W jednej z poprzednich notek napisałam, że najbliższy szpital położniczy jest w Trondheim. 160 km stąd. Jo skomentowała to stwierdzeniem, że mam się szykować na odbieranie porodu. Otóż pewnego pięknego dnia, kiedy zamiast pracować siedziałam z szefową i Lilian pijąc kawę, doszłyśmy do wniosku, że na pewno w święta będzie wielka śnieżyca, w związku z czym zamkną drogi i: goście nie dojadą, dzieci utkną w szkole w Dombas, a Hege w tym momencie zacznie rodzić. Anne (matka dwójki dzieci i babcia 3ga wnucząt - lub 5ciorga, jeżeli liczyć te przyszywane) stwierdziła z rozbrajającym uśmiechem, że ona zamierza szykować gorącą wodę, bo widziała na filmach, że tak się powinno robić i to wszystko, bo nie ma pojęcia co dalej. Doszłyśmy jednak do wniosku, że nie ma się co martwić, w końcu to trzecie dziecko Hege, a poza tym ona przecież jest pielęgniarką, to na pewno wie co robić. A ponadto Martin ma wprawę w przyjmowaniu porodów jagniąt, więc sobie poradzą. Tyle jeśli chodzi o przejęcie przyszłej babci.
Przy okazji zapytałam Hege i Martina, czy planują jechać kilka dni wcześniej, czy cokolwiek... Popatrzyli na mnie dziwnie z miną "Ale o co Ci, dziewczyno, chodzi?" lekko wzruszając ramionami. Powiedziałam, że no w sumie tak, nie ma się co martwić, przecież Hege jest pielęgniarką, a Martin ma wprawę w odbieraniu porodów owiec. Hege się roześmiała, a przyszły ojciec powiedział ze stoickim spokojem "Jasne, a jak dziecko ułoży się nieprawidłowo to wepchnę z powrotem i odwrócę".
Poza tym zarówno Hege, jak i Anne, jak i Lilian wyraziły (niezależnie) tą samą opinię:
"Przecież do Trondheim jedzie się tylko 2,5 godziny. Jak (Hege) poczuje, że się zaczyna, to wsiądą w samochód i pojadą, przecież poród zazwyczaj trwa kilka godzin"
Jeżeli ktoś z Was, moi drodzy, nie miał jeszcze do czynienia ze skandynawską mentalnością, to proszę być przygotowanym na tego typu niespodzianki. Poza tym nic dziwnego, że Norwedzy są całkiem zdrowym narodem, skoro słowo "stres" jest dla nich pojęciem obcym...
A termin porodu zbliża się nie ubłagalnie, zostało 9 dni. A jeszcze wczoraj widziałam Hege przesuwającą ciężką donicę ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwedzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwedzy. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 25 marca 2010
niedziela, 6 grudnia 2009
Skrzyżowania
Norwedzy i ich cholerne zamiłowanie do skrzyżowań równorzędnych. W prawie każdym możliwym miejscu. Wyjeżdżasz sobie spokojnie z wąskiej osiedlowej drogi, strefa ograniczenia do 30km/h itd. Dojeżdżasz do szerokiej oświetlonej jezdni, z namalowanymi liniami, pasami i jeżdżącymi po niej autobusami. No więc stajesz i się rozglądasz. Widzisz światła nadjeżdżającego z lewej samochodu, więc czekasz. Po chwili zastanawiasz się czemu ta taksówka zwalnia. Zaraz potem myślisz, czemu on, do cholery, stoi i czego właściwie chce od mnie.... On pewnie myśli, dlaczego ta kretynka z prawej nie jedzie, skoro ma pierwszeństwo...
Facet zdążył się zirytować i pojechać zanim się zorientowałam o co mu chodzi. Po prostu ciężko jest mi się przyzwyczaić, że droga o niższej klasie ma pierwszeństwo przed drogą o wyższej klasie... Norwedzy skutecznie sprawili, że po mieście nie da się jeździć za szybko. Po prostu cały czas musisz uważać na wszystkie małe dróżki z prawej.... Agggrrrhh!
Aha. Zapisy na Sylwestra najwyraźniej skończyły się zanim się rozpoczęły ;) Na szczęście właściciele powiedzieli, że nie widzą problemów, bo... wyjeżdżają w góry.
Facet zdążył się zirytować i pojechać zanim się zorientowałam o co mu chodzi. Po prostu ciężko jest mi się przyzwyczaić, że droga o niższej klasie ma pierwszeństwo przed drogą o wyższej klasie... Norwedzy skutecznie sprawili, że po mieście nie da się jeździć za szybko. Po prostu cały czas musisz uważać na wszystkie małe dróżki z prawej.... Agggrrrhh!
Aha. Zapisy na Sylwestra najwyraźniej skończyły się zanim się rozpoczęły ;) Na szczęście właściciele powiedzieli, że nie widzą problemów, bo... wyjeżdżają w góry.
środa, 25 listopada 2009
A fjordy nam z ręki jadły...
Odnośnie komentarza Wojciecha, który stwierdził, że nie dziwi się wikingom, że zamiast siedzieć na tych swoich skrawkach lądu otoczonych górami woleli sprawdzić, czy nie ma czegoś do złupienia na południu, wrzuciłam właśnie zdjęcia z kolejnego "middle of nowhere". Chyba nawet bardziej "nowhere" niż Hjerkinn. Hjerkinn przynajmniej miało drogę. Szlak przez góry. Ścieżkę. Cokolwiek!
Na zdjęciach przedstawione są 3 wioski.
Gudvangen. Mała wioska położona nad najwęższym fjordem świata. Co ciekawe - przy głównej drodze Oslo-Bergen (tunele, tunele, tunele, więcej tuneli w tym takie po 11,5km i po 24,5 km. A i wąska). Jeden sklep będący jednocześnie stacją benzynową. Stacja benzynowa będąca sklepem też może być. Whatever. Zamknięte sklepy z pamiątkami sugerują, że ludzie żyją głównie z turystów. Miejsce znane z odbywającego się tam festiwalu wikińskiego. Latem bardzo urokliwe. Zimą... także urokliwe, aczkolwiek wydaje się być również dobrą inscenizacją do jakiegoś horroru.
Bakka. Do Bakka można się dostać tylko i wyłącznie od strony Gudvangen (można oczywiście również przypłynąć, ale miałam na myśli drogę lądową). No dobra, przy dużej ilości szpeju wspinaczkowego i samozaparcia można próbować przeleźć górą. Zwłaszcza jeżeli ktoś chce popełnić spektakularne samobójstwo. Anyway, dojazd samochodem możliwy jest tylko od strony Gudvangen. Odległość - 6 km, z czego 2 km to tunel. Droga szeroka na jeden samochód. Przy tunelu poszaleli, bo zrobili go tak na 1,5, a co! Przy braku ruchu turystycznego, czyli w sezonie jesienno-zimowym nie działa sygnalizacja świetlna (domyślam się, że latem ruch jest wahadłowy) jak również oświetlenie tunelu. W celu zapewnienia bezpieczeństwa postawiono tablice informujące o konieczności włączenia długich świateł. Wrażenie niesamowite, zwłaszcza że jak się już widzi koniec tunelu (tunel oczywiście ma zakręty) to widać morze i człowiek się zastanawia, czy tam na pewno jest droga. W każdym razie wioska Bakka składa się z około 30 zabudowań. Nie wiem czy wszystkie są zamieszkane, natomiast wyczytałam, że mieszkańcy zajmują się hodowlą kóz i produkcją serów. Nie jestem co prawda gdzie te kozy pasą, ale pewnie mają jakieś ukryte ścieżki w górach.
Undredal. Wioska, do której trafiliśmy przypadkiem. Położona między Gudvangen (tunelem 11,5km) oraz Aurland (tunelem jakieś 8km). Z tego właśnie powodu do roku 1989 wioska nie miała żadnej drogi lądowej poza swoją dolinę. Cały transport odbywał się wodą.
Wydawało Ci się kiedyś, że masz daleko do szkoły? Ha! Przynajmniej nie musiałeś do niej pływać...
Ale w końcu Norwedzy są specami od kopania w skałach (co jest ciekawe, bo jakoś wcale nie przypominają krasnoludów), więc i do tej małej wioski się przebili. Undredal również zajmuje się hodowlą kóz i produkcją serów. Poza tym .... śmiem przypuszczać, że jesienią rodzi się dużo dzieci, bo naprawdę nie wiem co można tam robić.
Na zdjęciach przedstawione są 3 wioski.
Gudvangen. Mała wioska położona nad najwęższym fjordem świata. Co ciekawe - przy głównej drodze Oslo-Bergen (tunele, tunele, tunele, więcej tuneli w tym takie po 11,5km i po 24,5 km. A i wąska). Jeden sklep będący jednocześnie stacją benzynową. Stacja benzynowa będąca sklepem też może być. Whatever. Zamknięte sklepy z pamiątkami sugerują, że ludzie żyją głównie z turystów. Miejsce znane z odbywającego się tam festiwalu wikińskiego. Latem bardzo urokliwe. Zimą... także urokliwe, aczkolwiek wydaje się być również dobrą inscenizacją do jakiegoś horroru.
Bakka. Do Bakka można się dostać tylko i wyłącznie od strony Gudvangen (można oczywiście również przypłynąć, ale miałam na myśli drogę lądową). No dobra, przy dużej ilości szpeju wspinaczkowego i samozaparcia można próbować przeleźć górą. Zwłaszcza jeżeli ktoś chce popełnić spektakularne samobójstwo. Anyway, dojazd samochodem możliwy jest tylko od strony Gudvangen. Odległość - 6 km, z czego 2 km to tunel. Droga szeroka na jeden samochód. Przy tunelu poszaleli, bo zrobili go tak na 1,5, a co! Przy braku ruchu turystycznego, czyli w sezonie jesienno-zimowym nie działa sygnalizacja świetlna (domyślam się, że latem ruch jest wahadłowy) jak również oświetlenie tunelu. W celu zapewnienia bezpieczeństwa postawiono tablice informujące o konieczności włączenia długich świateł. Wrażenie niesamowite, zwłaszcza że jak się już widzi koniec tunelu (tunel oczywiście ma zakręty) to widać morze i człowiek się zastanawia, czy tam na pewno jest droga. W każdym razie wioska Bakka składa się z około 30 zabudowań. Nie wiem czy wszystkie są zamieszkane, natomiast wyczytałam, że mieszkańcy zajmują się hodowlą kóz i produkcją serów. Nie jestem co prawda gdzie te kozy pasą, ale pewnie mają jakieś ukryte ścieżki w górach.
Undredal. Wioska, do której trafiliśmy przypadkiem. Położona między Gudvangen (tunelem 11,5km) oraz Aurland (tunelem jakieś 8km). Z tego właśnie powodu do roku 1989 wioska nie miała żadnej drogi lądowej poza swoją dolinę. Cały transport odbywał się wodą.
Wydawało Ci się kiedyś, że masz daleko do szkoły? Ha! Przynajmniej nie musiałeś do niej pływać...
Ale w końcu Norwedzy są specami od kopania w skałach (co jest ciekawe, bo jakoś wcale nie przypominają krasnoludów), więc i do tej małej wioski się przebili. Undredal również zajmuje się hodowlą kóz i produkcją serów. Poza tym .... śmiem przypuszczać, że jesienią rodzi się dużo dzieci, bo naprawdę nie wiem co można tam robić.
wtorek, 17 listopada 2009
Odblaski
Proszę Państwa. Pomimo mojego ciągłego narzekania na wiele rzeczy, w tym przeuroczym kraju zdarzają się również momenty, w których Norwedzy mnie bardzo pozytywnie zaskakują. Jedną z nich jest ubiór pieszych nocą.
Pozwolę sobie pominąć zachowanie tychże pieszych podczas przechodzenia przez ulicę. Obawiam się, że w Polsce zginęli by na pierwszej z brzegu zebrze bez sygnalizacji świetlnej. Tutaj nikt nie zna zasady "Przed przejściem dla pieszych należy się zatrzymać. Rozejrzeć w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo". Tutaj kierowcy dostają nerwicy, ponieważ muszą ciągle być czujni, czy im jakiś człowiek nagle nie wlezie pod koła, bo wchodząc na pasy akurat patrzył w zupełnie inną stronę. I nie żartuję, sama byłam świadkiem. Tutejsi kierowcy widząc pieszego w odległości kilku m od przejścia już zaczynają się zatrzymywać....
Anyway, miało być o pieszych nocą. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Niemniej jednak 99% pieszych, nieważne czy idą ulicą oświetloną czy nie (a wiele osiedlowych uliczek, (przy czym pisząc "osiedle" mam na myśli osiedle domków jednorodzinnych, bo innych tu nie ma) jest tutaj kiepsko oświetlona) jest widoczna. Dlaczego? Ha! Jakie to proste. Ponieważ mają różnego rodzaju odblaski! Albo coś im się majta koło rękawów (kojarzycie rękawiczki dla dzieci takie połączone sznurkiem zwisające z rękawów? To niektórzy mają coś takiego). Albo mają opaski odblaskowe zaciskające się na rękawach kurtek koło nadgarstków albo wokół kostek. Niektórzy nawet po prostu na wieczorny spacer do sklepu lub z psem ubierają kamizelki odblaskowe. I chodzą tak po mieście! (To że miasto to jednocześnie góry pomijam ;)) Dzisiaj widziałam ojca z dwójką synów, gdzie on miał opaski, a dzieciaki kamizelki. I nie ma opcji, że ee, nie bo jak to wygląda. Baaardzo mi się to podoba.
Widzicie, kupiłam sobie kurtkę koloru czerwonego. Nie tylko dlatego, że lubię czerwony, ale dlatego, że chciałam być widoczna np. w górach czy na rowerze.... No i okazuje się, że tutaj ta moja idea bycia widocznej w czerwonej kurtce na rowerze ciut przegrywa... Bo widzicie... Rowerzyści to często jeżdżą w odblaskowych kamizelkach. A część z nich jeździ, uwaga, w wściekle odblaskowych kurtkach! I jeszcze z jadowicie zielonym pokrowcem przeciwdeszczowym na plecak. A ponadto, niektórzy do kompletu mają odblaskowy pokrowiec, który zakładają na kask. A przy okazji... nie widziałam tu rowerzysty bez kasku. I w sumie się nie dziwie. Jazda bez sprawnych hamulców w tym górskim mieście byłaby na pewno jedyna w swoim rodzaju. Nie byłoby szans na powtórkę.
Pozwolę sobie pominąć zachowanie tychże pieszych podczas przechodzenia przez ulicę. Obawiam się, że w Polsce zginęli by na pierwszej z brzegu zebrze bez sygnalizacji świetlnej. Tutaj nikt nie zna zasady "Przed przejściem dla pieszych należy się zatrzymać. Rozejrzeć w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo". Tutaj kierowcy dostają nerwicy, ponieważ muszą ciągle być czujni, czy im jakiś człowiek nagle nie wlezie pod koła, bo wchodząc na pasy akurat patrzył w zupełnie inną stronę. I nie żartuję, sama byłam świadkiem. Tutejsi kierowcy widząc pieszego w odległości kilku m od przejścia już zaczynają się zatrzymywać....
Anyway, miało być o pieszych nocą. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Niemniej jednak 99% pieszych, nieważne czy idą ulicą oświetloną czy nie (a wiele osiedlowych uliczek, (przy czym pisząc "osiedle" mam na myśli osiedle domków jednorodzinnych, bo innych tu nie ma) jest tutaj kiepsko oświetlona) jest widoczna. Dlaczego? Ha! Jakie to proste. Ponieważ mają różnego rodzaju odblaski! Albo coś im się majta koło rękawów (kojarzycie rękawiczki dla dzieci takie połączone sznurkiem zwisające z rękawów? To niektórzy mają coś takiego). Albo mają opaski odblaskowe zaciskające się na rękawach kurtek koło nadgarstków albo wokół kostek. Niektórzy nawet po prostu na wieczorny spacer do sklepu lub z psem ubierają kamizelki odblaskowe. I chodzą tak po mieście! (To że miasto to jednocześnie góry pomijam ;)) Dzisiaj widziałam ojca z dwójką synów, gdzie on miał opaski, a dzieciaki kamizelki. I nie ma opcji, że ee, nie bo jak to wygląda. Baaardzo mi się to podoba.
Widzicie, kupiłam sobie kurtkę koloru czerwonego. Nie tylko dlatego, że lubię czerwony, ale dlatego, że chciałam być widoczna np. w górach czy na rowerze.... No i okazuje się, że tutaj ta moja idea bycia widocznej w czerwonej kurtce na rowerze ciut przegrywa... Bo widzicie... Rowerzyści to często jeżdżą w odblaskowych kamizelkach. A część z nich jeździ, uwaga, w wściekle odblaskowych kurtkach! I jeszcze z jadowicie zielonym pokrowcem przeciwdeszczowym na plecak. A ponadto, niektórzy do kompletu mają odblaskowy pokrowiec, który zakładają na kask. A przy okazji... nie widziałam tu rowerzysty bez kasku. I w sumie się nie dziwie. Jazda bez sprawnych hamulców w tym górskim mieście byłaby na pewno jedyna w swoim rodzaju. Nie byłoby szans na powtórkę.
środa, 22 lipca 2009
Przerośnięta owca
Dialog z koleżanką:
Ja: U nas zimno cały czas i pada.
Ona: No, u nas (w Poznaniu) też nie jest najcieplej.
Ja: Co rozumiesz przez "nie jest najcieplej"?
Ona: No... 18-20 stopni.
Ja: Well... To przynajmniej więcej niż 5-10st, a jak jest 15 to połowa Norwegów biega w T-shirt'ach, bo przecież lato wróciło...
Wół piżmowy jaki jest każdy widzi. Jak nie widzi, to niech zobaczy, łącznie z komentarzami. Rozmawiałam z tutejszym przewodnikiem od Moskussafari (Moskus po norwesku to wół piżmowy). Pytał, jak moskusy nazywają się po polsku, więc mu powiedziałam. Próbował powtórzyć, ale skomplikowane głoski jak "ł" czy "ż" są dla Norwegów ciut za trudne.
On: O, musisz mi to zapisać, bo ja zbieram jak woły się nazywają w różnych językach. Np. w lapońskim jest to "..." (tu padła skomplikowana nazwa, której nie powtórzę), co oznacza: zwierzę z długą brodą.
Ja: Hmmm... powiedziałabym, że to raczej koza.
On: No tak, ale to prawda, bo woły piżmowe należą do rodziny owiec i kóz.
Ja:(zastanawiając się czy sobie ze mnie jaj nie robi) Owiec? Do rodziny owiec? Cholera, to wy naprawdę macie owce wszędzie!
On (wyraźnie rozbawiony): No! Nawet takie przerośnięte!
Ja: U nas zimno cały czas i pada.
Ona: No, u nas (w Poznaniu) też nie jest najcieplej.
Ja: Co rozumiesz przez "nie jest najcieplej"?
Ona: No... 18-20 stopni.
Ja: Well... To przynajmniej więcej niż 5-10st, a jak jest 15 to połowa Norwegów biega w T-shirt'ach, bo przecież lato wróciło...
Wół piżmowy jaki jest każdy widzi. Jak nie widzi, to niech zobaczy, łącznie z komentarzami. Rozmawiałam z tutejszym przewodnikiem od Moskussafari (Moskus po norwesku to wół piżmowy). Pytał, jak moskusy nazywają się po polsku, więc mu powiedziałam. Próbował powtórzyć, ale skomplikowane głoski jak "ł" czy "ż" są dla Norwegów ciut za trudne.
On: O, musisz mi to zapisać, bo ja zbieram jak woły się nazywają w różnych językach. Np. w lapońskim jest to "..." (tu padła skomplikowana nazwa, której nie powtórzę), co oznacza: zwierzę z długą brodą.
Ja: Hmmm... powiedziałabym, że to raczej koza.
On: No tak, ale to prawda, bo woły piżmowe należą do rodziny owiec i kóz.
Ja:(zastanawiając się czy sobie ze mnie jaj nie robi) Owiec? Do rodziny owiec? Cholera, to wy naprawdę macie owce wszędzie!
On (wyraźnie rozbawiony): No! Nawet takie przerośnięte!
czwartek, 9 lipca 2009
Lepszy seks
Szefowa w ramach pracy dodatkowej postanowiła dać nam... sprzątanie strychu stajni. Nie za bardzo wiem, jak Wam przedstawić grozę sytuacji... Wyobraźcie sobie stajnię 2 lub 3 razy większą niż taka jaką zwykle widujecie w Polsce. Potem sobie wyobraźcie ogromny strych z mnóstwem starych bryczek, sań, powozów, sprzętu rolniczego z początku XX w., następnie wyobraźcie sobie wielkiego, kudłatego kota, który spał na tych wszystkich bryczkach i zostawiał tonę sierści, na koniec to co uzyskaliście przemnóżcie jeszcze przez mnóstwo kurzu i siana.... i mniej więcej uzyskacie obraz tego... molocha. Tak więc dzisiaj po południu wreszcie się za to zabierzemy, bo w końcu ile można to odkładać. Zwłaszcza, że pogoda jest brzydka.
Przez ostatnie 3 lata Martin w zakresie swoich obowiązków (oprócz zajmowania się farmą, przecierania zimą szlaków pieszych i biegowych, odśnieżania drogi itd.) miał konserwację radiostacji znajdującej się... na szczycie Snohetty. Była to najwyższa góra w Norwegii, zanim nie zmieniono narzędzi pomiarowych i nie okazało się, że już nie jest. Na jej szczycie znajduje się (ściśle tajna wg szefowej, ale mimo to szukała jej zdjęcia w folderze o poligonie) stacja radiowa, która ma duże znaczenie dla obrony narodowej Norwegii. Tak więc Martin musiał ją konserwować i raz na jakiś czas jeździć tam zimą skuterem. Snohetta wygląda tak:

więc nie wiem jak on to robił. Wyobrażam sobie natomiast jego wyszczerzoną minę jak musiał tak sobie jeździć i jeszcze mu za to płacili. Nie był sam. Okazało się, że razem z nim jeździł Bjorn (były facet Anne Stine), który z kolei jechał tylko po to, żeby sobie zjechać na dół na desce snowbordowej. Anne stwierdziła, że wojsko widocznie uznało, że chłopaki mieli za dużo frajdy i teraz kontrolują urządzenia zdalnie. Aha, zdjęcie jest z zeszłego roku, z końca września, widać też hotel. Z hotelu do podnóży Snohetty jest jakieś 11km. Jak będzie ładniejsza pogoda to zrobię jakieś ładniejsze zdjęcie.
Przy okazji wywiązała się kolejna rozmowa z szefową o owcach. Jak wiadomo co roku narzekam na owce w Norwegii, że gdzie nie pójdziesz tam małe, białe głupie zwierzęta i zamiast ciszy i spokoju słyszysz ciągłe „beeee! beeeee! beeeeeeeeeeeeee!” czasem poprzedzone „dzyń dzyń”. Wszystko dlatego, że Norwedzy hodują owce w sposób klasyczny dla ich mentalności – czyli wypuszczają swoje stado, żeby sobie hasało gdzie chce i się nimi nie martwią (dla nieświadomych - Norwegowie są absolutną oazą spokoju i życia bezstresowego). No i właśnie Anne narzekała, że mają problem z wilkami, rysiami i rosomakami, ponieważ zjadają jagnięta. Mówiła, że dawniej (w latach 80tych) było mniej drapieżników, a nawet za strzelenie wilka dostawało się pieniądze. Potem się zmieniły przepisy i część farmerów zrezygnowała z hodowli, bo przestało się to opłacać. Najbliższy nam ryś mieszka 15 km od nas, w Dalholen. Pytałam Anne, dlaczego w takim razie nie pasą zwierząt na ogrodzonych pastwiskach, tylko puszczają je luzem w tundrę. Okazało się, że mają tak mało pól w górach (czyli praktycznie w całej Norwegii), że nie mogą pozwolić zwierzętom jeść trawy z pastwisk, ponieważ nie mieliby gdzie zebrać siana na zimę. Dlatego puszczają owce w góry, a sami koszą trawę na pastwiskach. Żeby nie było owce w okolicy mają wszyscy, nie tylko Anne. Jesienią owce zaczynają się kręcić w pobliżu farm, więc regularnie są telefony „Hej, wasze owce przyszły do nas, a nie wiedzieliście przypadkiem naszych?” Więc zawsze jak widzimy we wrześniu jakieś paskudy gdzieś w górach, to informujemy Anne, że było stadko z dzwonkami i żółtymi znaczkami (te są z Folldal, 15 km). Oprócz tego są znaczki niebiesko-czerwone (Anne) oraz zielone, czerwone, a pewnie jeszcze jakieś się trafią. W którymś momencie września wszyscy farmerzy z okolicy idą ławą z Folldall do Oppdal (linii prostej, bo ja wiem? Koło 40-50km?) i zganiają wszystkie owce, a potem każdy zabiera swoje.
Przy okazji – uważajcie co czytacie w trakcie rozmawiania z kimś przez telefon. Wysłałam Aśce link do artykułu, który miał tytuł „Seks pomaga na...” czy coś tam takiego. A Asia z kolei dogadała się z szefową i zmieniła pokój, z którego ma ładniejszy widok i dzisiaj się przeprowadzała. W którymś momencie Aśka wypada zapłakana z pokoju i przybiega do nas. Między jednym atakiem płaczu, który się okazał śmiechem, a drugim udało jej się wykrztusić, że rozmawiała z tatą jednocześnie siedząc przy komputerze i otworzyła artykuł, który jej wysłała. Więc rozmowa wyglądała tak: „Hej tato! Bo wiesz, udało mi się dogadać z szefową i zamieniłam pokój na taki z ładniejszym widokiem i teraz mam lepszy seks. To znaczy pokój!!!” Cisza w słuchawce, więc Asia postanowiła pogrążyć się jeszcze bardziej „Bo wiesz, bo Natasza podesłała mi taką świńską stronę. To znaczy artykuł!” :D
Przez ostatnie 3 lata Martin w zakresie swoich obowiązków (oprócz zajmowania się farmą, przecierania zimą szlaków pieszych i biegowych, odśnieżania drogi itd.) miał konserwację radiostacji znajdującej się... na szczycie Snohetty. Była to najwyższa góra w Norwegii, zanim nie zmieniono narzędzi pomiarowych i nie okazało się, że już nie jest. Na jej szczycie znajduje się (ściśle tajna wg szefowej, ale mimo to szukała jej zdjęcia w folderze o poligonie) stacja radiowa, która ma duże znaczenie dla obrony narodowej Norwegii. Tak więc Martin musiał ją konserwować i raz na jakiś czas jeździć tam zimą skuterem. Snohetta wygląda tak:
więc nie wiem jak on to robił. Wyobrażam sobie natomiast jego wyszczerzoną minę jak musiał tak sobie jeździć i jeszcze mu za to płacili. Nie był sam. Okazało się, że razem z nim jeździł Bjorn (były facet Anne Stine), który z kolei jechał tylko po to, żeby sobie zjechać na dół na desce snowbordowej. Anne stwierdziła, że wojsko widocznie uznało, że chłopaki mieli za dużo frajdy i teraz kontrolują urządzenia zdalnie. Aha, zdjęcie jest z zeszłego roku, z końca września, widać też hotel. Z hotelu do podnóży Snohetty jest jakieś 11km. Jak będzie ładniejsza pogoda to zrobię jakieś ładniejsze zdjęcie.
Przy okazji wywiązała się kolejna rozmowa z szefową o owcach. Jak wiadomo co roku narzekam na owce w Norwegii, że gdzie nie pójdziesz tam małe, białe głupie zwierzęta i zamiast ciszy i spokoju słyszysz ciągłe „beeee! beeeee! beeeeeeeeeeeeee!” czasem poprzedzone „dzyń dzyń”. Wszystko dlatego, że Norwedzy hodują owce w sposób klasyczny dla ich mentalności – czyli wypuszczają swoje stado, żeby sobie hasało gdzie chce i się nimi nie martwią (dla nieświadomych - Norwegowie są absolutną oazą spokoju i życia bezstresowego). No i właśnie Anne narzekała, że mają problem z wilkami, rysiami i rosomakami, ponieważ zjadają jagnięta. Mówiła, że dawniej (w latach 80tych) było mniej drapieżników, a nawet za strzelenie wilka dostawało się pieniądze. Potem się zmieniły przepisy i część farmerów zrezygnowała z hodowli, bo przestało się to opłacać. Najbliższy nam ryś mieszka 15 km od nas, w Dalholen. Pytałam Anne, dlaczego w takim razie nie pasą zwierząt na ogrodzonych pastwiskach, tylko puszczają je luzem w tundrę. Okazało się, że mają tak mało pól w górach (czyli praktycznie w całej Norwegii), że nie mogą pozwolić zwierzętom jeść trawy z pastwisk, ponieważ nie mieliby gdzie zebrać siana na zimę. Dlatego puszczają owce w góry, a sami koszą trawę na pastwiskach. Żeby nie było owce w okolicy mają wszyscy, nie tylko Anne. Jesienią owce zaczynają się kręcić w pobliżu farm, więc regularnie są telefony „Hej, wasze owce przyszły do nas, a nie wiedzieliście przypadkiem naszych?” Więc zawsze jak widzimy we wrześniu jakieś paskudy gdzieś w górach, to informujemy Anne, że było stadko z dzwonkami i żółtymi znaczkami (te są z Folldal, 15 km). Oprócz tego są znaczki niebiesko-czerwone (Anne) oraz zielone, czerwone, a pewnie jeszcze jakieś się trafią. W którymś momencie września wszyscy farmerzy z okolicy idą ławą z Folldall do Oppdal (linii prostej, bo ja wiem? Koło 40-50km?) i zganiają wszystkie owce, a potem każdy zabiera swoje.
Przy okazji – uważajcie co czytacie w trakcie rozmawiania z kimś przez telefon. Wysłałam Aśce link do artykułu, który miał tytuł „Seks pomaga na...” czy coś tam takiego. A Asia z kolei dogadała się z szefową i zmieniła pokój, z którego ma ładniejszy widok i dzisiaj się przeprowadzała. W którymś momencie Aśka wypada zapłakana z pokoju i przybiega do nas. Między jednym atakiem płaczu, który się okazał śmiechem, a drugim udało jej się wykrztusić, że rozmawiała z tatą jednocześnie siedząc przy komputerze i otworzyła artykuł, który jej wysłała. Więc rozmowa wyglądała tak: „Hej tato! Bo wiesz, udało mi się dogadać z szefową i zamieniłam pokój na taki z ładniejszym widokiem i teraz mam lepszy seks. To znaczy pokój!!!” Cisza w słuchawce, więc Asia postanowiła pogrążyć się jeszcze bardziej „Bo wiesz, bo Natasza podesłała mi taką świńską stronę. To znaczy artykuł!” :D
czwartek, 2 lipca 2009
Norwegia dzień pierwszy
Ci, którzy znają zeszłoroczną historię naszego powrotu do Polski wiedzą, że podróżowanie po Norwegii jest jedną wielką niespodzianką. Tym, którzy nie wiedzą, powiem tylko, że mimo 10h zapasu w ostatniej chwili zdążyłyśmy na samolot. Tym razem było prawie w porządku. Okazało się tylko, że dworzec kolejowy koło lotniska, na którym lądowałyśmy był jedynie peronem w środku pola, więc nasze plany, że odbierzemy sobie bilety na stacji (które wcześniej kupiłyśmy przez internet) legły w gruzach. Ale mając 40 minut zapasu wróciłyśmy z Asią na lotnisko (autobusy skomunikowane z pociągami jeżdżą regularnie), gdzie, jak się dowiedziałyśmy od kierowcy, jest kasa kolei norweskich. Jak się oczywiście okazało, kasa jest sprytnie schowana w jednym ze sklepów sieci Narvesen i w rzeczywistości jest tylko terminalem obsługiwanym przez sklepowe ekspedientki. Wytrwali znajdą, schowaną z tyłu sklepu, małą tabliczkę z logo NSB informującą, że tutaj można odebrać bilet. My na szczęście miałyśmy przewodnika w postaci miłego kierowcy autobusu, który w ramach swoich przerw robił za informację turystyczną, a nawet tragarza bagażów. Nie byłyśmy z Asią zaskoczone, jak młoda dziewczyna przy kasie poinformowała nas, że jest awaria terminalu i, że musi go zrestartować. Po przebojach z zeszłego roku mało co nas zaskoczy, więc nie zdziwiłyśmy się również jak terminal nie chciał się włączyć przez drobne 15 minut, ani że godzina odjazdu pociągu różniła się o kilkanaście minut od tej podanej w internecie, więc teoretycznie nasz pociąg nie istniał.
Dalsza podróż przebiegła spokojnie. Koleje norweskie zapewniły każdemu pasażerowi zestaw (wg instrukcji do wykorzystania w podróży albo wzięcia do domu): kocyk, dmuchaną poduszeczkę, opaskę na oczy i stopery do uszu. Dodatkowo koduktor przyszedł nas obudzić przed naszą stacją.
Obecnie w hotelu pracują: 4 Polki, 2 Litwinki i ... 2 Norweżki. Poza szefami oczywiście. Dodatkowo niedaleko otworzył się drugi hotel, gdzie nasze szefostwo jest współudziałowcami i mieszkają w nim żołnierze (niżsi stopniem, bo oficerowie mieszkają u nas). Efekt jest taki, że Anne Stine (40letnia córka głównej szefowej) siedzi cały czas tam, Anne (szefowa główna, lat między 63 a 67) siedzi w recepcji po 12h, a Martin (syn szefowej, lat mniej niż Anne Stine) ma na głowie całą farmę i jazdy konne. Ogólnie jest wielki sajgon. Ponadto... jestem najstarszym stażem pracownikiem hotelu, przynajmniej przez najbliższy miesiąc.
Z ciekawostek - nie zaobserwowałam żadnym zwierząt! Nie ma osłów, krów ani kóz! Czyli nic co zżerałoby kwiatki przed hotelem! Nie wspominam oczywiście o owcach i koniach, które są w standarcie, ani lamie i którymś z rzędu pokoleniu królików, które dawno temu było w klatce. Aż się czuję zawiedzona...
Ponadto Magda, która siedzi tutaj od marca (z 3 tygodniową przerwą) opowiedziała, jak w zeszłym roku po naszym wyjeździe, była grupa turystów i sprzątając pokoje znalazła trupa. Facet dostał zawału serca i jeszcze przewracając się rozbił sobie głowę o jakiś kant. Nigdy nie lubiłam chodzić wieczorami po piętrze aneksu (budynek o standardzie schroniskowym na piętrze, my mieszkamy na parterze) jak nie było gości, zwłaszcza wieczorami, ale po tej historii sama tam chodzić nie będę.
Jest godzina 00.40. Za oknem nadal jest ledwo szaro, co nie wpływa pozytywnie na chęć położenia się do łóżka.
Dalsza podróż przebiegła spokojnie. Koleje norweskie zapewniły każdemu pasażerowi zestaw (wg instrukcji do wykorzystania w podróży albo wzięcia do domu): kocyk, dmuchaną poduszeczkę, opaskę na oczy i stopery do uszu. Dodatkowo koduktor przyszedł nas obudzić przed naszą stacją.
Obecnie w hotelu pracują: 4 Polki, 2 Litwinki i ... 2 Norweżki. Poza szefami oczywiście. Dodatkowo niedaleko otworzył się drugi hotel, gdzie nasze szefostwo jest współudziałowcami i mieszkają w nim żołnierze (niżsi stopniem, bo oficerowie mieszkają u nas). Efekt jest taki, że Anne Stine (40letnia córka głównej szefowej) siedzi cały czas tam, Anne (szefowa główna, lat między 63 a 67) siedzi w recepcji po 12h, a Martin (syn szefowej, lat mniej niż Anne Stine) ma na głowie całą farmę i jazdy konne. Ogólnie jest wielki sajgon. Ponadto... jestem najstarszym stażem pracownikiem hotelu, przynajmniej przez najbliższy miesiąc.
Z ciekawostek - nie zaobserwowałam żadnym zwierząt! Nie ma osłów, krów ani kóz! Czyli nic co zżerałoby kwiatki przed hotelem! Nie wspominam oczywiście o owcach i koniach, które są w standarcie, ani lamie i którymś z rzędu pokoleniu królików, które dawno temu było w klatce. Aż się czuję zawiedzona...
Ponadto Magda, która siedzi tutaj od marca (z 3 tygodniową przerwą) opowiedziała, jak w zeszłym roku po naszym wyjeździe, była grupa turystów i sprzątając pokoje znalazła trupa. Facet dostał zawału serca i jeszcze przewracając się rozbił sobie głowę o jakiś kant. Nigdy nie lubiłam chodzić wieczorami po piętrze aneksu (budynek o standardzie schroniskowym na piętrze, my mieszkamy na parterze) jak nie było gości, zwłaszcza wieczorami, ale po tej historii sama tam chodzić nie będę.
Jest godzina 00.40. Za oknem nadal jest ledwo szaro, co nie wpływa pozytywnie na chęć położenia się do łóżka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)