środa, 23 września 2009

Wesele

Obiad miał być o godzinie 17.00. Zaczęło się od tego, że o godzinie 16.20 przyszła do nas szefowa i powiedziała, że o 16 mamy zacząć rozstawiać wino na stołach. Popatrzyłyśmy na nią, popatrzyłyśmy na siebie... "Ale przecież jest 16.20!" "Nie, jest 15.20..." i pokazała nam swój zegarek. Zgłupiałam. Poszłyśmy do kuchni, gdzie zegar wskazywał 16.25. Anne: "O. To dlatego przez cały dzień wydawało mi się, że mam tak strasznie dużo czasu na wszystko... Chyba musimy się pośpieszyć". Szampan postanowił nas jednak trochę spowolnić, ponieważ pienił się gorzej niż wstrząśnięte piwo. Sam obiad składał się z przystawki (melon z szynką), dania głównego i deseru oraz dużej ilości przemów. Szefowa się zmyła jakoś koło 18, zostawiając nas z AnneStine, która nam pomagała roznosić talerze i z Martinem, który pomagał kucharzowi.
Ogólnie przez większość czasu nudziliśmy się jak mopsy, siedząc w kuchni i czekając, aż wreszcie będzie można zanieść/zebrać talerze. A podczas obiadu ciągle tylko przemowy i przyśpiewki na melodie pogrzebowe o tym jak żył sobie jeden góral, który znalazł sobie żonę, ale ta go zdradziła i odeszła do kogoś z miasta. Albo jakoś tak. Inna piosenka była o Ingrid (imienniczce panny młodej), która była bardzo biedna i nie miała srebra na posag, więc babcia zrobiła jej czapeczkę z wełny i coś tam coś tam i Ingrid umarła.
Wreszcie wszyscy zjedli i poszli potańczyć do stajni, a my mieliśmy rozłożyć ciasta (w większości home-made by różne ciocie). Zaczęło się od tego, że Anne Stine posypała czekoladą ciasto cytrynowe, które już wcześniej zostało oblane białą czekoladą i wcale nie potrzebowało dodatkowego zdobienia. Chwilę później okazało się, że tradycyjne ciasto norweskie wygląda jak bożonarodzeniowa choinka, smakuje jak makaroniki (ciastka w Poznaniu), wtyka się w nie cukierki z wróżbą i papierową koroną a na dodatek ktoś wymyślił, że na czubku ma stać figurka państwa młodych. Plastikowa. Z materiałowym welonem. Anne Stine spędziła jakieś 10 minut próbując sprawić, żeby panna młoda przestała być Murzynką, po tym jak wcześniej wrzuciła wspomnianą figurkę w sam środek ciasta z czekoladowym kremem na wierzchu. Stała przy zlewie ze szmatką w jednej ręce, parą młoda w drugiej i płacząc ze śmiechu. Nie ona jedna zresztą. Postanowiliśmy postawić ciasto gdzieś trochę dalej od źródeł światła, ponieważ welon nadal był lekko brązowy, a dodatkowo w trakcie mycia materiał zacząć się strzępić, więc wyglądało jakby panna młoda miała siwą grzywkę. Następnie dziewczyny wyjęły z zamrażarki kamienne ciasto lodowe i... sorbet truskawkowy włożony w okropną aluminiową formę od babki. Oczywiście również kamienny. Na fali głupawki zastanawiałyśmy się czy go w tej formie nie zostawić na zasadzie "Wydłub sobie sam". Skończyłyśmy wynosić ciasta, wyszłyśmy na jadalnię, popatrzyłyśmy na dwie lady, na których stały i Anne Stine stwierdziła... "Hmm... A gdzie postawimy tort weselny?" No więc dziewczyny wpadły na pomysł, żeby postawić go na wózku, czyli stole z kółkami. Co prawda któraś się pomyliła i zamiast stwierdzić, że wózek ma hamulce, powiedziała, że wózek ma pedały, więc kolejne minuty zwijałyśmy się ze śmiechu wyobrażając sobie odjeżdżający tort. Podczas gdy reszta próbowała zasłonić obrusem szkaradność wspomnianego wehikułu ja próbowałam znaleźć jakieś noże do krojenia ciast. Niestety pomysł z położeniem wielkiego tasaka przy torcie weselnym nie przeszedł. Nie wiem czemu...

Pracę skończyłyśmy o 2.30 po to, aby iść spać na 4h i zacząć znowu o 7.00. Goście weselni ochoczo stawili się na śniadanie, w większości nawet koło 8. Panna młoda z panem młodym przebrali się w ciuchy trekingowe, rodzina zabrała niemowlęta (których było sporo) na nosidełka i większość po śniadaniu poszła w góry.

Okazało się, że zostało 5 butelek otwartego wina z obiadu. Anne sprytnie je ukryła, żeby się nikomu nie rzucało w oczy, ze stwierdzeniem, że może sobie nie przypomną, to będzie je można wypić. Posprzątałyśmy, szefowa zamknęła hotel o 16.00. Wieczorem dostałam sms'a: "Remember the redwine." Miałyśmy klucze i poszłyśmy zabrać prezenty. Było to bardzo miłe zakończenie wesela.

Jako podsumowanie powiem, że państwo młodzi byli zadowoleni z imprezy.

sobota, 19 września 2009

Niespodzianka

W czwartek pracowałam od 6. Skończyłam koło 12. Zrobiłam sobie przerwę na kawę i poszłam odkurzać podłogę na strychu stajni (będącym pierwotnie stodołą, a obecnie muzeum/powozownią/graciarnią), ponieważ 70 weselnych gości będzie tam tańczyć poloneza. Wróciłam stamtąd po 2 godzinach, ciut zakurzona, ale ogólnie w dobrym humorze. Poszłam do hotelu, gdzie jak tylko kucharz mnie zobaczył to krzyknął: "Natasza, możesz to pomieszać? Bo ja muszę coś szybko zrobić, a to się nie może przypalić!". Więc stałam przy garnku i mieszałam cukier, żeby zrobić z niego karmel. Na ślub przewidziany jest home-made karmel pudding. Cool. Zrobiłam karmel, pomogłam Tomowi przelać go do foremek... Po czym zostałam z łyżką w ręku. Więc klasycznym odruchem łakomczucha włożyłam palec w płynny karmel chcąc go spróbować. Bolało. Nadal boli. Jak później stwierdziłam do szefowej: "Pamiętasz jak rano sprawdzałam jak gorąca jest gorąca kawa? (rano oblałam się kawą, spodnie, stopy i prawą rękę)" "Tak..." "To teraz sprawdziłam jak gorący jest gorący karmel... Zdecydowanie bardziej" "Hmm... Zauważam u Ciebie jakieś samobójcze skłonności..." Czuję się trochę lepiej z własną głupotą, bo Asia poprzednim razem zrobiła to samo ;) Reakcja jednego z żołnierzy, z którym przegadałyśmy pół wieczoru: spojrzał na nas, na jedną, na drugą... "Włożyłyście palec do płynnego karmelu? Który jest tak samo gorący jak rozgrzany olej? I macie stopień magistra inżyniera?" Dobrze, że nie opowiedziałam mu jak testowałyśmy w zeszłym roku gotowania jajek w mikrofali... ;)
Drugi natomiast po chwili podsumował zachowanie Toma, ponieważ Asia przeprosiła i powiedziała, że musi iść wyjąć karmel pudding z pieca, bo skończył się piec, a kucharz prosił, żeby się tym zająć. A drugi żołnierz: "Podoba mi się sposób w jaki ON robi ten home-made karmel pudding"...

W każdym razie jak mieszałam ten karmel, to przyszła szefowa i powiedziała: "Natasza, przyszła paczka do Ciebie". Przez chwilę patrzyłam na nią jak ciele na malowane wrota. "Paczka? Jaka paczka?" "No tak, ma napisane Natasza Berłowska, to chyba Ty, prawda?" Poszłam do recepcji. Rzeczywiście. Paczka. Wyraźnie zaadresowana na moje imię i nazwisko. I to znajomym charakterem pisma, w końcu przez 5 ostatnich lat kserowałam notatki od nadawcy ;) No, z wyjątkiem tego półrocza kiedy postanowiła sobie wyjechać na Sokratesa. W każdym razie paczkę trzymałam przez następne 5 minut jak przytulankę i wielkim uśmiechem na twarzy. Zawsze jest miło dostawać paczki. Ale paczki-niespodzianki są cudowne. To tak jak dostać prezent z okazji... poniedziałku :) A zawartość wskazuje na to, że ktoś mnie dokładnie wysłuchał, całkiem dokładnie czyta mojego bloga i jeszcze na dodatek przepuścił przez filtr o nazwie "Natasza". Bardzo bardzo bardzo bardzo dziękuję :* :* :*

poniedziałek, 14 września 2009

Hm...

Jeszcze wczoraj narzekałam Rudej, że mam serdecznie dość bycia tutaj. Ktoś mnie chyba wysłuchał, bo dzisiaj jest przepiękna pogoda, świeci słońce żadnej chmury na niebie nic tylko się wygrzewać. Co lepsze... szefowa pojechała do Dombas, mama i Magda razem z nią, a do mnie przyszła Asia, czy bym za nią nie posiedziała w recepcji, bo ona też chce z nimi jechać. I tak zamiast zaczynać pracę o 15 i wygrzewać się na słońcu... Zaczęłam pracę o 12.30 i... wygrzewam się na słońcu (ok, wypolerowałam świeczniki), pijąc kawę przed hotelem, w którym nic absolutnie się nie dzieje, bo wszyscy goście dopiero przyjadą. Efekt jest taki, że jedynym dźwiękiem zakłócającym ciszę są osły chrupiące trawę kilka metrów ode mnie. Chyba jednak z powrotem zaczynam lubić tu być ;)

Weselne przystawki

Czytając wypowiedź Angayi na temat fikuśnych przystawek przypomniało mi się, że gdzieś już coś takiego słyszałam... hmmm... Od własnej szefowej, która mnie poinformowała, że w przyszłą sobotę (ktoś organizuje wesele u nas w hotelu) będziemy podawać melona z szynką... Po pierwsze zastanawiam się, którą szynką, bo jak na razie nie widziałam tu niczego, co chociażby koło takowej leżało. Po drugie ciekawi mnie również kto spieprzy: czy szefowa zapomni zamówić melona czy dostawca przywieźć ;) Szerokim łukiem natomiast omijam temat kto będzie kroił owoce na 80 kawałków :)

U nas wreszcie pojawiło się słońce. Jest również rudobrązowo. Do tego dostałam "Making money" Pratchett'a po angielsku (nie interesuje mnie, że w Polsce już dawno się ukazało) i teraz próbuję czytać: książka w ręku, komputer z otwartym słownikiem przed sobą i jedziemy :)

Tak w ogóle to się zastanawiam, czy ta para młoda, która tu przyjechała i zachwyciła się tym miejscem na tyle, żeby postanowić zorganizować tutaj wesele wpadła na to, że 20 września na tej wysokości może być już przełom jesieni i zimy (najwcześniejszy śnieg jaki pamiętam tutaj spadł 1 września jakieś 3 lata temu).

niedziela, 13 września 2009

Bergen

Miasto co najmniej dziwne, chociaż to można powiedzieć o wszystkich norweskich... "metropoliach". Jakieś 500 tys. mieszkańców, standardowo położone nad fjordem i rozrzucone na wielu wyspach. Tunele, mosty i promy. Stare, drewniane domy przemieszane z nowoczesnym budownictwem, a gdzieś w środku tego betonowe, obrzydliwe twory lat 60-70. Komuna tu niby nie zawitała, ale niektóre budynki tak właśnie wyglądają. Centrum miasta wygląda trochę... jak nie centrum. W polskich miastach zazwyczaj centralnym punktem jest ratusz i rynek dookoła. Ale Norwegia budowała (i nadal buduje) głównie w drewnie, więc pożar raz na 100 lat załatwiał kwestię zabytków. Zdjęcia niedługo pokażę. Swoją drogą po raz pierwszy widziałam budynek, który w zewnątrz wydawał się mniejszy niż wewnątrz. A najgorsze są przejścia dla pieszych. W tym mieście (i w ogóle w Norwegii) sygnalizacja świetlna stawiana jest tylko po to, żeby ułatwić przejazd samochodom. Podchodzisz do przejścia i nawet nie masz czasu się porządnie rozejrzeć, bo już Ci się samochody zatrzymują.

W centrach handlowych króluje H&M. 3 piętrowe centrum i na każdym poziomie jest oddział tego sklepu. Nie to, żebym nie lubiła tej sieci... ale jednak mógłby być też większy wybór...

Zbawieniem są sklepy prowadzone przez Pakistańczyków/innych Azjatów. Nie tylko dlatego, że mają niższe ceny, ale głównie dlatego, że mają różne ciekawe rzeczy o których Norwedzy pewnie nawet nie słyszeli. Cała gama przypraw, 10 rodzajów ryżu, makaronów, fasoli, soczewicy, jakieś buteleczki opisane krzaczkami a nawet ogórki konserwowe opisane cyrylicą. Pod tym względem wybór jest znacznie większy niż w Polsce, gdzie owszem, są sklepy orientalne, ale są one rzadkie i zazwyczaj ekskluzywne. A tutaj są one najtańsze.

Aha. Bergen jest miejscem znanym z ciągłych opadów deszczu. Faktycznie, połowa populacji kobiet chodzi w ... kaloszach. Czasem takich ze sznurowadłami, czasem takich w kwiatki, a czasem w zwykłych, zielonych kaloszach. Wysokości mają taką jak kozaki - od krótkich do wysokich aż do kolan. Efekt: elegancki płaszczyk, torebeczka, spódniczka i ... kaloszki. Ale jednocześnie jest to miasto, gdzie można normalnie chodzić w górskiej kurtce przeciwdeszczowej i nikt na ciebie nie patrzy jak na idiotę. Tak samo jak ludzie rano wysiadają z autobusów z kubkami termicznymi w ręku (w tym kraju z pewnością mają w nich kawę) i jest to zupełnie normalne. W Polsce przychodzenie z termosem na wykłady było uważane przez część roku za dziwactwo. U kubku termicznym już nie wspominając.

A, no i oczywiście kawę kupisz wszędzie. Zwłaszcza w tutejszym odpowiedniku Żabki albo wręcz kiosku. I to nie taką z podrzędnego automatu, tylko świeżo zmieloną, pachnącą, do tego syrop amaretto i brązowy cukier... i zaznaczę jeszcze, że porcja kawy to około 300-400ml. I to może być moją zgubą ;)

piątek, 11 września 2009

Wróciłam...

... i umieram. O 23.00 wyjechałam z Bergen, od 6.30 do 7.40 szlajałam się po, jakże malowniczym (kto widział, ten wie, kto nie widział niech się cieszy), dworcu w Oslo. O 12.40 wysiadłam w Hjerkinn (i dam sobie głowę uciąć, że jak wyjeżdżałam w poniedziałek, to było zdecydowanie więcej liści na drzewach i wcale nie takich rudo-pomarańczowych), doczłapałam się do hotelu, zjadłam obiad i o 16.00 poszłam do pracy. Obecnie leżę w łóżku z ciepłym termoforem, herbatką imbirową a'la Bieszczady (od samego jej zapachu czuję się zdrowsza) i zastanawiam się czy to świńska grypa ;) A także cieszę się, że to Magda dzisiaj zamyka, bo ja bym chyba zasnęła przy stole w recepcji. Trzynastogodzinna podróż pociągiem, jakkolwiek zdecydowanie bardziej komfortowym niż PKP, potrafi być męcząca. A klimatyzacja, dla kogoś kogo pieruńsko boli gardło, jest mordercza.

Wrażenia z Bergen opiszę jak zmartwychwstanę. Miasto jest ... ciekawe. I typowo norweskie. Nie powiem, żeby mnie urzekło od pierwszego wejrzenia, ale ma wiele malowniczych zakątków. A mój mąż mieszka z Chińczykiem, który nawet pizzę je pałeczkami.

poniedziałek, 7 września 2009

Wycieczka

Dzisiaj psiarze się wyprowadzali. To zawsze jest ciężki dzień dla szefowej, bo ona by chciała, żeby się wszyscy się wynieśli jak najszybciej, najlepiej zaraz po śniadaniu, żeby hotel został sprzątnięty, a ona nie musiała ich więcej oglądać. Ale psiarze mają własne zdanie na ten temat, co prowadzi do nieporozumień. Ostatni rachunek został zapłacony koło 18, o 18.30 dopiero zostały rozdane ostatnie nagrody (czyli wszyscy przyszli do salonu i nabłocili), sekretariat pakował się bardzo długo i nie mógł skończyć. Kroplą przelewającą czarę było jak szefowa odkryła, że jeden z gości postanowił wziąć jeszcze prysznic w swoim pokoju. Problem polegał na tym, że pokój był już opłacony i sprzątnięty (a on chyba przetrzymał klucz, albo coś). W efekcie w ciągu 3 minut szefowa spakowała swój komputer, powiedziała, że ma dość i poszła do domu. Zadzwoniła w międzyczasie po Anne Stine, która stwierdziła, że w sumie to nic się nie dzieje i mam posiedzieć w recepcji dopóki ostatni goście nie opuszczą konferencyjnej. A Anne chyba poszła w ostatnim momencie przed wielkim wybuchem ;)

Jutro po pracy jadę do męża do Bergen. Spróbuję też wprowadzić w życie "MasterPlan", za który trzymajcie kciuki. Ale na razie Wam go nie zdradzą. W każdym razie do pracy wracam w piątek (mam II zmianę, a wrócę koło południa). Spędzę również łącznie 26h w norweskich pociągach. Na szczęście komfort jest nieco inny ;)

sobota, 5 września 2009

Ostatnie dni mijają pod znakiem psiarzy. Niespodziewanie spokojny środowy obiad wyłącznie z żołnierzami zamienił się w wielką imprezę na dodatkowych 40stu gości, którzy zapomnieli nas poinformować, że przyjadą. Na szczęście dali nam 2h (znaczy powiedzieli o 17, że chcieliby jeść o 19), więc Tom coś dla nich zrobił do jedzenia. Szefowa co prawda coś czuła przez skórę, że zamierzają być jakieś jazdy, więc zawczasu poprosiła M. żeby również pracowała ze mną (bo może będzie jakiś 10 dodatkowych osób na obiedzie), i całe szczęście, bo z 30 osobami to bym sobie poradziła, ale z 70 byłoby ciężko. Dobra, raz miałam 70 osób na obiedzie i byłam sama, ale przynajmniej się przychodzili stopniowo w ciągu 2 godzin. Jak Ci przychodzi 40 osób na stołówkę w jednym momencie to jest wesoło.

Dodatkowo żadna z tych osób nie była zakwaterowana w hotelu (prosty motyw z pytaniem o numer pokoju wziął w łeb). Rachunki były przygotowane na ... rodzaj klubu, do jakiego dana osoba należy (Klub setera irlandzkiego, klub gordon setera itd.). Szefowa od tego wszystkiego dostała napadu wyjątkowo dobrego humoru, więc przyszła do nas i powiedziała:
"Dziewczyny. Każdy klub ma wspólny rachunek, więc wszystko co musicie zrobić to zapytać ich z jakiego klubu są. Tutaj macie wypisane kluby (było ich 6), zapoznajcie się z nimi."
Zapytałam o dwa z nich, bo nie wiedziałam czym się różnią.
Anne: Hmm... To jest taka i taka rasa tylko z krótkowłosą sierścią, a to jest taka sama rasa tylko z dłuższymi i kręconymi włosami
Ja (z wyrazem lekkiego niedowierzania na twarzy: Czekaj. Chcesz mi powiedzieć...
Anne (z rozbawieniem mi przerwała): Tak. Macie do nich podejść i zapytać: przepraszam, jaki rodzaj sierści ma państwa pies?

środa, 2 września 2009

Spokojny dzień

Między 14 a 16 przewalały się nad nami dwa fronty, jeden po jednej stronie doliny, drugi po drugiej. Kłęby chmur, od bardzo ciemnogranatowych do białych, otaczały nas ze wszystkich stron, a nad hotelem świeciło słońce. W końcu fronty się połączyły i nastąpiło oberwanie chmury. W międzyczasie stało się coś, co pewnie spowodowałoby atak paniki u Mo. Mianowicie szczęśliwa szefowa oznajmiła nam z uśmiechem, że dzisiaj jest bardzo spokojny dzień, ponieważ telefon nie działa. Rozwiała również moje obawy, że zepsuła mi się komórka. Nie było zasięgu w całej okolicy (mieli naprawić koło 23, udało im się ciut wcześniej). Byliśmy jednak jedynymi szczęściarzami, którzy mieli internet, ponieważ nie miał go nikt z sąsiadów. I całe szczęście, bo bez netu nie działa program do księgowania i obsługi kasy fiskalnej. W każdym razie przez chwilę byliśmy odcięci od świata. Czy to nie cudowne?

Wieczór już był mniej spokojny. Żołnierze postanowili, że dzisiaj jest ten wieczór, kiedy piją. Pili. Dużo. I długo. Pan R. zapytał: "Natasza, a mogłabyś mnie jutro obudzić o 6 rano?" Popatrzyłam w jego proszące oczka: "Niestety, jutro pracuję po południu i nie zamierzam wstawać o 6 rano, ale zapytam Asię." "Acha, powiedz jej, że jak mnie obudzi, to ją przytulę w ramach podziękowania". Powiedziałam Asi, że R. prosi o pobudkę. Nie zdążyłam już jej powiedzieć, że zamierza ją przytulić, bo o tym powiedział mi jak już zamykałam, a ona już spała. Mam nadzieję, że jakoś sobie jutro poradzi ;)

wtorek, 1 września 2009

Szefowa

Szefowa po kilkudziesięciu latach pracy w hotelu nabrała specyficznego podejścia do klientów. Przykładowo:

1. Nie pozwala sobą rządzić. Jak kiedyś ona przygotowała obiad na 18, a przyszli psiarze z sekretariatu oburzeni, że przecież oni wszystkim powiedzieli, że obiad jest na 19.30, to stwierdziła, że to ona rządzi tym hotelem, że nic jej nie powiedzieli i obiad jest od 18.00 do 20.00.

2. Nie cierpi jak w hotelu jest tylko 1-5 gości. Wolałaby, żeby nikogo nie było, dlatego też czasami mówi ludziom, że nie ma miejsc, podczas gdy cały hotel jest pusty. Odwrotne podejście mają jej dzieci, które potrafią wynająć pokój komuś, nawet jeżeli ma być jedynym gościem. No, ale to w końcu nie one siedzą w kuchni i gotują obiad, tylko ich mama ;) Chociaż raz Anne się zbuntowała i powiedziała Martinowi, że skoro powiedział komuś, że dostanie obiad, to teraz musi go przygotować :) Pracowałam z nim wtedy, fajnie było :)

3. Po sprzątnięciu bufetu nie ma wydawania żadnych obiadów, przygotowywania kanapek czy czegokolwiek. Ona jest zmęczona, a ludzie wiedzą do której jest wystawiony obiad. Jak się spóźniają, to ich sprawa. Ale oczywiście Martin i Anne Stine, Linn (pracuje w lipcu w recepcji) czy nawet my, czasami się chcemy być mili i coś tam przyszykujemy, czy wygrzebiemy z lodówki.

4. Nie cierpi serwowania lunchu. W hotelu nie podaje się lunchu i koniec. Well... Powiedzcie to Martinowi ;) W tym roku co wtorek był lunch dla nowo przyjezdnych konnych, tak w ramach polepszenia wizerunku hotelu.

No najlepiej by było, gdyby pod koniec sierpnia i we wrześniu nie było w niedzielę wieczorem żadnych gości. No ale zawsze ktoś tam jest. No i wczoraj było chyba nawet koło 12 na obiedzie. Szefowa była chyba w wyjątkowo dobrym i wyjątkowo olewającym nastroju. Przyszedł jakiś facet i zapytał czy może zjeść obiad i co dzisiaj podajemy. A Anne z uśmiechem: "Dzisiaj jest niedziela, więc podajemy resztki z całego tygodnia".