środa, 25 listopada 2009

A fjordy nam z ręki jadły...

Odnośnie komentarza Wojciecha, który stwierdził, że nie dziwi się wikingom, że zamiast siedzieć na tych swoich skrawkach lądu otoczonych górami woleli sprawdzić, czy nie ma czegoś do złupienia na południu, wrzuciłam właśnie zdjęcia z kolejnego "middle of nowhere". Chyba nawet bardziej "nowhere" niż Hjerkinn. Hjerkinn przynajmniej miało drogę. Szlak przez góry. Ścieżkę. Cokolwiek!

Na zdjęciach przedstawione są 3 wioski.

Gudvangen
. Mała wioska położona nad najwęższym fjordem świata. Co ciekawe - przy głównej drodze Oslo-Bergen (tunele, tunele, tunele, więcej tuneli w tym takie po 11,5km i po 24,5 km. A i wąska). Jeden sklep będący jednocześnie stacją benzynową. Stacja benzynowa będąca sklepem też może być. Whatever. Zamknięte sklepy z pamiątkami sugerują, że ludzie żyją głównie z turystów. Miejsce znane z odbywającego się tam festiwalu wikińskiego. Latem bardzo urokliwe. Zimą... także urokliwe, aczkolwiek wydaje się być również dobrą inscenizacją do jakiegoś horroru.

Bakka. Do Bakka można się dostać tylko i wyłącznie od strony Gudvangen (można oczywiście również przypłynąć, ale miałam na myśli drogę lądową). No dobra, przy dużej ilości szpeju wspinaczkowego i samozaparcia można próbować przeleźć górą. Zwłaszcza jeżeli ktoś chce popełnić spektakularne samobójstwo. Anyway, dojazd samochodem możliwy jest tylko od strony Gudvangen. Odległość - 6 km, z czego 2 km to tunel. Droga szeroka na jeden samochód. Przy tunelu poszaleli, bo zrobili go tak na 1,5, a co! Przy braku ruchu turystycznego, czyli w sezonie jesienno-zimowym nie działa sygnalizacja świetlna (domyślam się, że latem ruch jest wahadłowy) jak również oświetlenie tunelu. W celu zapewnienia bezpieczeństwa postawiono tablice informujące o konieczności włączenia długich świateł. Wrażenie niesamowite, zwłaszcza że jak się już widzi koniec tunelu (tunel oczywiście ma zakręty) to widać morze i człowiek się zastanawia, czy tam na pewno jest droga. W każdym razie wioska Bakka składa się z około 30 zabudowań. Nie wiem czy wszystkie są zamieszkane, natomiast wyczytałam, że mieszkańcy zajmują się hodowlą kóz i produkcją serów. Nie jestem co prawda gdzie te kozy pasą, ale pewnie mają jakieś ukryte ścieżki w górach.

Undredal. Wioska, do której trafiliśmy przypadkiem. Położona między Gudvangen (tunelem 11,5km) oraz Aurland (tunelem jakieś 8km). Z tego właśnie powodu do roku 1989 wioska nie miała żadnej drogi lądowej poza swoją dolinę. Cały transport odbywał się wodą.
Wydawało Ci się kiedyś, że masz daleko do szkoły? Ha! Przynajmniej nie musiałeś do niej pływać...
Ale w końcu Norwedzy są specami od kopania w skałach (co jest ciekawe, bo jakoś wcale nie przypominają krasnoludów), więc i do tej małej wioski się przebili. Undredal również zajmuje się hodowlą kóz i produkcją serów. Poza tym .... śmiem przypuszczać, że jesienią rodzi się dużo dzieci, bo naprawdę nie wiem co można tam robić.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Gudvangen

W sobotę byliśmy w Gudvangen, małej wiosce położonej w najwęższym fjordzie świata. Niedaleko jest wioska o nazwie Bakka. Tam kończy się droga, a prowadzi mała wąska dróżka o szerokości jednego samochodu, nie więcej. Żyje tam na oko 30-50 osób. Na pewno nie więcej. I mają własny, dwukilometrowy tunel w skałach zbudowany specjalnie dla nich. Przy okazji - o szerokości może 1,5 samochodu. Wyjeżdżając z niego człowiek widzi morze i zaczyna się zastanawiać czy jest tam jakaś droga. Miejsce równie niesamowite co martwe. Bo "spokojne" i "puste" nie oddają całości sytuacji. Zdjęcia niedługo.

Anyway, przedstawiam plan na jutro: :) Czas trochę poeksperymentować, niach niach niach :)

piątek, 20 listopada 2009

Garstka zdjęć

Ot i w końcu udało mi się opublikować małe co nieco. Zdaję sobie sprawę, że niektóre panoramy nie są idealne, ale po paru godzinach prób po prostu się poddałam i wrzuciłam jak jest. Miało być poglądowo, niekoniecznie artystycznie ;)

Anyway. Zdjęcia z Bergen, nocne zdjęcia z Bergen, a tutaj mała retrospekcja z pewnego śniadania, tak w ramach porządków na dysku ;)

A. Przy okazji chciałam uspokoić wszystkich martwiących się o pożary w tym kraju o drewnianej zabudowie. Nasz alarm przeciwpożarowy w mieszkaniu jest sprawny i przerażająco głośny (pobił nawet alarm hotelowy). Przetestowałam osobiście. Będę pamiętać, że nie należy niczego przypalać w piekarniku. Ani na patelni. Ani w ogóle ;)

czwartek, 19 listopada 2009

Takie sobie przechwałki :)

Wydało się. Jak piszę o jakiś godnych pochwały spostrzeżeniach to nikt się nie wypowie, ale jak napiszę o przebojach z obleśnym kurczakiem, to od razu jest ożywiona dyskusja! Jak chcecie :)

Kilka dni temu udało nam się znaleźć coś co przypominało białą kiełbasę. W połączeniu z otrzymanym od mamy Rudej majerankiem oraz paroma innymi, niezbędnymi składnikami żurek po norwesku mamy w miarę opanowany. A kiełbasa przynajmniej nie chrupie przy krojeniu.

Przy okazji. Jak na standardy Bergen całkiem tanio udało nam się wynająć fajne mieszkanko. Jeżeli dodamy to tego fakt, że w cenę wliczony jest internet (sympatyczne szybkie łącze), prąd (czyli m.in. ogrzewanie podłogowe) oraz woda to w ogóle jest idealnie. A, zapomniałam o komórce na rowery ;) I powiem szczerze - nie sądziłam, że na północy Europy, na dodatek zasadniczo w piwnicy, będę się wygrzewać do woli :) Bo jeżeli jest mi zimno, to nie przejmując się rachunkami po prostu podkręcam ogrzewanie :) I jeszcze przyjemnie mnie grzeje w bose stópki :) Coś mi się w końcu od życia należy :)

A, i jeszcze mam okno w salonie z widokiem na góry :) No dobra, po drodze są też krzaki, ale kto by się przejmował, skoro nie ma liści, więc widać góry :)
Dzisiaj moje góry są zamglone i mokre.

wtorek, 17 listopada 2009

Odblaski

Proszę Państwa. Pomimo mojego ciągłego narzekania na wiele rzeczy, w tym przeuroczym kraju zdarzają się również momenty, w których Norwedzy mnie bardzo pozytywnie zaskakują. Jedną z nich jest ubiór pieszych nocą.
Pozwolę sobie pominąć zachowanie tychże pieszych podczas przechodzenia przez ulicę. Obawiam się, że w Polsce zginęli by na pierwszej z brzegu zebrze bez sygnalizacji świetlnej. Tutaj nikt nie zna zasady "Przed przejściem dla pieszych należy się zatrzymać. Rozejrzeć w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo". Tutaj kierowcy dostają nerwicy, ponieważ muszą ciągle być czujni, czy im jakiś człowiek nagle nie wlezie pod koła, bo wchodząc na pasy akurat patrzył w zupełnie inną stronę. I nie żartuję, sama byłam świadkiem. Tutejsi kierowcy widząc pieszego w odległości kilku m od przejścia już zaczynają się zatrzymywać....
Anyway, miało być o pieszych nocą. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Niemniej jednak 99% pieszych, nieważne czy idą ulicą oświetloną czy nie (a wiele osiedlowych uliczek, (przy czym pisząc "osiedle" mam na myśli osiedle domków jednorodzinnych, bo innych tu nie ma) jest tutaj kiepsko oświetlona) jest widoczna. Dlaczego? Ha! Jakie to proste. Ponieważ mają różnego rodzaju odblaski! Albo coś im się majta koło rękawów (kojarzycie rękawiczki dla dzieci takie połączone sznurkiem zwisające z rękawów? To niektórzy mają coś takiego). Albo mają opaski odblaskowe zaciskające się na rękawach kurtek koło nadgarstków albo wokół kostek. Niektórzy nawet po prostu na wieczorny spacer do sklepu lub z psem ubierają kamizelki odblaskowe. I chodzą tak po mieście! (To że miasto to jednocześnie góry pomijam ;)) Dzisiaj widziałam ojca z dwójką synów, gdzie on miał opaski, a dzieciaki kamizelki. I nie ma opcji, że ee, nie bo jak to wygląda. Baaardzo mi się to podoba.

Widzicie, kupiłam sobie kurtkę koloru czerwonego. Nie tylko dlatego, że lubię czerwony, ale dlatego, że chciałam być widoczna np. w górach czy na rowerze.... No i okazuje się, że tutaj ta moja idea bycia widocznej w czerwonej kurtce na rowerze ciut przegrywa... Bo widzicie... Rowerzyści to często jeżdżą w odblaskowych kamizelkach. A część z nich jeździ, uwaga, w wściekle odblaskowych kurtkach! I jeszcze z jadowicie zielonym pokrowcem przeciwdeszczowym na plecak. A ponadto, niektórzy do kompletu mają odblaskowy pokrowiec, który zakładają na kask. A przy okazji... nie widziałam tu rowerzysty bez kasku. I w sumie się nie dziwie. Jazda bez sprawnych hamulców w tym górskim mieście byłaby na pewno jedyna w swoim rodzaju. Nie byłoby szans na powtórkę.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Rosół

Po raz pierwszy w życiu kroiłam dzisiaj kurczaka. Nie FILETY, ale kurczaka w całości. Takiego z kośćmi w środku i skrzepami krwi. Dla tych, którzy nie pamiętają, przypomnę, że jestem byłym wegetariańskim dzieckiem, które nie jadło mięsa do jakiegoś 18 roku życia.

... te kości chrupią, a wnętrze wygląda obrzydliwie. Dobrze, że przynajmniej był wypatroszony...

... w każdym razie rosół jest...

Przeprowadzka

W związku z dwoma zaniepokojonymi telefonami oraz licznymi pytaniami tutejszych tubylców (nie nazwę ich Norwegami, bo był to Polak, Irlandczyk i Palestyńczyk) dementuje wszelkie podejrzenia: Nie, nie spłonęliśmy w żadnym pożarze w Bergen. Nie mieliśmy również z nim nic wspólnego, nikogo nie znaliśmy z tamtej grupy, ani nie znamy nikogo, kto by kogoś znał. Nie do końca wiem nawet jak tam dojechać.

Wczoraj się przeprowadziliśmy do własnego samodzielnego lokum (bez dodatkowych współlokatorów w jakiejkolwiek postaci). Mieszkanie jest dwupokojowe, w piwnicy domu jednorodzinnego na jednym z tutejszych osiedli na wzgórzach. Ma dużą sypialnię, wielką łazienkę i nie-mały pokój z aneksem kuchennym. Ma również schowek na różne różności z mnóstwem półek. Jest całkiem jasne, dom jest na wzgórzu, więc okna są normalnej wielkości, a ponieważ ma ogrzewanie podłogowe na całej powierzchni nie istnieje coś takiego jak ciągnięcie od ziemi. Jedynym jego minusem jest brak zmywarki, do czego się trzeba będzie przyzwyczaić po paru latach jej używania ;)

Na razie lecę badać okolicę, bo chwilowo wiem tylko gdzie jest przystanek autobusowy.

sobota, 14 listopada 2009

Matt zapytuje.

Magdaleno i Krystianie! Kiedy nas odwiedzicie? A teraz pytanie od Matta: Kiedy przyjedziecie? Z pozdrowieniami :)

piątek, 13 listopada 2009

Historyjka poranna

Jako budzik zapasowy, tzw. ostateczny, który na pewno nas obudzi mam ustawione to:



Dzisiaj miałam go ustawionego na późniejszą godzinę, tak więc zdążyłam już wstać i szykować w kuchni śniadanie na wynos dla męża, podczas gdy on był w pokoju i się ubierał. W pewnym momencie słyszę znajome dźwięki i złowieszcze "What the...?!". Po chwili przybiega mój mąż z moim telefonem w ręku, który nadal pieje radośnie, patrzy na mnie z niedowierzaniem, słucha budzika z równie ciekawą miną, po czym stwierdza: "Nie wiem skąd to masz, ale zagryzę tą czerwonowłosą potworę."

Well, trafił, chociaż akurat ta czerwonowłosa ostatnio się przefarbowała na brązowo ;)

czwartek, 12 listopada 2009

Skatteetaten

Przeżyłam. Łatwo nie było. Znaczy było, ale w stronę TAM. Droga powrotna okazała się, zgodnie z przypuszczeniami, pod górę. Ale spoko - jeszcze miesiąc i też będę śmigać jak mieszkańcy tegoż pięknego miasta.

Bergen okazało się wyjątkowo malowniczym miastem, jeżeli tylko nie pada. A ostatnio nie pada wcale. Tylko są przymrozki, co zresztą wydaje się nikomu nie przeszkadzać. Zdjęcia niedługo. Jest to również miasto niespodzianek. Zwłaszcza dla kierowców. Ale o tym innym razem, bo ja również usłyszałam, że piszę za długie notki ;)

Wyjątkowo zaskoczył mnie dzisiaj Urząd Podatkowy (będący jednocześnie Urzędem Imigracyjnym, Urzędem Statystycznym i w ogóle niezłym kombo). Mianowicie: prawie wszystkie ogłoszenia i formularze są w 3 językach: norweskim, angielskim i ... polskim. Serio. Nie, panie i panowie w okienku nie mówią jeszcze po polsku, aczkolwiek mówią świetnie po angielsku, czego nie można powiedzieć ani o naszych urzędach (ostatnio robiłam za tłumacza w Urzędzie Komunikacji dla dwójki Azjatów, którzy rejestrowali samochód, bo pani w okienku najpierw próbowała do nich mówić po polsku tylko, że wolniej, a później stwierdziła "Niech ktoś mu powie to i to"!) ani o naszych rodakach za granicą. Chłopak próbował łamanym angielsko/norwesko/polskim, a pani była bardzo cierpliwa.