poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Zdjęcia

Jak mówiłam, miało być -1 st i było. Dzięki temu był również prześliczny poranek, z ładnymi mgłami i ładnym światłem. Nie robiłam zdjęć, bo pracowałam. Jak tylko skończyłam pracę zaczęło padać i pada od soboty z drobnymi przerwami.
Przy okazji pochwalę się zbiorem grzybów i pokojem:

A to jest widok z werandy :)


Wreszcie się zebrałam i wrzuciłam zdjęcia na Picasę. To, że na nich nie pada oznacza, że robiłam je głównie w ciągu 2 pierwszych dni w lipcu i kilku następnych, kiedy było trochę cieplej, albo ładniej, albo po prostu nie padało i trzeba było się w końcu ruszyć z pokoju, bo ile można siedzieć przed kompem. Zapraszam do oglądania i komentowania, a ja tymczasem spadam do pracy ;)

piątek, 14 sierpnia 2009

Jesienne narzekania

Czasami naprawdę nienawidzę tego miejsca. Przestało padać. Wyszło słońce. Na zewnątrz jest nawet ładnie. Tylko co z tego, skoro wiatr wieje z prędkością 5 m/s, trudno jest otworzyć drzwi, a temperatura wynosi jakieś 7 st. Rano było 3 st. Jutro rano zapowiadają -1 st C. Wrzosy zakwitły, jesień przyszła.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Suszenie grzybów

Poszłam na grzyby. Tzn. poszłam ścieżką do Hageseter i razem z mamą zbierałyśmy grzyby. Żeby się specjalnie nie przemęczać zbierałyśmy tylko te rosnące najdalej 2 metry od ścieżki. W efekcie pół mojej ściany jest obwieszone grzybami, a poza tym wyszedł mi całkiem dobry sos grzybowy. I chyba odkryłam, która z dziwnych rzeczy na półce sklepowej to kasza jęczmienna.

Ja:
Wiesz, znalazłam mnóstwo grzybów wczoraj, prawie nie mam miejsca na ścianie, żeby je wieszać.
Anne: Wieszać? Zaraz... pocięłaś je na kawałki...
Ja: ... nawlekłam na nitkę i powiesiłam na ścianie, żeby wyschły.
Anne: Acha. A nie mogłaś położyć je na raszce i włożyć do piekarnika?
Ja: W zeszłym roku próbowałam, ale coś było nie tak i wszystkie się poprzyklejały do metalu, więc postanowiłam zrobić tak jak mój dziadek zawsze robił.
Anne: Acha. No tak. Ja kiedyś próbowałam ususzyć grzyby w suszarce bębnowej.
Ja: ... ... znaczy ...
Anne: Tak, w takiej do ubrań.
Ja: ...
Anne (uśmiechnięta): Wszystko pachniało grzybami i musiałam ją umyć. Metoda nie działa, nie polecam :)

niedziela, 9 sierpnia 2009

Uroczysty obiad

Obiad na 80 osób. 3 imprezy naraz: 60te urodziny jakiejś kobiety, impreza dla byłych pracowników i jakaś szesnastoosobowa grupa Francuzów. Plan był taki, że urodziny rozpoczynają się o 18.00 a Francuzi przychodzą o 19.15, więc nie będzie tłoku przy bufecie. W międzyczasie może zjedzą pojedynczy goście, bo inaczej nie mają szansy na wolny stolik...

Plan planem, życie życiem. 22 gości urodzinowych zaczęło jeść koło 19, bo jubilatka postanowiła rozpakować wszystkie prezenty przed obiadem. Chwilę później przyszli Francuzi, którzy byli bardziej zakręceni niż można by się spodziewać. Szefowa na wszelkie pytania zadawane przez nas (a co z tortem, czy Francuzi mają wspólny rachunek itd) odpowiadała z niewinną miną: "Nie wiem", "Nie mam pojęcia", "Nie chcę nic wiedzieć o żadnym torcie". Pomijam już fakt, że w momencie kiedy w salonie goście pili szampana za zdrowie jubilatki, Anne ze standardowym dla siebie urokiem, zaczęła szorować lodówkę do lodów, robiąc przy tym trochę hałasu i latając z mopem. Lodówka jest trochę głęboka i trzeba się schylić, żeby się do niej dostać, więc wystawał z niej tylko jej... tyłek.

Dokładnie w środku obiadu, w czasie kiedy wszyscy okupowali bufet i zamawiali litry alkoholu (w końcu 80 osób przyszło na imprezę, co z tego, że 3 różne) Anne postanowiła wymienić beczkę z piwem, bo akurat się skończyła. Anne zawsze ostrzega każdego, kto wymienia beczkę, żeby był bardzo ostrożny,bo bardzo łatwo jest coś zepsuć, a tak naprawdę woli zrobić to sama. Poprzednim razem ułamała jakąś część w beczce, więc 20 litrów piwa poszło do śmieci. Tym razem "ułamało się" coś w dystrybutorze. Efekt: kran był zamknięty, a całe 20 litrów piwa ciekło ciurkiem po całym barze. Anne zachowała całkowity spokój. Z miną pod tytułem "nic już dzisiaj nie jest w stanie mnie zadziwić" przyniosła 10 litrowe pudełko po dżemie i podstawiła je pod piwo. Chciałam zaznaczyć, że nikt z pracowników nie spowodował żadnych tego typu strat w tym sezonie, a beczka jest wymieniana kilka razy w tygodniu ;)

W międzyczasie w jadalni 22 osobowy stolik absorbował uwagę wszystkich gości, ponieważ najpierw podpita jubilatka śpiewała różne piosenki (pytane Norweżki nie były w stanie mi powiedzieć o czym), a później ktoś wygłaszał przemowę do całej jadalni. Francuzi słuchali jej z miną pełnego niezrozumienia, więc zbierając talerze powiedziałam im, żeby się nie martwili, bo ja również nie rozumiem o czym jest mowa. Wyraz twarzy z jakim pytali "Co? Ale jak?" - bezcenna.

Mieliśmy również dwoje gości - duchów. Ich rzeczy były w pokoju, tylko nikt poza Linn ich na oczy nie widział, a sama Norweżka w ogóle nie pamiętała jak wyglądają. Szefowa zwróciła na nich uwagę w momencie kiedy okazało się, że jutro muszą zwolnić pokój. Zaśmiałam się, że może to duchy, po czym zobaczyłam, że facet ma na nazwisko Kasper, co nieodzownie kojarzy z bajką o duchu zwanym Kacprem. Sytuacja przestała być zabawna, kiedy zorientowaliśmy się, że w sumie to oni wynajęli ten pokój 3 dni temu na jedną noc, więc wychodziłoby na to, że poszli w góry i nie wrócili, co już nie jest śmieszne. Ale z ostatnich wieści wiem, że chyba się znaleźli. Znaczy pali się światło u nich w pokoju ;)

sobota, 8 sierpnia 2009

Dobrego Nowego Życia

Miałam zadzwonić po ceremonii, ale pracowałam sama na obiedzie i nie udało mi się wyrwać. Po pracy usiadłam sobie na kamieniu z ostatnim zapasem mojego alkoholu (cydr gruszkowy, nie pytajcie) i podziwiając góry o wschodzie (księżyca) wypiłam zdrowie Moniki i Wojciecha (przy okazji próbując im złożyć życzenia telefonicznie, co się udało dopiero ze 2h później ;) ).
Młodej parze życzę... szczęśliwego nowego życia :) Dużo miłości, uśmiechu i wzajemnego zrozumienia. Oraz oczywiście częstszego przebywania w tej samej czasoprzestrzeni ;) Liczę również na jakąś relację, zdjęcia, co bym w tej mojej głuszy zabitej dechami miała jakiś obraz sytuacji :) Wszystkim życzę dobrej zabawy (a jak słyszałam impreza ma się całkiem nieźle) i mówię dobranoc.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Poligon

Jak już mówiłam obecnie jako gości mamy wojskowych. U nas mieszka kadra, a w hotelu 1km od nas mieszka 110 niższych stopniem żołnierzy. Zwłaszcza że tamten hotel do zeszłego roku był własnością armii. Kilometr od nas znajduje się poligon wojskowy. W zeszłym roku przez tydzień latały nad nami F-16, dokładnie nad hotelem schodziły poniżej poziomu okolicznych gór i zrzucały bomby na specjalne pole odległe od nas o 3 km. Huk był nieziemski. Śmialiśmy się, że gdyby poślizgnąłby im się palec o sekundę wcześniej to byłoby po nas. Wybyliby sobie również sporą część oficerów, co nas trochę pocieszało.
Anyway... Żołnierze przyjeżdżają do nas odkąd tutaj pracuję. Połowę pamiętam z zeszłych lat, młodzi w drugim hotelu pewnie się zmieniają. Od 5 lat słyszę, że poligon ma zostać zlikwidowany, żeby go włączyć do terenu parku narodowego. Szefowa kiedyś się śmiała, że rząd norweski zamierza wydać kilkanaście milionów koron i rozbrajać ten teren przez kilka dobrych lat, mimo że w okolicy jest cała masa ładnych gór, które aż się proszą, żeby zostać włączone do parku narodowego bez żadnych ceregieli. Pewnie cała akcja przez woły piżmowe, które sobie upodobały akurat poligon jako miejsce pobytu.
Na poligonie nie prowadzi się obecnie (odkąd pamiętam) żadnych działań (poza F-16 w zeszłym roku). Po poligonie chodzą turyści, myśliwi w poszukiwaniu reniferów itd. Nie ma tam również zakopanych min ani innych tego typu niebezpiecznych pułapek. Trzeba po prostu cały teren oczyścić z różnych małych rakietek, które kiedyś nie trafiły do celu i nie wybuchły, a cały czas mogą to zrobić.
Więc... wiecie jak oni rozbrajają ten teren? Ta cała gromada 110 żołnierzy idzie tyralierą i szuka niewybuchów. Jak coś znajdują to wołają pirotechników, którzy jadą za nimi. I tak od poniedziałku do piątku. Od 5 lat...

Mówiłam, że turyści chodzą po poligonie, nie? Żołnierz, na pytanie czy się nie boją, że ktoś wejdzie na taką uzbrojoną rakietę, powiedział ze stoickim spokojem: "Nie, można je spokojnie zobaczyć (faktycznie, w tej wyższej kamienistej części idzie to zrobić), a jest zasada, że zakrzaczenia się omija szerokim łukiem.".... Well... Dobrze wiedzieć. Zwłaszcza jak sobie przypomnę jak się w zeszłym roku przebijaliśmy z Niemcami przez wierzbę lapońską sięgającą do pasa. Nie mówiąc już o wracaniu po zmroku....

Akcja: suszenie

Właśnie odkryłam, że mój nienawidzący blogów mąż założył własnego. To pewnie wpływ środków konserwujących dodawanych do tutejszej żywności ;)

Pieczenie chleba rozpoczęta. Cholera siedzi w piekarniku i zajmie jej to jeszcze jakieś 30 minut. Rosnąć nie chciała, teraz niby jest lepiej, pachnie dziwnie (ale Asia mówi, że tutaj inaczej odczuwa zapachy, więc może ja też). Straty standardowe: w końcu ja można nie dotknąć grzałki piekarnika nagrzanej do temperatury 200 st C? Efekt jest taki, że chwilowo od 20 minut odmrażam sobie nadgarstek ;)

Żurawiny nie znalazłam, natomiast grzyby owszem. Tutaj zbieranie grzybów wygląda tak: jak w końcu zaczynasz się o nie potykać dochodzisz do wniosku, że to jednak głupota ich nie zabrać. Aha i nie ma sensu schodzić dalej niż metr od ścieżki. Po co się przedzierać przez wierzbę lapońską i inną kosodrzewinę, skoro grzyby same wchodzą Ci pod nogi?

środa, 5 sierpnia 2009

Próba reanimacji

Przyszło słońce i od razu odżyłam. Co prawda przyszło akurat jak musiałam iść do pracy, ale nawet zza okien jadalni góry w słońcu wyglądają przepięknie. Znalazłam też zadanie na jutrzejsze przedpołudnie: będę zbierać żurawinę i grzyby. Mama już przyniosła dwa podgrzybki i jednego prawdziwka - jutro jajecznica z grzybami ;)

Zakwas się zrobił. Wydaje się być w porządku, chociaż wolałabym gdyby ładniej pachniał. Faza I pieczenia chleba rozpoczęta dziś o 23.30. Godzina zero wybije w czwartek rano. Zobaczymy ;)

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Deszczowe rozważania

Uśmiałam się dzisiaj czytając artykuł na GW. Wydawało mi się do tej pory, że to z powodu wzrastającej ilości niechcianych ciąż u nastolatek oraz badań wykazujących, że rodzice nie rozmawiają z dziećmi o seksie, wprowadzono do szkół wychowanie do życia w rodzinie. Przedmiot miał w dużym stopniu omawiać metody antykoncepcji, ryzyko chorób, a także szacunek dla partnera itd. I teraz ... jak to się wszystko ma do "wychowania w abstynencji" i zniechęcania do seksu przedmałżeńskiego? Nie wiem, na jednej lekcji będą mówić, że należy się zabezpieczać podczas uprawiania seksu, a na następnej, że seks przedmałżeński jest zły? I może jeszcze oba zajęcia będzie prowadził ten sam nauczyciel? I jak można omawiać kwestię seksu przed ślubem na zajęciach, które w ogóle nie powinny być związane z religią! I dlaczego przez anglistów i matematyków? Niestety polska szkoła nie jest przygotowana do tego, żeby nauczać innych wartości niż katolickie. I szkoda, że próbuje nauczać ich na siłę.
Pomijam kwestię niekompetentnie prowadzonych lekcji wychowania do życia w rodzinie. Chodziło mi raczej o założenia.

Szefowa dzisiaj doszła do wniosku, że ludzie zupełnie nie zwracają uwagi na to, co się wokół nich dzieje i na to, co jest napisane. Nie było to specjalnie odkrywcze, ponieważ obserwuję to każdego dnia pracy. W ramach usług hotelowych napełniamy gościom termosy (kawa, herbata, inne). Jest napisane w kilku miejscach, że napełniamy je rano przed śniadaniem, więc prosimy o zostawienie ich wieczorem dnia poprzedniego. Codziennie rano jest ktoś kto przynosi termos. Albo dziesięciu takich ktosiów. Albo jeden i ten sam ktoś 4 dni z rzędu. I co z tego, że już za pierwszym razem powiedziałaś, że prosimy i przyniesienie wieczorem. Jest napisane, że śniadanie jest do 9.30. Dzisiaj 5 osób przyszło o 9.32. Ktoś potrafi mnie zapytać gdzie jest mleko stojąc 20 cm od niego.
A najfajniej jest jak ludzie próbują być mili i widząc, że zbieram talerze przy ich stoliku, próbują mi podać miseczkę. Tylko że ja już mam 4 talerze na lewej ręce i dwa w prawej... Ale przecież zęby mam jeszcze wolne ;) I tak codziennie :)

Przyjechali żołnierze :) Wszystkie pokoje zajęte, pełno wojskowych mercedesów terenowych... Dziewczyny musiały się przenieść na pierwsze piętro w anneksie, tylko my z mamą zostałyśmy na dole, bo "nasz pokój jest na tyle brzydki", że szefowa go nie wynajęła ;) Więc... mieszkamy na piętrze z samymi mężczyznami. Wyjaśniając tym, którzy wyobrazili sobie polskich szeregowych, tutejsze wojsko zachowuje się zupełnie inaczej, po drugie u nas w hotelu mieszka sama wyższa kadra, po trzecie po 5 latach pracy tutaj mam wtyki u głównodowodzącego. U jego zastępcy również ;) A faktem jest, że żołnierze to bardzo solidni goście: punktualni, nie grymaszący (w większości), mili i mało absurbujący. Więc... teraz mój mąż mógłby się zrobić zazdrosny i mnie odwiedzić... :)

sobota, 1 sierpnia 2009

Podsumowanie miesiąca...

... i trochę narzekania.

W ciągu ostatniego miesiąca:
- raz widziałam się z mężem
- miałam 7 dni wolnych (w tym 2 na podróż tutaj)
- większość czasu spałam
- dwa razy miałam gości :)
- były białe noce, ale się skończyły
- ani razu nie byłam w sklepie
- tylko raz miałam migrenę
- moje włosy są na etapie zsianowienia (zazwyczaj pod koniec mojego pobytu tutaj mają tendencję do wypadanie garściami
- przez większość czasu padało, a jak nie padało to było mgliście i zimno
- kilka razy biegałam
- 3 razy piłam alkohol, 2 razy kupiłam lody w hotelu, zjadłam 2 paczki ciastek
- przeczytałam 2 książki i obejrzałam kilka filmów
- zrobiłam bardzo niewiele zdjęć
- wielokrotnie nie chodziłam na śniadania i wielokrotnie nie chodziłam na obiady
- żywiłam się głównie żółtym serem
- moje dłonie usiłują się na mnie mścić za niewłaściwe traktowanie (a co ja za to mogę, że praca w kuchni bardzo wysusza ręce)
- skończyła się wiosna
- pojawiły się pierwsze grzyby
- podobno zaczęła się jesień

Pewnego poranka ostatnio było strasznie mgliście i ciemno. Marudziłam Linn, że pogoda nadaje się wyłącznie do spania.
Linn: No chcesz, przecież już się jesień zbliża.
Ja: Jaka jesień! Przecież jest środek lata!
Linn: Jakiego lata. Sierpień się zbliża. Lato było w zeszłym tygodniu.

Dzisiaj pierwszy raz od przyjazdu byłam w sklepie. Miałam wolne, wyciągnęłam mamę i pojechałyśmy pociągiem do Oppdal (50km na północ). Mama tęskniąca za słodyczami kupiła mnóstwo ciastek. Ja, tęskniąca do normalnego jedzenia, starałam się kupić coś, z czego można by ugotować obiad jaki znam. A w ogóle to tutaj jest zdecydowanie łatwiej kupić mąkę żytnią (i razową i zwykłą) niż w Polsce! Dostałam żytnią razową i zobaczę czy mi zakwas wyjdzie. A jak już mi zakwas wyjdzie to chleb też (o ile piekarnik będzie ze mną współpracował, bo ten w anneksie żyje własnym życiem jeśli chodzi o dłuższe pieczenie).

Miałam sobie też kupić wino. Przy okazji odkryłam, że wina w hotelu są 3 razy droższe niż w normalnym sklepie. Ale najpierw poszłyśmy zrobić rozpoznanie w Vinmonopolet, ale nie kupiłyśmy myśląc, że najpierw zrobimy normalne zakupy, a potem wrócimy i wino kupimy na samym końcu. Ale oczywiście Norwegia rządzi się własnymi prawami czyli: jeżeli całe centrum handlowe (no, nazwijmy to centrum handlowym) jest otwarte do 18 w sobotę, to wcale nie oznacza, że wszystkie sklepy są czynne do 18. 2/3 z nich jest zamykana każdy o swojej porze. A ponieważ w Norwegii cięższy alkohol (czyli wszystko oprócz piwa i cydru) może być sprzedawane tylko w specjalnym sklepie, zwanym właśnie Vinmonopolet i ten akurat jest czynny w sobotę do 16, więc... nie kupiłam sobie wina. Bo oczywiście w całym Oppdal jest tylko jeden. Tak samo jak jest jedna apteka, 3 markety spożywcze, 2 sklepy z ciuchami, 1 meblowy (w końcu Oppdal to spora miejscowość ;) ), widziałam nawet jakąś księgarnię, ze dwóch fryzjerów, z 2-3 kaffeterie i 1 pizzeria. To miałam na myśli mówiąc "centrum handlowe". Ale mają tam też podobno dobrą chińszczyznę. Wiem, bo pamiętam jak Anne Stine 5 lat temu jechała do Oppdal po chińskie żarcie na kolację. Razem drobne 100km.

Aha. Oczywiście wystarczy pojechać od nas w którąkolwiek stronę i zjechać trochę niżej z gór, żeby okazało się, że słońce i temperatura 20st Celcjusza nadal istnieją.