Etap "Psiarze" oficjalnie rozpoczęty. Weekend zapowiada się wesoło zwłaszcza, że pada. Otóż wyjaśniając tym, którzy nie wiedzą: Psiarze są właściciele psów myśliwskich, w 99% seterów. Od kilkudziesięciu lat w otaczających nas górach odbywają się zawody tych właśnie psów, polegające na wystawianiu przepiórek. Norwegowie, Szwedzi i Finowie chyba szaleją na punkcie tego sportu, bo we wrześniu prawie każdy weekend mamy pełno ludzi w całym hotelu, na campingu i w okolicznych miejscach noclegowych. Średnio jest jakieś 100 osób i jakieś 200 - 250 psów. Szefowa pozwala na trzymanie psów w hotelowych pokojach (pod warunkiem, że są w klatce). A teraz wyobraźcie sobie tą ilość ludzi w połączeniu z psami i w połączeniu z błotem i deszczem. Zgadliście.
A teraz dwa cytaty z artykułu na GW:
* Julie, Francuzka z Paryża, lat 40:
- Chciałam dzieciom pokazać prawdziwą wieś. U nas gospodarstwa rolne są już zmechanizowane, zero romantyzmu. Znalazłam w internecie ofertę ośrodka agroturystycznego na Kaszubach. Popatrzyłam na mapę i byłam szczęśliwa. Bo jak dla mnie był to koniec świata. Ale jak już się tu znaleźliśmy, nie mogliśmy wytrzymać tego smrodu - czy nie można kąpać tych kur, krów i świń?
* Kioko z Japonii, lat 50:
- Nie wiem, dlaczego śmiejecie się, gdy widzicie turystów z mojego kraju. Przewodniczka powiedziała nam, że to przez nasze aparaty i kamery - wy nie robicie zdjęć na wycieczkach?
piątek, 28 sierpnia 2009
wtorek, 25 sierpnia 2009
Nowa porcja zdjęć do obejrzenia :)
Pan G. jest szefem akcji oczyszczania poligonu. Zawsze pierwszy na śniadaniu, ostatni na obiedzie, codziennie płatki z kefirem, jak nie ma kefiru to wpada w wielką rozpacz. Przyjeżdża tutaj przynajmniej tak długo jak tu pracuję. Do obiadu nigdy nic nie zamawia, zawsze pije tylko wodę. Dzisiaj podchodzę do niego podczas obiadu, żeby zapytać czy nie chciałby czegoś do picia, ponieważ naszym obowiązkiem jest zapytać.
Ja: Dobry wieczór.
Pan G.: Dobry wieczór. Czy chciałabyś coś do picia?
Ja (lekko zbita z tropu, ale w końcu to Gundersen, więc wszystkiego można się spodziewać): Nie dziękuję, mam moją kawę w kuchni. A czy pan chciałby coś do picia?
Pan G.: Nie dziękuję, mam moją wodę na stole.
Martin marudzi, że niestety jest w wojsku uzyskał stopień sierżanta i teraz co roku wzywają go na tydzień szkolenia. Dwa lata temu był jednym szczęśliwcem z 200 na całą Norwegię. W tym jest jednym z 40. Mówi, że to strata czasu na "playing around the bush".
Zachód słońca nad Snohettą z niedzielnej wycieczki rowerowej.
Pan G. jest szefem akcji oczyszczania poligonu. Zawsze pierwszy na śniadaniu, ostatni na obiedzie, codziennie płatki z kefirem, jak nie ma kefiru to wpada w wielką rozpacz. Przyjeżdża tutaj przynajmniej tak długo jak tu pracuję. Do obiadu nigdy nic nie zamawia, zawsze pije tylko wodę. Dzisiaj podchodzę do niego podczas obiadu, żeby zapytać czy nie chciałby czegoś do picia, ponieważ naszym obowiązkiem jest zapytać.
Ja: Dobry wieczór.
Pan G.: Dobry wieczór. Czy chciałabyś coś do picia?
Ja (lekko zbita z tropu, ale w końcu to Gundersen, więc wszystkiego można się spodziewać): Nie dziękuję, mam moją kawę w kuchni. A czy pan chciałby coś do picia?
Pan G.: Nie dziękuję, mam moją wodę na stole.
Martin marudzi, że niestety jest w wojsku uzyskał stopień sierżanta i teraz co roku wzywają go na tydzień szkolenia. Dwa lata temu był jednym szczęśliwcem z 200 na całą Norwegię. W tym jest jednym z 40. Mówi, że to strata czasu na "playing around the bush".
Zachód słońca nad Snohettą z niedzielnej wycieczki rowerowej.
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Niedzielne atrakcje
Polecam artykuł do przeczytania.
U nas był prawie tydzień ładnej pogody i względnego spokoju. Oprócz tego, że w weekend mieliśmy imprezę urodzinową na 60 osób. Z okazji swoich 60 urodzin pewna kobieta wynajęła cały hotel, zaprosiła swoją rodzinę i przyjaciół, opłaciła im dwudniowy (znaczy 2 noce) pobyt razem z wyżywieniem, jazdą konną i alkoholami podczas świątecznego, sobotniego obiadu. Obiad był serwowany do stołów, Tom, nasz kucharz zrobił nawet domowej roboty pudding karmelowy. Nie powiedziałam, że gdyby podali mi do spróbowania taki pudding domowej roboty a taki z paczki, jaki zazwyczaj mamy, to nie poczułabym różnicy. Asia stwierdziła natomiast, że przypomina jej słodką jajecznicę. Generalnie wolimy nasz budyń.
Tak więc po nocnym bieganiu po stołówce i podawaniu drinków (głównie ginu z tonikiem), zwlekłam się o 6.30 z łóżka, żeby przygotować im śniadanie. Stwierdziłam, że jak tylko skończę pracę to idę się zdrzemnąć. Więc jak już się poddałam przy próbie doczyszczenia kamiennej posadzki z tłustych plam po rozgniecionych chipsach i miałam kończyć pracę, przyszła Asia i namówiła mnie na spacer do Hageseter. Bo jest taka ładna pogoda i można by tam pójść kupić sobie lody (trzeba trochę skomplikować sobie życie i nie można tak po prostu kupić lodów w hotelu, skoro można to zrobić w odległej o 4km w jedną stronę kafeterii). No więc zamiast dać odpocząć nogom poszłam na miły spacer do Hageseter. Przy tej okazji odkryłam, że zaczęła się jesień i że brzozy zaczynają żółknąć. Posiedziałyśmy na zielonej trawce, zjadłyśmy lody, popatrzyłyśmy na krowy i cielaczki i wróciłyśmy na 19 na obiad.
Mama z Rasvitą już na nas czekały, a ponieważ ładnie świeciło słońce i było ciepło to siedziałyśmy przy stoliku przed hotelem. Szefowa stwierdziła, że jest niedziela, więc jeżeli chcemy to możemy dostać kieliszek czerwonego wina do obiadu. Humory miałyśmy doskonałe, chociaż ja wypiłam dopiero połowę mojej porcji alkoholu. W tym momencie przechodzi koło nas Victor (pracuje tutaj jako złota rączka): "Hej! Któraś z Was ma ochotę pojechać do Snohheim i wrócić stamtąd rowerem?" (Snohheim to schronisko pod Snohetta, prowadzi tam droga przez poligon, 15km od hotelu). Nie znając żadnych szczegółów wszystkie stwierdziłyśmy "Jasne!". Victor na nas popatrzył "Hmm, to trzeba by znaleźć kogoś kto weźmie drugi samochód, bo mnie z rowerem miał Haakon zawieźć". Po czym idąc do hotelu odwrócił się i z pewnym niedowierzaniem zapytał: "Ale wy nie żartujecie?" "Nie!" Więc w 3 minuty skończyłyśmy obiad i byłyśmy gotowe. Całe szczęście, że w zeszłym tygodniu Anne Stine wpadła pomysł, żeby kupić 10 rowerów i je wypożyczać. Więc pojechaliśmy na poligon w takie fajne miejsce gdzie był cudowny widok na cały płaskowyż, góry i wszystko i wróciliśmy rowerami do hotelu. Jazda rowerem ograniczała się prawie wyłącznie do wciskania hamulców, ale widoki były cudowne, zachód słońca nad Snohettą jeszcze ładniejszy, a nawet woły piżmowe widzieliśmy. Krótko mówiąc - bardzo przyjemny dzień :)
U nas był prawie tydzień ładnej pogody i względnego spokoju. Oprócz tego, że w weekend mieliśmy imprezę urodzinową na 60 osób. Z okazji swoich 60 urodzin pewna kobieta wynajęła cały hotel, zaprosiła swoją rodzinę i przyjaciół, opłaciła im dwudniowy (znaczy 2 noce) pobyt razem z wyżywieniem, jazdą konną i alkoholami podczas świątecznego, sobotniego obiadu. Obiad był serwowany do stołów, Tom, nasz kucharz zrobił nawet domowej roboty pudding karmelowy. Nie powiedziałam, że gdyby podali mi do spróbowania taki pudding domowej roboty a taki z paczki, jaki zazwyczaj mamy, to nie poczułabym różnicy. Asia stwierdziła natomiast, że przypomina jej słodką jajecznicę. Generalnie wolimy nasz budyń.
Tak więc po nocnym bieganiu po stołówce i podawaniu drinków (głównie ginu z tonikiem), zwlekłam się o 6.30 z łóżka, żeby przygotować im śniadanie. Stwierdziłam, że jak tylko skończę pracę to idę się zdrzemnąć. Więc jak już się poddałam przy próbie doczyszczenia kamiennej posadzki z tłustych plam po rozgniecionych chipsach i miałam kończyć pracę, przyszła Asia i namówiła mnie na spacer do Hageseter. Bo jest taka ładna pogoda i można by tam pójść kupić sobie lody (trzeba trochę skomplikować sobie życie i nie można tak po prostu kupić lodów w hotelu, skoro można to zrobić w odległej o 4km w jedną stronę kafeterii). No więc zamiast dać odpocząć nogom poszłam na miły spacer do Hageseter. Przy tej okazji odkryłam, że zaczęła się jesień i że brzozy zaczynają żółknąć. Posiedziałyśmy na zielonej trawce, zjadłyśmy lody, popatrzyłyśmy na krowy i cielaczki i wróciłyśmy na 19 na obiad.
Mama z Rasvitą już na nas czekały, a ponieważ ładnie świeciło słońce i było ciepło to siedziałyśmy przy stoliku przed hotelem. Szefowa stwierdziła, że jest niedziela, więc jeżeli chcemy to możemy dostać kieliszek czerwonego wina do obiadu. Humory miałyśmy doskonałe, chociaż ja wypiłam dopiero połowę mojej porcji alkoholu. W tym momencie przechodzi koło nas Victor (pracuje tutaj jako złota rączka): "Hej! Któraś z Was ma ochotę pojechać do Snohheim i wrócić stamtąd rowerem?" (Snohheim to schronisko pod Snohetta, prowadzi tam droga przez poligon, 15km od hotelu). Nie znając żadnych szczegółów wszystkie stwierdziłyśmy "Jasne!". Victor na nas popatrzył "Hmm, to trzeba by znaleźć kogoś kto weźmie drugi samochód, bo mnie z rowerem miał Haakon zawieźć". Po czym idąc do hotelu odwrócił się i z pewnym niedowierzaniem zapytał: "Ale wy nie żartujecie?" "Nie!" Więc w 3 minuty skończyłyśmy obiad i byłyśmy gotowe. Całe szczęście, że w zeszłym tygodniu Anne Stine wpadła pomysł, żeby kupić 10 rowerów i je wypożyczać. Więc pojechaliśmy na poligon w takie fajne miejsce gdzie był cudowny widok na cały płaskowyż, góry i wszystko i wróciliśmy rowerami do hotelu. Jazda rowerem ograniczała się prawie wyłącznie do wciskania hamulców, ale widoki były cudowne, zachód słońca nad Snohettą jeszcze ładniejszy, a nawet woły piżmowe widzieliśmy. Krótko mówiąc - bardzo przyjemny dzień :)
czwartek, 20 sierpnia 2009
Norweskie okna
W tym tygodniu było tyle atrakcji, że jutro niedługo chyba umrzemy z nadmiaru wrażeń. Dziewczyny w poniedziałek były w Oppdal na zakupach (Rasvita i ja zostałyśmy z braku miejsc w samochodzie), we wtorek leciałyśmy helikopterem, wczoraj mama, Rasvita i ja po pracy pojechałyśmy stopem do Dombas do sklepu (rekord łapania stopa w Norwegii - 15 minut), a dzisiaj poszłyśmy na 12km wycieczkę po górach. Anne Stine zawiozła nas do Kongsvoll (drugi hotel w pobliżu) i wracałyśmy stamtąd przez góry.
Dzisiaj przez góry przewalają się ogromne masy chmur. Przez większość dnia nie mogły przejść, tylko trzymały się na łańcuchu górskim, który graniczy z doliną. Dolina Gubransdalen jest jedną z większych dolin w Norwegii ciągnącą się z południa na północ - tędy idzie E6, linia kolejowa, jest sporo miejscowości m.in. Lillehammer, jak i nasz hotel. Nie mam odpowiedniego zdjęcia, ale fala chmur nad górami wygląda zazwyczaj tak. Tutaj dosyć często jest tak, że chmury zbierają się nad południowym łańcuchem i nie mogą przejść dalej. Szczególnie widoczne jest to wczesnym rankiem (zrobię zdjęcie jak tylko będzie powtórka). Dzisiaj właśnie taki front próbował przejść przez jedno pasmo gór, a jak już mu się to udało, to pojawił się następny.
Ogólnie dzisiaj mocno wiało jak byłyśmy na spacerze, a teraz zrobiła się porządna wichura. Wszystko szumi, cały drewniany budynek się trzęsie, szyby wentylacyjne wyją, okna dzwonią, drzwi się trudno otwierają a przeszklona weranda jest miejscem gdzie hula wiatr i strach siedzieć blisko szyb. Jednym słowem jest jak w upiornym zamczysku, gdzie na dodatek straszy. Będąc w Polsce bałabym się, że jakiś konar na mnie spadnie. Ale tu nie ma drzew, a jak są to maja 2-4 metry wysokości. Że jakiś komin może się rozpaść. Że dachówka może spać mi na samochód. Ale nie ma kominów, nie ma dachówek i nie mam samochodu. Jedyna na co trzeba naprawdę uważać to na okna, ponieważ większość okien w Norwegii jakie widziałam (i wszystkie w hotelu) otwierają się na zewnątrz budynku. Efektów jest kilka:
1. Wyobraźcie sobie silny wiatr i otwarte okno (5 lat temu u nas w pokoju poszła szyba, bo okno przypieprzyło w ścianę razem z zabezpieczeniem od takich sytuacji).
2. Wyobraźcie sobie mycie okien na drugim piętrze. Mam na myśli stronę zewnętrzną oczywiście. Nie wspominam tu nawet o pieprzonych oknach w hyttach, które są dzielone na małe szybki, rozkładają się na 4 części i oczywiście też na zewnątrz. Doprowadzały mnie do szału w zeszłym roku, kiedy je myłyśmy, bo w rezultacie jedno okno myjesz z czterech stron, stojąc na krześle na dworze w temperaturze 2 st C i jeszcze zaczyna padać śnieg (to był koniec września).
3. Dodajcie do tego silne wiatry, śnieżyce i inne nie lubiące okien warunki pogodowe.
Czy też Wam się wydaje, że pomysł jest lekko ... niecodzienny? Norwedzy, pytani dlaczego mają okna otwierane na zewnątrz, nie umieją odpowiedzieć. Chyba to jest coś w stylu: a to może być inaczej?
Mama ugotowała zupę jarzynową. Mój chleb (podejście drugie) jest właśnie w piekarniku i wygląda ślicznie. Dyplomatycznie nie wspominam o poprzednim, norweskie warunki robienia zakwasu są nieco inne niż polskie ;) Metoda prób i błędów zawsze skuteczna.
Dzisiaj przez góry przewalają się ogromne masy chmur. Przez większość dnia nie mogły przejść, tylko trzymały się na łańcuchu górskim, który graniczy z doliną. Dolina Gubransdalen jest jedną z większych dolin w Norwegii ciągnącą się z południa na północ - tędy idzie E6, linia kolejowa, jest sporo miejscowości m.in. Lillehammer, jak i nasz hotel. Nie mam odpowiedniego zdjęcia, ale fala chmur nad górami wygląda zazwyczaj tak. Tutaj dosyć często jest tak, że chmury zbierają się nad południowym łańcuchem i nie mogą przejść dalej. Szczególnie widoczne jest to wczesnym rankiem (zrobię zdjęcie jak tylko będzie powtórka). Dzisiaj właśnie taki front próbował przejść przez jedno pasmo gór, a jak już mu się to udało, to pojawił się następny.
Ogólnie dzisiaj mocno wiało jak byłyśmy na spacerze, a teraz zrobiła się porządna wichura. Wszystko szumi, cały drewniany budynek się trzęsie, szyby wentylacyjne wyją, okna dzwonią, drzwi się trudno otwierają a przeszklona weranda jest miejscem gdzie hula wiatr i strach siedzieć blisko szyb. Jednym słowem jest jak w upiornym zamczysku, gdzie na dodatek straszy. Będąc w Polsce bałabym się, że jakiś konar na mnie spadnie. Ale tu nie ma drzew, a jak są to maja 2-4 metry wysokości. Że jakiś komin może się rozpaść. Że dachówka może spać mi na samochód. Ale nie ma kominów, nie ma dachówek i nie mam samochodu. Jedyna na co trzeba naprawdę uważać to na okna, ponieważ większość okien w Norwegii jakie widziałam (i wszystkie w hotelu) otwierają się na zewnątrz budynku. Efektów jest kilka:
1. Wyobraźcie sobie silny wiatr i otwarte okno (5 lat temu u nas w pokoju poszła szyba, bo okno przypieprzyło w ścianę razem z zabezpieczeniem od takich sytuacji).
2. Wyobraźcie sobie mycie okien na drugim piętrze. Mam na myśli stronę zewnętrzną oczywiście. Nie wspominam tu nawet o pieprzonych oknach w hyttach, które są dzielone na małe szybki, rozkładają się na 4 części i oczywiście też na zewnątrz. Doprowadzały mnie do szału w zeszłym roku, kiedy je myłyśmy, bo w rezultacie jedno okno myjesz z czterech stron, stojąc na krześle na dworze w temperaturze 2 st C i jeszcze zaczyna padać śnieg (to był koniec września).
3. Dodajcie do tego silne wiatry, śnieżyce i inne nie lubiące okien warunki pogodowe.
Czy też Wam się wydaje, że pomysł jest lekko ... niecodzienny? Norwedzy, pytani dlaczego mają okna otwierane na zewnątrz, nie umieją odpowiedzieć. Chyba to jest coś w stylu: a to może być inaczej?
Mama ugotowała zupę jarzynową. Mój chleb (podejście drugie) jest właśnie w piekarniku i wygląda ślicznie. Dyplomatycznie nie wspominam o poprzednim, norweskie warunki robienia zakwasu są nieco inne niż polskie ;) Metoda prób i błędów zawsze skuteczna.
wtorek, 18 sierpnia 2009
H jak Helikopter
Dzisiejszy dzień zdecydowanie sponsoruje literka "H" jak Helikopter. Mówiąc krótko, dzisiaj jak byłam w pracy, o 8.10 przyszła szefowa i pan R. i powiedzieli, że o 9.00 ja, mama, Asia i Rasvita mamy się stawić w recepcji, ktoś po nas podjedzie i będziemy lecieć helikopterem. Ponieważ w tym tygodniu nie ma żołnierzy, z wyjątkiem kilku, więc chyba oficerom się nudzi ;) Ponadto mieliśmy dzisiaj jedynie 6 gości (w tym właśnie pana R., pilota i dwóch innych oficerów), więc szefowa najwyraźniej uznała, że nam też się nudzi.
O 9 rano wszyscy pracownicy (z wyjątkiem jednej osoby, która miała wolne i spała, a leciała już wcześniej) opuścili stanowiska pracy, żeby polatać helikopterem, a szefowa stwierdziła jedynie "bawcie się dobrze".
Przelot helikopterem był super. Pilot i jeden z oficerów, który też leciał, postanowili trochę nas postraszyć, więc lecieliśmy np. pionowo w górę i zaraz potem pionowo w dół (przerażające uczucie kiedy przez przednią szybę widzisz zbliżającą się ziemię, albo jezioro), przechylaliśmy się ostro w prawo i w lewo, lecieliśmy doliną rzeki slalomem między górami (czułam się jak w grze komputerowej), polecieliśmy nad hotel, zawiśliśmy w powietrzu nad hotelem (z akcją spadania pionowo w dół) i wróciliśmy na lądowisko. Myślę, że żadna kolejka górska w wesołym miasteczku nie dostarcza tyle adrenaliny. A podobno Anne powiedziała pilotowi, że ma być ostrożny, bo jesteśmy jedynymi pracownikami jakich ma.
Jak wysiadłyśmy przyjechał pan R. (szef od eksplozji, jest tunajczęściej i najdłużej, sympatyczny i gadatliwy, organizator naszego lotu ;) ) i pytał pilota: "A lecieliście tak do góry i w dół?" "A lecieliście slalomem?". Ja spytałam pilota: "Czy zawsze latacie w ten sposób?" "No... nie zawsze ;)" W każdym razie było super :)

Pan R. po lewej, nasz pilot po prawej (ten w czarnym) :)

Zdjęcia z lotu zaczynają się tutaj. Wyszły mniej widowiskowo niż się spodziewałam, bo ciężko jest złapać ostrość kiedy Ci się wydaje, że zaraz możesz zginąć ;)
Drugą atrakcją dzisiejszego dnia było słońce. Było go całkiem sporo, więc postanowiłam się powygrzewać. Wygrzewanie na słońcu w tym kraju wygląda tak: ubierasz ciepłe skarpety, z dwie bluzki i koniecznie polar i rękawiczki i idziesz sprawdzić czy to wystarczy. Dzisiejszego dnia niezbędny był również ciepły koc i poduszka. Leżąc na ławce, opatulona kocem po szyję, wygrzewałam się z twarzą wystawioną na słońce.
O 9 rano wszyscy pracownicy (z wyjątkiem jednej osoby, która miała wolne i spała, a leciała już wcześniej) opuścili stanowiska pracy, żeby polatać helikopterem, a szefowa stwierdziła jedynie "bawcie się dobrze".
Przelot helikopterem był super. Pilot i jeden z oficerów, który też leciał, postanowili trochę nas postraszyć, więc lecieliśmy np. pionowo w górę i zaraz potem pionowo w dół (przerażające uczucie kiedy przez przednią szybę widzisz zbliżającą się ziemię, albo jezioro), przechylaliśmy się ostro w prawo i w lewo, lecieliśmy doliną rzeki slalomem między górami (czułam się jak w grze komputerowej), polecieliśmy nad hotel, zawiśliśmy w powietrzu nad hotelem (z akcją spadania pionowo w dół) i wróciliśmy na lądowisko. Myślę, że żadna kolejka górska w wesołym miasteczku nie dostarcza tyle adrenaliny. A podobno Anne powiedziała pilotowi, że ma być ostrożny, bo jesteśmy jedynymi pracownikami jakich ma.
Jak wysiadłyśmy przyjechał pan R. (szef od eksplozji, jest tunajczęściej i najdłużej, sympatyczny i gadatliwy, organizator naszego lotu ;) ) i pytał pilota: "A lecieliście tak do góry i w dół?" "A lecieliście slalomem?". Ja spytałam pilota: "Czy zawsze latacie w ten sposób?" "No... nie zawsze ;)" W każdym razie było super :)

Pan R. po lewej, nasz pilot po prawej (ten w czarnym) :)

Zdjęcia z lotu zaczynają się tutaj. Wyszły mniej widowiskowo niż się spodziewałam, bo ciężko jest złapać ostrość kiedy Ci się wydaje, że zaraz możesz zginąć ;)
Drugą atrakcją dzisiejszego dnia było słońce. Było go całkiem sporo, więc postanowiłam się powygrzewać. Wygrzewanie na słońcu w tym kraju wygląda tak: ubierasz ciepłe skarpety, z dwie bluzki i koniecznie polar i rękawiczki i idziesz sprawdzić czy to wystarczy. Dzisiejszego dnia niezbędny był również ciepły koc i poduszka. Leżąc na ławce, opatulona kocem po szyję, wygrzewałam się z twarzą wystawioną na słońce.
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Zdjęcia
Jak mówiłam, miało być -1 st i było. Dzięki temu był również prześliczny poranek, z ładnymi mgłami i ładnym światłem. Nie robiłam zdjęć, bo pracowałam. Jak tylko skończyłam pracę zaczęło padać i pada od soboty z drobnymi przerwami.
Przy okazji pochwalę się zbiorem grzybów i pokojem:

A to jest widok z werandy :)

Wreszcie się zebrałam i wrzuciłam zdjęcia na Picasę. To, że na nich nie pada oznacza, że robiłam je głównie w ciągu 2 pierwszych dni w lipcu i kilku następnych, kiedy było trochę cieplej, albo ładniej, albo po prostu nie padało i trzeba było się w końcu ruszyć z pokoju, bo ile można siedzieć przed kompem. Zapraszam do oglądania i komentowania, a ja tymczasem spadam do pracy ;)
Przy okazji pochwalę się zbiorem grzybów i pokojem:

A to jest widok z werandy :)

Wreszcie się zebrałam i wrzuciłam zdjęcia na Picasę. To, że na nich nie pada oznacza, że robiłam je głównie w ciągu 2 pierwszych dni w lipcu i kilku następnych, kiedy było trochę cieplej, albo ładniej, albo po prostu nie padało i trzeba było się w końcu ruszyć z pokoju, bo ile można siedzieć przed kompem. Zapraszam do oglądania i komentowania, a ja tymczasem spadam do pracy ;)
piątek, 14 sierpnia 2009
Jesienne narzekania
Czasami naprawdę nienawidzę tego miejsca. Przestało padać. Wyszło słońce. Na zewnątrz jest nawet ładnie. Tylko co z tego, skoro wiatr wieje z prędkością 5 m/s, trudno jest otworzyć drzwi, a temperatura wynosi jakieś 7 st. Rano było 3 st. Jutro rano zapowiadają -1 st C. Wrzosy zakwitły, jesień przyszła.
czwartek, 13 sierpnia 2009
Suszenie grzybów
Poszłam na grzyby. Tzn. poszłam ścieżką do Hageseter i razem z mamą zbierałyśmy grzyby. Żeby się specjalnie nie przemęczać zbierałyśmy tylko te rosnące najdalej 2 metry od ścieżki. W efekcie pół mojej ściany jest obwieszone grzybami, a poza tym wyszedł mi całkiem dobry sos grzybowy. I chyba odkryłam, która z dziwnych rzeczy na półce sklepowej to kasza jęczmienna.
Ja: Wiesz, znalazłam mnóstwo grzybów wczoraj, prawie nie mam miejsca na ścianie, żeby je wieszać.
Anne: Wieszać? Zaraz... pocięłaś je na kawałki...
Ja: ... nawlekłam na nitkę i powiesiłam na ścianie, żeby wyschły.
Anne: Acha. A nie mogłaś położyć je na raszce i włożyć do piekarnika?
Ja: W zeszłym roku próbowałam, ale coś było nie tak i wszystkie się poprzyklejały do metalu, więc postanowiłam zrobić tak jak mój dziadek zawsze robił.
Anne: Acha. No tak. Ja kiedyś próbowałam ususzyć grzyby w suszarce bębnowej.
Ja: ... ... znaczy ...
Anne: Tak, w takiej do ubrań.
Ja: ...
Anne (uśmiechnięta): Wszystko pachniało grzybami i musiałam ją umyć. Metoda nie działa, nie polecam :)
Ja: Wiesz, znalazłam mnóstwo grzybów wczoraj, prawie nie mam miejsca na ścianie, żeby je wieszać.
Anne: Wieszać? Zaraz... pocięłaś je na kawałki...
Ja: ... nawlekłam na nitkę i powiesiłam na ścianie, żeby wyschły.
Anne: Acha. A nie mogłaś położyć je na raszce i włożyć do piekarnika?
Ja: W zeszłym roku próbowałam, ale coś było nie tak i wszystkie się poprzyklejały do metalu, więc postanowiłam zrobić tak jak mój dziadek zawsze robił.
Anne: Acha. No tak. Ja kiedyś próbowałam ususzyć grzyby w suszarce bębnowej.
Ja: ... ... znaczy ...
Anne: Tak, w takiej do ubrań.
Ja: ...
Anne (uśmiechnięta): Wszystko pachniało grzybami i musiałam ją umyć. Metoda nie działa, nie polecam :)
niedziela, 9 sierpnia 2009
Uroczysty obiad
Obiad na 80 osób. 3 imprezy naraz: 60te urodziny jakiejś kobiety, impreza dla byłych pracowników i jakaś szesnastoosobowa grupa Francuzów. Plan był taki, że urodziny rozpoczynają się o 18.00 a Francuzi przychodzą o 19.15, więc nie będzie tłoku przy bufecie. W międzyczasie może zjedzą pojedynczy goście, bo inaczej nie mają szansy na wolny stolik...
Plan planem, życie życiem. 22 gości urodzinowych zaczęło jeść koło 19, bo jubilatka postanowiła rozpakować wszystkie prezenty przed obiadem. Chwilę później przyszli Francuzi, którzy byli bardziej zakręceni niż można by się spodziewać. Szefowa na wszelkie pytania zadawane przez nas (a co z tortem, czy Francuzi mają wspólny rachunek itd) odpowiadała z niewinną miną: "Nie wiem", "Nie mam pojęcia", "Nie chcę nic wiedzieć o żadnym torcie". Pomijam już fakt, że w momencie kiedy w salonie goście pili szampana za zdrowie jubilatki, Anne ze standardowym dla siebie urokiem, zaczęła szorować lodówkę do lodów, robiąc przy tym trochę hałasu i latając z mopem. Lodówka jest trochę głęboka i trzeba się schylić, żeby się do niej dostać, więc wystawał z niej tylko jej... tyłek.
Dokładnie w środku obiadu, w czasie kiedy wszyscy okupowali bufet i zamawiali litry alkoholu (w końcu 80 osób przyszło na imprezę, co z tego, że 3 różne) Anne postanowiła wymienić beczkę z piwem, bo akurat się skończyła. Anne zawsze ostrzega każdego, kto wymienia beczkę, żeby był bardzo ostrożny,bo bardzo łatwo jest coś zepsuć, a tak naprawdę woli zrobić to sama. Poprzednim razem ułamała jakąś część w beczce, więc 20 litrów piwa poszło do śmieci. Tym razem "ułamało się" coś w dystrybutorze. Efekt: kran był zamknięty, a całe 20 litrów piwa ciekło ciurkiem po całym barze. Anne zachowała całkowity spokój. Z miną pod tytułem "nic już dzisiaj nie jest w stanie mnie zadziwić" przyniosła 10 litrowe pudełko po dżemie i podstawiła je pod piwo. Chciałam zaznaczyć, że nikt z pracowników nie spowodował żadnych tego typu strat w tym sezonie, a beczka jest wymieniana kilka razy w tygodniu ;)
W międzyczasie w jadalni 22 osobowy stolik absorbował uwagę wszystkich gości, ponieważ najpierw podpita jubilatka śpiewała różne piosenki (pytane Norweżki nie były w stanie mi powiedzieć o czym), a później ktoś wygłaszał przemowę do całej jadalni. Francuzi słuchali jej z miną pełnego niezrozumienia, więc zbierając talerze powiedziałam im, żeby się nie martwili, bo ja również nie rozumiem o czym jest mowa. Wyraz twarzy z jakim pytali "Co? Ale jak?" - bezcenna.
Mieliśmy również dwoje gości - duchów. Ich rzeczy były w pokoju, tylko nikt poza Linn ich na oczy nie widział, a sama Norweżka w ogóle nie pamiętała jak wyglądają. Szefowa zwróciła na nich uwagę w momencie kiedy okazało się, że jutro muszą zwolnić pokój. Zaśmiałam się, że może to duchy, po czym zobaczyłam, że facet ma na nazwisko Kasper, co nieodzownie kojarzy z bajką o duchu zwanym Kacprem. Sytuacja przestała być zabawna, kiedy zorientowaliśmy się, że w sumie to oni wynajęli ten pokój 3 dni temu na jedną noc, więc wychodziłoby na to, że poszli w góry i nie wrócili, co już nie jest śmieszne. Ale z ostatnich wieści wiem, że chyba się znaleźli. Znaczy pali się światło u nich w pokoju ;)
Plan planem, życie życiem. 22 gości urodzinowych zaczęło jeść koło 19, bo jubilatka postanowiła rozpakować wszystkie prezenty przed obiadem. Chwilę później przyszli Francuzi, którzy byli bardziej zakręceni niż można by się spodziewać. Szefowa na wszelkie pytania zadawane przez nas (a co z tortem, czy Francuzi mają wspólny rachunek itd) odpowiadała z niewinną miną: "Nie wiem", "Nie mam pojęcia", "Nie chcę nic wiedzieć o żadnym torcie". Pomijam już fakt, że w momencie kiedy w salonie goście pili szampana za zdrowie jubilatki, Anne ze standardowym dla siebie urokiem, zaczęła szorować lodówkę do lodów, robiąc przy tym trochę hałasu i latając z mopem. Lodówka jest trochę głęboka i trzeba się schylić, żeby się do niej dostać, więc wystawał z niej tylko jej... tyłek.
Dokładnie w środku obiadu, w czasie kiedy wszyscy okupowali bufet i zamawiali litry alkoholu (w końcu 80 osób przyszło na imprezę, co z tego, że 3 różne) Anne postanowiła wymienić beczkę z piwem, bo akurat się skończyła. Anne zawsze ostrzega każdego, kto wymienia beczkę, żeby był bardzo ostrożny,bo bardzo łatwo jest coś zepsuć, a tak naprawdę woli zrobić to sama. Poprzednim razem ułamała jakąś część w beczce, więc 20 litrów piwa poszło do śmieci. Tym razem "ułamało się" coś w dystrybutorze. Efekt: kran był zamknięty, a całe 20 litrów piwa ciekło ciurkiem po całym barze. Anne zachowała całkowity spokój. Z miną pod tytułem "nic już dzisiaj nie jest w stanie mnie zadziwić" przyniosła 10 litrowe pudełko po dżemie i podstawiła je pod piwo. Chciałam zaznaczyć, że nikt z pracowników nie spowodował żadnych tego typu strat w tym sezonie, a beczka jest wymieniana kilka razy w tygodniu ;)
W międzyczasie w jadalni 22 osobowy stolik absorbował uwagę wszystkich gości, ponieważ najpierw podpita jubilatka śpiewała różne piosenki (pytane Norweżki nie były w stanie mi powiedzieć o czym), a później ktoś wygłaszał przemowę do całej jadalni. Francuzi słuchali jej z miną pełnego niezrozumienia, więc zbierając talerze powiedziałam im, żeby się nie martwili, bo ja również nie rozumiem o czym jest mowa. Wyraz twarzy z jakim pytali "Co? Ale jak?" - bezcenna.
Mieliśmy również dwoje gości - duchów. Ich rzeczy były w pokoju, tylko nikt poza Linn ich na oczy nie widział, a sama Norweżka w ogóle nie pamiętała jak wyglądają. Szefowa zwróciła na nich uwagę w momencie kiedy okazało się, że jutro muszą zwolnić pokój. Zaśmiałam się, że może to duchy, po czym zobaczyłam, że facet ma na nazwisko Kasper, co nieodzownie kojarzy z bajką o duchu zwanym Kacprem. Sytuacja przestała być zabawna, kiedy zorientowaliśmy się, że w sumie to oni wynajęli ten pokój 3 dni temu na jedną noc, więc wychodziłoby na to, że poszli w góry i nie wrócili, co już nie jest śmieszne. Ale z ostatnich wieści wiem, że chyba się znaleźli. Znaczy pali się światło u nich w pokoju ;)
sobota, 8 sierpnia 2009
Dobrego Nowego Życia
Miałam zadzwonić po ceremonii, ale pracowałam sama na obiedzie i nie udało mi się wyrwać. Po pracy usiadłam sobie na kamieniu z ostatnim zapasem mojego alkoholu (cydr gruszkowy, nie pytajcie) i podziwiając góry o wschodzie (księżyca) wypiłam zdrowie Moniki i Wojciecha (przy okazji próbując im złożyć życzenia telefonicznie, co się udało dopiero ze 2h później ;) ).
Młodej parze życzę... szczęśliwego nowego życia :) Dużo miłości, uśmiechu i wzajemnego zrozumienia. Oraz oczywiście częstszego przebywania w tej samej czasoprzestrzeni ;) Liczę również na jakąś relację, zdjęcia, co bym w tej mojej głuszy zabitej dechami miała jakiś obraz sytuacji :) Wszystkim życzę dobrej zabawy (a jak słyszałam impreza ma się całkiem nieźle) i mówię dobranoc.
Młodej parze życzę... szczęśliwego nowego życia :) Dużo miłości, uśmiechu i wzajemnego zrozumienia. Oraz oczywiście częstszego przebywania w tej samej czasoprzestrzeni ;) Liczę również na jakąś relację, zdjęcia, co bym w tej mojej głuszy zabitej dechami miała jakiś obraz sytuacji :) Wszystkim życzę dobrej zabawy (a jak słyszałam impreza ma się całkiem nieźle) i mówię dobranoc.
czwartek, 6 sierpnia 2009
Poligon
Jak już mówiłam obecnie jako gości mamy wojskowych. U nas mieszka kadra, a w hotelu 1km od nas mieszka 110 niższych stopniem żołnierzy. Zwłaszcza że tamten hotel do zeszłego roku był własnością armii. Kilometr od nas znajduje się poligon wojskowy. W zeszłym roku przez tydzień latały nad nami F-16, dokładnie nad hotelem schodziły poniżej poziomu okolicznych gór i zrzucały bomby na specjalne pole odległe od nas o 3 km. Huk był nieziemski. Śmialiśmy się, że gdyby poślizgnąłby im się palec o sekundę wcześniej to byłoby po nas. Wybyliby sobie również sporą część oficerów, co nas trochę pocieszało.
Anyway... Żołnierze przyjeżdżają do nas odkąd tutaj pracuję. Połowę pamiętam z zeszłych lat, młodzi w drugim hotelu pewnie się zmieniają. Od 5 lat słyszę, że poligon ma zostać zlikwidowany, żeby go włączyć do terenu parku narodowego. Szefowa kiedyś się śmiała, że rząd norweski zamierza wydać kilkanaście milionów koron i rozbrajać ten teren przez kilka dobrych lat, mimo że w okolicy jest cała masa ładnych gór, które aż się proszą, żeby zostać włączone do parku narodowego bez żadnych ceregieli. Pewnie cała akcja przez woły piżmowe, które sobie upodobały akurat poligon jako miejsce pobytu.
Na poligonie nie prowadzi się obecnie (odkąd pamiętam) żadnych działań (poza F-16 w zeszłym roku). Po poligonie chodzą turyści, myśliwi w poszukiwaniu reniferów itd. Nie ma tam również zakopanych min ani innych tego typu niebezpiecznych pułapek. Trzeba po prostu cały teren oczyścić z różnych małych rakietek, które kiedyś nie trafiły do celu i nie wybuchły, a cały czas mogą to zrobić.
Więc... wiecie jak oni rozbrajają ten teren? Ta cała gromada 110 żołnierzy idzie tyralierą i szuka niewybuchów. Jak coś znajdują to wołają pirotechników, którzy jadą za nimi. I tak od poniedziałku do piątku. Od 5 lat...
Mówiłam, że turyści chodzą po poligonie, nie? Żołnierz, na pytanie czy się nie boją, że ktoś wejdzie na taką uzbrojoną rakietę, powiedział ze stoickim spokojem: "Nie, można je spokojnie zobaczyć (faktycznie, w tej wyższej kamienistej części idzie to zrobić), a jest zasada, że zakrzaczenia się omija szerokim łukiem.".... Well... Dobrze wiedzieć. Zwłaszcza jak sobie przypomnę jak się w zeszłym roku przebijaliśmy z Niemcami przez wierzbę lapońską sięgającą do pasa. Nie mówiąc już o wracaniu po zmroku....
Anyway... Żołnierze przyjeżdżają do nas odkąd tutaj pracuję. Połowę pamiętam z zeszłych lat, młodzi w drugim hotelu pewnie się zmieniają. Od 5 lat słyszę, że poligon ma zostać zlikwidowany, żeby go włączyć do terenu parku narodowego. Szefowa kiedyś się śmiała, że rząd norweski zamierza wydać kilkanaście milionów koron i rozbrajać ten teren przez kilka dobrych lat, mimo że w okolicy jest cała masa ładnych gór, które aż się proszą, żeby zostać włączone do parku narodowego bez żadnych ceregieli. Pewnie cała akcja przez woły piżmowe, które sobie upodobały akurat poligon jako miejsce pobytu.
Na poligonie nie prowadzi się obecnie (odkąd pamiętam) żadnych działań (poza F-16 w zeszłym roku). Po poligonie chodzą turyści, myśliwi w poszukiwaniu reniferów itd. Nie ma tam również zakopanych min ani innych tego typu niebezpiecznych pułapek. Trzeba po prostu cały teren oczyścić z różnych małych rakietek, które kiedyś nie trafiły do celu i nie wybuchły, a cały czas mogą to zrobić.
Więc... wiecie jak oni rozbrajają ten teren? Ta cała gromada 110 żołnierzy idzie tyralierą i szuka niewybuchów. Jak coś znajdują to wołają pirotechników, którzy jadą za nimi. I tak od poniedziałku do piątku. Od 5 lat...
Mówiłam, że turyści chodzą po poligonie, nie? Żołnierz, na pytanie czy się nie boją, że ktoś wejdzie na taką uzbrojoną rakietę, powiedział ze stoickim spokojem: "Nie, można je spokojnie zobaczyć (faktycznie, w tej wyższej kamienistej części idzie to zrobić), a jest zasada, że zakrzaczenia się omija szerokim łukiem.".... Well... Dobrze wiedzieć. Zwłaszcza jak sobie przypomnę jak się w zeszłym roku przebijaliśmy z Niemcami przez wierzbę lapońską sięgającą do pasa. Nie mówiąc już o wracaniu po zmroku....
Akcja: suszenie
Właśnie odkryłam, że mój nienawidzący blogów mąż założył własnego. To pewnie wpływ środków konserwujących dodawanych do tutejszej żywności ;)
Pieczenie chleba rozpoczęta. Cholera siedzi w piekarniku i zajmie jej to jeszcze jakieś 30 minut. Rosnąć nie chciała, teraz niby jest lepiej, pachnie dziwnie (ale Asia mówi, że tutaj inaczej odczuwa zapachy, więc może ja też). Straty standardowe: w końcu ja można nie dotknąć grzałki piekarnika nagrzanej do temperatury 200 st C? Efekt jest taki, że chwilowo od 20 minut odmrażam sobie nadgarstek ;)
Żurawiny nie znalazłam, natomiast grzyby owszem. Tutaj zbieranie grzybów wygląda tak: jak w końcu zaczynasz się o nie potykać dochodzisz do wniosku, że to jednak głupota ich nie zabrać. Aha i nie ma sensu schodzić dalej niż metr od ścieżki. Po co się przedzierać przez wierzbę lapońską i inną kosodrzewinę, skoro grzyby same wchodzą Ci pod nogi?
Pieczenie chleba rozpoczęta. Cholera siedzi w piekarniku i zajmie jej to jeszcze jakieś 30 minut. Rosnąć nie chciała, teraz niby jest lepiej, pachnie dziwnie (ale Asia mówi, że tutaj inaczej odczuwa zapachy, więc może ja też). Straty standardowe: w końcu ja można nie dotknąć grzałki piekarnika nagrzanej do temperatury 200 st C? Efekt jest taki, że chwilowo od 20 minut odmrażam sobie nadgarstek ;)
Żurawiny nie znalazłam, natomiast grzyby owszem. Tutaj zbieranie grzybów wygląda tak: jak w końcu zaczynasz się o nie potykać dochodzisz do wniosku, że to jednak głupota ich nie zabrać. Aha i nie ma sensu schodzić dalej niż metr od ścieżki. Po co się przedzierać przez wierzbę lapońską i inną kosodrzewinę, skoro grzyby same wchodzą Ci pod nogi?
środa, 5 sierpnia 2009
Próba reanimacji
Przyszło słońce i od razu odżyłam. Co prawda przyszło akurat jak musiałam iść do pracy, ale nawet zza okien jadalni góry w słońcu wyglądają przepięknie. Znalazłam też zadanie na jutrzejsze przedpołudnie: będę zbierać żurawinę i grzyby. Mama już przyniosła dwa podgrzybki i jednego prawdziwka - jutro jajecznica z grzybami ;)
Zakwas się zrobił. Wydaje się być w porządku, chociaż wolałabym gdyby ładniej pachniał. Faza I pieczenia chleba rozpoczęta dziś o 23.30. Godzina zero wybije w czwartek rano. Zobaczymy ;)
Zakwas się zrobił. Wydaje się być w porządku, chociaż wolałabym gdyby ładniej pachniał. Faza I pieczenia chleba rozpoczęta dziś o 23.30. Godzina zero wybije w czwartek rano. Zobaczymy ;)
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
Deszczowe rozważania
Uśmiałam się dzisiaj czytając artykuł na GW. Wydawało mi się do tej pory, że to z powodu wzrastającej ilości niechcianych ciąż u nastolatek oraz badań wykazujących, że rodzice nie rozmawiają z dziećmi o seksie, wprowadzono do szkół wychowanie do życia w rodzinie. Przedmiot miał w dużym stopniu omawiać metody antykoncepcji, ryzyko chorób, a także szacunek dla partnera itd. I teraz ... jak to się wszystko ma do "wychowania w abstynencji" i zniechęcania do seksu przedmałżeńskiego? Nie wiem, na jednej lekcji będą mówić, że należy się zabezpieczać podczas uprawiania seksu, a na następnej, że seks przedmałżeński jest zły? I może jeszcze oba zajęcia będzie prowadził ten sam nauczyciel? I jak można omawiać kwestię seksu przed ślubem na zajęciach, które w ogóle nie powinny być związane z religią! I dlaczego przez anglistów i matematyków? Niestety polska szkoła nie jest przygotowana do tego, żeby nauczać innych wartości niż katolickie. I szkoda, że próbuje nauczać ich na siłę.
Pomijam kwestię niekompetentnie prowadzonych lekcji wychowania do życia w rodzinie. Chodziło mi raczej o założenia.
Szefowa dzisiaj doszła do wniosku, że ludzie zupełnie nie zwracają uwagi na to, co się wokół nich dzieje i na to, co jest napisane. Nie było to specjalnie odkrywcze, ponieważ obserwuję to każdego dnia pracy. W ramach usług hotelowych napełniamy gościom termosy (kawa, herbata, inne). Jest napisane w kilku miejscach, że napełniamy je rano przed śniadaniem, więc prosimy o zostawienie ich wieczorem dnia poprzedniego. Codziennie rano jest ktoś kto przynosi termos. Albo dziesięciu takich ktosiów. Albo jeden i ten sam ktoś 4 dni z rzędu. I co z tego, że już za pierwszym razem powiedziałaś, że prosimy i przyniesienie wieczorem. Jest napisane, że śniadanie jest do 9.30. Dzisiaj 5 osób przyszło o 9.32. Ktoś potrafi mnie zapytać gdzie jest mleko stojąc 20 cm od niego.
A najfajniej jest jak ludzie próbują być mili i widząc, że zbieram talerze przy ich stoliku, próbują mi podać miseczkę. Tylko że ja już mam 4 talerze na lewej ręce i dwa w prawej... Ale przecież zęby mam jeszcze wolne ;) I tak codziennie :)
Przyjechali żołnierze :) Wszystkie pokoje zajęte, pełno wojskowych mercedesów terenowych... Dziewczyny musiały się przenieść na pierwsze piętro w anneksie, tylko my z mamą zostałyśmy na dole, bo "nasz pokój jest na tyle brzydki", że szefowa go nie wynajęła ;) Więc... mieszkamy na piętrze z samymi mężczyznami. Wyjaśniając tym, którzy wyobrazili sobie polskich szeregowych, tutejsze wojsko zachowuje się zupełnie inaczej, po drugie u nas w hotelu mieszka sama wyższa kadra, po trzecie po 5 latach pracy tutaj mam wtyki u głównodowodzącego. U jego zastępcy również ;) A faktem jest, że żołnierze to bardzo solidni goście: punktualni, nie grymaszący (w większości), mili i mało absurbujący. Więc... teraz mój mąż mógłby się zrobić zazdrosny i mnie odwiedzić... :)
Pomijam kwestię niekompetentnie prowadzonych lekcji wychowania do życia w rodzinie. Chodziło mi raczej o założenia.
Szefowa dzisiaj doszła do wniosku, że ludzie zupełnie nie zwracają uwagi na to, co się wokół nich dzieje i na to, co jest napisane. Nie było to specjalnie odkrywcze, ponieważ obserwuję to każdego dnia pracy. W ramach usług hotelowych napełniamy gościom termosy (kawa, herbata, inne). Jest napisane w kilku miejscach, że napełniamy je rano przed śniadaniem, więc prosimy o zostawienie ich wieczorem dnia poprzedniego. Codziennie rano jest ktoś kto przynosi termos. Albo dziesięciu takich ktosiów. Albo jeden i ten sam ktoś 4 dni z rzędu. I co z tego, że już za pierwszym razem powiedziałaś, że prosimy i przyniesienie wieczorem. Jest napisane, że śniadanie jest do 9.30. Dzisiaj 5 osób przyszło o 9.32. Ktoś potrafi mnie zapytać gdzie jest mleko stojąc 20 cm od niego.
A najfajniej jest jak ludzie próbują być mili i widząc, że zbieram talerze przy ich stoliku, próbują mi podać miseczkę. Tylko że ja już mam 4 talerze na lewej ręce i dwa w prawej... Ale przecież zęby mam jeszcze wolne ;) I tak codziennie :)
Przyjechali żołnierze :) Wszystkie pokoje zajęte, pełno wojskowych mercedesów terenowych... Dziewczyny musiały się przenieść na pierwsze piętro w anneksie, tylko my z mamą zostałyśmy na dole, bo "nasz pokój jest na tyle brzydki", że szefowa go nie wynajęła ;) Więc... mieszkamy na piętrze z samymi mężczyznami. Wyjaśniając tym, którzy wyobrazili sobie polskich szeregowych, tutejsze wojsko zachowuje się zupełnie inaczej, po drugie u nas w hotelu mieszka sama wyższa kadra, po trzecie po 5 latach pracy tutaj mam wtyki u głównodowodzącego. U jego zastępcy również ;) A faktem jest, że żołnierze to bardzo solidni goście: punktualni, nie grymaszący (w większości), mili i mało absurbujący. Więc... teraz mój mąż mógłby się zrobić zazdrosny i mnie odwiedzić... :)
sobota, 1 sierpnia 2009
Podsumowanie miesiąca...
... i trochę narzekania.
W ciągu ostatniego miesiąca:
- raz widziałam się z mężem
- miałam 7 dni wolnych (w tym 2 na podróż tutaj)
- większość czasu spałam
- dwa razy miałam gości :)
- były białe noce, ale się skończyły
- ani razu nie byłam w sklepie
- tylko raz miałam migrenę
- moje włosy są na etapie zsianowienia (zazwyczaj pod koniec mojego pobytu tutaj mają tendencję do wypadanie garściami
- przez większość czasu padało, a jak nie padało to było mgliście i zimno
- kilka razy biegałam
- 3 razy piłam alkohol, 2 razy kupiłam lody w hotelu, zjadłam 2 paczki ciastek
- przeczytałam 2 książki i obejrzałam kilka filmów
- zrobiłam bardzo niewiele zdjęć
- wielokrotnie nie chodziłam na śniadania i wielokrotnie nie chodziłam na obiady
- żywiłam się głównie żółtym serem
- moje dłonie usiłują się na mnie mścić za niewłaściwe traktowanie (a co ja za to mogę, że praca w kuchni bardzo wysusza ręce)
- skończyła się wiosna
- pojawiły się pierwsze grzyby
- podobno zaczęła się jesień
Pewnego poranka ostatnio było strasznie mgliście i ciemno. Marudziłam Linn, że pogoda nadaje się wyłącznie do spania.
Linn: No chcesz, przecież już się jesień zbliża.
Ja: Jaka jesień! Przecież jest środek lata!
Linn: Jakiego lata. Sierpień się zbliża. Lato było w zeszłym tygodniu.
Dzisiaj pierwszy raz od przyjazdu byłam w sklepie. Miałam wolne, wyciągnęłam mamę i pojechałyśmy pociągiem do Oppdal (50km na północ). Mama tęskniąca za słodyczami kupiła mnóstwo ciastek. Ja, tęskniąca do normalnego jedzenia, starałam się kupić coś, z czego można by ugotować obiad jaki znam. A w ogóle to tutaj jest zdecydowanie łatwiej kupić mąkę żytnią (i razową i zwykłą) niż w Polsce! Dostałam żytnią razową i zobaczę czy mi zakwas wyjdzie. A jak już mi zakwas wyjdzie to chleb też (o ile piekarnik będzie ze mną współpracował, bo ten w anneksie żyje własnym życiem jeśli chodzi o dłuższe pieczenie).
Miałam sobie też kupić wino. Przy okazji odkryłam, że wina w hotelu są 3 razy droższe niż w normalnym sklepie. Ale najpierw poszłyśmy zrobić rozpoznanie w Vinmonopolet, ale nie kupiłyśmy myśląc, że najpierw zrobimy normalne zakupy, a potem wrócimy i wino kupimy na samym końcu. Ale oczywiście Norwegia rządzi się własnymi prawami czyli: jeżeli całe centrum handlowe (no, nazwijmy to centrum handlowym) jest otwarte do 18 w sobotę, to wcale nie oznacza, że wszystkie sklepy są czynne do 18. 2/3 z nich jest zamykana każdy o swojej porze. A ponieważ w Norwegii cięższy alkohol (czyli wszystko oprócz piwa i cydru) może być sprzedawane tylko w specjalnym sklepie, zwanym właśnie Vinmonopolet i ten akurat jest czynny w sobotę do 16, więc... nie kupiłam sobie wina. Bo oczywiście w całym Oppdal jest tylko jeden. Tak samo jak jest jedna apteka, 3 markety spożywcze, 2 sklepy z ciuchami, 1 meblowy (w końcu Oppdal to spora miejscowość ;) ), widziałam nawet jakąś księgarnię, ze dwóch fryzjerów, z 2-3 kaffeterie i 1 pizzeria. To miałam na myśli mówiąc "centrum handlowe". Ale mają tam też podobno dobrą chińszczyznę. Wiem, bo pamiętam jak Anne Stine 5 lat temu jechała do Oppdal po chińskie żarcie na kolację. Razem drobne 100km.
Aha. Oczywiście wystarczy pojechać od nas w którąkolwiek stronę i zjechać trochę niżej z gór, żeby okazało się, że słońce i temperatura 20st Celcjusza nadal istnieją.
W ciągu ostatniego miesiąca:
- raz widziałam się z mężem
- miałam 7 dni wolnych (w tym 2 na podróż tutaj)
- większość czasu spałam
- dwa razy miałam gości :)
- były białe noce, ale się skończyły
- ani razu nie byłam w sklepie
- tylko raz miałam migrenę
- moje włosy są na etapie zsianowienia (zazwyczaj pod koniec mojego pobytu tutaj mają tendencję do wypadanie garściami
- przez większość czasu padało, a jak nie padało to było mgliście i zimno
- kilka razy biegałam
- 3 razy piłam alkohol, 2 razy kupiłam lody w hotelu, zjadłam 2 paczki ciastek
- przeczytałam 2 książki i obejrzałam kilka filmów
- zrobiłam bardzo niewiele zdjęć
- wielokrotnie nie chodziłam na śniadania i wielokrotnie nie chodziłam na obiady
- żywiłam się głównie żółtym serem
- moje dłonie usiłują się na mnie mścić za niewłaściwe traktowanie (a co ja za to mogę, że praca w kuchni bardzo wysusza ręce)
- skończyła się wiosna
- pojawiły się pierwsze grzyby
- podobno zaczęła się jesień
Pewnego poranka ostatnio było strasznie mgliście i ciemno. Marudziłam Linn, że pogoda nadaje się wyłącznie do spania.
Linn: No chcesz, przecież już się jesień zbliża.
Ja: Jaka jesień! Przecież jest środek lata!
Linn: Jakiego lata. Sierpień się zbliża. Lato było w zeszłym tygodniu.
Dzisiaj pierwszy raz od przyjazdu byłam w sklepie. Miałam wolne, wyciągnęłam mamę i pojechałyśmy pociągiem do Oppdal (50km na północ). Mama tęskniąca za słodyczami kupiła mnóstwo ciastek. Ja, tęskniąca do normalnego jedzenia, starałam się kupić coś, z czego można by ugotować obiad jaki znam. A w ogóle to tutaj jest zdecydowanie łatwiej kupić mąkę żytnią (i razową i zwykłą) niż w Polsce! Dostałam żytnią razową i zobaczę czy mi zakwas wyjdzie. A jak już mi zakwas wyjdzie to chleb też (o ile piekarnik będzie ze mną współpracował, bo ten w anneksie żyje własnym życiem jeśli chodzi o dłuższe pieczenie).
Miałam sobie też kupić wino. Przy okazji odkryłam, że wina w hotelu są 3 razy droższe niż w normalnym sklepie. Ale najpierw poszłyśmy zrobić rozpoznanie w Vinmonopolet, ale nie kupiłyśmy myśląc, że najpierw zrobimy normalne zakupy, a potem wrócimy i wino kupimy na samym końcu. Ale oczywiście Norwegia rządzi się własnymi prawami czyli: jeżeli całe centrum handlowe (no, nazwijmy to centrum handlowym) jest otwarte do 18 w sobotę, to wcale nie oznacza, że wszystkie sklepy są czynne do 18. 2/3 z nich jest zamykana każdy o swojej porze. A ponieważ w Norwegii cięższy alkohol (czyli wszystko oprócz piwa i cydru) może być sprzedawane tylko w specjalnym sklepie, zwanym właśnie Vinmonopolet i ten akurat jest czynny w sobotę do 16, więc... nie kupiłam sobie wina. Bo oczywiście w całym Oppdal jest tylko jeden. Tak samo jak jest jedna apteka, 3 markety spożywcze, 2 sklepy z ciuchami, 1 meblowy (w końcu Oppdal to spora miejscowość ;) ), widziałam nawet jakąś księgarnię, ze dwóch fryzjerów, z 2-3 kaffeterie i 1 pizzeria. To miałam na myśli mówiąc "centrum handlowe". Ale mają tam też podobno dobrą chińszczyznę. Wiem, bo pamiętam jak Anne Stine 5 lat temu jechała do Oppdal po chińskie żarcie na kolację. Razem drobne 100km.
Aha. Oczywiście wystarczy pojechać od nas w którąkolwiek stronę i zjechać trochę niżej z gór, żeby okazało się, że słońce i temperatura 20st Celcjusza nadal istnieją.
Subskrybuj:
Posty (Atom)