niedziela, 7 listopada 2010

trochę muzyki

... ... Nowa era disco polo? ;)

niedziela, 31 października 2010

O chlebie słów parę.

Więc... Coby ani męża, ani siebie specjalnie nie tuczyć, nie rozpieszczam nas piekąc ciasta (zbyt często), natomiast wyżywam się inaczej. Zaczęłam ostatnio kolejny etap przygody z pieczywem na zakwasie. Bawię się w inne przepisy, a także... w wyrastanie chleba w koszyku.

Coby Was za bardzo nie znudzić, krótko: chleb na zakwasie musi wyrastać w czymś - albo od razu w formie, w której będzie pieczony, albo w koszyku do wyrastania i wtedy się go przerzuca na blachę do piekarnika i piecze bez formy - bo inaczej zamiast rosnąć w górę po prostu się rozleje na boki. Taka specyfika chleba. Szczegóły na życzenie ;)

Moje chlebowe guru wyrasta również chleb w misce wyłożonej ściereczką, ale tego sposobu zaniechałam po kilkukrotnej próbie odklejenia chleba od ścierki. Nie wiem, nie umiem, nie chcę. No ale z koszykiem życie też nie jest wcale takie proste, bo trzeba jeszcze sprawić, żeby 1. chleb nie przykleił się do koszyka (dwa pierwsze podejścia skończyły się zmasakrowaniem bochenka) 2. żeby między przerzuceniem chleba z koszyka na deskę a z deski na blachę (a jeszcze go trzeba naciąć, co trwa kilka sekund) nie opadł zupełnie tworząc placek... Kształt placka oczywiście wcale nie wpływa negatywnie na smak, w związku czym Melon z Piotrem zżarli kiedyś połowę bochenka za jednym posiedzeniem, nie mniej jednak nie zadowala moich ambicji. Ale... do czterech razy sztuka :)

Patrzcie i podziwiajcie :)



Żeby nie było oczywiście zbyt pięknie, zabawa z koszykiem powoduje, że absolutnie WSZYSTKO jest w mące. Bo mąką wysypany jest blat stołu. Mąką trzeba wysypać koszyk. Później się to sprząta i czeka kilka-kilkanaście godzin, żeby chleb wyrósł. Potem mąką wysypuje się deskę, żeby chleb nie przykleił się do deski (więc chleb jest umączony i od góry - bo od koszyka i od doły, bo od deski. Z deski przerzuca się chleb bo piekarnika, którego blacha automatycznie również jest w mące. Sprząta się to wszystko, czeka aż chleb się upiecze. Wyjmuje się chleb... który jest cały w mące. Myje się blachę - bo jest w mące. Zawija się chleb w ściereczkę - która zaraz będzie cała w mące, a na koniec, przy każdym krojeniu chleba pół blatu jest zgadnijcie w czym. Chciałam, to mam ;)

poniedziałek, 25 października 2010

Morfeusz.

Znalazłam przypadkiem. Utknęłam na dwie godziny. Tylko rozsądek nakazuje mi przestać, bo muszę jeszcze parę rzeczy zrobić. Polecam Morfeusza.

środa, 20 października 2010

Muzyczny wieczór

Napawam się spokojnym wieczorem, muzyką i dumą. Oto mój mąż wróciwszy do domu i posłuchawszy MOJEJ muzyki nagle stwierdził "Ale dobre, co to? Chcę więcej" Czyli pakiet wspólnej muzyki się powiększył. Żeby było śmieszniej wszystko, co jest obecnie na tapecie, zostało mi zaszczepione prędzej czy później przez ojca, no co do Kapeli jakoś równolegle z Rudą.

Słuchamy: Kapela ze wsi Warszawa, płyt dwie, Werchowyna, płyt dwie, i Orkiestra pod wezwaniem św. Mikołaja, płyta jedna.

Problem jest tylko jeden... Otóż mąż mój uznał, że głośniki są źle ustawione, żeby leżeć na kanapie i słuchać muzyki. W związku z tym... rozłożył się na podłodze... Co chyba niestety oznacza, że dzisiaj śpimy na dywanie w dużym pokoju, bo jakoś z autopsji wiem, że ciężko będzie go dobudzić w celu przeniesienia się do łóżka. A kołdra jest razem z nim ;)

sobota, 16 października 2010

Małe co nieco

Niedaleko Kmiecej, gdzie kiedyś mieszkaliśmy, była mała piekarenka. No, może nie aż taka mała. Piekli świetny chleb, zwany wiejskim. Był okrągły, miał chrupiącą skórkę i przed południem można było załapać się jeszcze na taki prosto z pieca, cieplutki. Po przyjściu do domu połowa od razu znikała, niezależnie od tego, kto po niego poszedł.
Później niestety na Wildzie królował baltonowski Fawora, którego specjalną miłośniczką nie jestem.

A teraz nie potrzebuję już chodzić do piekarni, żeby mieć ciepły, pachnący chlebek z chrupiącą skórką ;) Jedyny błąd jaki popełniam to pieczenie go wieczorem. Objadanie się czymkolwiek na noc, zwłaszcza ciepłym chlebem raczej nie jest odpowiednie, ale trudno nam się powstrzymać. A ostatnio chlebek przybrał nawet okrągły kształt. Tylko jeszcze nie udało mi się stworzyć ideału godnego obfotografowania. Ale dajcie mi jeszcze z dwa tygodnie.

Dostałam dzisiaj od mojego ukochanego męża "I shall wear midnight" T. Pratchetta, więc zakończywszy etap pieczenia oddaję się lekturze. Zobaczymy co tym razem wymyśliła Tiffany i Fik Mig Figle :)

środa, 6 października 2010

O kurczaku, słońcu i Antychryście.

Po pierwsze: NIENAWIDZĘ mieć do czynienia z kurczakiem w każdej martwej postaci poza filetami. NIENAWIDZĘ ciąć surowego kurczaka, przebijać się przez żebra, kości i słuchać jak chrupią. NIENAWIDZĘ patrzeć na te zakrzepłe resztki krwi. NIENAWIDZĘ go dotykać. NIENAWIDZĘ obierać mięsa z ugotowanego już kurczaka, takiego np. z rosołu. NIENAWIDZĘ tych pieprzonych, śluzowatych kości, białych, obleśnych chrząstek, obrzydliwie zwisającej skóry, grzebania palcami w poszukiwaniu malutkich kosteczek, które gdzieś tam się muszą zawsze panoszyć, dotykania tego, patrzenia na to. A po tym wszystkim mdli mnie na samą myśl o włożeniu tego do ust. Brrrr.....

Po drugie: 4 dni pięknej, słonecznej pogody pod rząd - w Irlandii - z temperaturą 16 - 18st w ciągu dnia napawają mnie pewną obawą. Ostatnio jak w Bergen przez dłuższy czas świeciło słońce, wbrew zwyczajowi zakładającemu, że w Bergen zawsze pada, to niedługo później przyszła taka zima, jakiej najstarsi mieszkańcy miasta nie pamiętali. Wspomnienie owo, w połączeniu z newsami o BP i ropie, która zaburzyła ciąg prądów morskich i prognozami srogiej zimy zaczyna mnie ciut martwić. Bo o ile w Bergen, mimo wszystko, mieszkańcy wiedzą co to jest śnieg i jak sobie z nim radzić, tak tutaj kierowcy na pytanie o zimowe opony myślą, że chodzi o łańcuchy.

Po trzecie: wczoraj, jakoś koło 2.30 nad ranem, doszłam do wniosku, że próba zrozumienia dialogu pijanego w sztok diabła z ciut mniej pijanym aniołem, gdzie ogólnie temat dotyczył powstrzymania Antychrysta przed zagładą świata, w praktyce koncentrował się na gotujących się w morzu delfinich mózgach, jest nieco zbyt karkołomna i najlepiej pójść spać. Dwanaście godzin później, z kawą w ręku, podjęłam drugą próbę przebrnięcia przez ich teorie. Za trzecim razem spróbuję chyba metodą urżnięcia się do ich poziomu abstrakcji. Anyway, polecam ("Dobry omen" T. Pratchett), jest jeszcze ciekawsze niż wykład Yarpena Zigrina o wpływie chędożenia na rozwój społeczeństw.

niedziela, 3 października 2010

Które?

Która kompozycja Wam się bardziej podoba?

Ta:

Czy ta:

Podglądając

Wydaje nam się, że sąsiadka nie ma gdzie trzymać butów, bo taki obraz ukazuje nam się za każdym razem jak otwiera okno. Chociaż ostatnio czerwone szpilki poszły w odstawkę, a ich miejsce zamieniły niebieskie. Był też poranek, kiedy mąż mój ujrzał gołębia śpiącego w jednym z butów.

czwartek, 23 września 2010

Przesileniowo.

Późną nocą jesieni już blisko
Gdzieś pod lasem kwitnie ognisko.

Stoją sierpy powleczone chłodem,
Podciągają kolana pod brody.

W krąg kobiety siedzą w milczeniu,
Wpatrują się w barwy płomieni.

I tylko ptak jakiś wrzaśnie,
Ja nie zasnę, nie zasnę.

Wszystko jest normalnie poza tym,
Zwykła północ - pożegnanie z latem.

I tak mija ta dziwna godzina,
Gdy się kończy coś, a coś zaczyna.

sobota, 11 września 2010

Jesienne powroty

Jak żuraw odlatujący jesienną porą, wróciłam. Przynajmniej chwilowo. Może na dłużej.
2-3 tygodnie się przedłużyły. Lato też. Rodzina za to się zmniejszyła o kogoś bliskiego.
Nie mam energii do nadrabiania zaległych wpisów na blogach, ani innych wiadomości. Jeśli coś ważnego wydarzyło się od 1 lipca o czym powinnam wiedzieć, to dajcie znać.

Dublin podejście drugie. Pierwsze zostało przerwane przez nieprzewidziane czynniki. Teraz czas rozpocząć tu życie na nowo, od początku. Oby to ten raz okazał się lepszy niż poprzedni.

Anyway, żyję.