Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kim jestem - jestem sobie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kim jestem - jestem sobie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 15 marca 2012
Update
Chyba jednak będziemy zdobywać najwyższy szczyt Irlandii w Paddy's Day, ponieważ prognozy pogody na Walię okazały się koszmarne. Prognozy na Kerry są przyzwoite. Aczkolwiek może się zdarzyć, że pojedziemy w zupełnie przeciwnym kierunku. Tak czy inaczej zostajemy w IE, odpuszczamy UK tym razem.
piątek, 16 grudnia 2011
Nowe coś na przechowywanie różnych różności :)
piątek, 25 listopada 2011
Miałam swoje pierwsze spotkanie z Narciarzami. Takimi, o których mi opowiadano Historie. Wyglądało ono tak:
On: Dzień dobry, szukamy kurtki narciarskiej.
Ja: Dobrze, a jakiej konkretnie?
On: Czerwonej.
To prawie tak samo jak "Chcę kupić laptopa. Ma być czerwony."
Nie sądziłam, że to powiem, ale naprawdę wolę "Jadę na Kilimandżaro/Mount Everest Base Camp/trekking w Azji/w Andy/na pustynię w Jordanii - czego ja tam właściwie będę potrzebował???"
Zawsze mam ochotę powiedzieć, że osobistego asystenta, proszę mnie spakować do walizki.
Z cyklu "bezcenne": przychodzi klient walczyć o coś (po 4miesiącach od zakupu, bezpodstawnie). Conor mu powtarza, że nic się nie da zrobić, facet, że przecież, ale, coś tam. Conor to samo. Facet swoje, Conor swoje. Po dobrych dwudziestu minutach (zdążyłam sobie pójść i wrócić) facet mówi, że chciałby jednak porozmawiać z menadżerem. Conor "Oczywiście, nie ma problemu. To ja"
Z cyklu "zamorduję": babka kazała mi zdjąć kurtkę rozmiaru S z manekina (podczas gdy inne rozmiary wisiały na wieszaku) po czym wzięła ją do ręki i stwierdziła, jest w sumie to myślała, że jest lżejsza i jest za ciężka na granie w golfa.... Ale ma taki ładny kolor...
Poza tym fascynuje mnie fakt, że ktoś ze Stanów robi zakupy na naszej stronie internetowej... Poprzednim razem ktoś kupił zapalniczkę Zippo (produkowaną w Stanach, jak mi powiedziano), za zapalniczkę zapłacił 20 euro, za przesyłkę 80. Tym razem ktoś kupił czapkę firmy na 100% amerykańskiej. 18 euro za czapkę z daszkiem. 70 za przesyłkę. Czy ktoś mi może wyjaśnić o co chodzi?
A z cyklu ludzi nie myślących dzisiaj miałam zestaw ciekawych przypadków na drodze. Do tego stopnia, że ja, zawsze spokojna i cierpliwa, klnęłam, a nawet użyłam klaksonu. No bo, ja przepraszam, ale jak można ustawić się na wewnętrznym pasie (prawy), który idzie prosto (lewy idzie w prosto i w lewo) a potem spokojnie, bez migacza zacząć skręcać w lewo? O innych kierowcach dzisiejszego dnia nie wspomnę...
Mam nadzieję, że Gaia nie zmieniła zdania i zamierza się u nas zatrzymać we wtorek, bo dla niej niespodziankę, z której nawet Melon się ucieszy, bo też się załapie ;)
Za oknem dziwna jesień, przeplatana deszczem i słońcem, ciepła i wietrzna, z kolorami granatu i złota. Śniegu chyba jednak nie będzie.
Powoli planujemy przyszłoroczne wyprawy. Na razie mamy ileś różnych planów i znajomi podsuwają nam coraz ciekawsze propozycje :) Od północy do południa, ja jeszcze sama mam nadzieję na najwyższe szczyty Europy :) Teraz tylko trzeba się zdecydować :)
On: Dzień dobry, szukamy kurtki narciarskiej.
Ja: Dobrze, a jakiej konkretnie?
On: Czerwonej.
To prawie tak samo jak "Chcę kupić laptopa. Ma być czerwony."
Nie sądziłam, że to powiem, ale naprawdę wolę "Jadę na Kilimandżaro/Mount Everest Base Camp/trekking w Azji/w Andy/na pustynię w Jordanii - czego ja tam właściwie będę potrzebował???"
Zawsze mam ochotę powiedzieć, że osobistego asystenta, proszę mnie spakować do walizki.
Z cyklu "bezcenne": przychodzi klient walczyć o coś (po 4miesiącach od zakupu, bezpodstawnie). Conor mu powtarza, że nic się nie da zrobić, facet, że przecież, ale, coś tam. Conor to samo. Facet swoje, Conor swoje. Po dobrych dwudziestu minutach (zdążyłam sobie pójść i wrócić) facet mówi, że chciałby jednak porozmawiać z menadżerem. Conor "Oczywiście, nie ma problemu. To ja"
Z cyklu "zamorduję": babka kazała mi zdjąć kurtkę rozmiaru S z manekina (podczas gdy inne rozmiary wisiały na wieszaku) po czym wzięła ją do ręki i stwierdziła, jest w sumie to myślała, że jest lżejsza i jest za ciężka na granie w golfa.... Ale ma taki ładny kolor...
Poza tym fascynuje mnie fakt, że ktoś ze Stanów robi zakupy na naszej stronie internetowej... Poprzednim razem ktoś kupił zapalniczkę Zippo (produkowaną w Stanach, jak mi powiedziano), za zapalniczkę zapłacił 20 euro, za przesyłkę 80. Tym razem ktoś kupił czapkę firmy na 100% amerykańskiej. 18 euro za czapkę z daszkiem. 70 za przesyłkę. Czy ktoś mi może wyjaśnić o co chodzi?
A z cyklu ludzi nie myślących dzisiaj miałam zestaw ciekawych przypadków na drodze. Do tego stopnia, że ja, zawsze spokojna i cierpliwa, klnęłam, a nawet użyłam klaksonu. No bo, ja przepraszam, ale jak można ustawić się na wewnętrznym pasie (prawy), który idzie prosto (lewy idzie w prosto i w lewo) a potem spokojnie, bez migacza zacząć skręcać w lewo? O innych kierowcach dzisiejszego dnia nie wspomnę...
Mam nadzieję, że Gaia nie zmieniła zdania i zamierza się u nas zatrzymać we wtorek, bo dla niej niespodziankę, z której nawet Melon się ucieszy, bo też się załapie ;)
Za oknem dziwna jesień, przeplatana deszczem i słońcem, ciepła i wietrzna, z kolorami granatu i złota. Śniegu chyba jednak nie będzie.
Powoli planujemy przyszłoroczne wyprawy. Na razie mamy ileś różnych planów i znajomi podsuwają nam coraz ciekawsze propozycje :) Od północy do południa, ja jeszcze sama mam nadzieję na najwyższe szczyty Europy :) Teraz tylko trzeba się zdecydować :)
czwartek, 6 października 2011
Żyjemy
Mam wrażenie, że kiedyś już napisałam notkę o identycznym tytule. Po podobnie długiej przerwie.
Mamy się dobrze. Tylko jakoś czasu brak, a jak nawet trochę jest, to zawsze jest coś innego do zrobienia. Czyli w skrócie:
- zrobiliśmy kurs instruktorów wspinaczki skałkowej, teraz staż, za pół roku egzamin.
- zmieniam pracę,
- w następną sobotę jedziemy w Alpy na wakacje, znaczy wspinać się i łazić
- było fajnie i ciepło przez ostatni tydzień września
- teraz jest paskudnie zimno i wieje
- zepsułam zakwas, znaczy sam się zepsuł, głupi
- goście są fajni, zapraszamy częściej :)
- Irlandczycy są przerażeni wizją śniegu, który zapowiadają na koniec września (o tym szerzej kiedy indziej)
- zaatakował mnie dzisiaj bilbord wyborczy (tutaj też są wybory), taki ze słupa na lekkiej dykcie, roztrzaskał mi się na kierownicy roweru,
- pracuję z człowiekiem, któremu do Korony Ziemi brakuje tylko Góry Kościuszki!!!
Poza tym, zdjęcia z Goli, wszystkie są tutaj


A więcej zdjęć z Tall Ships Races 2011 jest tu
Ps. Mam wrażenie, że zaczęłam prowadzić bardziej fotobloga....
Mamy się dobrze. Tylko jakoś czasu brak, a jak nawet trochę jest, to zawsze jest coś innego do zrobienia. Czyli w skrócie:
- zrobiliśmy kurs instruktorów wspinaczki skałkowej, teraz staż, za pół roku egzamin.
- zmieniam pracę,
- w następną sobotę jedziemy w Alpy na wakacje, znaczy wspinać się i łazić
- było fajnie i ciepło przez ostatni tydzień września
- teraz jest paskudnie zimno i wieje
- zepsułam zakwas, znaczy sam się zepsuł, głupi
- goście są fajni, zapraszamy częściej :)
- Irlandczycy są przerażeni wizją śniegu, który zapowiadają na koniec września (o tym szerzej kiedy indziej)
- zaatakował mnie dzisiaj bilbord wyborczy (tutaj też są wybory), taki ze słupa na lekkiej dykcie, roztrzaskał mi się na kierownicy roweru,
- pracuję z człowiekiem, któremu do Korony Ziemi brakuje tylko Góry Kościuszki!!!
Poza tym, zdjęcia z Goli, wszystkie są tutaj


A więcej zdjęć z Tall Ships Races 2011 jest tu
Ps. Mam wrażenie, że zaczęłam prowadzić bardziej fotobloga....
wtorek, 12 lipca 2011
Ile waży szczęście III
Ostatnie doświadczenia dowodzą, że szczęście, po odrzuceniu prawie wszystkich ubrań i zakładając 2l wody na osobę + prowiant na 2 dni, waży łącznie jakieś 45kg.
Szczęśliwie marsz zakładał tylko 5 km i był względnie w płaskim terenie. Obozowisko w środku gór, w dolinie nad rzeką, owce, skały, meszki. Było cudownie. Z wyjątkiem meszek (których ilości były absolutnie nie do zniesienia) ;)
Szczęśliwie marsz zakładał tylko 5 km i był względnie w płaskim terenie. Obozowisko w środku gór, w dolinie nad rzeką, owce, skały, meszki. Było cudownie. Z wyjątkiem meszek (których ilości były absolutnie nie do zniesienia) ;)
piątek, 24 czerwca 2011
Ile waży szczęście II
poniedziałek, 23 maja 2011
10 w skali Boforta
W nocy wiało. W dzień też. I to jeszcze dokładnie w nasze okna, więc budziłam się podczas każdego większego podmuchu. Pojechaliśmy do portu, piękne, lazurowe morze, tylko pokryte bałwankami jak pastwisko owcami. Redbull Fly on anything rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, ponieważ czekali, aż wiatr się trochę uspokoi. I tak ich zdmuchiwało, ale nie było źle. Prom pasażerki nie dał rady przybić do portu z powodu wysokiej fali. I tak dalej.
Wróciliśmy do domu.
Wychodzę na balkon posprzątać rozbitą doniczkę z tulipanami (przesadziłam do nowej, przeżyły upadek). Patrzę na taras. Coś mi się nie zgadza, tylko nie mam pojęcia co... Patrzę...
- Kochanie? - pytam. - My mieliśmy 4 krzesła na balkonie, prawda?
- ... Tak...
- Bo widzę tylko 3...
Czwarte odbiło się od szopki na dole i wylądowało na ziemi. W całości. Dobrze, że nie w czyimś oknie (daleko nie miało) albo na czyjejś głowie...
PS. Idę spać, ponieważ właśnie próbowałam wpisać "skali" w tytule jako "scali"...
PS2. Opierając się na Wikipedii było 7 w skali Boforta, nie 10 ;)
Wróciliśmy do domu.
Wychodzę na balkon posprzątać rozbitą doniczkę z tulipanami (przesadziłam do nowej, przeżyły upadek). Patrzę na taras. Coś mi się nie zgadza, tylko nie mam pojęcia co... Patrzę...
- Kochanie? - pytam. - My mieliśmy 4 krzesła na balkonie, prawda?
- ... Tak...
- Bo widzę tylko 3...
Czwarte odbiło się od szopki na dole i wylądowało na ziemi. W całości. Dobrze, że nie w czyimś oknie (daleko nie miało) albo na czyjejś głowie...
PS. Idę spać, ponieważ właśnie próbowałam wpisać "skali" w tytule jako "scali"...
PS2. Opierając się na Wikipedii było 7 w skali Boforta, nie 10 ;)
sobota, 21 maja 2011
Mieszkanie
Wreszcie udało mi się zrobić zdjęcia mieszkania. Dotychczas próbowałam to zrobić już kilka razy, ale zawsze jak posprzątałam to było ciemno, rano do pracy, po powrocie coś gdzieś, znowu ciemno i jak w końcu można było zrobić zdjęcie to znowu był bałagan.
Widok z drzwi wejściowych czyli korytarz. Proszę zwrócić uwagę na światło dzienne sączące się z sufitu :) (PS. Wieszak na ubrania po lewej wykonany własnoręcznie przez mojego męża :)), na końcu pokój dzienny, wieczorny i główny ;)

Living room widziany od strony okna. No, ściany. Zresztą zaraz sami zrozumiecie ;)

Pokój widziany z drugiego końca. Tak, krótsza ściana jest oknem, w całości :) Ma to swoje zalety. Miewa też wady, ale na szczęście okna są podwójne - bo widziałam już takie pomysły, ale z pojedynczą szybą! Zimą po prostu super...

Część pracowniano-jadalniana, jak również tak od wygrzewania się w fotelu w słońcu - w zależności od pogody można wybrać stronę okien, po której chcemy się wygrzewać ;) Obecnie preferuję wewnętrzną, jednakże taras idealnie się sprawdzał w Wielkanoc :)

Kącik kanapowy. Owszem, bywa tu ciemniej, ale i tak jest przyjemnie. Fotel w głębi zdjęcia jest rozkładany (co odkryliśmy z wielką radością), proszę też zwrócić uwagę na małe, białe drzwiczki w ścianie obok niego. Tam trzymamy niegrzecznych gości ;)) Jak również wiele innych rzeczy, których nie mamy gdzie upchnąć. Schowek okazał się być (bo otworzyliśmy go dopiero po wprowadzeniu się)... dość przestronny, powiedziałabym. Można spokojnie do niego wleźć, a nawet od biedy się zgubić jak ktoś się bardzo postara.

Widok z korytarza na pokój. Proszę zwrócić uwagę na kominek. Powtarzam, KOMINEK. W bloku. To są te chwile kiedy lubię Irlandię :)


Znowu widok na korytarz.

Taras. Na zachód. Czy trzeba coś jeszcze dodawać? :)

Sypialnia, duża, z dużą szafą, wbrew temu co widać na zdjęciach jest jasna. I też od zachodu, więc nasłonieczniona. I zazwyczaj bardziej zagracona ;) Wspominałam o dużej szafie? ;)



Pamiętacie co mówiłam o świetle z sufitu? Oto źródło, a właściwie jedno z trzech. Mamy 3 świetliki w dachu, jeden w korytarzu, jeden w kuchni i jeden w łazience. Dają sensowną ilość światła, tak więc w kuchni i łazience można się w dzień obyć bez sztucznego (nie ma tam okien, a szkoda). Świetliki są z jakiegoś tworzywa, więc jak pada deszcz, albo wieje wiatr to mam wrażenie, że sufit się wali. No za pierwszym razem prawie dostałam zawału słysząc jakiś chrobot w kuchni (mysz? szczur?) a okazało się, że to ptak właśnie rozbija jakąś skorupę o dach. Świetlik znaczy.

Kuchnia kiedy indziej, bo akurat robiłam chleb i była tam mączna sodoma i gomora ;)
Widok z drzwi wejściowych czyli korytarz. Proszę zwrócić uwagę na światło dzienne sączące się z sufitu :) (PS. Wieszak na ubrania po lewej wykonany własnoręcznie przez mojego męża :)), na końcu pokój dzienny, wieczorny i główny ;)

Living room widziany od strony okna. No, ściany. Zresztą zaraz sami zrozumiecie ;)

Pokój widziany z drugiego końca. Tak, krótsza ściana jest oknem, w całości :) Ma to swoje zalety. Miewa też wady, ale na szczęście okna są podwójne - bo widziałam już takie pomysły, ale z pojedynczą szybą! Zimą po prostu super...

Część pracowniano-jadalniana, jak również tak od wygrzewania się w fotelu w słońcu - w zależności od pogody można wybrać stronę okien, po której chcemy się wygrzewać ;) Obecnie preferuję wewnętrzną, jednakże taras idealnie się sprawdzał w Wielkanoc :)

Kącik kanapowy. Owszem, bywa tu ciemniej, ale i tak jest przyjemnie. Fotel w głębi zdjęcia jest rozkładany (co odkryliśmy z wielką radością), proszę też zwrócić uwagę na małe, białe drzwiczki w ścianie obok niego. Tam trzymamy niegrzecznych gości ;)) Jak również wiele innych rzeczy, których nie mamy gdzie upchnąć. Schowek okazał się być (bo otworzyliśmy go dopiero po wprowadzeniu się)... dość przestronny, powiedziałabym. Można spokojnie do niego wleźć, a nawet od biedy się zgubić jak ktoś się bardzo postara.

Widok z korytarza na pokój. Proszę zwrócić uwagę na kominek. Powtarzam, KOMINEK. W bloku. To są te chwile kiedy lubię Irlandię :)


Znowu widok na korytarz.

Taras. Na zachód. Czy trzeba coś jeszcze dodawać? :)

Sypialnia, duża, z dużą szafą, wbrew temu co widać na zdjęciach jest jasna. I też od zachodu, więc nasłonieczniona. I zazwyczaj bardziej zagracona ;) Wspominałam o dużej szafie? ;)



Pamiętacie co mówiłam o świetle z sufitu? Oto źródło, a właściwie jedno z trzech. Mamy 3 świetliki w dachu, jeden w korytarzu, jeden w kuchni i jeden w łazience. Dają sensowną ilość światła, tak więc w kuchni i łazience można się w dzień obyć bez sztucznego (nie ma tam okien, a szkoda). Świetliki są z jakiegoś tworzywa, więc jak pada deszcz, albo wieje wiatr to mam wrażenie, że sufit się wali. No za pierwszym razem prawie dostałam zawału słysząc jakiś chrobot w kuchni (mysz? szczur?) a okazało się, że to ptak właśnie rozbija jakąś skorupę o dach. Świetlik znaczy.

Kuchnia kiedy indziej, bo akurat robiłam chleb i była tam mączna sodoma i gomora ;)
poniedziałek, 16 maja 2011
Kilka letnich refleksji.
Pkt. 1. Lato było w kwietniu. Teraz jest sztormowo-zmienne mokro-wietrzne niewiadomoco.
Pkt. 2. Patrząc na stan swoich nóg, to jeżeli owo lato powróci, to albo będę chodzić w długich spódnicach, albo stosować puder maskujący na kolana zamiast na twarz. Ach, te kochane skały...
Pkt. 3. Wrażenia, kiedy stoisz na pionowej skale próbujesz położyć kolejną kość w szczelinę, a wiatr pędzący z prędkością 40 km/h miota tobą w lewo i w prawo - bezcenne. To było równie ciekawe doświadczenie jak jazda rowerem przy podmuchach 60km/h.
Pkt. 4. Mieszkanie na poddaszu ma swoje zalety. Ma też swoje wady. Zwłaszcza jak masz wrażenie, że zaraz sufit odfrunie.
Pkt. 5. Nadal jeszcze posiadam paznokcie u rąk. Aczkolwiek nie wiem jak długo to potrwa. Zwłaszcza jeśli jeszcze do tego wszystkiego dołożę gitarę.
A, no i przyjeżdża królowa brytyjska z wizytą. Z pierwszego rzutu oka na prasę wynika, że zamierzają tymczasowo zamknąć z pół miasta. Liczę, że właśnie konfabuluję :)
Pkt. 2. Patrząc na stan swoich nóg, to jeżeli owo lato powróci, to albo będę chodzić w długich spódnicach, albo stosować puder maskujący na kolana zamiast na twarz. Ach, te kochane skały...
Pkt. 3. Wrażenia, kiedy stoisz na pionowej skale próbujesz położyć kolejną kość w szczelinę, a wiatr pędzący z prędkością 40 km/h miota tobą w lewo i w prawo - bezcenne. To było równie ciekawe doświadczenie jak jazda rowerem przy podmuchach 60km/h.
Pkt. 4. Mieszkanie na poddaszu ma swoje zalety. Ma też swoje wady. Zwłaszcza jak masz wrażenie, że zaraz sufit odfrunie.
Pkt. 5. Nadal jeszcze posiadam paznokcie u rąk. Aczkolwiek nie wiem jak długo to potrwa. Zwłaszcza jeśli jeszcze do tego wszystkiego dołożę gitarę.
A, no i przyjeżdża królowa brytyjska z wizytą. Z pierwszego rzutu oka na prasę wynika, że zamierzają tymczasowo zamknąć z pół miasta. Liczę, że właśnie konfabuluję :)
piątek, 13 maja 2011
Ile waży szczęście...
czwartek, 5 maja 2011
Żyjemy
I mamy się dobrze, tylko ciut zabiegani.
Tak naprawdę nie zdążyłam jeszcze rozpakować dwóch ostatnich toreb po przeprowadzce, a już mieliśmy dwa razy gości, i dwa wyjazdy, zdążyliśmy też zrobić kurs w skałach, a że skały niedaleko, to często tam zaglądamy.
Zdjęcia z ostatniego wyjazdu są na picasie, link obok.
Dziękujemy serdecznie klanowi Wołyńskich za przemiłe towarzystwo podczas świat i za świetny wyjazd :) No i oczywiście zapraszamy ponownie :)
Znikam spać, pozdrawiam wszystkich, postaram się coś więcej napisać wkrótce :*
Tak naprawdę nie zdążyłam jeszcze rozpakować dwóch ostatnich toreb po przeprowadzce, a już mieliśmy dwa razy gości, i dwa wyjazdy, zdążyliśmy też zrobić kurs w skałach, a że skały niedaleko, to często tam zaglądamy.
Zdjęcia z ostatniego wyjazdu są na picasie, link obok.
Dziękujemy serdecznie klanowi Wołyńskich za przemiłe towarzystwo podczas świat i za świetny wyjazd :) No i oczywiście zapraszamy ponownie :)
Znikam spać, pozdrawiam wszystkich, postaram się coś więcej napisać wkrótce :*
czwartek, 3 marca 2011
poniedziałek, 21 lutego 2011
O zeszytach ciąg dalszy...
... czyli małe wyjaśnienia.
Na wstępie pragnę wyjaśnić, że ja po prostu jestem bardzo konserwatywna jeśli chodzi o zeszyty, w których mam robić notatki. Zgodzę się nawet na stwierdzenie, że mam nierówno pod sufitem.
Wszystko wynika z tego, że jestem wzrokowcem. Moje notatki muszą być przestrzenne. Mieć strzałki, gwiazdki, kropki, wypunktowania, podkreślenia. Jak patrzę na stronę to muszę od razu widzieć czego rzecz dotyczy i w której części strony znajdują się poszczególne informacje. Tekst musi być w miarę zwarty, nienawidzę pisania z kratką odstępu, bo wtedy wszystko idzie w cholerę. A w liniach to już w ogóle pisać się nie da. To znaczy ja nie mogę. Bo potem tego nie przeczytam. Karierę z zeszytami w linie zakończyłam w VII klasie podstawówki, kiedy pani nauczycielka języka polskiego wreszcie machnęła ręką i powiedziała, że mogę pisać w czym chcę.
Ale to nie koniec! Owe kratki muszą być delikatne. Nie może to być czarna, wyrazista kratka, bo wtedy również nic nie widzę, oprócz kratki. Moją zmorą było pożyczenia notatek od dziewczyny, która pisała jasnym, niebieskim długopisem na ciemno-kratkowanym papierze. A już kserować się tego w ogóle nie dało. Nie lubiłam też notatek koleżanki - to znaczy, lubiłam, bo notowała prawie wszystko co dało się zanotować, ale kserowanie ich było nie ekonomiczne ;) - która pisała w zeszytach w linie i jeszcze pisała wszystko ciągiem, w jednej linii. Generalnie semestr, w którym Ruda wyjechała do Belgii na Erasmusa był dla mnie nie lada wyzwaniem, bo moje ulubione źródło notatek piło piwo i jadło frytki z majonezem, więc musiałam chodzić na te poranne wykłady również...
Nie lubię też zbyt grubych zeszytów. W sensie dla formatu A5 idealne są dla mnie 80 kartek i pół sztywna okładka. Ale nie twarda. Dla formatu B5 może być grubszy i może być twarda, ale musi być na kółkach. I najlepiej, aby zadruk był w 4 różnych kolorach, na 4 różne przedmioty. Kiedyś łaziłyśmy przez dłuższy czas po Poznaniu z Rudą w poszukiwaniu takowych. Jak już znalazłam gdzieś, to od razu zadzwoniłam z pytaniem - "Tobie też kupić?" Czyli nie jestem znowuż taka nienormalna...
BTW, Ruda, jak znajdziesz gdzieś takie właśnie zeszyty w jakich notowałyśmy na V roku, to kup mi proszę z 1 czy 2. A jak znajdziesz w przeciągu najbliższego 1,5 miesiąca, to przekaż proszę JoAnnie ;)
No i oczywiście - okładka musi być jakaś sensowna! Już w liceum odkryłam, że jeżeli zeszyt ma okładkę, której nie lubię, to jakoś nie bardzo chce mi się zaglądać do tego przedmiotu ;) W Toruniu, na Szerokiej, zaraz przy Starym Rynku, był mój ulubiony sklep papierniczy (oprócz tego był tam też cały asortyment Magica, figurek, farb, gier, puzzli itp), mały i ciasny, gdzie za ladą stał przesympatyczny, siwy pan, z którym można było gadać godzinami. I przy okazji poprzeglądać nową dostawę zeszytów ;)))
Więc, Tenel - teraz już wiesz, dlaczego nie prosiłam Cię o przywiezienie zeszytu? :*
Na wstępie pragnę wyjaśnić, że ja po prostu jestem bardzo konserwatywna jeśli chodzi o zeszyty, w których mam robić notatki. Zgodzę się nawet na stwierdzenie, że mam nierówno pod sufitem.
Wszystko wynika z tego, że jestem wzrokowcem. Moje notatki muszą być przestrzenne. Mieć strzałki, gwiazdki, kropki, wypunktowania, podkreślenia. Jak patrzę na stronę to muszę od razu widzieć czego rzecz dotyczy i w której części strony znajdują się poszczególne informacje. Tekst musi być w miarę zwarty, nienawidzę pisania z kratką odstępu, bo wtedy wszystko idzie w cholerę. A w liniach to już w ogóle pisać się nie da. To znaczy ja nie mogę. Bo potem tego nie przeczytam. Karierę z zeszytami w linie zakończyłam w VII klasie podstawówki, kiedy pani nauczycielka języka polskiego wreszcie machnęła ręką i powiedziała, że mogę pisać w czym chcę.
Ale to nie koniec! Owe kratki muszą być delikatne. Nie może to być czarna, wyrazista kratka, bo wtedy również nic nie widzę, oprócz kratki. Moją zmorą było pożyczenia notatek od dziewczyny, która pisała jasnym, niebieskim długopisem na ciemno-kratkowanym papierze. A już kserować się tego w ogóle nie dało. Nie lubiłam też notatek koleżanki - to znaczy, lubiłam, bo notowała prawie wszystko co dało się zanotować, ale kserowanie ich było nie ekonomiczne ;) - która pisała w zeszytach w linie i jeszcze pisała wszystko ciągiem, w jednej linii. Generalnie semestr, w którym Ruda wyjechała do Belgii na Erasmusa był dla mnie nie lada wyzwaniem, bo moje ulubione źródło notatek piło piwo i jadło frytki z majonezem, więc musiałam chodzić na te poranne wykłady również...
Nie lubię też zbyt grubych zeszytów. W sensie dla formatu A5 idealne są dla mnie 80 kartek i pół sztywna okładka. Ale nie twarda. Dla formatu B5 może być grubszy i może być twarda, ale musi być na kółkach. I najlepiej, aby zadruk był w 4 różnych kolorach, na 4 różne przedmioty. Kiedyś łaziłyśmy przez dłuższy czas po Poznaniu z Rudą w poszukiwaniu takowych. Jak już znalazłam gdzieś, to od razu zadzwoniłam z pytaniem - "Tobie też kupić?" Czyli nie jestem znowuż taka nienormalna...
BTW, Ruda, jak znajdziesz gdzieś takie właśnie zeszyty w jakich notowałyśmy na V roku, to kup mi proszę z 1 czy 2. A jak znajdziesz w przeciągu najbliższego 1,5 miesiąca, to przekaż proszę JoAnnie ;)
No i oczywiście - okładka musi być jakaś sensowna! Już w liceum odkryłam, że jeżeli zeszyt ma okładkę, której nie lubię, to jakoś nie bardzo chce mi się zaglądać do tego przedmiotu ;) W Toruniu, na Szerokiej, zaraz przy Starym Rynku, był mój ulubiony sklep papierniczy (oprócz tego był tam też cały asortyment Magica, figurek, farb, gier, puzzli itp), mały i ciasny, gdzie za ladą stał przesympatyczny, siwy pan, z którym można było gadać godzinami. I przy okazji poprzeglądać nową dostawę zeszytów ;)))
Więc, Tenel - teraz już wiesz, dlaczego nie prosiłam Cię o przywiezienie zeszytu? :*
wtorek, 15 lutego 2011
Wariactwa rzeczywistości
Umarłam.
Poszłam do sklepu. Dużego. Na bocznych półkach, tych gdzie zazwyczaj są produkty promocyjne i bardziej widoczne dla klienta, mój wzrok przyciągnął napis "quick pancakes maker". Jaki maker, o co chodzi? Podeszłam bliżej. Ustrojstwo okazało się plastikową butelką z nakrętką, pojemności na oko litrowej, wypełnioną jakimś proszkiem. Trzeba odkręcić nakrętkę, dodać x ml mleka, zakręcić i wymieszać. I usmażyć. Promocja, 2,99 euro. Czy tam ileś.
Czy... zrobienie naleśników jest naprawdę tak skomplikowane, żeby tworzyć takie potworki, o śmieciach już nie wspomnę? Czy może się właśnie wywyższam?
Potem umarłam po raz drugi, ale tylko z uwagi na skok ciśnienia spowodowany próbą znalezienia pieprzonego kwasku cytrynowego w tym głupim, wielkim sklepie, który jest wielkości przeciętnego Piotra i Pawła, tylko z mniejszą ilością towarów. Poddałam się, kupię kiedy indziej i pewnie w polskim sklepie.
Poszłam do sklepu. Dużego. Na bocznych półkach, tych gdzie zazwyczaj są produkty promocyjne i bardziej widoczne dla klienta, mój wzrok przyciągnął napis "quick pancakes maker". Jaki maker, o co chodzi? Podeszłam bliżej. Ustrojstwo okazało się plastikową butelką z nakrętką, pojemności na oko litrowej, wypełnioną jakimś proszkiem. Trzeba odkręcić nakrętkę, dodać x ml mleka, zakręcić i wymieszać. I usmażyć. Promocja, 2,99 euro. Czy tam ileś.
Czy... zrobienie naleśników jest naprawdę tak skomplikowane, żeby tworzyć takie potworki, o śmieciach już nie wspomnę? Czy może się właśnie wywyższam?
Potem umarłam po raz drugi, ale tylko z uwagi na skok ciśnienia spowodowany próbą znalezienia pieprzonego kwasku cytrynowego w tym głupim, wielkim sklepie, który jest wielkości przeciętnego Piotra i Pawła, tylko z mniejszą ilością towarów. Poddałam się, kupię kiedy indziej i pewnie w polskim sklepie.
sobota, 5 lutego 2011
Zakłady
Dawno temu, w Toruniu, tata wsadził mnie do pociągu (miałam 4 lata) razem ze swoim znajomym Żuczkiem (tata twierdzi, że ze Sławkiem O., a co twierdzi mama?). Pociąg miał zaraz odjeżdżać, a tata oczywiście nie miał jeszcze biletu. Pobiegł do konduktora, poprosił, żeby poczekał "bo tam jest moje dziecko!" i poleciał kupować bilet. Bilet kupił, wsiadł do pociągu i pojechał... w przeciwnym kierunku. A myśmy sobie spokojnie dojechali do Poznania. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pierwszy telefon jaki otrzymała mama było "Cześć, mam Nataszę, ale zgubiliśmy Radka" a nie późniejszy "Cześć, wiesz, zgubiłem Nataszę".
Dawno temu, jeszcze za komuny, pojechaliśmy z rodzicami i znajomym (też długowłosym i długobrodym) do Tunezji. Było akurat tydzień po jakimś zamachu dokonanym przez ludzi, którym zwyczaj każe pozostać zarośniętymi. Był sobie budynek. Były jakieś tablice pełne szlaczków, ale kto by się domyślił, że szlaczki mówią o zakazie fotografowania, a budynek jest ważnym obiektem państwowym? Wypuścili nas z aresztu późnym wieczorem. I tak upłynął nam dzień pierwszy.
Dawno temu, ojciec wyniósł na śmietnik worek. Czarny. Pełen ważnych dokumentów. Ten ze śmieciami został w domu.
Dawno temu ojciec posiadał notes. I coś w rodzaju portfela. Po pewnym czasie notes był zbiorem luźnych kartek. Ważnych kartek, nieważnych kartek. Karteczek. Maciupkich karteluszek. Próba znalezienia ważnego adresu czy numeru kończyła się zgubieniem innego. Albo zgubieniem aktualnego biletu PKP. O banknotach nie wspomnę. (nie wiem czy przesadzam, czy nie, takie są moje wspomnienia, a raczej trauma ;))
Dawno temu pojechaliśmy na wycieczkę. Zorganizowaną. Anarchistyczna dusza ojca nie pozwalała mu zjawiać się na czas przy autokarze. Prawie nigdy. Albo w trakcie jazdy pociągiem wysiadał na pośredniej stacji, żeby pobiec kupić lody. No bo przecież pociąg będzie stał 5 minut. (no dobra, wracając z Bieszczad zamówiliśmy 15 pizz na stację i potem 3 kumpli biegło je odebrać, bo nie zgodzili się dostarczyć ich na peron ;)) Albo benzyna nam się kończyła w środku nocy, gdzieś pomiędzy zadupiem a wielkim nigdzie. Samochód się zepsuł. Ojciec zatrzasnął kluczyki w samochodzie, a zapasowe mama zostawiła w środku, 200km od miejsca gdzie znajdował się trzeci komplet (w środku nocy oczywiście). Swoją drogą ta sytuacja bardzo, ale to bardzo coś mi przypomina, ale ci.... Geny i te sprawy ;)
Swoją drogą, ponieważ ojciec nadal (a może raczej "znowu") jeździ tym samym rzęchem co 15 lat temu, Młody teraz przerabia te same akcje co ja. W kwestii podróżowania pod znakiem "OK, jesteśmy gdzieś na Podkarpaciu, gdzie by tu znaleźć mechanika"
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ za kilka godzin mój ojciec i Młody lądują w Dublinie. Dla ojca jest to druga podróż samolotem (pierwsza od 21 lat), dla Młodego pierwsza. Żaden nie mówi po angielsku. Wyobrażam sobie ojca aresztowanego za fotografowanie lotniska, albo palącego w niedozwolonym miejscu. Albo Mikołaja, który w ramach roztrzepania zgubi gdzieś kartę pokładową. Lub siebie. I telefon. Albo wszystko naraz. Zastanawiam się czy nie ustawić jakiś zakładów jak to się skończy ;)
Dawno temu, jeszcze za komuny, pojechaliśmy z rodzicami i znajomym (też długowłosym i długobrodym) do Tunezji. Było akurat tydzień po jakimś zamachu dokonanym przez ludzi, którym zwyczaj każe pozostać zarośniętymi. Był sobie budynek. Były jakieś tablice pełne szlaczków, ale kto by się domyślił, że szlaczki mówią o zakazie fotografowania, a budynek jest ważnym obiektem państwowym? Wypuścili nas z aresztu późnym wieczorem. I tak upłynął nam dzień pierwszy.
Dawno temu, ojciec wyniósł na śmietnik worek. Czarny. Pełen ważnych dokumentów. Ten ze śmieciami został w domu.
Dawno temu ojciec posiadał notes. I coś w rodzaju portfela. Po pewnym czasie notes był zbiorem luźnych kartek. Ważnych kartek, nieważnych kartek. Karteczek. Maciupkich karteluszek. Próba znalezienia ważnego adresu czy numeru kończyła się zgubieniem innego. Albo zgubieniem aktualnego biletu PKP. O banknotach nie wspomnę. (nie wiem czy przesadzam, czy nie, takie są moje wspomnienia, a raczej trauma ;))
Dawno temu pojechaliśmy na wycieczkę. Zorganizowaną. Anarchistyczna dusza ojca nie pozwalała mu zjawiać się na czas przy autokarze. Prawie nigdy. Albo w trakcie jazdy pociągiem wysiadał na pośredniej stacji, żeby pobiec kupić lody. No bo przecież pociąg będzie stał 5 minut. (no dobra, wracając z Bieszczad zamówiliśmy 15 pizz na stację i potem 3 kumpli biegło je odebrać, bo nie zgodzili się dostarczyć ich na peron ;)) Albo benzyna nam się kończyła w środku nocy, gdzieś pomiędzy zadupiem a wielkim nigdzie. Samochód się zepsuł. Ojciec zatrzasnął kluczyki w samochodzie, a zapasowe mama zostawiła w środku, 200km od miejsca gdzie znajdował się trzeci komplet (w środku nocy oczywiście). Swoją drogą ta sytuacja bardzo, ale to bardzo coś mi przypomina, ale ci.... Geny i te sprawy ;)
Swoją drogą, ponieważ ojciec nadal (a może raczej "znowu") jeździ tym samym rzęchem co 15 lat temu, Młody teraz przerabia te same akcje co ja. W kwestii podróżowania pod znakiem "OK, jesteśmy gdzieś na Podkarpaciu, gdzie by tu znaleźć mechanika"
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ za kilka godzin mój ojciec i Młody lądują w Dublinie. Dla ojca jest to druga podróż samolotem (pierwsza od 21 lat), dla Młodego pierwsza. Żaden nie mówi po angielsku. Wyobrażam sobie ojca aresztowanego za fotografowanie lotniska, albo palącego w niedozwolonym miejscu. Albo Mikołaja, który w ramach roztrzepania zgubi gdzieś kartę pokładową. Lub siebie. I telefon. Albo wszystko naraz. Zastanawiam się czy nie ustawić jakiś zakładów jak to się skończy ;)
sobota, 29 stycznia 2011
Trochę propagandy ekologicznej
Proszę Was bardzo, wszystko prawda ;)
Polecam słuchać głośno i na dobrych głośnikach :)
Polecam słuchać głośno i na dobrych głośnikach :)
piątek, 14 stycznia 2011
Przesyłki
Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby przekazywać komuś książkę za pośrednictwem mojego męża? Przecież to chyba było wiadome, że najpierw on ją przeczyta, prawda? Ba, wręcz zaczęłabym się o niego martwić, gdyby tego nie zrobił. Anyway, Melon, przesyłka do Ciebie ma się dobrze, czasem nawet wysłuchuję jej fragmenty :)
A poza tym kaszel, kaszel i kaszel. Dwa kasłaki. Poza tym nie wiem czy wiecie, ale kasłanie jest tak samo zaraźliwe jak ziewanie.
A poza tym kaszel, kaszel i kaszel. Dwa kasłaki. Poza tym nie wiem czy wiecie, ale kasłanie jest tak samo zaraźliwe jak ziewanie.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
piątek, 3 grudnia 2010
Harry Potter i czarna dziura
Wybieram się na film. Ogólnie książki czytałam i lubiłam, filmy widziałam, choć do tej pory chyba tylko jeden w kinie. Piotr w którejś rozmowie stwierdził, że tej ostatniej książki to on w sumie nie pamięta. Ja w sumie też nie, więc dzisiaj z ciekawości zajrzałam na ciocię Wikipedię. Przeczytałam streszczenie (mizerne). Przeczytałam je jeszcze raz. Przeczytałam je Piotrowi. Słuchał mnie z coraz bardziej niedowierzającą miną a podsumował pytaniem "Jesteś pewna, że myśmy to czytali?"
Otóż nie, nie jestem. Jedyne co z tego streszczenia pamiętam to epilog. Krótki do zapamiętania fakt, że Harry ożenił się z Ginny a Ron z Hermioną. Nie kojarzę ABSOLUTNIE nic więcej, czarna dziura w pamięci. Jest to dla mnie zagadką ciekawą, bo wydaje mi się, że przecież musiałam to czytać, bo to tak samo (dla mnie) jakbym nie przeczytała ostatniej książki Wiedźmina, czy Prathetta. Kolejną czarną dziurą jest dla mnie kwestią CZYJĄ książkę przeczytałam, ponieważ nie posiadam ani jednej własnej. Pierwsze 5 części pożyczałam od Moniki jeszcze w Toruniu, szóstą od Lidii, a czy ktoś się przyznaje do posiadania i pożyczenia nam siódmej?
Poza tym u nas to samo co u Was, czyli śnieżnie i mroźnie. Jedynie stopień sparaliżowania miasta pewnie jest większy, bo przecież śnieg w Irlandii nie występuje, a poza tym padał zeszłej zimy! Prawie 15cm! To niemożliwe, żeby takie opady wystąpiły dwie zimy pod rząd! ... A jednak... ;) CDN
Otóż nie, nie jestem. Jedyne co z tego streszczenia pamiętam to epilog. Krótki do zapamiętania fakt, że Harry ożenił się z Ginny a Ron z Hermioną. Nie kojarzę ABSOLUTNIE nic więcej, czarna dziura w pamięci. Jest to dla mnie zagadką ciekawą, bo wydaje mi się, że przecież musiałam to czytać, bo to tak samo (dla mnie) jakbym nie przeczytała ostatniej książki Wiedźmina, czy Prathetta. Kolejną czarną dziurą jest dla mnie kwestią CZYJĄ książkę przeczytałam, ponieważ nie posiadam ani jednej własnej. Pierwsze 5 części pożyczałam od Moniki jeszcze w Toruniu, szóstą od Lidii, a czy ktoś się przyznaje do posiadania i pożyczenia nam siódmej?
Poza tym u nas to samo co u Was, czyli śnieżnie i mroźnie. Jedynie stopień sparaliżowania miasta pewnie jest większy, bo przecież śnieg w Irlandii nie występuje, a poza tym padał zeszłej zimy! Prawie 15cm! To niemożliwe, żeby takie opady wystąpiły dwie zimy pod rząd! ... A jednak... ;) CDN
środa, 17 listopada 2010
Lord of the Dance
Listopad. Wieczorne powietrze pachnie dymem i wilgocią. Tak samo jak włosy po powrocie z dworu. Wieje. Pada. I szumi.
W niedzielę byliśmy "Lord of the dance". Z Flatleyem w roli głównej, który po 10ciu? (Melon, popraw mnie jak się mylę) latach postanowił wrócić na scenę jako tancerz a nie tylko reżyser zbierający kasę. Po powrocie w myślach ułożyłam sobie całą notkę na ten temat, odkładając napisanie jej na poniedziałek. W poniedziałek doszłam do wniosku, że nie ma sensu dwa razy pisać tego samego, więc po prostu odsyłam Was do Melona.
Pozwolę sobie jedynie dodać parę uwag. Telebimy miały postać wąskich kolumn, a poszczególne "piksele" obrazu były duże i doskonale widoczne. Żadnego przejścia między kolorami czy cokolwiek. W rezultacie otrzymujemy obraz jak na monitorze ustawionym na bardzo niską rozdzielczość i dodatkowo na 16 kolorów. Tak przynajmniej je zapamiętałam. Obrazy pokazywane na nich, jakie by nie były, ładnie wyglądać po prostu nie mogły. Jeżeli do tego dodamy fakt, że wspomniane róże były kiczowate i tandetne jak róże z pocztówki sprzed 30 lat, to otrzymujemy obraz wręcz upiorny. Łabędź przepływający z telebimu na telebim, bodajże z jakimś dodatkiem zielska z rodzaju Nuphar (przepraszam, do mgr nie opłacało się uczyć nazw i polskich, i łacińskich, więc poprzestałam na tych drugich, a jest późno i polskiej zwyczajnie nie pamiętam), przyprawił mnie o lekkie drgawki. A co do czerwonego konturu pań na czarnym tle, wywijających biodrami jak na reklamach klubów go-go, powiem tylko, że w kulminacyjnym momencie było ich 3, a nie 2.
Co do kostiumów: ilość cekinów raziła oczy i tak już obolałe od świateł reflektorów. Melon zapomniała również dodać, że nasza elfka zmieniła się w typowego błazna. Temu kostiumowi brakowało jeszcze czapeczki z dzwoneczkami. A ponadto "słaba kopia francuskich gejów" to NAPRAWDĘ delikatne określenie.
Przyznam szczerze, że początkowo nie uderzyło mnie to wszystko aż tak mocno. Do czasu aż wieczorem, z czystej ciekawości, obejrzałam sobie fragmenty widowiska z 1996 na youtubie i zobaczyłam tamte stroje i tamtą choreografię. Te węzły celtyckie mieniące się na strojach czy choreografii dodawały wszystkiemu dużego uroku.
A co Flatleya - nie wiem czy przed nim na scenę wchodzi jego ego, ale brzuch na pewno ;)
Nie zamierzam jakoś specjalnie rozpaczać po tym wydarzeniu. Nie upadł jakiś mój ideał. Zdecydowanie bardziej rozpaczałam, jak po śmierci Ryśka Riedla usłyszałam nową, pierwszą nagraną z Jackiem Dewódzkim, płytę Dżemu. Była to również ostatnia płyta Dżemu jaką kupiłam i utwierdzałam się w tym postanowieniu na każdym kolejnym koncercie słysząc ich nowe piosenki. Przyznam, że jeszcze na parę lat temu nie wiedziałam kim jest Micheal Flatley, chociaż uwielbiałam utwór "Warriors". Przez pierwsze dwa lata studiów byłam przekonana, że to piosenka z filmu "Święci z Bostonu". Ruda zresztą tak samo, bo błąd wyszedł od niej (a konkretniej od osoby, która nagrywała jej płytę z tym sountrackiem) i obie się w tym utwierdzałyśmy. Mocno byłam zdziwiona kiedy jakoś później obejrzałam film czekając na mój ulubiony utwór, którego tam... nie było, a wyszperany w internecie opis płyty głosił, że jest na niej 18 utworów, a nie 21.
Mimo tych wszystkich narzekań, muszę powiedzieć, że całkiem dobrze się bawiłam, bo dobra muzyka w doskonałym nagłośnieniu zawsze jest mile widziana. No i taniec irlandzki na żywo również robi dobre wrażenie :)
A z ciekawostek przyrodniczych piekę kolejne dzieło. Zobaczymy jak mi wyjdzie, bo w około północy, kiedy chlebek zagniatałam, uświadomiłam sobie, że zapomniałam o ziemniakach. A naprawić błędu nie było jak, bo w domu tychże nie posiadamy. Cała ja.
W niedzielę byliśmy "Lord of the dance". Z Flatleyem w roli głównej, który po 10ciu? (Melon, popraw mnie jak się mylę) latach postanowił wrócić na scenę jako tancerz a nie tylko reżyser zbierający kasę. Po powrocie w myślach ułożyłam sobie całą notkę na ten temat, odkładając napisanie jej na poniedziałek. W poniedziałek doszłam do wniosku, że nie ma sensu dwa razy pisać tego samego, więc po prostu odsyłam Was do Melona.
Pozwolę sobie jedynie dodać parę uwag. Telebimy miały postać wąskich kolumn, a poszczególne "piksele" obrazu były duże i doskonale widoczne. Żadnego przejścia między kolorami czy cokolwiek. W rezultacie otrzymujemy obraz jak na monitorze ustawionym na bardzo niską rozdzielczość i dodatkowo na 16 kolorów. Tak przynajmniej je zapamiętałam. Obrazy pokazywane na nich, jakie by nie były, ładnie wyglądać po prostu nie mogły. Jeżeli do tego dodamy fakt, że wspomniane róże były kiczowate i tandetne jak róże z pocztówki sprzed 30 lat, to otrzymujemy obraz wręcz upiorny. Łabędź przepływający z telebimu na telebim, bodajże z jakimś dodatkiem zielska z rodzaju Nuphar (przepraszam, do mgr nie opłacało się uczyć nazw i polskich, i łacińskich, więc poprzestałam na tych drugich, a jest późno i polskiej zwyczajnie nie pamiętam), przyprawił mnie o lekkie drgawki. A co do czerwonego konturu pań na czarnym tle, wywijających biodrami jak na reklamach klubów go-go, powiem tylko, że w kulminacyjnym momencie było ich 3, a nie 2.
Co do kostiumów: ilość cekinów raziła oczy i tak już obolałe od świateł reflektorów. Melon zapomniała również dodać, że nasza elfka zmieniła się w typowego błazna. Temu kostiumowi brakowało jeszcze czapeczki z dzwoneczkami. A ponadto "słaba kopia francuskich gejów" to NAPRAWDĘ delikatne określenie.
Przyznam szczerze, że początkowo nie uderzyło mnie to wszystko aż tak mocno. Do czasu aż wieczorem, z czystej ciekawości, obejrzałam sobie fragmenty widowiska z 1996 na youtubie i zobaczyłam tamte stroje i tamtą choreografię. Te węzły celtyckie mieniące się na strojach czy choreografii dodawały wszystkiemu dużego uroku.
A co Flatleya - nie wiem czy przed nim na scenę wchodzi jego ego, ale brzuch na pewno ;)
Nie zamierzam jakoś specjalnie rozpaczać po tym wydarzeniu. Nie upadł jakiś mój ideał. Zdecydowanie bardziej rozpaczałam, jak po śmierci Ryśka Riedla usłyszałam nową, pierwszą nagraną z Jackiem Dewódzkim, płytę Dżemu. Była to również ostatnia płyta Dżemu jaką kupiłam i utwierdzałam się w tym postanowieniu na każdym kolejnym koncercie słysząc ich nowe piosenki. Przyznam, że jeszcze na parę lat temu nie wiedziałam kim jest Micheal Flatley, chociaż uwielbiałam utwór "Warriors". Przez pierwsze dwa lata studiów byłam przekonana, że to piosenka z filmu "Święci z Bostonu". Ruda zresztą tak samo, bo błąd wyszedł od niej (a konkretniej od osoby, która nagrywała jej płytę z tym sountrackiem) i obie się w tym utwierdzałyśmy. Mocno byłam zdziwiona kiedy jakoś później obejrzałam film czekając na mój ulubiony utwór, którego tam... nie było, a wyszperany w internecie opis płyty głosił, że jest na niej 18 utworów, a nie 21.
Mimo tych wszystkich narzekań, muszę powiedzieć, że całkiem dobrze się bawiłam, bo dobra muzyka w doskonałym nagłośnieniu zawsze jest mile widziana. No i taniec irlandzki na żywo również robi dobre wrażenie :)
A z ciekawostek przyrodniczych piekę kolejne dzieło. Zobaczymy jak mi wyjdzie, bo w około północy, kiedy chlebek zagniatałam, uświadomiłam sobie, że zapomniałam o ziemniakach. A naprawić błędu nie było jak, bo w domu tychże nie posiadamy. Cała ja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


