sobota, 7 listopada 2009

Celnik

Wyemigrowałam do Bergen. Jeep był ciut wyładowany, ale pociesza mnie, że jakąś część powierzchni bagażnika zajmowało koło zapasowe. Oprócz wielu potrzebnych rzeczy zapakowałam 2 pary nart biegowych oraz bagażnik rowerowy z dwoma rowerami. Samochód był wyładowany, ale nie po dach, znaczy można było coś widzieć przez tylną szybę. Znaczy można by widzieć, gdyby nie to, że bagażnik rowerowy wyklucza użycie wycieraczki tylnej szyby. Żeby było jeszcze ciekawiej w prawym lusterku samochodu widać było koło jednego roweru (podświetlone na czerwono) a w lewym koło drugiego roweru. Mówiąc krótko: widoczność w lusterkach w połączeniu z ciągle padającym deszczem oraz zachlapanymi błotem szybami po tym jak teść wjechał z impetem w kałuże na parkingu była imponująca. Uroczo było zwłaszcza w Danii na autostradach, gdzie ruch był taki, że prawym pasem jechały tiry i tiry, i jeszcze trochę więcej tirów. Jak już udało mi się wbić na lewy pas (a że widoczność miałam ograniczona, więc miałam problemy z oceną odległości) to nie miałam miejsca, żeby wrócić na prawy. A na dodatek Skandynawowie nie używają migaczy na autostradach.
Dokulaliśmy się w końcu do Hirtshals, wsiedliśmy na prom i płynęliśmy prosto do Bergen przez 20h.

Znajomy z Bergen ostrzegł nas, że każdy samochód na polskich blachach, który zjeżdża tutaj z promu jest sprawdzany przez celników. Załadowany, nie załadowany, z dziećmi itd. Zjechaliśmy z promu. Celnik sprawdził nam paszporty i pyta o cel wizyty.
Ja: "Do męża jadę, pracuje tutaj"
Celnik: "W jakiej firmie?"
Ja: "Eeee..." (firmy komputerowe zazwyczaj mają popieprzona nazwy)
Celnik: "Aha. A czym się zajmuje?"
Ja: "Jest informatykiem"
Celnik: "No dobrze, macie coś do oclenia?"
Teść: "Nie"
Ja: "Nie"
Celnik patrzy na wyładowany samochód i nie dowierzając pyta: "To wszystko wasz bagaż?"
A mój teść: "Nie, jej" wskazując na mnie...
Celnik patrzy na mnie z rozbawieniem: "Twój. No dobrze, miłego dnia"

I pojechaliśmy...

Wieczorem poszliśmy do pubu irlandzkiego na spotkanie ze znajomym Piotrem B. (w odróżnieniu od Piotra B. mojego męża i Piotra B. mojego teścia). Przy okazji spotkaliśmy Irlandczyka, znajomego Piotra (męża), który z kolei zna ludzi z polskich bractw wczesnośredniowiecznych. Piotr nas przedstawił.
Irlandczyk: "Przyjechałaś dzisiaj?"
Ja: "Tak".
Irlandczyk (patrząc badawczo): "Rano, przyjechałaś promem?"
Ja (zdziwiona): "Tak..."
Irlandczyk: "Widziałem Cię w dokach, pracuję tam. Przyjechałaś takim zielonym samochodem z wikińskim badziewiem na masce. (Jeep ma wyklejone Kruczory i tarcze). Zwróciłem na was uwagę, bo mieliście polskie blachy, a celnicy was nie przetrzepali. A przecież wszystkich sprawdzają!"

Well... :)

Dziękuję bardzo za pomoc w pakowaniu i za kawę :)

5 komentarzy:

  1. Oooo, znowu tam jesteś! I jak jest? Pada? Heh, widzisz, masz szczęście, bo mnie na przykład bardzo często biorą do kontroli. Kiedyś nawet panie w porcie w Tianjinie podejrzewały że przewożę bombę... a to była książka pokaźnych rozmiarów. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Irlandczyk, taaak? Moze jeszcze ma na imie Matt, zona Karen a corczka Ronja...?:))) Ech, swiat jest taki maly:))) buziaki od pyskatej i krysa

    OdpowiedzUsuń
  3. Dwadzieścia metrów kwadratowych, jak ustaliłyśmy z Rudą w pociągu ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. I ani centymetra więcej ;)
    Ale i tak jesteś dobra. do mojej ostatniej przeprowadzki używałam vana bez obu kanap. Z uwagi na lodówkę, przewożoną w pionie, regały, rower jadący w środku i na stojąco ... i ileś tam kartonów, toreb i torebek ... pasażer nie byłby w stanie podróżować komfortowo... chyba, że byłby karłem. A przecież ja miałam tylko 60km do przejechania...

    OdpowiedzUsuń