poniedziałek, 23 maja 2011

10 w skali Boforta

W nocy wiało. W dzień też. I to jeszcze dokładnie w nasze okna, więc budziłam się podczas każdego większego podmuchu. Pojechaliśmy do portu, piękne, lazurowe morze, tylko pokryte bałwankami jak pastwisko owcami. Redbull Fly on anything rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, ponieważ czekali, aż wiatr się trochę uspokoi. I tak ich zdmuchiwało, ale nie było źle. Prom pasażerki nie dał rady przybić do portu z powodu wysokiej fali. I tak dalej.

Wróciliśmy do domu.
Wychodzę na balkon posprzątać rozbitą doniczkę z tulipanami (przesadziłam do nowej, przeżyły upadek). Patrzę na taras. Coś mi się nie zgadza, tylko nie mam pojęcia co... Patrzę...
- Kochanie? - pytam. - My mieliśmy 4 krzesła na balkonie, prawda?
- ... Tak...
- Bo widzę tylko 3...

Czwarte odbiło się od szopki na dole i wylądowało na ziemi. W całości. Dobrze, że nie w czyimś oknie (daleko nie miało) albo na czyjejś głowie...

PS. Idę spać, ponieważ właśnie próbowałam wpisać "skali" w tytule jako "scali"...
PS2. Opierając się na Wikipedii było 7 w skali Boforta, nie 10 ;)

sobota, 21 maja 2011

Mieszkanie

Wreszcie udało mi się zrobić zdjęcia mieszkania. Dotychczas próbowałam to zrobić już kilka razy, ale zawsze jak posprzątałam to było ciemno, rano do pracy, po powrocie coś gdzieś, znowu ciemno i jak w końcu można było zrobić zdjęcie to znowu był bałagan.


Widok z drzwi wejściowych czyli korytarz. Proszę zwrócić uwagę na światło dzienne sączące się z sufitu :) (PS. Wieszak na ubrania po lewej wykonany własnoręcznie przez mojego męża :)), na końcu pokój dzienny, wieczorny i główny ;)


Living room widziany od strony okna. No, ściany. Zresztą zaraz sami zrozumiecie ;)


Pokój widziany z drugiego końca. Tak, krótsza ściana jest oknem, w całości :) Ma to swoje zalety. Miewa też wady, ale na szczęście okna są podwójne - bo widziałam już takie pomysły, ale z pojedynczą szybą! Zimą po prostu super...


Część pracowniano-jadalniana, jak również tak od wygrzewania się w fotelu w słońcu - w zależności od pogody można wybrać stronę okien, po której chcemy się wygrzewać ;) Obecnie preferuję wewnętrzną, jednakże taras idealnie się sprawdzał w Wielkanoc :)


Kącik kanapowy. Owszem, bywa tu ciemniej, ale i tak jest przyjemnie. Fotel w głębi zdjęcia jest rozkładany (co odkryliśmy z wielką radością), proszę też zwrócić uwagę na małe, białe drzwiczki w ścianie obok niego. Tam trzymamy niegrzecznych gości ;)) Jak również wiele innych rzeczy, których nie mamy gdzie upchnąć. Schowek okazał się być (bo otworzyliśmy go dopiero po wprowadzeniu się)... dość przestronny, powiedziałabym. Można spokojnie do niego wleźć, a nawet od biedy się zgubić jak ktoś się bardzo postara.


Widok z korytarza na pokój. Proszę zwrócić uwagę na kominek. Powtarzam, KOMINEK. W bloku. To są te chwile kiedy lubię Irlandię :)



Znowu widok na korytarz.


Taras. Na zachód. Czy trzeba coś jeszcze dodawać? :)


Sypialnia, duża, z dużą szafą, wbrew temu co widać na zdjęciach jest jasna. I też od zachodu, więc nasłonieczniona. I zazwyczaj bardziej zagracona ;) Wspominałam o dużej szafie? ;)




Pamiętacie co mówiłam o świetle z sufitu? Oto źródło, a właściwie jedno z trzech. Mamy 3 świetliki w dachu, jeden w korytarzu, jeden w kuchni i jeden w łazience. Dają sensowną ilość światła, tak więc w kuchni i łazience można się w dzień obyć bez sztucznego (nie ma tam okien, a szkoda). Świetliki są z jakiegoś tworzywa, więc jak pada deszcz, albo wieje wiatr to mam wrażenie, że sufit się wali. No za pierwszym razem prawie dostałam zawału słysząc jakiś chrobot w kuchni (mysz? szczur?) a okazało się, że to ptak właśnie rozbija jakąś skorupę o dach. Świetlik znaczy.


Kuchnia kiedy indziej, bo akurat robiłam chleb i była tam mączna sodoma i gomora ;)

wtorek, 17 maja 2011

Królowa.

(akcja)
Ja: Dzień dobry, słyszałam, że zamierzacie zamknąć kilka ulic w okolicy z okazji wizyty królowej. Mam pytanie, pracuję zaraz za rogiem, no i tak się zastanawiam, czy mogę zostawić mój rower przyczepiony do latarni, czy zostanie usunięty przez oddział saperów z podejrzeniem istnienia bomby w środku?
Policjant nr 1. Hm... Dobre pytanie...
Policjant nr 2 Well... obawiam się, że może zostać usunięty z podejrzeniem bomby w środku...
Ja: Nie do końca to chciałam usłyszeć...
Policjant nr 1: A nie możesz go umieścić wewnątrz miejsca pracy?
Ja: Nie bardzo, nie ma gdzie. A które konkretnie ulice zamykacie?
Policjant nr 2: Ekhm... Właściwie to nie wiemy, bo my nie jesteśmy stąd... Ale możesz sprawdzić w internecie, najlepiej na stronie Dublin Bus.
Ja: Dublin Bus???
Policjant nr 1: No tak, oni wiedzą najlepiej, bo muszą zmienić trasy autobusów.
Ja: Acha.... Świetnie. A jak długo to potrwa?
Policjant nr 2: Królowa odlatuje w piątek.
Policjant nr 1: Ale zaraz potem przylatuje Barack Obama, więc w przyszłym tygodniu będzie to samo.
(kurtyna)
...

Podobno również w ramach wsparcia sprowadzono 150 brytyjskich policjantów do pomocy i 2 armatki wodne. Jak to Piotr słusznie zauważył, ktoś tu się prosi o kłopoty, bo Irlandczycy generalnie nie kochają się z Brytyjczykami (ach, te 1000 lat niewoli) a jeżeli kogoś ma wkurzać Brytyjska Królowa to już na pewno zirytują go brytyjscy policjanci.
Jak też podsumował kumpel na powyższe wieści: No... To jest mniej więcej tak samo na miejscu jak wizyta Adolfa Hitlera w Oświęcimiu.

poniedziałek, 16 maja 2011

Kilka letnich refleksji.

Pkt. 1. Lato było w kwietniu. Teraz jest sztormowo-zmienne mokro-wietrzne niewiadomoco.

Pkt. 2. Patrząc na stan swoich nóg, to jeżeli owo lato powróci, to albo będę chodzić w długich spódnicach, albo stosować puder maskujący na kolana zamiast na twarz. Ach, te kochane skały...

Pkt. 3. Wrażenia, kiedy stoisz na pionowej skale próbujesz położyć kolejną kość w szczelinę, a wiatr pędzący z prędkością 40 km/h miota tobą w lewo i w prawo - bezcenne. To było równie ciekawe doświadczenie jak jazda rowerem przy podmuchach 60km/h.

Pkt. 4. Mieszkanie na poddaszu ma swoje zalety. Ma też swoje wady. Zwłaszcza jak masz wrażenie, że zaraz sufit odfrunie.

Pkt. 5. Nadal jeszcze posiadam paznokcie u rąk. Aczkolwiek nie wiem jak długo to potrwa. Zwłaszcza jeśli jeszcze do tego wszystkiego dołożę gitarę.

A, no i przyjeżdża królowa brytyjska z wizytą. Z pierwszego rzutu oka na prasę wynika, że zamierzają tymczasowo zamknąć z pół miasta. Liczę, że właśnie konfabuluję :)

piątek, 13 maja 2011

Ile waży szczęście...

Otóż szczęście waży sporo. Rozłożone po uprzęży zamieszczonej na biodrach waży trochę mniej, ale nadal je czujesz przy każdym ruchu. I dzwoni. Pobrzękuje.
I pozwala wleźć na górę i zobaczyć widok ze szczytu :)





czwartek, 5 maja 2011

Żyjemy

I mamy się dobrze, tylko ciut zabiegani.

Tak naprawdę nie zdążyłam jeszcze rozpakować dwóch ostatnich toreb po przeprowadzce, a już mieliśmy dwa razy gości, i dwa wyjazdy, zdążyliśmy też zrobić kurs w skałach, a że skały niedaleko, to często tam zaglądamy.

Zdjęcia z ostatniego wyjazdu są na picasie, link obok.

Dziękujemy serdecznie klanowi Wołyńskich za przemiłe towarzystwo podczas świat i za świetny wyjazd :) No i oczywiście zapraszamy ponownie :)

Znikam spać, pozdrawiam wszystkich, postaram się coś więcej napisać wkrótce :*

niedziela, 13 marca 2011

Różnice kulturowe II

Styczeń.
Kończę zajęcia, wracam ze znajomym Brazylijczykiem (jego 3. dzień w Irlandii, jak również pierwszy pobyt poza granicami Brazylii). Rafael prosi, abyśmy poszli przez park (a Dublin parkami usiany, jak wiadomo).

- Dobrze. - stwierdzam - Ale zimą parki są zawsze takie ponure.
Rafael patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Jak to? Przecież są cudowne! Pierwszy raz widzę drzewa bez liści, są tak niesamowite, uwielbiam je!

Idziemy dalej przez tenże park, Rafael zachwyca się mewą, która stoi na cieniutkim lodzie pokrywającym staw. Śniegu i lodu też nigdy nie widział, ale to mnie akurat nie dziwi, do tego się już przyzwyczaiłam.
I nagle - Rafael łapie mnie za ramię i prowadzi w kierunku drzewa krzycząc:
- Patrz! Widziałaś?! Jaki piękny ptak!
Nic nie widzę. Wykrzykuje też jakąś angielską nazwę, której nie znam. Spodziewam się sikorki, zimorodka, no chociaż sójki! Wreszcie pojawia się owa piękność... Sroka we własnej ptasiej osobie.

czwartek, 3 marca 2011

Pączki

Ulepione.
Wyrośnięte.
Usmażone.
Pożarte.
Mniam :)

poniedziałek, 21 lutego 2011

O zeszytach ciąg dalszy...

... czyli małe wyjaśnienia.

Na wstępie pragnę wyjaśnić, że ja po prostu jestem bardzo konserwatywna jeśli chodzi o zeszyty, w których mam robić notatki. Zgodzę się nawet na stwierdzenie, że mam nierówno pod sufitem.

Wszystko wynika z tego, że jestem wzrokowcem. Moje notatki muszą być przestrzenne. Mieć strzałki, gwiazdki, kropki, wypunktowania, podkreślenia. Jak patrzę na stronę to muszę od razu widzieć czego rzecz dotyczy i w której części strony znajdują się poszczególne informacje. Tekst musi być w miarę zwarty, nienawidzę pisania z kratką odstępu, bo wtedy wszystko idzie w cholerę. A w liniach to już w ogóle pisać się nie da. To znaczy ja nie mogę. Bo potem tego nie przeczytam. Karierę z zeszytami w linie zakończyłam w VII klasie podstawówki, kiedy pani nauczycielka języka polskiego wreszcie machnęła ręką i powiedziała, że mogę pisać w czym chcę.

Ale to nie koniec! Owe kratki muszą być delikatne. Nie może to być czarna, wyrazista kratka, bo wtedy również nic nie widzę, oprócz kratki. Moją zmorą było pożyczenia notatek od dziewczyny, która pisała jasnym, niebieskim długopisem na ciemno-kratkowanym papierze. A już kserować się tego w ogóle nie dało. Nie lubiłam też notatek koleżanki - to znaczy, lubiłam, bo notowała prawie wszystko co dało się zanotować, ale kserowanie ich było nie ekonomiczne ;) - która pisała w zeszytach w linie i jeszcze pisała wszystko ciągiem, w jednej linii. Generalnie semestr, w którym Ruda wyjechała do Belgii na Erasmusa był dla mnie nie lada wyzwaniem, bo moje ulubione źródło notatek piło piwo i jadło frytki z majonezem, więc musiałam chodzić na te poranne wykłady również...

Nie lubię też zbyt grubych zeszytów. W sensie dla formatu A5 idealne są dla mnie 80 kartek i pół sztywna okładka. Ale nie twarda. Dla formatu B5 może być grubszy i może być twarda, ale musi być na kółkach. I najlepiej, aby zadruk był w 4 różnych kolorach, na 4 różne przedmioty. Kiedyś łaziłyśmy przez dłuższy czas po Poznaniu z Rudą w poszukiwaniu takowych. Jak już znalazłam gdzieś, to od razu zadzwoniłam z pytaniem - "Tobie też kupić?" Czyli nie jestem znowuż taka nienormalna...

BTW, Ruda, jak znajdziesz gdzieś takie właśnie zeszyty w jakich notowałyśmy na V roku, to kup mi proszę z 1 czy 2. A jak znajdziesz w przeciągu najbliższego 1,5 miesiąca, to przekaż proszę JoAnnie ;)

No i oczywiście - okładka musi być jakaś sensowna! Już w liceum odkryłam, że jeżeli zeszyt ma okładkę, której nie lubię, to jakoś nie bardzo chce mi się zaglądać do tego przedmiotu ;) W Toruniu, na Szerokiej, zaraz przy Starym Rynku, był mój ulubiony sklep papierniczy (oprócz tego był tam też cały asortyment Magica, figurek, farb, gier, puzzli itp), mały i ciasny, gdzie za ladą stał przesympatyczny, siwy pan, z którym można było gadać godzinami. I przy okazji poprzeglądać nową dostawę zeszytów ;)))

Więc, Tenel - teraz już wiesz, dlaczego nie prosiłam Cię o przywiezienie zeszytu? :*

niedziela, 20 lutego 2011

Różnice kulturowe I

Po zapisaniu się na angielski (z miesiąc temu jakoś) wyruszyłam na poszukiwanie zeszytu. W normalnym świecie napisałabym "poszłam kupić zeszyt", ale moje zakupy okazały się praktycznie 4-dniową wyprawą z chodzeniem po wszystkich możliwych sklepach papierniczych w okolicy i w centrum,wielkich, dużych i małych...

A wszystko dlatego, że... chciałam kupić zeszyt w kratkę! Nie w linie, w kratkę, nie wkłady do segregatora (które w większości też są w linie), tylko zeszyt, nie A4 tylko A5 lub B5...

Wszyscy sprzedawcy patrzyli na mnie ciut dziwnie, bo przecież nie ma takich zeszytów. Bo u nich się w takich nie pisze, przecież do pisania są linie. A na matematyce to nie wiem w czym piszą.

Udało mi się znaleźć JEDEN zeszyt A5 w kratkę, ale z jakiejś ekskluzywnej serii, który kosztował 16 euro. Stwierdziłam, że NIE kupię zeszytu za 62 zł...
W linie też nie kupiłam, ponieważ nienawidzę linii. Udało mi się gdzieś w jakiejś sieciówce odzieżowej znaleźć (dzięki podpowiedzi koleżanki) gładki.