Wreszcie udało mi się zrobić zdjęcia mieszkania. Dotychczas próbowałam to zrobić już kilka razy, ale zawsze jak posprzątałam to było ciemno, rano do pracy, po powrocie coś gdzieś, znowu ciemno i jak w końcu można było zrobić zdjęcie to znowu był bałagan.
Widok z drzwi wejściowych czyli korytarz. Proszę zwrócić uwagę na światło dzienne sączące się z sufitu :) (PS. Wieszak na ubrania po lewej wykonany własnoręcznie przez mojego męża :)), na końcu pokój dzienny, wieczorny i główny ;)

Living room widziany od strony okna. No, ściany. Zresztą zaraz sami zrozumiecie ;)

Pokój widziany z drugiego końca. Tak, krótsza ściana jest oknem, w całości :) Ma to swoje zalety. Miewa też wady, ale na szczęście okna są podwójne - bo widziałam już takie pomysły, ale z pojedynczą szybą! Zimą po prostu super...

Część pracowniano-jadalniana, jak również tak od wygrzewania się w fotelu w słońcu - w zależności od pogody można wybrać stronę okien, po której chcemy się wygrzewać ;) Obecnie preferuję wewnętrzną, jednakże taras idealnie się sprawdzał w Wielkanoc :)

Kącik kanapowy. Owszem, bywa tu ciemniej, ale i tak jest przyjemnie. Fotel w głębi zdjęcia jest rozkładany (co odkryliśmy z wielką radością), proszę też zwrócić uwagę na małe, białe drzwiczki w ścianie obok niego. Tam trzymamy niegrzecznych gości ;)) Jak również wiele innych rzeczy, których nie mamy gdzie upchnąć. Schowek okazał się być (bo otworzyliśmy go dopiero po wprowadzeniu się)... dość przestronny, powiedziałabym. Można spokojnie do niego wleźć, a nawet od biedy się zgubić jak ktoś się bardzo postara.

Widok z korytarza na pokój. Proszę zwrócić uwagę na kominek. Powtarzam, KOMINEK. W bloku. To są te chwile kiedy lubię Irlandię :)


Znowu widok na korytarz.

Taras. Na zachód. Czy trzeba coś jeszcze dodawać? :)

Sypialnia, duża, z dużą szafą, wbrew temu co widać na zdjęciach jest jasna. I też od zachodu, więc nasłonieczniona. I zazwyczaj bardziej zagracona ;) Wspominałam o dużej szafie? ;)



Pamiętacie co mówiłam o świetle z sufitu? Oto źródło, a właściwie jedno z trzech. Mamy 3 świetliki w dachu, jeden w korytarzu, jeden w kuchni i jeden w łazience. Dają sensowną ilość światła, tak więc w kuchni i łazience można się w dzień obyć bez sztucznego (nie ma tam okien, a szkoda). Świetliki są z jakiegoś tworzywa, więc jak pada deszcz, albo wieje wiatr to mam wrażenie, że sufit się wali. No za pierwszym razem prawie dostałam zawału słysząc jakiś chrobot w kuchni (mysz? szczur?) a okazało się, że to ptak właśnie rozbija jakąś skorupę o dach. Świetlik znaczy.

Kuchnia kiedy indziej, bo akurat robiłam chleb i była tam mączna sodoma i gomora ;)