Będąc młodą studentką, lat temu kilka, tak chyba z pięć, mieszkałam sobie w akademiku. Po paru miesiąc znajomości i licznych wędrówkach do pani kierownik udało nam się zamieszkać z Rudą we wspólnym pokoju (z cyklu "I tak to się zaczęło"). Pokój ten mieścił się na pierwszym piętrze, od swojej strony. Mimo tym sprzyjających okoliczności w trakcie upałów bywało tam gorąco, co wydłużało siedzenie po nocach jak i poranny sen. No i te 5 lat temu, w miesiącu czerwcu, kiedy to nagle zaskoczyła nas (no a na pewno mnie) sesja. Pewnego, ciepłego poranka, kiedy to odsypiałyśmy z jakiegoś powodu obudził mnie chrobot z okolic ściany. Konkretniej z okolic kratki wentylacyjnej. Mimo odwrócenia się na drugi bok chrobot nie ustawał, a mój mózg obudził się wystarczająco, aby wykonać pewne analizy. Mianowicie przypomniało mi się jak przyjazny nam pan złota rączka z akademika zacementował ową kratkę dokładnie ze słowami "Żeby wam, dziewczyny, żaden szczur nie wszedł, bo to nigdy nie wiadomo". Na to wspomnienie, w połączeniu z chrobotem, mój mózg zaczął dzwonić na alarm. No dobra, zwlokłam się z łóżka, wzięłam krzesło i postawiwszy je pod ścianą, stanęłam na nim, bo końca niska osóbką jestem, a kratka wysoko. Spojrzałam w otwór. Zamknęłam oczy. Otworzyłam jeszcze raz. Zamknęłam i otworzyłam ponownie. Gapiąc się w przerażone stworzenie powiedziałam głośno:
- Ruuuudaaaa....
Brak odpowiedzi, chyba że odgłos przewracającej się na drugi bok osoby uznamy za odpowiedź.
- Ruuudaaaa! - powtórzyłam.
- Cooo... - odpowiedziała niechętnie.
- Mamy pustułkę w szybie wentylacyjnym.
- .... Słucham? - odpowiedziała już mniej zaspanym tonem.
- No... mamy pustułkę w szybie wentylacyjnym - powtórzyłam.
Ruda wstała, podeszła. Popatrzyła. Popatrzyła jeszcze trochę. Ciągle nie dowierzając poszłyśmy do pani kierownik.
- Dzień dobry, my bardzo przepraszamy, zdajemy sobie sprawę, że nie wolno trzymać zwierząt w akademiku... Ale mamy pustułkę w szybie wentylacyjnym. - stwierdziłyśmy na wstępie. Panie kierownik popatrzyła na nas wzrokiem pełnym zdziwienia i zagubienia.
- I co ja mam z tym teraz zrobić? - zapytała.
Dalej akcja potoczyła się sprawnie, przyjechał chłopak z towarzystwa ornitologicznego, wyciągnął biednego stwora z pułapki zaobrączkował i wypuścił przez okno. W sumie nie zdziwił nas fakt, że była to pustułka, ponieważ wiedziałyśmy, że gniazdują u nas na dachu. Ale jak tej młodej udało się dostać do szybu, spaść 9 pięter w dół i nie mieć nawet zadrapania?
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ owa przygoda przypomniała się niedawno o poranku. Otóż jest czerwiec, wiadomo ciepło, śpimy przy otwartym oknie. Okna tutaj podnosi się do góry, aby je otworzyć. Otóż nagle o 5 rano obudził nas furkot skrzydeł i gruchanie. Gołębiowi spodobał się nasz parapet. Całe szczęście mamy zasłony, więc nie wpadł na pomysł latania nam po mieszkaniu. Piotr intruza przepędził, po czym przymknął okno zostawiając jakąś tam szparę. Zasnęliśmy. Przygoda nie byłaby tak niesamowita, gdyby dwie godziny później nie obudziło nas paniczne bicie skrzydłami o szybę. Od wewnątrz. Nie wiem jak mu się udało przejść przez ową szparę, ani właściwie po co, ale z pewnością skutecznie. Wstałam i wypuściłam biedaka na zewnątrz, zamykając uprzednio drzwi, aby w razie czego uganiać się za nim tylko po sypialnie a nie po całym mieszkaniu...
niedziela, 20 czerwca 2010
środa, 16 czerwca 2010
Zdjęcia
Ci, którzy jeszcze nie widzieli, mogą zobaczyć porcję zdjęć z Irlandii na picasie.
W ramach robienia porządków na dysku można tam również od dzisiaj zobaczyć reportaż z zimowej podróży z Bergen do Danii i znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego 24letnia mężatka zażądała maskotki do przytulania na czas podróży. Do tego są zdjęcia z Muzeum Narodowego w Kopenhadze, które nas zachwyciło. Album głównie dla tych zainteresowanych archeologią ;) Link do picasy po lewej.
W ramach robienia porządków na dysku można tam również od dzisiaj zobaczyć reportaż z zimowej podróży z Bergen do Danii i znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego 24letnia mężatka zażądała maskotki do przytulania na czas podróży. Do tego są zdjęcia z Muzeum Narodowego w Kopenhadze, które nas zachwyciło. Album głównie dla tych zainteresowanych archeologią ;) Link do picasy po lewej.
sobota, 5 czerwca 2010
Ciasteczkowy potwór o poranku
Mąż wczoraj przyszedł do domu, położył się na kanapie i zasnął. Spał tak do rana, gdzieś tam w środku nocy przeniósł się z kanapy do łóżka. Nie przeszkadzało mu, że piekarnik szumi, a ja szaleję z mikserem. Przespał robienie ciasta jak i robienie bez, które były efektem ubocznym robienia ciasta (no szkoda tak wyrzucać 5 białek...). Ciacho wstawiłam do lodówki, bezy zostawiłam w piekarniku, żeby podeschły do końca.
Poszłam spać późno, bo długo gadałam z koleżanką na Skypie.
Rano wyspany mąż raźno wstał z łóżka i udał się w kierunku salonu. Odwróciłam się na drugi bok z nadzieją, że zajmie się komputerem i o mnie zapomni na jakiś czas. Po chwili dobiegło mnie skrzypienie drzwiczek piekarnika i szelest folii aluminiowej. I chrupanie. Chrupanie nie ustawało przez dłuższą chwilę, było tylko czasami przerywane szelestem folii. Nie wytrzymawszy wstałam, żeby uratować coś dla siebie. Znalazła męża, patrzącego na mnie wzrokiem aniołka i niewinnie oblizującego palce. A potem popatrzył na mnie oczkami kota w butach ze Shreka i zapytał "A gdzieeee ciacho?"
Na szczęście z 5 białek wychodzi dużo bez :)
Poszłam spać późno, bo długo gadałam z koleżanką na Skypie.
Rano wyspany mąż raźno wstał z łóżka i udał się w kierunku salonu. Odwróciłam się na drugi bok z nadzieją, że zajmie się komputerem i o mnie zapomni na jakiś czas. Po chwili dobiegło mnie skrzypienie drzwiczek piekarnika i szelest folii aluminiowej. I chrupanie. Chrupanie nie ustawało przez dłuższą chwilę, było tylko czasami przerywane szelestem folii. Nie wytrzymawszy wstałam, żeby uratować coś dla siebie. Znalazła męża, patrzącego na mnie wzrokiem aniołka i niewinnie oblizującego palce. A potem popatrzył na mnie oczkami kota w butach ze Shreka i zapytał "A gdzieeee ciacho?"
Na szczęście z 5 białek wychodzi dużo bez :)
czwartek, 3 czerwca 2010
Lato
Czekam na pana, który ma naprawić pralkę. Z wytęsknieniem, bo 1. chciałabym, żeby pralka działała 2. chciałabym wyjść z domu bo jak mi Siobhan napisała w smsie "Dzisiaj masz lato, korzystaj, jutro może się skończyć".
Przeczytawszy ostatnią notkę Mari doszłam do wniosku, że znalezienie miejsca do porusałczenia w najbliższy weekend jest zdecydowanie doskonałym pomysłem. Tylko... bez samochodu najłatwiej jednak jest dojechać na wschód, bo kolej miejska itd. No i właśnie... czy ktoś zna stosunek rusałek do słonej wody? Czy może morze nie sprzyja rusałczeniu? A jeżeli nie to by znaczyło, że nad morzem się syreni?
Przeczytawszy ostatnią notkę Mari doszłam do wniosku, że znalezienie miejsca do porusałczenia w najbliższy weekend jest zdecydowanie doskonałym pomysłem. Tylko... bez samochodu najłatwiej jednak jest dojechać na wschód, bo kolej miejska itd. No i właśnie... czy ktoś zna stosunek rusałek do słonej wody? Czy może morze nie sprzyja rusałczeniu? A jeżeli nie to by znaczyło, że nad morzem się syreni?
środa, 2 czerwca 2010
Lot NieLot Podfruwajka
Nielot poruszał się ruchem skaczącym. Na całkiem niemałe odległości - jak na skaczącego ptaka. Okazało się jednak, że latać umie, co postanowił mi udowodnić przelatując mi nad głową w odległości powodującej automatyczne skulenie się.

Dajcie mi wszyscy święty spokój....

Hmm... I jakby tam wleźć na górę?



Jedno z rodziców, którzy próbowali mnie przepłoszyć przez cały czas trwania sesji. Dawno nie słyszałam tak głośnych skrzeków...

Dajcie mi wszyscy święty spokój....

Hmm... I jakby tam wleźć na górę?



Jedno z rodziców, którzy próbowali mnie przepłoszyć przez cały czas trwania sesji. Dawno nie słyszałam tak głośnych skrzeków...
Subskrybuj:
Posty (Atom)