Dawno temu, w Toruniu, tata wsadził mnie do pociągu (miałam 4 lata) razem ze swoim znajomym Żuczkiem (tata twierdzi, że ze Sławkiem O., a co twierdzi mama?). Pociąg miał zaraz odjeżdżać, a tata oczywiście nie miał jeszcze biletu. Pobiegł do konduktora, poprosił, żeby poczekał "bo tam jest moje dziecko!" i poleciał kupować bilet. Bilet kupił, wsiadł do pociągu i pojechał... w przeciwnym kierunku. A myśmy sobie spokojnie dojechali do Poznania. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pierwszy telefon jaki otrzymała mama było "Cześć, mam Nataszę, ale zgubiliśmy Radka" a nie późniejszy "Cześć, wiesz, zgubiłem Nataszę".
Dawno temu, jeszcze za komuny, pojechaliśmy z rodzicami i znajomym (też długowłosym i długobrodym) do Tunezji. Było akurat tydzień po jakimś zamachu dokonanym przez ludzi, którym zwyczaj każe pozostać zarośniętymi. Był sobie budynek. Były jakieś tablice pełne szlaczków, ale kto by się domyślił, że szlaczki mówią o zakazie fotografowania, a budynek jest ważnym obiektem państwowym? Wypuścili nas z aresztu późnym wieczorem. I tak upłynął nam dzień pierwszy.
Dawno temu, ojciec wyniósł na śmietnik worek. Czarny. Pełen ważnych dokumentów. Ten ze śmieciami został w domu.
Dawno temu ojciec posiadał notes. I coś w rodzaju portfela. Po pewnym czasie notes był zbiorem luźnych kartek. Ważnych kartek, nieważnych kartek. Karteczek. Maciupkich karteluszek. Próba znalezienia ważnego adresu czy numeru kończyła się zgubieniem innego. Albo zgubieniem aktualnego biletu PKP. O banknotach nie wspomnę. (nie wiem czy przesadzam, czy nie, takie są moje wspomnienia, a raczej trauma ;))
Dawno temu pojechaliśmy na wycieczkę. Zorganizowaną. Anarchistyczna dusza ojca nie pozwalała mu zjawiać się na czas przy autokarze. Prawie nigdy. Albo w trakcie jazdy pociągiem wysiadał na pośredniej stacji, żeby pobiec kupić lody. No bo przecież pociąg będzie stał 5 minut. (no dobra, wracając z Bieszczad zamówiliśmy 15 pizz na stację i potem 3 kumpli biegło je odebrać, bo nie zgodzili się dostarczyć ich na peron ;)) Albo benzyna nam się kończyła w środku nocy, gdzieś pomiędzy zadupiem a wielkim nigdzie. Samochód się zepsuł. Ojciec zatrzasnął kluczyki w samochodzie, a zapasowe mama zostawiła w środku, 200km od miejsca gdzie znajdował się trzeci komplet (w środku nocy oczywiście). Swoją drogą ta sytuacja bardzo, ale to bardzo coś mi przypomina, ale ci.... Geny i te sprawy ;)
Swoją drogą, ponieważ ojciec nadal (a może raczej "znowu") jeździ tym samym rzęchem co 15 lat temu, Młody teraz przerabia te same akcje co ja. W kwestii podróżowania pod znakiem "OK, jesteśmy gdzieś na Podkarpaciu, gdzie by tu znaleźć mechanika"
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ za kilka godzin mój ojciec i Młody lądują w Dublinie. Dla ojca jest to druga podróż samolotem (pierwsza od 21 lat), dla Młodego pierwsza. Żaden nie mówi po angielsku. Wyobrażam sobie ojca aresztowanego za fotografowanie lotniska, albo palącego w niedozwolonym miejscu. Albo Mikołaja, który w ramach roztrzepania zgubi gdzieś kartę pokładową. Lub siebie. I telefon. Albo wszystko naraz. Zastanawiam się czy nie ustawić jakiś zakładów jak to się skończy ;)
sobota, 5 lutego 2011
sobota, 29 stycznia 2011
Trochę propagandy ekologicznej
Proszę Was bardzo, wszystko prawda ;)
Polecam słuchać głośno i na dobrych głośnikach :)
Polecam słuchać głośno i na dobrych głośnikach :)
piątek, 14 stycznia 2011
Przesyłki
Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby przekazywać komuś książkę za pośrednictwem mojego męża? Przecież to chyba było wiadome, że najpierw on ją przeczyta, prawda? Ba, wręcz zaczęłabym się o niego martwić, gdyby tego nie zrobił. Anyway, Melon, przesyłka do Ciebie ma się dobrze, czasem nawet wysłuchuję jej fragmenty :)
A poza tym kaszel, kaszel i kaszel. Dwa kasłaki. Poza tym nie wiem czy wiecie, ale kasłanie jest tak samo zaraźliwe jak ziewanie.
A poza tym kaszel, kaszel i kaszel. Dwa kasłaki. Poza tym nie wiem czy wiecie, ale kasłanie jest tak samo zaraźliwe jak ziewanie.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Choinka
Gość II
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























