sobota, 16 października 2010

Małe co nieco

Niedaleko Kmiecej, gdzie kiedyś mieszkaliśmy, była mała piekarenka. No, może nie aż taka mała. Piekli świetny chleb, zwany wiejskim. Był okrągły, miał chrupiącą skórkę i przed południem można było załapać się jeszcze na taki prosto z pieca, cieplutki. Po przyjściu do domu połowa od razu znikała, niezależnie od tego, kto po niego poszedł.
Później niestety na Wildzie królował baltonowski Fawora, którego specjalną miłośniczką nie jestem.

A teraz nie potrzebuję już chodzić do piekarni, żeby mieć ciepły, pachnący chlebek z chrupiącą skórką ;) Jedyny błąd jaki popełniam to pieczenie go wieczorem. Objadanie się czymkolwiek na noc, zwłaszcza ciepłym chlebem raczej nie jest odpowiednie, ale trudno nam się powstrzymać. A ostatnio chlebek przybrał nawet okrągły kształt. Tylko jeszcze nie udało mi się stworzyć ideału godnego obfotografowania. Ale dajcie mi jeszcze z dwa tygodnie.

Dostałam dzisiaj od mojego ukochanego męża "I shall wear midnight" T. Pratchetta, więc zakończywszy etap pieczenia oddaję się lekturze. Zobaczymy co tym razem wymyśliła Tiffany i Fik Mig Figle :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz