czwartek, 30 lipca 2009

Kopernik

Przez całe dzisiejsze przedpołudnie świat wyglądał jakby ktoś wyłączył światło. Goście sennie schodzili się na śniadanie, sennie z niego wychodzili i jeszcze bardziej sennie się wyprowadzali. A ja czułam się jak zombi. Chwilę zanim skończyłam pracę ktoś na niebie zmienił żarówkę z 20W na jakieś ... powiedzmy 60W. Chmury poszły w górę, pokazały się góry, zrobiło się jaśniej. Zaczęło padać.

W zeszłym roku z powodów, których już nie pamiętam, szukałyśmy z szefową spinacza do papieru. Przez dłuższą chwilę nie mogłyśmy sobie przypomnieć jak się to ustrojstwo nazywa po angielsku.
Anne: A, wiem, paper clip. A w ogóle to wiesz, że spinacz do papierów wynalazł Norweg?
Ja (dyplomatycznie): Naprawdę?
Anne: Oczywiście. Wynaleźliśmy również skrobaczkę do sera. Jesteśmy z tego bardzo dumni!
Ja (starając się nie śmiać za bardzo): O, my też mamy powody do dumy. Przykładowo Mikołaj Kopernik odkrył, że to Ziemia kręci się wokół Słońca.
Anne: Co? Nicolaus Copernicus był Polakiem? A ja myślałam, że Włochem...

Ja wiem, że on niby był z niemieckiej rodziny. Ale urodził się w Polsce ;)

środa, 29 lipca 2009

Sos rybny

Crazy man, o którym pisałam tutaj, wrócił. Pytał o wolny pokój. Linn odpowiedziała zgodnie z prawdą, że cały hotel jest zajęty. Zapytał o wolny pokój w aneksie. Linn odpowiedziała, zdecydowanie NIEzgodnie z prawdą, że cały anneks jest zajęty. A nie jest. Po czym przyszła do kuchni, zaczęła wcinać rodzynki i powiedziała, że ona nie wychodzi z kuchni, dopóki on nie sobie nie pójdzie.

Wczorajszy autobus Niemców był standardowy. Przyszli, wypili dużo piwa, wymietli wszystko co było do jedzenie i poszli sobie. Dzisiejsi też tak zrobili. Chociaż tutaj niektórzy nawet mówili trochę po polsku. Przynajmniej jeden. A podobno w grupie jest Polka z Krakowa.

Dzisiaj była ryba i sos rybny. Tom (kucharz) postawił przy nim karteczkę "Sos rybny". Powiedział, że jak poprzednio była duża grupa Niemców, to cały sos zniknął w 5 minut, bo wszyscy myśleli, że to zupa rybna...

wtorek, 28 lipca 2009

Drobny problem organizacyjny

Raz na jakiś czas w hotelu pojawia się autobus z turystami (zazwyczaj Niemcy). Przyjeżdżają późnym popołudniem, zajmują cały/prawie cały hotel, jedzą obiad, piją dużo piwa, idą spać. Śniadanie chcą zazwyczaj wcześniej niż przeciętny wycieczkowicz, czyli w okolicach 4.30. Jedzą, wyjeżdżają i tyle ich widać. Sprzątać pokoje można spokojnie koło 5.15.

W tym miesiącu pojawią się 2 autobusy. Co ciekawe pod rząd, czyli jeden przyjeżdża dzisiaj, jedzie jutro, drugi przyjeżdża jutro, wyjeżdża pojutrze. Okazało się jednak, że ten dzisiejszy chce śniadanie o 4.30, a drugi o ... 7.00 :) Szczęśliwie dla mnie to Asia ma to wcześniejsze śniadanie :)
Nadal pozostaje jednak pewien mały problem. Otóż coś się spieprzyło w instalacji i nie ma wody w całym hotelu. Mam nadzieję, że to niedługo naprawią, bo jakoś nie widzę obiadu i zmywania naczyń z pomocą samego mydła...

A w ogóle ostatnio widziałam piękną scenkę. Otóż usłyszałam beczenie i dzwonienie dzwonków. Owce szefowej dzwonków nie posiadają, więc jakieś obce przybłędy musiały się przedrzeć gdzieś przez ogrodzenie (hm... pomyślmy, pewnie przyszły tą gruntową drogą, która idzie za hotelem w góry, bo jakoś nikt nie wpadł na pomysł, że brama jest od tego, żeby ją zamykać). Za aneksem jest spora, stroma góra. Zaraz za beczeniem usłyszałam ... ryk silnika? Martin wziął stary motor i próbował owce przepłoszyć na dół (i wygonić z terenu, czyli skierować drogą przez tą samą bramę, którą wlazły). Owce zbiegły na dół. Martin zjechał na dół za nimi. Owce przestraszone znowu wbiegły na górę. Martin zostawił motor i popędził za nimi. Owce zbiegły na dół. Martin zbiegł na dół. Owce wbiegły na górę...
Niestety nie miałam okazji obserwować całości wydarzeń, ponieważ musiałam iść do pracy. Po jakiś 15 minutach przyszedł ubłocony i zasapany Martin, popatrzył na mnie i stwierdził: "Nienawidzę owiec. Są takie głupie. Jeszcze chwila i bym im łeb ukręcił".

poniedziałek, 27 lipca 2009

Streszczenie

W weekend przyjechał mój mąż. Jechał 10h, posiedział jakieś 15 po czym jechał kolejne 10 z powrotem. Oboje kochamy norweskie odległości. Za to droga nad fjordami podobno była przepiękna.

Obecnie łapie mnie jakiś stan przedchorobowy-whatever, pewnie w wyniku nocnego siedzenia w jazkuzzi. Wszystko jest dobrze dopóki przy temperaturze jakiś 7 st C i silnym wietrze nie musisz z niego wyjść.

Zagadka morderstwa kurcząt rozwiązana. U sąsiadów również znaleziono martwe ptaki, a budynku obok pasącą się kunę. W sumie to było nawet proste, nie wiem dlaczego na to sama nie wpadłam. Pewnie nie pomyślałam, że tutaj mogą występować kuny.

Sielanka się skończyła, pojawił się grafik na sierpień, czas zacząć pracować ;) Tym razem działamy na dwa hotele. Ale szczegóły innym razem. Zawijam się w koc, piję herbatkę z cytrynę i oglądam Harry'ego Potter'a. Muszę mówić, że jest zimno i pada?

środa, 22 lipca 2009

Przerośnięta owca

Dialog z koleżanką:
Ja: U nas zimno cały czas i pada.
Ona: No, u nas (w Poznaniu) też nie jest najcieplej.
Ja: Co rozumiesz przez "nie jest najcieplej"?
Ona: No... 18-20 stopni.
Ja: Well... To przynajmniej więcej niż 5-10st, a jak jest 15 to połowa Norwegów biega w T-shirt'ach, bo przecież lato wróciło...

Wół piżmowy jaki jest każdy widzi. Jak nie widzi, to niech zobaczy, łącznie z komentarzami. Rozmawiałam z tutejszym przewodnikiem od Moskussafari (Moskus po norwesku to wół piżmowy). Pytał, jak moskusy nazywają się po polsku, więc mu powiedziałam. Próbował powtórzyć, ale skomplikowane głoski jak "ł" czy "ż" są dla Norwegów ciut za trudne.
On: O, musisz mi to zapisać, bo ja zbieram jak woły się nazywają w różnych językach. Np. w lapońskim jest to "..." (tu padła skomplikowana nazwa, której nie powtórzę), co oznacza: zwierzę z długą brodą.
Ja: Hmmm... powiedziałabym, że to raczej koza.
On: No tak, ale to prawda, bo woły piżmowe należą do rodziny owiec i kóz.
Ja:(zastanawiając się czy sobie ze mnie jaj nie robi) Owiec? Do rodziny owiec? Cholera, to wy naprawdę macie owce wszędzie!
On (wyraźnie rozbawiony): No! Nawet takie przerośnięte!

Deszczowy horror

Dzisiejszą notkę sponsoruje literka "M" jak morderstwo i mama.

Przedwczoraj spadło z nieba więcej deszczu niż średnia roczna ilość opadów dla tego miejsca a w hotelu pojawił się gość. Zachowywał się dziwnie, nie bardzo wiedział jak zapełnić sobie czas, dużo mówił, był męczący, próbował zaintrygować personel swoją osobą i udało mu się to na tyle, że Linn, która pracowała wieczorem w recepcji poprosiła koleżankę aby została razem z nią do zamknięcia hotelu. Następnego dnia rano ów crazy man wyjechał. Około południa Asia dokonała makabrycznego odkrycia: wszystkie kury leżały martwe w kącie zagrody. Początkowa wersja była taka, że zagryzł je pies. Ale Anne stwierdziła, że musiał to zrobić człowiek, bo żaden pies nie posiada umiejętności otwierania a tym bardziej zamykania za sobą furtki.
Po południu odkryłyśmy wpis w hotelowej księdze gości:
"It is journey. That counte! Stepen King."
Cóż, na pewno nie był to sam mistrz horroru, bo chyba nie popełniłby błędu w swoim imieniu. Czy to jeden z jego mrocznych fanów? To mógłby rozstrzygnąć chyba tylko Herkules Poirot. Ale nie rozstrzygnie, bo nie ma żadnych śladów. Martin zakopał kury, gość wyjechał – sprawa rozpłynęła się w deszczu.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Piekarnia

Narzekałam wczoraj, że jest szaro i ponuro? Kłamałam. Wczoraj była przecudna pogoda. Naprawdę. W porównaniu do dzisiejszej.... Co z tego, że widać trochę więcej gór i człowiek przestał mieć wrażenie, jakby był w małym, białym pudełku, skoro tak pada przez cały dzień, że nawet zejście na dół do hotelu (hmm... 20 metrów?) jest nie lada wyczynem. Od godziny się zbieram, że pójść i powiedzieć szefowej, że dzisiaj nie jem obiadu.

W zeszłym roku opowiadałam, że łażąc po górach spotkaliśmy stado koni. Konie te spędzają lato na wolności pasąc się gdzie chcą, a specjalnie zatrudniony człowiek ma za zadanie codziennie sprawdzać gdzie są i jak się mają. Nie wiem, czy są własnością naszego szefostwa, ale wątpię. W każdym razie... pewnego dnia konie zniknęły. Wszystkie. Po dniu czy dwóch do Martina zadzwonił telefon: „Martin, tu piekarnia w Dombås, moglibyście przyjechać i zabrać stąd konie?” W końcu kto powiedział, że konie lubią suchy chleb. Te akurat wolały świeży :) A, Dombås jest 30km stąd.

niedziela, 19 lipca 2009

Wół wędrowny

Tutejsze góry uznały, że widocznie jesteśmy znudzeni ciągłym patrzeniem na nie i postanowiły się schować. Świat wygląda teraz trochę bardziej płasko, ponieważ chmury utrzymują na wysokości jakiś 1100 m n.p.m. czyli trochę powyżej hotelu. I tak cały dzień.

Jak wiadomo jednym z najbardziej popularnych zwierząt tego terenu jest wół piżmowy. W Dovrefjell National Park występuje jedyna na świecie tak duża populacja tych zwierząt (jakieś 200 sztuk). Oprócz tego jest kilka osobników na Grenlandii i kilka w Kanadzie. Zwierzę potrafi być niebezpieczne, ponieważ nie boi się człowieka. Jest w końcu wielkości żubra i ma spore rogi. Z reguły trzymają się jakieś kilka km stąd, a trasa E6 i linia kolejowa (ogrodzona i w dużym wykopie na większości trasy) jest dla nich trudna do przebycia. No ale pewnego dnia dawno temu jeden z wołów postanowił zwiedzać świat i sprawdzić co jest za tymi wszystkimi górami, drogami i linią kolejową (okazało się, że kolejne góry). Więc... pojawił się na pastwisku dla koni. Pastwisko jest zaraz koło hotelu, po drugiej stronie lokalnej drogi asfaltowej do Foldall. A. I oczywiście jest ogrodzone na całej długości. W każdym razie wół doskonale się czuł na tym terenie, problem polegał na tym, że za kilka dni na mieli pojawić się konie na pastwisku. Więc Martin wziął specjalną broń i postanowił woła przestraszyć... Zabrał z kuchni dwie pokrywki, poszedł na pole i zaczął tłuc i robić hałas... Wół ani myślał uciekać. Martin się nie poddał i wziął swój duży, zielony traktor... Ale wół postanowił, że nie będzie uciekał przed wielkim, zielonym czymś i stanął naprzeciw. W końcu Martin się poddał i zadzwonił na policję, że ma zwierzę będące gatunkiem pod ochroną na swoim terenie. Policja stwierdziła, że trzeba będzie stwora odstrzelić. Wzięli sprzęt, przyjechali... a tu woła nie ma. Widocznie stwierdził, że czas zwiedzać dalej.

czwartek, 16 lipca 2009

Martin

Ogólnie cały czas pada, z pewnymi przerwami na słońce, albo brak deszczu. Czasami nawet potrafi być na tyle ciepło, że w słońcu i w miejscu osłoniętym od wiatru można stać w krótkim rękawku i nie zamarzać.

Martin, syn szefowej, ostatnio coraz częściej pojawia się w hotelu w recepcji. Pewnie dlatego, że Tom, kucharz, wreszcie wrócił z wakacji (dla wyjaśnienia: jak nie ma kucharza to gotuje Anne), więc szczęśliwa szefowa zabrała 3 litry czerwonego wina, wsiadła w samochód i tyle ją widzieliśmy. Ktoś musi w końcu pracować w recepcji i padło na Martina. Martin, ze stoickim spokojem siedzi sobie przed komputerem i przegląda zdjęcia różnego rodzaju maszyn (zapytany: "bo przecież są takie fajne"). Mają tu największy traktor jaki w życiu widziałam. Dobrze go opisuje komentarz Pyskatej, która najpierw poszła zapytać o mnie w hotelu, a dopiero potem przyszła do anneksu: "W recepcji siedzi jakiś młody chłopak" "Tak Magda, młody, 40letni syn szefowej". "Że co? Dałabym mu jakieś dwadzieścia kilka". Dzisiaj, mając wolne, zeszłam na dół do hotelu między innymi po kawę. No i widzę, że kawy prawie nie ma. "Martin, wiesz, że kawa Ci się skończyła?" "O, faktycznie... Ale może gdybyś zrobiła, to już bym miał"

Anne narzekając na rosomaki i wilki zjadające młode jagnięta mówiła, że wydała już pół miliona koron na ogrodzenie (grodziła całkiem spory teren dookoła). Dlatego, też zdziwiłam się widząc stadko jej owiec (mają znakowane uszy) wygrzewające się tuż przy drodze (głównej, asfaltowej i uczęszczanej przez samochody), która zdecydowanie nie należy do ogrodzonego przez nią terenu. No więc... Anne powiedziała, że Martin robiąc ogrodzenie zapomniał postawić bramy przy takiej bocznej, żwirowej drodze, która jest koło nas. Czyli... jest płot, płot, płot... dziura... płot, płot, płot. Owce są głupie, ale nie aż tak i znowu się rozlazły po całym terenie :)

wtorek, 14 lipca 2009

Jazkuzzi

Odwiedzili mnie Magda z Krystianem. I teraz wyobraźcie sobie: środek gór, ładne widoki, zimną, jasną noc i podświetlane, ciepłe jazkuzzi umieszczone na świeżym powietrzu :) Cofam to, co mówiłam o moczeniu się w wannie. Siedzieliśmy tam do 2.30 w nocy.Było super :) Zdjęcia będą jak tylko M&K wrócą do Polski.
Fajnie jest jak ktoś Cię odwiedza :) Zwłaszcza w takiej dziczy, którą możesz się pochwalić :)

poniedziałek, 13 lipca 2009

Plastik też lubi wodę

Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to mój mąż dojechał niedawno do Bergen.

Dzisiaj szefowa kazała mi podlać kwiaty. Z rozpędu podlałam również te sztuczne. W końcu też zielone, nie? A wczoraj zamiast cukru do deseru (taki specjał norweski, który je się z cukrem i cynamonem) dałam dużo soli.

Ogólnie zmęczona.

niedziela, 12 lipca 2009

Książkowa zabawa

Joanna wywołała mnie do tablicy :) Zabawa polega na odpowiedzi na jej 3 pytania, wymyślenie nowych, wyznaczeniu ochotników, którzy mają odpowiedzieć na moje. Dodatkowo odpowiada się jeszcze na własne pytania.

A więc:
1. Gdybyś mógł/mogła zabrać ze sobą na bezludną wyspę tylko jedną książkę, którą byś zabrał/a i dlaczego? (trylogie liczymy jako jedną książkę)

Nie mam w tej chwili takiej książki, bez której nie mogłabym się obyć. Możliwe, że zabrałabym „Robinsona Crusoe”, w ramach odpowiedzi na pytanie drugie.

2. Czy zdarza ci się "czytać tam" - zabierać jakąś książkę w miejsce, gdzie rozgrywa się akcja i czytać ją wśród opisywanych w niej okoliczności przyrody? Kiedy, gdzie, dlaczego?

Zdarzyło mi się raz, kiedy siedząc 3 lata temu w Norwegii mama przysłała mi „Krystynę, córkę Lavrance'a”. Akcja książki rozgrywa się w późnym średniowieczu w Norwegii, w rejonie Dovrefjell, w którym obecnie przebywam. Kilka razy nawet jest mowa o miejscowość Hjerkinn oraz szlaku pielgrzymkowym Kongeveinen. Wrażenia są niesamowite, kiedy czytasz, spoglądasz przez okno i wiesz, że główna bohaterka widziała mniej więcej to samo. A wychodząc w góry i patrząc na widoki masz świadomość, że mieszkasz na takim odludziu, że przez ostatnie 500 lat, poza zbudowaniem asfaltowej drogi i linii kolejowej, nic się nie zmieniło. No i chodziłam po Jeżycach z książkami Musierowicz w ręku.

3. Miłość dworska czy miłość zmysłowa: czy książka jest dla ciebie przedmiotem traktowanym z najwyższą rewerencją, czy czytasz w wannie, odwracasz ją grzbietem do góry, zapisujesz spostrzeżenia na marginesie?

Różnie, o pożyczone książki dbam, nie zabieram do wanny i owijam w papier. Swoje zabieram do wanny (ale rzadko, bo nie przepadam za siedzeniem w wannie), piszę po nich ołówkiem, nigdy długopisem, podkreślam, zaznaczam fragmenty. Nie lubię natomiast zostawiania książki otwartej grzbietem do góry, ponieważ to powoduje rozklejanie kartek, a mam wystarczająco dużo książek z luźnymi stronami, żeby jeszcze generować następne.

Moje pytania:
1. Nasz świat, czy świat wymyślony? Wolisz czytać książki oparte na założeniach rzeczywistych i miejscach istniejących, czy może zupełnie od nich oderwane?
2. Wracasz do wcześniej przeczytanych książek, czy czytasz tylko raz i nigdy więcej? (dlaczego, jeżeli tak to do jakich?)
3. Wolisz czytać do snu czy do porannej kawy? Dlaczego?


Do odpowiedzi zapraszam Viriel, Wojciecha i Marcina.

Ad 1. W sumie to lubię książki i takie i takie. Chociaż częściej czytam fantasy niż książki oparte o nasze realia.
Ad 2. Potrafię przeczytać książkę kilkanaście razy. Zwłaszcza w dzieciństwie lubiłam wracać do moich ulubionych bohaterów czy historii, np. przygody Tomka Wilmowskiego. Ogólnie jeżeli tylko jakaś książka mnie urzeknie, to na pewno do niej wrócę.
Ad 3. Do snu, ale tylko dlatego, że jestem śpiochem i ciężko mi się rano wstaje. Czasami też dlatego, że w nocy czytałam :)

czwartek, 9 lipca 2009

Lepszy seks

Szefowa w ramach pracy dodatkowej postanowiła dać nam... sprzątanie strychu stajni. Nie za bardzo wiem, jak Wam przedstawić grozę sytuacji... Wyobraźcie sobie stajnię 2 lub 3 razy większą niż taka jaką zwykle widujecie w Polsce. Potem sobie wyobraźcie ogromny strych z mnóstwem starych bryczek, sań, powozów, sprzętu rolniczego z początku XX w., następnie wyobraźcie sobie wielkiego, kudłatego kota, który spał na tych wszystkich bryczkach i zostawiał tonę sierści, na koniec to co uzyskaliście przemnóżcie jeszcze przez mnóstwo kurzu i siana.... i mniej więcej uzyskacie obraz tego... molocha. Tak więc dzisiaj po południu wreszcie się za to zabierzemy, bo w końcu ile można to odkładać. Zwłaszcza, że pogoda jest brzydka.

Przez ostatnie 3 lata Martin w zakresie swoich obowiązków (oprócz zajmowania się farmą, przecierania zimą szlaków pieszych i biegowych, odśnieżania drogi itd.) miał konserwację radiostacji znajdującej się... na szczycie Snohetty. Była to najwyższa góra w Norwegii, zanim nie zmieniono narzędzi pomiarowych i nie okazało się, że już nie jest. Na jej szczycie znajduje się (ściśle tajna wg szefowej, ale mimo to szukała jej zdjęcia w folderze o poligonie) stacja radiowa, która ma duże znaczenie dla obrony narodowej Norwegii. Tak więc Martin musiał ją konserwować i raz na jakiś czas jeździć tam zimą skuterem. Snohetta wygląda tak:

więc nie wiem jak on to robił. Wyobrażam sobie natomiast jego wyszczerzoną minę jak musiał tak sobie jeździć i jeszcze mu za to płacili. Nie był sam. Okazało się, że razem z nim jeździł Bjorn (były facet Anne Stine), który z kolei jechał tylko po to, żeby sobie zjechać na dół na desce snowbordowej. Anne stwierdziła, że wojsko widocznie uznało, że chłopaki mieli za dużo frajdy i teraz kontrolują urządzenia zdalnie. Aha, zdjęcie jest z zeszłego roku, z końca września, widać też hotel. Z hotelu do podnóży Snohetty jest jakieś 11km. Jak będzie ładniejsza pogoda to zrobię jakieś ładniejsze zdjęcie.

Przy okazji wywiązała się kolejna rozmowa z szefową o owcach. Jak wiadomo co roku narzekam na owce w Norwegii, że gdzie nie pójdziesz tam małe, białe głupie zwierzęta i zamiast ciszy i spokoju słyszysz ciągłe „beeee! beeeee! beeeeeeeeeeeeee!” czasem poprzedzone „dzyń dzyń”. Wszystko dlatego, że Norwedzy hodują owce w sposób klasyczny dla ich mentalności – czyli wypuszczają swoje stado, żeby sobie hasało gdzie chce i się nimi nie martwią (dla nieświadomych - Norwegowie są absolutną oazą spokoju i życia bezstresowego). No i właśnie Anne narzekała, że mają problem z wilkami, rysiami i rosomakami, ponieważ zjadają jagnięta. Mówiła, że dawniej (w latach 80tych) było mniej drapieżników, a nawet za strzelenie wilka dostawało się pieniądze. Potem się zmieniły przepisy i część farmerów zrezygnowała z hodowli, bo przestało się to opłacać. Najbliższy nam ryś mieszka 15 km od nas, w Dalholen. Pytałam Anne, dlaczego w takim razie nie pasą zwierząt na ogrodzonych pastwiskach, tylko puszczają je luzem w tundrę. Okazało się, że mają tak mało pól w górach (czyli praktycznie w całej Norwegii), że nie mogą pozwolić zwierzętom jeść trawy z pastwisk, ponieważ nie mieliby gdzie zebrać siana na zimę. Dlatego puszczają owce w góry, a sami koszą trawę na pastwiskach. Żeby nie było owce w okolicy mają wszyscy, nie tylko Anne. Jesienią owce zaczynają się kręcić w pobliżu farm, więc regularnie są telefony „Hej, wasze owce przyszły do nas, a nie wiedzieliście przypadkiem naszych?” Więc zawsze jak widzimy we wrześniu jakieś paskudy gdzieś w górach, to informujemy Anne, że było stadko z dzwonkami i żółtymi znaczkami (te są z Folldal, 15 km). Oprócz tego są znaczki niebiesko-czerwone (Anne) oraz zielone, czerwone, a pewnie jeszcze jakieś się trafią. W którymś momencie września wszyscy farmerzy z okolicy idą ławą z Folldall do Oppdal (linii prostej, bo ja wiem? Koło 40-50km?) i zganiają wszystkie owce, a potem każdy zabiera swoje.

Przy okazji – uważajcie co czytacie w trakcie rozmawiania z kimś przez telefon. Wysłałam Aśce link do artykułu, który miał tytuł „Seks pomaga na...” czy coś tam takiego. A Asia z kolei dogadała się z szefową i zmieniła pokój, z którego ma ładniejszy widok i dzisiaj się przeprowadzała. W którymś momencie Aśka wypada zapłakana z pokoju i przybiega do nas. Między jednym atakiem płaczu, który się okazał śmiechem, a drugim udało jej się wykrztusić, że rozmawiała z tatą jednocześnie siedząc przy komputerze i otworzyła artykuł, który jej wysłała. Więc rozmowa wyglądała tak: „Hej tato! Bo wiesz, udało mi się dogadać z szefową i zamieniłam pokój na taki z ładniejszym widokiem i teraz mam lepszy seks. To znaczy pokój!!!” Cisza w słuchawce, więc Asia postanowiła pogrążyć się jeszcze bardziej „Bo wiesz, bo Natasza podesłała mi taką świńską stronę. To znaczy artykuł!” :D

wtorek, 7 lipca 2009

Czapka z pomponikiem

Lato wróciło do normy, czyli już nie próbuje usmażyć Norwegów (25 stopni w cieniu dla Norwegów to mordercza temperatura). W zamian za to mamy 10 stopni koło 7 rano i … no, z 16-18 w ciągu dnia. No i oczywiście jak tylko skończyłam dzisiaj pracę (a następne 2 dni mam wolne) zaczęło padać. Leje tak paskudnie, że nie wyściubiam nosa z aneksu i przemyślę nawet kwestię pójścia dzisiaj na kolację, a moje plany na jogging wzięły w łeb (przynajmniej mam wymówkę ;)).

Szefowa dzisiaj zajęła się papierami podatkowymi dla nas. Dzwoniąc do urzędu skarbowego dowiedziała się od automatycznej sekretarki, że jest 56 na liście oczekujących. Przeczekała, po czym okazało się, że facet nie udzieli jej tych informacji, o które prosi, ma sobie sama sprawdzić w internecie i nie wyśle jej naszych papierów, dopóki ona nie napisze do nich wniosku i im go nie wyśle. Możecie sobie wyobrazić szczęście w jej oczach jak o tym opowiadała oraz ton jakim stwierdziła na końcu „I love them”.
Przy okazji dowiedziałam się, że Anne Stine była w szkole wojskowej i jest oficerem......

Wspominałam, że w hotelu pracują dwie Litwinki. Okazało się, że Asia miała rację, że między Litwinami a Polakami trwa spór o to do kogo „należy” Adam Mickiewicz. Chociaż muszę powiedzieć, że pytania „To wy się w ogóle o nim uczycie w szkole?” i „Przetłumaczyli jego dzieła na polski?” mnie trochę... zaskoczyły ;) Poza tym dzisiaj Rasvita wyjawiła mi, dlaczego nie lubi kotów. Otóż... kot jest zwierzęciem niebezpiecznym, ponieważ jest z tej samej rodziny co lew, a lew jest z groźniejszych zwierząt na świecie i nigdy nie wiadomo co takiemu kotu/lwu może przyjść do głowy. Z kolei rozmowa z Anete poszerzyła mój zasób słownictwa światowego... Otóż słowo „kutas” znaczy po litewsku... pompon. W związku z tym czapka z pomponem nabiera nowego znaczenia ;)

poniedziałek, 6 lipca 2009

Litwini

Szefowa postanowiła sobie zrobić wolne i zostawiła mnie samą w hotelu na zasadzie "Pamiętasz jak się zamyka hotel? Jakbyś miała problemy to zadzwoń po Martina, w żadnym wypadku do mnie. Dobranoc."
Dzisiejsi goście również byli w Polsce, w Łodzi i w Krakowie. Babka stwierdziła, że czuła się jak w 2 różnych krajach. Drudzy goście byli większą niespodzianką. Nie nocowali w hotelu, przyszli tylko zjeść obiad. Biegamy z Magdą po stołówce, bo akurat wszyscy przyszli w jednym momencie. W którymś momencie jeden z tych nie nocujących stoi przy bufecie i patrząc na mnie pyta: "Deser?" wskazując na ciasto. Ja zgłupiałam i stwierdzam "tak, deser". A on z trochę dziwnym akcentem "Jesteście z Polski, prawda? Wiedziałem, że tak ładne dziewczyny nie mogą być Norweżkami". Okazało się, że dwóch z nich jest z Litwy, ale radzili sobie z polskim całkiem nieźle.

Pięć minut

Program fiskalny służy do tworzenia rachunków dla gości, sprzedaży czegokolwiek itd. Jest oczywiście po norwesku, ale można go przestawić na angielski (wtedy tylko połowa rzeczy jest po norwesku). Jak zaczęłam pracę przestawiłam sobie program na angielski. Jakiś czas później szefowa tworzyła rachunek dla Holendrów i coś tam jej nie działało, więc pomyślała, że może jak przestawi na norweski to będzie lepiej. Przestawiła, potwierdziła zezwolenie na restart programu. Zdziwiona patrzy na monitor "Dlaczego się wyłączył?" "Anne, to okienko przy którym nacisnęłaś "yes" to było pytanie, czy może się zrestartować." Spojrzała na mnie ze zdziwieniem i rozbawieniem mówiąc "Naprawdę?"

Kolejna mucha została uśmiercona w sposób niehumanitarny. Wpadła do sosu, więc Anne wyłowiła ją szczypcami i z uśmiechem na twarzy wrzuciła do pojemnika z wodą stojącego w zlewnie, z triumfującym "Acha!". Chwilę patrzyła jak mucha macha nogami po czym stwierdziła: "I hope you will not survive", ale żeby być pewną odkręciła wodę.

Jak wiadomo nie znam norweskiego, ale wyłapuje sens zdania, jeżeli są w nim słowa kluczowe. Więc jeżeli słyszę (a słyszę kilka razy dziennie) "blablabla Norsk" to wiem, że pytają czy mówię po norwesku. Ciekawsze są sytuacje, kiedy ktoś przychodzi i mówi np. "blablabla lunch blabla", a ja mu odpowiadam "Przykro mi, nie serwujemy lunchu i niestety nie mówię po norwesku." Zazwyczaj się umie parę słów z innego języka, zwłaszcza często używanych w środowisku. Zastanawiałyśmy się, więc dzisiaj z Asią co musiało się stać, że jeden z naszych gości zapamiętał akurat te słowa z języka polskiego. No bo zdarza się, że goście umieją "dziękuję" czy "dzień dobry". Ale dzisiaj starszy pan jak usłyszał, że jestem z Polski (bo pytał) to zamilkł, chwilę pomyślał i powiedział niewyraźnie "Pięć minut?" ...

sobota, 4 lipca 2009

Osły dwa

Latem w Hjerkinn jest mnóstwo much, komarów i innego paskudztwa. Widok szefowej biegającej po kuchni z czerwoną packą na muchy i tłuczącą w ściany z triumfującym okrzykiem „I caught you!” - bezcenny. Wczoraj wchodzę do kuchni i widzę Anne. Szefowa klęczy w spódnicy na podłodze i grzebie packą pod regałem. Wygrzebała coś. Ogląda się na mnie, po czym z powrotem patrzy na to co wygrzebała i stwierdza: „Zabiłam muchę. Dlaczego wyciągnęłam spod regału rodzynkę? Gdzie jest mucha?” Jakiś czas później woła „Natasza – Ty się znasz na przyrodzie, mogłabyś przekonać go, aby poszedł sobie na trawę?” Idę sprawdzić kim jest "on". Okazało się, po podłodze łazi jakaś włochata, kolorowa gąsieniczka, którą należy przekonać do wyprowadzki z kuchni.

Szefowa pytała co słychać.
- Wszystko ok, wyszłam za mąż
- Naprawdę?! Gratuluję!
W tym momencie wchodzi Martin i słyszę Anne mówiącą:
- Natasza blablablabla (po norwesku)
Martin: „Blabla?” Are you crazy? It means congratulations! But are you crazy?”

Jak już pisałam Anne oświadczyła, że w tym roku nie będzie zwierząt w hotelu. W związku z tym byłam mocno zdziwiona, kiedy wróciłam wczoraj wieczorem z pracy, a Asia kazała mi spojrzeć za okno. Przy stajni zobaczyłam... osła. I małego osiołka. Rano zapytałam szefową o co chodzi, a ona stwierdziła: „A faktycznie, widziałam je wczoraj wieczorem. Nie wiedziałam, że mamy jakieś osły, ale najwidoczniej mamy. Ale ten mały jest słodki, prawda?”

Zaczęło się. Szybciej niż zwykle, szefowa już musi być zmęczona sezonem, chociaż trwa on dopiero miesiąc. Dzisiaj, jak już posprzątałam po śniadaniu, usłyszałam: „Ok, ja mam dużo papierkowej roboty. Jak tylko sobie pójdziesz, to na pewno przyjdą jacyś ludzie i będą chcieli kupić kawę, ciastka i inne rzeczy i nie będę mogła pracować. Zostajesz w recepcji do 15 (była 11), znajdź sobie coś do roboty. Umiałaś obsługiwać program fiskalny w zeszłym roku, na pewno wszystko pamiętasz. Pamiętasz? Proszę, to moja karta kredytowa, chcę kupić loda. I odbieraj telefony, a i jakbyś mogła pokroić za mnie warzywa na obiad.” W którymś momencie przyszedł facet i chciał kupić Fiskekort (czasową kartę wędkarską na różny czas bez której nie można łowić, bo jest to karalne). Ja oczywiście nie mam pojęcia akurat o tym dziale (zawsze jak tylko szefowa gdzieś pojedzie i zostawi mnie samą, albo jest bardzo zajęta, pojawi się ktoś, kto chce ode mnie coś, czego nie umiem mu sprzedać), więc zawołałam Anne. Przyszła, popatrzyła na mnie i stwierdziła: „Nie, to jest zbyt skomplikowane, nie będę Cię tego uczyć”. 10 minut później przyszło następnych trzech facetów, również chcących Fiskekart. Anne przyszła, popatrzyła na mnie, popatrzyła na nich, daje im druczki i stwierdza do mnie: „Muszę natychmiast coś załatwić, oni Ci pomogą to wypełnić.” Faceci patrzą z niedowierzaniem na szefową, która już prawie wychodząc stwierdza „Fiskekart jest w komputerze tu i tu” „A ile kosztuje?” „Och, oni Ci wyliczą, prawda?” I poszła.... Faceci na szczęście mieli z tego taki sam ubaw jak ja ;)

piątek, 3 lipca 2009

Hotel

Myślę, że większość zna opowieści o miejscu, w którym się znajduję, ale tym, którzy go nie znają postaram się w skrócie przybliżyć w czym rzecz.
Hotel Hjerkinn Fjellstue znajduje się w centralnej części Norwegii pomiędzy dwoma parkami narodowymi oraz poligonem wojskowym, niedaleko głównej (i prawie jedynej) drogi krajowej północ-południe. Tysiąc lat temu w tym miejscu szedł szlak pielgrzymkowy z Oslo do Trondheim, zwany Kongeveinen, ponieważ podróżowali tędy również królowie. W średniowieczu jeden z królów nakazał, aby w tym miejscu powstał zajazd dla podróżnych, więc hotel w tym miejscu jest od tysiąca lat. Środek gór, 1100m n.p.m., tundra, karłowate, brzozowe lasy, renifery i woły piżmowe.
Szefowie należą do rodziny, która jest właścicielem hotelu od ok 1670 roku. Miejscowość nazywa się Hjerkinn, a szefowa ma na nazwisko... Hjerkinn. Anne – szefowa ma dwójkę dzieci, Anne Stine i Martina, którzy mają już własne dzieci. Cała trójka doskonale mówi po angielsku, ma świetne poczucie humoru i wściekle niebieskie oczy i blond włosy.
Cały kompleks składa się z hotelu (drewniany i nowy, bo kilkanaście lat temu stuletni budynek poszedł z dymem), Anneksu (drewniany budynek z 1890 roku, tutaj mieszkamy) domu Anne, domu Anne Stine i Martina (jedno ma parter, drugie parter), dużej stajni (z wystawką powozów, bryczek i sań na strychu) oraz drobniejszych budynków gospodarskich (też starych i drewnianych).
Właściciele mają ok 200 owiec, które łażą samopas po górach i beczą przeraźliwie. Mają również dużo koni (koło 50tu). Ponadto lubią eksperymentować ze zwierzętami. Przez 4 ostatnie lata mieli dwie szkockie krowy. Kiedyś uciekł im byk i hasał po górach. W zeszłym roku mieli cielaka. W tym roku krów nie ma, bo sprzedali je za tą samą cenę, za którą je kiedyś kupili. Kiedyś mieli kozy: kozła z wielkimi rogami, mamę kozę i maleństwo. Maleństwo przełaziło przez dziury w płocie i zżerało kwiatki przed hotelem. Na koniec sezonu cała trójka uciekła ze swoich zagród i łaziła po całym terenie. W zeszłym roku było 8 osłów, 4 matki i 4 małe. Osły były własnością przyjaciela szefowej, który zimą je zostawił w stajni, żeby było im cieplej. Anne i Anne Stine stwierdziły, że są słodkie, więc osły zostały na cały sezon. Łaziły gdzie chciały zaglądając przy śniadaniu gościom do okien (nie zawsze stroną paszczy). Mają również lamę, która też kiedyś była własnością doktorka (ale była taka słodka) i króliki. To znaczy 5 lat temu króliki były w klatce. Klatka nie była wmurowana w ziemię, więc szybko króliki w klatce stawały się królikami na wolności. W tym roku klatka została zlikwidowana, natomiast populacja półdzikich królików stale się powiększa.

Na chwilę obecną nie zauważyłam nowych zwierzęcych nabytków, ale Asia rozmawiała z szefową pytając czy coś planują. Anne stwierdziła, że myśli o osłach, na co Asia, że skoro teraz osłów nie ma, to przynajmniej krzaki pod hotelem są ładnie zielone. A Anne: „A ja myślałam, że tak dużo martwych gałązek w tym roku, to z powodu mrozu! A to przecież osły je obgryzały. Dzięki, że mi przypomniałaś, to chyba jednak osłów w tym roku nie będzie”.

Białe noce

Siedzisz sobie na werandzie i gadasz, bo przecież po co iść spać, skoro jest jeszcze jasno. W końcu patrzysz na zegarek i stwierdzasz, że jest północ. Jeszcze chwila przy komputerze, na południowo-zachodnim niebie robi się wreszcie ciemny zmierzch. Jest pierwsza. Ha! Namiastka nocy, można iść spać. Idziesz do pokoju. Pokój wychodzi na północny-wschód. I nagle się okazuje,że zaczęło świtać...

czwartek, 2 lipca 2009

Norwegia dzień pierwszy

Ci, którzy znają zeszłoroczną historię naszego powrotu do Polski wiedzą, że podróżowanie po Norwegii jest jedną wielką niespodzianką. Tym, którzy nie wiedzą, powiem tylko, że mimo 10h zapasu w ostatniej chwili zdążyłyśmy na samolot. Tym razem było prawie w porządku. Okazało się tylko, że dworzec kolejowy koło lotniska, na którym lądowałyśmy był jedynie peronem w środku pola, więc nasze plany, że odbierzemy sobie bilety na stacji (które wcześniej kupiłyśmy przez internet) legły w gruzach. Ale mając 40 minut zapasu wróciłyśmy z Asią na lotnisko (autobusy skomunikowane z pociągami jeżdżą regularnie), gdzie, jak się dowiedziałyśmy od kierowcy, jest kasa kolei norweskich. Jak się oczywiście okazało, kasa jest sprytnie schowana w jednym ze sklepów sieci Narvesen i w rzeczywistości jest tylko terminalem obsługiwanym przez sklepowe ekspedientki. Wytrwali znajdą, schowaną z tyłu sklepu, małą tabliczkę z logo NSB informującą, że tutaj można odebrać bilet. My na szczęście miałyśmy przewodnika w postaci miłego kierowcy autobusu, który w ramach swoich przerw robił za informację turystyczną, a nawet tragarza bagażów. Nie byłyśmy z Asią zaskoczone, jak młoda dziewczyna przy kasie poinformowała nas, że jest awaria terminalu i, że musi go zrestartować. Po przebojach z zeszłego roku mało co nas zaskoczy, więc nie zdziwiłyśmy się również jak terminal nie chciał się włączyć przez drobne 15 minut, ani że godzina odjazdu pociągu różniła się o kilkanaście minut od tej podanej w internecie, więc teoretycznie nasz pociąg nie istniał.
Dalsza podróż przebiegła spokojnie. Koleje norweskie zapewniły każdemu pasażerowi zestaw (wg instrukcji do wykorzystania w podróży albo wzięcia do domu): kocyk, dmuchaną poduszeczkę, opaskę na oczy i stopery do uszu. Dodatkowo koduktor przyszedł nas obudzić przed naszą stacją.

Obecnie w hotelu pracują: 4 Polki, 2 Litwinki i ... 2 Norweżki. Poza szefami oczywiście. Dodatkowo niedaleko otworzył się drugi hotel, gdzie nasze szefostwo jest współudziałowcami i mieszkają w nim żołnierze (niżsi stopniem, bo oficerowie mieszkają u nas). Efekt jest taki, że Anne Stine (40letnia córka głównej szefowej) siedzi cały czas tam, Anne (szefowa główna, lat między 63 a 67) siedzi w recepcji po 12h, a Martin (syn szefowej, lat mniej niż Anne Stine) ma na głowie całą farmę i jazdy konne. Ogólnie jest wielki sajgon. Ponadto... jestem najstarszym stażem pracownikiem hotelu, przynajmniej przez najbliższy miesiąc.

Z ciekawostek - nie zaobserwowałam żadnym zwierząt! Nie ma osłów, krów ani kóz! Czyli nic co zżerałoby kwiatki przed hotelem! Nie wspominam oczywiście o owcach i koniach, które są w standarcie, ani lamie i którymś z rzędu pokoleniu królików, które dawno temu było w klatce. Aż się czuję zawiedzona...

Ponadto Magda, która siedzi tutaj od marca (z 3 tygodniową przerwą) opowiedziała, jak w zeszłym roku po naszym wyjeździe, była grupa turystów i sprzątając pokoje znalazła trupa. Facet dostał zawału serca i jeszcze przewracając się rozbił sobie głowę o jakiś kant. Nigdy nie lubiłam chodzić wieczorami po piętrze aneksu (budynek o standardzie schroniskowym na piętrze, my mieszkamy na parterze) jak nie było gości, zwłaszcza wieczorami, ale po tej historii sama tam chodzić nie będę.

Jest godzina 00.40. Za oknem nadal jest ledwo szaro, co nie wpływa pozytywnie na chęć położenia się do łóżka.

Intro

Jakiś czas temu postanowiłam, że wyjeżdżając do Norwegii założę bloga, ponieważ w miejscu w którym jestem zawsze dzieje się coś ciekawego do opisania. Co prawda wtedy planowałam wrócić do Polski po 3 miesiącach, a nie emigrować na dłużej, ale jak wiadomo plany planami, a życie życiem. Dla niewtajemniczonych mój mąż postanowił, że nie będzie czekał na mnie w Polsce i znalazł sobie pracę w tym samym kraju. Teraz będzie 500km od mnie a nie 1200 ;) Oficjalnie odmawiam odpowiedzi na pytania o datę naszego powrotu. Wyjdzie w praniu :)

Airbus 320 tym razem wylądował szczęśliwie na południu Norwegii. Podróż oczywiście nie obyła się bez niespodzianek, bo przecież Norwegia to Norwegia. Ale na razie czas na spacer, bo szkoda przy tak ładnej pogodzie siedzieć przed komputerem.