poniedziałek, 21 lutego 2011

O zeszytach ciąg dalszy...

... czyli małe wyjaśnienia.

Na wstępie pragnę wyjaśnić, że ja po prostu jestem bardzo konserwatywna jeśli chodzi o zeszyty, w których mam robić notatki. Zgodzę się nawet na stwierdzenie, że mam nierówno pod sufitem.

Wszystko wynika z tego, że jestem wzrokowcem. Moje notatki muszą być przestrzenne. Mieć strzałki, gwiazdki, kropki, wypunktowania, podkreślenia. Jak patrzę na stronę to muszę od razu widzieć czego rzecz dotyczy i w której części strony znajdują się poszczególne informacje. Tekst musi być w miarę zwarty, nienawidzę pisania z kratką odstępu, bo wtedy wszystko idzie w cholerę. A w liniach to już w ogóle pisać się nie da. To znaczy ja nie mogę. Bo potem tego nie przeczytam. Karierę z zeszytami w linie zakończyłam w VII klasie podstawówki, kiedy pani nauczycielka języka polskiego wreszcie machnęła ręką i powiedziała, że mogę pisać w czym chcę.

Ale to nie koniec! Owe kratki muszą być delikatne. Nie może to być czarna, wyrazista kratka, bo wtedy również nic nie widzę, oprócz kratki. Moją zmorą było pożyczenia notatek od dziewczyny, która pisała jasnym, niebieskim długopisem na ciemno-kratkowanym papierze. A już kserować się tego w ogóle nie dało. Nie lubiłam też notatek koleżanki - to znaczy, lubiłam, bo notowała prawie wszystko co dało się zanotować, ale kserowanie ich było nie ekonomiczne ;) - która pisała w zeszytach w linie i jeszcze pisała wszystko ciągiem, w jednej linii. Generalnie semestr, w którym Ruda wyjechała do Belgii na Erasmusa był dla mnie nie lada wyzwaniem, bo moje ulubione źródło notatek piło piwo i jadło frytki z majonezem, więc musiałam chodzić na te poranne wykłady również...

Nie lubię też zbyt grubych zeszytów. W sensie dla formatu A5 idealne są dla mnie 80 kartek i pół sztywna okładka. Ale nie twarda. Dla formatu B5 może być grubszy i może być twarda, ale musi być na kółkach. I najlepiej, aby zadruk był w 4 różnych kolorach, na 4 różne przedmioty. Kiedyś łaziłyśmy przez dłuższy czas po Poznaniu z Rudą w poszukiwaniu takowych. Jak już znalazłam gdzieś, to od razu zadzwoniłam z pytaniem - "Tobie też kupić?" Czyli nie jestem znowuż taka nienormalna...

BTW, Ruda, jak znajdziesz gdzieś takie właśnie zeszyty w jakich notowałyśmy na V roku, to kup mi proszę z 1 czy 2. A jak znajdziesz w przeciągu najbliższego 1,5 miesiąca, to przekaż proszę JoAnnie ;)

No i oczywiście - okładka musi być jakaś sensowna! Już w liceum odkryłam, że jeżeli zeszyt ma okładkę, której nie lubię, to jakoś nie bardzo chce mi się zaglądać do tego przedmiotu ;) W Toruniu, na Szerokiej, zaraz przy Starym Rynku, był mój ulubiony sklep papierniczy (oprócz tego był tam też cały asortyment Magica, figurek, farb, gier, puzzli itp), mały i ciasny, gdzie za ladą stał przesympatyczny, siwy pan, z którym można było gadać godzinami. I przy okazji poprzeglądać nową dostawę zeszytów ;)))

Więc, Tenel - teraz już wiesz, dlaczego nie prosiłam Cię o przywiezienie zeszytu? :*

2 komentarze:

  1. Ommm. tak Natasza już wiem.
    Swoją drogą, ja mam nierówno pod sufitem na temat czytania moich ksiazej jako pierwsza, wiec rozumiem rozne maniactwa :***

    I tak wasze mieszkanie fajne, na tyle na ile pamietam:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem Twoim dokladnym zeszytowym przeciwienstwem tedy :D
    Linie, tylko linie :D
    I kolonotatniki niechetnie, bo czasami wchodza w parade i nie da sie otworzyc zeszytu na plask :)

    OdpowiedzUsuń