wtorek, 17 maja 2011

Królowa.

(akcja)
Ja: Dzień dobry, słyszałam, że zamierzacie zamknąć kilka ulic w okolicy z okazji wizyty królowej. Mam pytanie, pracuję zaraz za rogiem, no i tak się zastanawiam, czy mogę zostawić mój rower przyczepiony do latarni, czy zostanie usunięty przez oddział saperów z podejrzeniem istnienia bomby w środku?
Policjant nr 1. Hm... Dobre pytanie...
Policjant nr 2 Well... obawiam się, że może zostać usunięty z podejrzeniem bomby w środku...
Ja: Nie do końca to chciałam usłyszeć...
Policjant nr 1: A nie możesz go umieścić wewnątrz miejsca pracy?
Ja: Nie bardzo, nie ma gdzie. A które konkretnie ulice zamykacie?
Policjant nr 2: Ekhm... Właściwie to nie wiemy, bo my nie jesteśmy stąd... Ale możesz sprawdzić w internecie, najlepiej na stronie Dublin Bus.
Ja: Dublin Bus???
Policjant nr 1: No tak, oni wiedzą najlepiej, bo muszą zmienić trasy autobusów.
Ja: Acha.... Świetnie. A jak długo to potrwa?
Policjant nr 2: Królowa odlatuje w piątek.
Policjant nr 1: Ale zaraz potem przylatuje Barack Obama, więc w przyszłym tygodniu będzie to samo.
(kurtyna)
...

Podobno również w ramach wsparcia sprowadzono 150 brytyjskich policjantów do pomocy i 2 armatki wodne. Jak to Piotr słusznie zauważył, ktoś tu się prosi o kłopoty, bo Irlandczycy generalnie nie kochają się z Brytyjczykami (ach, te 1000 lat niewoli) a jeżeli kogoś ma wkurzać Brytyjska Królowa to już na pewno zirytują go brytyjscy policjanci.
Jak też podsumował kumpel na powyższe wieści: No... To jest mniej więcej tak samo na miejscu jak wizyta Adolfa Hitlera w Oświęcimiu.

poniedziałek, 16 maja 2011

Kilka letnich refleksji.

Pkt. 1. Lato było w kwietniu. Teraz jest sztormowo-zmienne mokro-wietrzne niewiadomoco.

Pkt. 2. Patrząc na stan swoich nóg, to jeżeli owo lato powróci, to albo będę chodzić w długich spódnicach, albo stosować puder maskujący na kolana zamiast na twarz. Ach, te kochane skały...

Pkt. 3. Wrażenia, kiedy stoisz na pionowej skale próbujesz położyć kolejną kość w szczelinę, a wiatr pędzący z prędkością 40 km/h miota tobą w lewo i w prawo - bezcenne. To było równie ciekawe doświadczenie jak jazda rowerem przy podmuchach 60km/h.

Pkt. 4. Mieszkanie na poddaszu ma swoje zalety. Ma też swoje wady. Zwłaszcza jak masz wrażenie, że zaraz sufit odfrunie.

Pkt. 5. Nadal jeszcze posiadam paznokcie u rąk. Aczkolwiek nie wiem jak długo to potrwa. Zwłaszcza jeśli jeszcze do tego wszystkiego dołożę gitarę.

A, no i przyjeżdża królowa brytyjska z wizytą. Z pierwszego rzutu oka na prasę wynika, że zamierzają tymczasowo zamknąć z pół miasta. Liczę, że właśnie konfabuluję :)

piątek, 13 maja 2011

Ile waży szczęście...

Otóż szczęście waży sporo. Rozłożone po uprzęży zamieszczonej na biodrach waży trochę mniej, ale nadal je czujesz przy każdym ruchu. I dzwoni. Pobrzękuje.
I pozwala wleźć na górę i zobaczyć widok ze szczytu :)





czwartek, 5 maja 2011

Żyjemy

I mamy się dobrze, tylko ciut zabiegani.

Tak naprawdę nie zdążyłam jeszcze rozpakować dwóch ostatnich toreb po przeprowadzce, a już mieliśmy dwa razy gości, i dwa wyjazdy, zdążyliśmy też zrobić kurs w skałach, a że skały niedaleko, to często tam zaglądamy.

Zdjęcia z ostatniego wyjazdu są na picasie, link obok.

Dziękujemy serdecznie klanowi Wołyńskich za przemiłe towarzystwo podczas świat i za świetny wyjazd :) No i oczywiście zapraszamy ponownie :)

Znikam spać, pozdrawiam wszystkich, postaram się coś więcej napisać wkrótce :*

niedziela, 13 marca 2011

Różnice kulturowe II

Styczeń.
Kończę zajęcia, wracam ze znajomym Brazylijczykiem (jego 3. dzień w Irlandii, jak również pierwszy pobyt poza granicami Brazylii). Rafael prosi, abyśmy poszli przez park (a Dublin parkami usiany, jak wiadomo).

- Dobrze. - stwierdzam - Ale zimą parki są zawsze takie ponure.
Rafael patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Jak to? Przecież są cudowne! Pierwszy raz widzę drzewa bez liści, są tak niesamowite, uwielbiam je!

Idziemy dalej przez tenże park, Rafael zachwyca się mewą, która stoi na cieniutkim lodzie pokrywającym staw. Śniegu i lodu też nigdy nie widział, ale to mnie akurat nie dziwi, do tego się już przyzwyczaiłam.
I nagle - Rafael łapie mnie za ramię i prowadzi w kierunku drzewa krzycząc:
- Patrz! Widziałaś?! Jaki piękny ptak!
Nic nie widzę. Wykrzykuje też jakąś angielską nazwę, której nie znam. Spodziewam się sikorki, zimorodka, no chociaż sójki! Wreszcie pojawia się owa piękność... Sroka we własnej ptasiej osobie.

czwartek, 3 marca 2011

Pączki

Ulepione.
Wyrośnięte.
Usmażone.
Pożarte.
Mniam :)

poniedziałek, 21 lutego 2011

O zeszytach ciąg dalszy...

... czyli małe wyjaśnienia.

Na wstępie pragnę wyjaśnić, że ja po prostu jestem bardzo konserwatywna jeśli chodzi o zeszyty, w których mam robić notatki. Zgodzę się nawet na stwierdzenie, że mam nierówno pod sufitem.

Wszystko wynika z tego, że jestem wzrokowcem. Moje notatki muszą być przestrzenne. Mieć strzałki, gwiazdki, kropki, wypunktowania, podkreślenia. Jak patrzę na stronę to muszę od razu widzieć czego rzecz dotyczy i w której części strony znajdują się poszczególne informacje. Tekst musi być w miarę zwarty, nienawidzę pisania z kratką odstępu, bo wtedy wszystko idzie w cholerę. A w liniach to już w ogóle pisać się nie da. To znaczy ja nie mogę. Bo potem tego nie przeczytam. Karierę z zeszytami w linie zakończyłam w VII klasie podstawówki, kiedy pani nauczycielka języka polskiego wreszcie machnęła ręką i powiedziała, że mogę pisać w czym chcę.

Ale to nie koniec! Owe kratki muszą być delikatne. Nie może to być czarna, wyrazista kratka, bo wtedy również nic nie widzę, oprócz kratki. Moją zmorą było pożyczenia notatek od dziewczyny, która pisała jasnym, niebieskim długopisem na ciemno-kratkowanym papierze. A już kserować się tego w ogóle nie dało. Nie lubiłam też notatek koleżanki - to znaczy, lubiłam, bo notowała prawie wszystko co dało się zanotować, ale kserowanie ich było nie ekonomiczne ;) - która pisała w zeszytach w linie i jeszcze pisała wszystko ciągiem, w jednej linii. Generalnie semestr, w którym Ruda wyjechała do Belgii na Erasmusa był dla mnie nie lada wyzwaniem, bo moje ulubione źródło notatek piło piwo i jadło frytki z majonezem, więc musiałam chodzić na te poranne wykłady również...

Nie lubię też zbyt grubych zeszytów. W sensie dla formatu A5 idealne są dla mnie 80 kartek i pół sztywna okładka. Ale nie twarda. Dla formatu B5 może być grubszy i może być twarda, ale musi być na kółkach. I najlepiej, aby zadruk był w 4 różnych kolorach, na 4 różne przedmioty. Kiedyś łaziłyśmy przez dłuższy czas po Poznaniu z Rudą w poszukiwaniu takowych. Jak już znalazłam gdzieś, to od razu zadzwoniłam z pytaniem - "Tobie też kupić?" Czyli nie jestem znowuż taka nienormalna...

BTW, Ruda, jak znajdziesz gdzieś takie właśnie zeszyty w jakich notowałyśmy na V roku, to kup mi proszę z 1 czy 2. A jak znajdziesz w przeciągu najbliższego 1,5 miesiąca, to przekaż proszę JoAnnie ;)

No i oczywiście - okładka musi być jakaś sensowna! Już w liceum odkryłam, że jeżeli zeszyt ma okładkę, której nie lubię, to jakoś nie bardzo chce mi się zaglądać do tego przedmiotu ;) W Toruniu, na Szerokiej, zaraz przy Starym Rynku, był mój ulubiony sklep papierniczy (oprócz tego był tam też cały asortyment Magica, figurek, farb, gier, puzzli itp), mały i ciasny, gdzie za ladą stał przesympatyczny, siwy pan, z którym można było gadać godzinami. I przy okazji poprzeglądać nową dostawę zeszytów ;)))

Więc, Tenel - teraz już wiesz, dlaczego nie prosiłam Cię o przywiezienie zeszytu? :*

niedziela, 20 lutego 2011

Różnice kulturowe I

Po zapisaniu się na angielski (z miesiąc temu jakoś) wyruszyłam na poszukiwanie zeszytu. W normalnym świecie napisałabym "poszłam kupić zeszyt", ale moje zakupy okazały się praktycznie 4-dniową wyprawą z chodzeniem po wszystkich możliwych sklepach papierniczych w okolicy i w centrum,wielkich, dużych i małych...

A wszystko dlatego, że... chciałam kupić zeszyt w kratkę! Nie w linie, w kratkę, nie wkłady do segregatora (które w większości też są w linie), tylko zeszyt, nie A4 tylko A5 lub B5...

Wszyscy sprzedawcy patrzyli na mnie ciut dziwnie, bo przecież nie ma takich zeszytów. Bo u nich się w takich nie pisze, przecież do pisania są linie. A na matematyce to nie wiem w czym piszą.

Udało mi się znaleźć JEDEN zeszyt A5 w kratkę, ale z jakiejś ekskluzywnej serii, który kosztował 16 euro. Stwierdziłam, że NIE kupię zeszytu za 62 zł...
W linie też nie kupiłam, ponieważ nienawidzę linii. Udało mi się gdzieś w jakiejś sieciówce odzieżowej znaleźć (dzięki podpowiedzi koleżanki) gładki.

wtorek, 15 lutego 2011

Wariactwa rzeczywistości

Umarłam.

Poszłam do sklepu. Dużego. Na bocznych półkach, tych gdzie zazwyczaj są produkty promocyjne i bardziej widoczne dla klienta, mój wzrok przyciągnął napis "quick pancakes maker". Jaki maker, o co chodzi? Podeszłam bliżej. Ustrojstwo okazało się plastikową butelką z nakrętką, pojemności na oko litrowej, wypełnioną jakimś proszkiem. Trzeba odkręcić nakrętkę, dodać x ml mleka, zakręcić i wymieszać. I usmażyć. Promocja, 2,99 euro. Czy tam ileś.

Czy... zrobienie naleśników jest naprawdę tak skomplikowane, żeby tworzyć takie potworki, o śmieciach już nie wspomnę? Czy może się właśnie wywyższam?

Potem umarłam po raz drugi, ale tylko z uwagi na skok ciśnienia spowodowany próbą znalezienia pieprzonego kwasku cytrynowego w tym głupim, wielkim sklepie, który jest wielkości przeciętnego Piotra i Pawła, tylko z mniejszą ilością towarów. Poddałam się, kupię kiedy indziej i pewnie w polskim sklepie.

sobota, 5 lutego 2011

Zakłady

Dawno temu, w Toruniu, tata wsadził mnie do pociągu (miałam 4 lata) razem ze swoim znajomym Żuczkiem (tata twierdzi, że ze Sławkiem O., a co twierdzi mama?). Pociąg miał zaraz odjeżdżać, a tata oczywiście nie miał jeszcze biletu. Pobiegł do konduktora, poprosił, żeby poczekał "bo tam jest moje dziecko!" i poleciał kupować bilet. Bilet kupił, wsiadł do pociągu i pojechał... w przeciwnym kierunku. A myśmy sobie spokojnie dojechali do Poznania. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pierwszy telefon jaki otrzymała mama było "Cześć, mam Nataszę, ale zgubiliśmy Radka" a nie późniejszy "Cześć, wiesz, zgubiłem Nataszę".

Dawno temu, jeszcze za komuny, pojechaliśmy z rodzicami i znajomym (też długowłosym i długobrodym) do Tunezji. Było akurat tydzień po jakimś zamachu dokonanym przez ludzi, którym zwyczaj każe pozostać zarośniętymi. Był sobie budynek. Były jakieś tablice pełne szlaczków, ale kto by się domyślił, że szlaczki mówią o zakazie fotografowania, a budynek jest ważnym obiektem państwowym? Wypuścili nas z aresztu późnym wieczorem. I tak upłynął nam dzień pierwszy.

Dawno temu, ojciec wyniósł na śmietnik worek. Czarny. Pełen ważnych dokumentów. Ten ze śmieciami został w domu.

Dawno temu ojciec posiadał notes. I coś w rodzaju portfela. Po pewnym czasie notes był zbiorem luźnych kartek. Ważnych kartek, nieważnych kartek. Karteczek. Maciupkich karteluszek. Próba znalezienia ważnego adresu czy numeru kończyła się zgubieniem innego. Albo zgubieniem aktualnego biletu PKP. O banknotach nie wspomnę. (nie wiem czy przesadzam, czy nie, takie są moje wspomnienia, a raczej trauma ;))

Dawno temu pojechaliśmy na wycieczkę. Zorganizowaną. Anarchistyczna dusza ojca nie pozwalała mu zjawiać się na czas przy autokarze. Prawie nigdy. Albo w trakcie jazdy pociągiem wysiadał na pośredniej stacji, żeby pobiec kupić lody. No bo przecież pociąg będzie stał 5 minut. (no dobra, wracając z Bieszczad zamówiliśmy 15 pizz na stację i potem 3 kumpli biegło je odebrać, bo nie zgodzili się dostarczyć ich na peron ;)) Albo benzyna nam się kończyła w środku nocy, gdzieś pomiędzy zadupiem a wielkim nigdzie. Samochód się zepsuł. Ojciec zatrzasnął kluczyki w samochodzie, a zapasowe mama zostawiła w środku, 200km od miejsca gdzie znajdował się trzeci komplet (w środku nocy oczywiście). Swoją drogą ta sytuacja bardzo, ale to bardzo coś mi przypomina, ale ci.... Geny i te sprawy ;)

Swoją drogą, ponieważ ojciec nadal (a może raczej "znowu") jeździ tym samym rzęchem co 15 lat temu, Młody teraz przerabia te same akcje co ja. W kwestii podróżowania pod znakiem "OK, jesteśmy gdzieś na Podkarpaciu, gdzie by tu znaleźć mechanika"

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ za kilka godzin mój ojciec i Młody lądują w Dublinie. Dla ojca jest to druga podróż samolotem (pierwsza od 21 lat), dla Młodego pierwsza. Żaden nie mówi po angielsku. Wyobrażam sobie ojca aresztowanego za fotografowanie lotniska, albo palącego w niedozwolonym miejscu. Albo Mikołaja, który w ramach roztrzepania zgubi gdzieś kartę pokładową. Lub siebie. I telefon. Albo wszystko naraz. Zastanawiam się czy nie ustawić jakiś zakładów jak to się skończy ;)