środa, 17 listopada 2010

Lord of the Dance

Listopad. Wieczorne powietrze pachnie dymem i wilgocią. Tak samo jak włosy po powrocie z dworu. Wieje. Pada. I szumi.

W niedzielę byliśmy "Lord of the dance". Z Flatleyem w roli głównej, który po 10ciu? (Melon, popraw mnie jak się mylę) latach postanowił wrócić na scenę jako tancerz a nie tylko reżyser zbierający kasę. Po powrocie w myślach ułożyłam sobie całą notkę na ten temat, odkładając napisanie jej na poniedziałek. W poniedziałek doszłam do wniosku, że nie ma sensu dwa razy pisać tego samego, więc po prostu odsyłam Was do Melona.

Pozwolę sobie jedynie dodać parę uwag. Telebimy miały postać wąskich kolumn, a poszczególne "piksele" obrazu były duże i doskonale widoczne. Żadnego przejścia między kolorami czy cokolwiek. W rezultacie otrzymujemy obraz jak na monitorze ustawionym na bardzo niską rozdzielczość i dodatkowo na 16 kolorów. Tak przynajmniej je zapamiętałam. Obrazy pokazywane na nich, jakie by nie były, ładnie wyglądać po prostu nie mogły. Jeżeli do tego dodamy fakt, że wspomniane róże były kiczowate i tandetne jak róże z pocztówki sprzed 30 lat, to otrzymujemy obraz wręcz upiorny. Łabędź przepływający z telebimu na telebim, bodajże z jakimś dodatkiem zielska z rodzaju Nuphar (przepraszam, do mgr nie opłacało się uczyć nazw i polskich, i łacińskich, więc poprzestałam na tych drugich, a jest późno i polskiej zwyczajnie nie pamiętam), przyprawił mnie o lekkie drgawki. A co do czerwonego konturu pań na czarnym tle, wywijających biodrami jak na reklamach klubów go-go, powiem tylko, że w kulminacyjnym momencie było ich 3, a nie 2.

Co do kostiumów: ilość cekinów raziła oczy i tak już obolałe od świateł reflektorów. Melon zapomniała również dodać, że nasza elfka zmieniła się w typowego błazna. Temu kostiumowi brakowało jeszcze czapeczki z dzwoneczkami. A ponadto "słaba kopia francuskich gejów" to NAPRAWDĘ delikatne określenie.

Przyznam szczerze, że początkowo nie uderzyło mnie to wszystko aż tak mocno. Do czasu aż wieczorem, z czystej ciekawości, obejrzałam sobie fragmenty widowiska z 1996 na youtubie i zobaczyłam tamte stroje i tamtą choreografię. Te węzły celtyckie mieniące się na strojach czy choreografii dodawały wszystkiemu dużego uroku.

A co Flatleya - nie wiem czy przed nim na scenę wchodzi jego ego, ale brzuch na pewno ;)

Nie zamierzam jakoś specjalnie rozpaczać po tym wydarzeniu. Nie upadł jakiś mój ideał. Zdecydowanie bardziej rozpaczałam, jak po śmierci Ryśka Riedla usłyszałam nową, pierwszą nagraną z Jackiem Dewódzkim, płytę Dżemu. Była to również ostatnia płyta Dżemu jaką kupiłam i utwierdzałam się w tym postanowieniu na każdym kolejnym koncercie słysząc ich nowe piosenki. Przyznam, że jeszcze na parę lat temu nie wiedziałam kim jest Micheal Flatley, chociaż uwielbiałam utwór "Warriors". Przez pierwsze dwa lata studiów byłam przekonana, że to piosenka z filmu "Święci z Bostonu". Ruda zresztą tak samo, bo błąd wyszedł od niej (a konkretniej od osoby, która nagrywała jej płytę z tym sountrackiem) i obie się w tym utwierdzałyśmy. Mocno byłam zdziwiona kiedy jakoś później obejrzałam film czekając na mój ulubiony utwór, którego tam... nie było, a wyszperany w internecie opis płyty głosił, że jest na niej 18 utworów, a nie 21.

Mimo tych wszystkich narzekań, muszę powiedzieć, że całkiem dobrze się bawiłam, bo dobra muzyka w doskonałym nagłośnieniu zawsze jest mile widziana. No i taniec irlandzki na żywo również robi dobre wrażenie :)

A z ciekawostek przyrodniczych piekę kolejne dzieło. Zobaczymy jak mi wyjdzie, bo w około północy, kiedy chlebek zagniatałam, uświadomiłam sobie, że zapomniałam o ziemniakach. A naprawić błędu nie było jak, bo w domu tychże nie posiadamy. Cała ja.

niedziela, 7 listopada 2010

trochę muzyki

... ... Nowa era disco polo? ;)

niedziela, 31 października 2010

O chlebie słów parę.

Więc... Coby ani męża, ani siebie specjalnie nie tuczyć, nie rozpieszczam nas piekąc ciasta (zbyt często), natomiast wyżywam się inaczej. Zaczęłam ostatnio kolejny etap przygody z pieczywem na zakwasie. Bawię się w inne przepisy, a także... w wyrastanie chleba w koszyku.

Coby Was za bardzo nie znudzić, krótko: chleb na zakwasie musi wyrastać w czymś - albo od razu w formie, w której będzie pieczony, albo w koszyku do wyrastania i wtedy się go przerzuca na blachę do piekarnika i piecze bez formy - bo inaczej zamiast rosnąć w górę po prostu się rozleje na boki. Taka specyfika chleba. Szczegóły na życzenie ;)

Moje chlebowe guru wyrasta również chleb w misce wyłożonej ściereczką, ale tego sposobu zaniechałam po kilkukrotnej próbie odklejenia chleba od ścierki. Nie wiem, nie umiem, nie chcę. No ale z koszykiem życie też nie jest wcale takie proste, bo trzeba jeszcze sprawić, żeby 1. chleb nie przykleił się do koszyka (dwa pierwsze podejścia skończyły się zmasakrowaniem bochenka) 2. żeby między przerzuceniem chleba z koszyka na deskę a z deski na blachę (a jeszcze go trzeba naciąć, co trwa kilka sekund) nie opadł zupełnie tworząc placek... Kształt placka oczywiście wcale nie wpływa negatywnie na smak, w związku czym Melon z Piotrem zżarli kiedyś połowę bochenka za jednym posiedzeniem, nie mniej jednak nie zadowala moich ambicji. Ale... do czterech razy sztuka :)

Patrzcie i podziwiajcie :)



Żeby nie było oczywiście zbyt pięknie, zabawa z koszykiem powoduje, że absolutnie WSZYSTKO jest w mące. Bo mąką wysypany jest blat stołu. Mąką trzeba wysypać koszyk. Później się to sprząta i czeka kilka-kilkanaście godzin, żeby chleb wyrósł. Potem mąką wysypuje się deskę, żeby chleb nie przykleił się do deski (więc chleb jest umączony i od góry - bo od koszyka i od doły, bo od deski. Z deski przerzuca się chleb bo piekarnika, którego blacha automatycznie również jest w mące. Sprząta się to wszystko, czeka aż chleb się upiecze. Wyjmuje się chleb... który jest cały w mące. Myje się blachę - bo jest w mące. Zawija się chleb w ściereczkę - która zaraz będzie cała w mące, a na koniec, przy każdym krojeniu chleba pół blatu jest zgadnijcie w czym. Chciałam, to mam ;)

poniedziałek, 25 października 2010

Morfeusz.

Znalazłam przypadkiem. Utknęłam na dwie godziny. Tylko rozsądek nakazuje mi przestać, bo muszę jeszcze parę rzeczy zrobić. Polecam Morfeusza.

środa, 20 października 2010

Muzyczny wieczór

Napawam się spokojnym wieczorem, muzyką i dumą. Oto mój mąż wróciwszy do domu i posłuchawszy MOJEJ muzyki nagle stwierdził "Ale dobre, co to? Chcę więcej" Czyli pakiet wspólnej muzyki się powiększył. Żeby było śmieszniej wszystko, co jest obecnie na tapecie, zostało mi zaszczepione prędzej czy później przez ojca, no co do Kapeli jakoś równolegle z Rudą.

Słuchamy: Kapela ze wsi Warszawa, płyt dwie, Werchowyna, płyt dwie, i Orkiestra pod wezwaniem św. Mikołaja, płyta jedna.

Problem jest tylko jeden... Otóż mąż mój uznał, że głośniki są źle ustawione, żeby leżeć na kanapie i słuchać muzyki. W związku z tym... rozłożył się na podłodze... Co chyba niestety oznacza, że dzisiaj śpimy na dywanie w dużym pokoju, bo jakoś z autopsji wiem, że ciężko będzie go dobudzić w celu przeniesienia się do łóżka. A kołdra jest razem z nim ;)

sobota, 16 października 2010

Małe co nieco

Niedaleko Kmiecej, gdzie kiedyś mieszkaliśmy, była mała piekarenka. No, może nie aż taka mała. Piekli świetny chleb, zwany wiejskim. Był okrągły, miał chrupiącą skórkę i przed południem można było załapać się jeszcze na taki prosto z pieca, cieplutki. Po przyjściu do domu połowa od razu znikała, niezależnie od tego, kto po niego poszedł.
Później niestety na Wildzie królował baltonowski Fawora, którego specjalną miłośniczką nie jestem.

A teraz nie potrzebuję już chodzić do piekarni, żeby mieć ciepły, pachnący chlebek z chrupiącą skórką ;) Jedyny błąd jaki popełniam to pieczenie go wieczorem. Objadanie się czymkolwiek na noc, zwłaszcza ciepłym chlebem raczej nie jest odpowiednie, ale trudno nam się powstrzymać. A ostatnio chlebek przybrał nawet okrągły kształt. Tylko jeszcze nie udało mi się stworzyć ideału godnego obfotografowania. Ale dajcie mi jeszcze z dwa tygodnie.

Dostałam dzisiaj od mojego ukochanego męża "I shall wear midnight" T. Pratchetta, więc zakończywszy etap pieczenia oddaję się lekturze. Zobaczymy co tym razem wymyśliła Tiffany i Fik Mig Figle :)

środa, 6 października 2010

O kurczaku, słońcu i Antychryście.

Po pierwsze: NIENAWIDZĘ mieć do czynienia z kurczakiem w każdej martwej postaci poza filetami. NIENAWIDZĘ ciąć surowego kurczaka, przebijać się przez żebra, kości i słuchać jak chrupią. NIENAWIDZĘ patrzeć na te zakrzepłe resztki krwi. NIENAWIDZĘ go dotykać. NIENAWIDZĘ obierać mięsa z ugotowanego już kurczaka, takiego np. z rosołu. NIENAWIDZĘ tych pieprzonych, śluzowatych kości, białych, obleśnych chrząstek, obrzydliwie zwisającej skóry, grzebania palcami w poszukiwaniu malutkich kosteczek, które gdzieś tam się muszą zawsze panoszyć, dotykania tego, patrzenia na to. A po tym wszystkim mdli mnie na samą myśl o włożeniu tego do ust. Brrrr.....

Po drugie: 4 dni pięknej, słonecznej pogody pod rząd - w Irlandii - z temperaturą 16 - 18st w ciągu dnia napawają mnie pewną obawą. Ostatnio jak w Bergen przez dłuższy czas świeciło słońce, wbrew zwyczajowi zakładającemu, że w Bergen zawsze pada, to niedługo później przyszła taka zima, jakiej najstarsi mieszkańcy miasta nie pamiętali. Wspomnienie owo, w połączeniu z newsami o BP i ropie, która zaburzyła ciąg prądów morskich i prognozami srogiej zimy zaczyna mnie ciut martwić. Bo o ile w Bergen, mimo wszystko, mieszkańcy wiedzą co to jest śnieg i jak sobie z nim radzić, tak tutaj kierowcy na pytanie o zimowe opony myślą, że chodzi o łańcuchy.

Po trzecie: wczoraj, jakoś koło 2.30 nad ranem, doszłam do wniosku, że próba zrozumienia dialogu pijanego w sztok diabła z ciut mniej pijanym aniołem, gdzie ogólnie temat dotyczył powstrzymania Antychrysta przed zagładą świata, w praktyce koncentrował się na gotujących się w morzu delfinich mózgach, jest nieco zbyt karkołomna i najlepiej pójść spać. Dwanaście godzin później, z kawą w ręku, podjęłam drugą próbę przebrnięcia przez ich teorie. Za trzecim razem spróbuję chyba metodą urżnięcia się do ich poziomu abstrakcji. Anyway, polecam ("Dobry omen" T. Pratchett), jest jeszcze ciekawsze niż wykład Yarpena Zigrina o wpływie chędożenia na rozwój społeczeństw.

niedziela, 3 października 2010

Które?

Która kompozycja Wam się bardziej podoba?

Ta:

Czy ta:

Podglądając

Wydaje nam się, że sąsiadka nie ma gdzie trzymać butów, bo taki obraz ukazuje nam się za każdym razem jak otwiera okno. Chociaż ostatnio czerwone szpilki poszły w odstawkę, a ich miejsce zamieniły niebieskie. Był też poranek, kiedy mąż mój ujrzał gołębia śpiącego w jednym z butów.

czwartek, 23 września 2010

Przesileniowo.

Późną nocą jesieni już blisko
Gdzieś pod lasem kwitnie ognisko.

Stoją sierpy powleczone chłodem,
Podciągają kolana pod brody.

W krąg kobiety siedzą w milczeniu,
Wpatrują się w barwy płomieni.

I tylko ptak jakiś wrzaśnie,
Ja nie zasnę, nie zasnę.

Wszystko jest normalnie poza tym,
Zwykła północ - pożegnanie z latem.

I tak mija ta dziwna godzina,
Gdy się kończy coś, a coś zaczyna.