mnie się bardzo nie podoba. Idę pożreć jaką polopirynę.
Następna notka już z Middle of Nowhere. Taki jest plan. Bo jeżeli notka pojawi się wcześniej to będzie znaczyć, że nie zdążyłam na wcześniejszy pociąg ;)
Ostatnie godziny wiosny...
Przygotowywanie się do zmiany strefy klimatycznej z +7 na -10 st. C.
Pakowanie w trakcie. Samolot jutro. Rzeczy chyba nadal w Bergen. Np. mój krem na zimę, który tam wsadziłam w szale pakowania nie pomyślawszy, że mogę go jeszcze potrzebować. Lecę na zakupy.
Pakowanie w trakcie. Samolot jutro. Rzeczy chyba nadal w Bergen. Np. mój krem na zimę, który tam wsadziłam w szale pakowania nie pomyślawszy, że mogę go jeszcze potrzebować. Lecę na zakupy.
poniedziałek, 1 marca 2010
Skrótowo.
Znaleźliśmy mieszkanie. Dzisiaj poszły referencje i inne kopie dokumentów. Czas na kaucję i umowę. Wygląda na to, że już nikt się wycofać nie zamierza, więc mogę o tym pisać. Mieszkanie jest w Dublinie 6, 15 minut piechotą od Piotra pracy, 10 minut od pani Melon, co powinno ucieszyć Tenel :P Przy okazji wszystkich tęskniących za ogrodem zapraszam na tymczasowo prawie własny kawałek trawnika ;) Oferuję kawę, kocyk (jak jakiś kupię) i inne dobroci. Parę książek też się znajdzie... jak tylko przyjadą z Bergen.
Mieszkanko jest ładne, wydaje się ciut większe niż to w Bergen. Pomijając łazienkę, która jest malutka. A może nie. W każdym razie salon wydaje się być bardziej przestronny. No i jest dostęp do ogrodu. Jest w kamienicy na pierwszym piętrze.
W czwartek lecę do Norwegii. Tutaj jest wiosna na całego. W miejscu, w które jadę jest -10.
Wycieczka do Howth była bardzo udana. Co prawda przed wyjazdem nie planowaliśmy 10km marszu, ale tak nam jakoś wyszło. Vytas początkowo trochę marudził, ale potem zobaczył widoki i przestał.
Mówiąc krótko: jeżeli ktoś ma ochotę spędzić weekend majowy w Dublinie i okolicach to zapraszamy :) Liczba miejsc w salonie ograniczona, więc radzę szybko się namyślać ;)
Mieszkanko jest ładne, wydaje się ciut większe niż to w Bergen. Pomijając łazienkę, która jest malutka. A może nie. W każdym razie salon wydaje się być bardziej przestronny. No i jest dostęp do ogrodu. Jest w kamienicy na pierwszym piętrze.
W czwartek lecę do Norwegii. Tutaj jest wiosna na całego. W miejscu, w które jadę jest -10.
Wycieczka do Howth była bardzo udana. Co prawda przed wyjazdem nie planowaliśmy 10km marszu, ale tak nam jakoś wyszło. Vytas początkowo trochę marudził, ale potem zobaczył widoki i przestał.
Mówiąc krótko: jeżeli ktoś ma ochotę spędzić weekend majowy w Dublinie i okolicach to zapraszamy :) Liczba miejsc w salonie ograniczona, więc radzę szybko się namyślać ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


