piątek, 9 października 2009

Kraina Deszczowców

Bergen. Wg danych internetowych miejsce gdzie ciągle pada. Wg przewodników miejsce gdzie pada tylko 365 dni w roku. Wg Norwegów (a także Szwedów) spotkanych w Hjerkinn opinia jest przesadzona. Czasami pojawia się tu słońce. Tak raz na pół roku.
Miejsce gdzie kalosze do spódniczki są nie tylko szczytem mody, ale także i praktyki i zdrowego rozsądku. Położone nad morzem, ale jednocześnie mające w obrębie granic miasta przynajmniej 2 wysokie góry (nie wiem jak wysokie, pewnie jakieś 600-700m npm. jak się dowiem to sprostuję).

Kraina Deszczowców, o dziwo, przywitała mnie przedwczoraj słońcem. Takim standardowym - 10 minut i po ptakach. Znaczy się po 10 minutach spadł grad. A potem już tylko padało.

W środę nad ranem, o 1.30, wsiadłam w pociąg w środku zasypanych śniegiem gór na wysokości 1000 m npm. Obudziłam się koło 6 rano w Oslo, nad morzem, gdzie świeciło słońce i była piękna, zielono-kolorowa jesień. Zmieniłam pociąg, koło 9 rano zasnęłam. Obudziłam się koło 11.30. 800 m npm i znowu biało. 2 godziny później byłam w miejscu, gdzie leżało przynajmniej pół metra śniegu, ludzie jeździli na biegówkach i nawet na karłowate brzózki było za wysoko. Drobne 1222 m npm. Następnę 2,5h zjeżdżałam w dół, żeby znowu znaleźć się nad morzem. Ostrzegam jeszcze raz wszystkich z lękiem wysokości. Koleje norweskie to specyficzny środek podróżowania. Podnosi adrenalinę. Zwłaszcza na zakrętach.

Muszę powiedzieć, że Norwegia nie jest przereklamowana. Jest zdecydowanie niedoreklamowana. Jest dla mnie zagadką jak oni pobudowali te wszystkie drogi i tunele jeszcze przed wojną. Jest dla mnie również zagadką sposób, w jaki zbudowali niektóre domy. A raczej: jak oni, do cholery, wjechali na to zbocze, co, do licha, robi tam ta farma i co Ci ludzie robią przez cały rok a przede wszystkim, jak się tam dostają bez drogi dojazdowej??? Chociaż szefowa nam opowiadała, że są miejsca, gdzie drogi nie ma. Zostawiasz samochód po jednej stronie doliny, a sam poruszasz się wagonikiem na linie, do swojego domu...

wtorek, 6 października 2009

Goodbye in the middle of Nowhere.

W nocy było -10 st C. Wyjeżdżam. Koniec sezonu, hotel sprzątnięty, dzisiaj Anne, Anne Stine i Hege szabrowały lodówkę, my spakowane, więc czas do domu. Gdziekolwiek by nie był. Dzisiaj się Anne Stine stwierdziła, że minęły aż 4,5 miesiąca od kiedy ostatnio jeździli samochodem po śniegu...

Ogólnie mam dość. Mniej ogólnie mam dość jeszcze bardziej. Wszystkiego i wszystkich.

Pociąg mamy o 1.30, jadę do Bergen. Będę w Polsce w przyszłym tygodniu.

niedziela, 4 października 2009

W lesie listopadowym i Boże Narodzenie.

Zmobilizowana przez Mo. dodałam w końcu zdjęcia. Krótkie kalendarium pogodowe z ostatnich 2 tygodni. Dodam, że koło 8-9 września było całkiem zielono, z jakimiś tam brunatnymi elementami. Potem mnie nie było przez prawie 4 dni i było już pomarańczowo. A resztę sami zobaczycie. A jeżeli macie ochotę zobaczyć optymistyczną prognozę pogody to proszę bardzo.

sobota, 3 października 2009

Dla niedowiarków

Jeżeli ktoś nie wierzy, to dzisiejsze popołudnie wygląda tak:


czwartek, 1 października 2009

Gwiazdka

Wichury przeszły zabierając resztki liści z drzew. Jest cisza. Białe coś lecące z nieba od kilku godzin pokryło wszystkie możliwe obiekty. Dziadek Mróz ciągnie mnie za uszy. Kot zwiał ze stajni i przyszedł wylegiwać się na werandzie. Zimno, ciemno i biało. Prawie jak Boża Narodzenie.

środa, 23 września 2009

Wesele

Obiad miał być o godzinie 17.00. Zaczęło się od tego, że o godzinie 16.20 przyszła do nas szefowa i powiedziała, że o 16 mamy zacząć rozstawiać wino na stołach. Popatrzyłyśmy na nią, popatrzyłyśmy na siebie... "Ale przecież jest 16.20!" "Nie, jest 15.20..." i pokazała nam swój zegarek. Zgłupiałam. Poszłyśmy do kuchni, gdzie zegar wskazywał 16.25. Anne: "O. To dlatego przez cały dzień wydawało mi się, że mam tak strasznie dużo czasu na wszystko... Chyba musimy się pośpieszyć". Szampan postanowił nas jednak trochę spowolnić, ponieważ pienił się gorzej niż wstrząśnięte piwo. Sam obiad składał się z przystawki (melon z szynką), dania głównego i deseru oraz dużej ilości przemów. Szefowa się zmyła jakoś koło 18, zostawiając nas z AnneStine, która nam pomagała roznosić talerze i z Martinem, który pomagał kucharzowi.
Ogólnie przez większość czasu nudziliśmy się jak mopsy, siedząc w kuchni i czekając, aż wreszcie będzie można zanieść/zebrać talerze. A podczas obiadu ciągle tylko przemowy i przyśpiewki na melodie pogrzebowe o tym jak żył sobie jeden góral, który znalazł sobie żonę, ale ta go zdradziła i odeszła do kogoś z miasta. Albo jakoś tak. Inna piosenka była o Ingrid (imienniczce panny młodej), która była bardzo biedna i nie miała srebra na posag, więc babcia zrobiła jej czapeczkę z wełny i coś tam coś tam i Ingrid umarła.
Wreszcie wszyscy zjedli i poszli potańczyć do stajni, a my mieliśmy rozłożyć ciasta (w większości home-made by różne ciocie). Zaczęło się od tego, że Anne Stine posypała czekoladą ciasto cytrynowe, które już wcześniej zostało oblane białą czekoladą i wcale nie potrzebowało dodatkowego zdobienia. Chwilę później okazało się, że tradycyjne ciasto norweskie wygląda jak bożonarodzeniowa choinka, smakuje jak makaroniki (ciastka w Poznaniu), wtyka się w nie cukierki z wróżbą i papierową koroną a na dodatek ktoś wymyślił, że na czubku ma stać figurka państwa młodych. Plastikowa. Z materiałowym welonem. Anne Stine spędziła jakieś 10 minut próbując sprawić, żeby panna młoda przestała być Murzynką, po tym jak wcześniej wrzuciła wspomnianą figurkę w sam środek ciasta z czekoladowym kremem na wierzchu. Stała przy zlewie ze szmatką w jednej ręce, parą młoda w drugiej i płacząc ze śmiechu. Nie ona jedna zresztą. Postanowiliśmy postawić ciasto gdzieś trochę dalej od źródeł światła, ponieważ welon nadal był lekko brązowy, a dodatkowo w trakcie mycia materiał zacząć się strzępić, więc wyglądało jakby panna młoda miała siwą grzywkę. Następnie dziewczyny wyjęły z zamrażarki kamienne ciasto lodowe i... sorbet truskawkowy włożony w okropną aluminiową formę od babki. Oczywiście również kamienny. Na fali głupawki zastanawiałyśmy się czy go w tej formie nie zostawić na zasadzie "Wydłub sobie sam". Skończyłyśmy wynosić ciasta, wyszłyśmy na jadalnię, popatrzyłyśmy na dwie lady, na których stały i Anne Stine stwierdziła... "Hmm... A gdzie postawimy tort weselny?" No więc dziewczyny wpadły na pomysł, żeby postawić go na wózku, czyli stole z kółkami. Co prawda któraś się pomyliła i zamiast stwierdzić, że wózek ma hamulce, powiedziała, że wózek ma pedały, więc kolejne minuty zwijałyśmy się ze śmiechu wyobrażając sobie odjeżdżający tort. Podczas gdy reszta próbowała zasłonić obrusem szkaradność wspomnianego wehikułu ja próbowałam znaleźć jakieś noże do krojenia ciast. Niestety pomysł z położeniem wielkiego tasaka przy torcie weselnym nie przeszedł. Nie wiem czemu...

Pracę skończyłyśmy o 2.30 po to, aby iść spać na 4h i zacząć znowu o 7.00. Goście weselni ochoczo stawili się na śniadanie, w większości nawet koło 8. Panna młoda z panem młodym przebrali się w ciuchy trekingowe, rodzina zabrała niemowlęta (których było sporo) na nosidełka i większość po śniadaniu poszła w góry.

Okazało się, że zostało 5 butelek otwartego wina z obiadu. Anne sprytnie je ukryła, żeby się nikomu nie rzucało w oczy, ze stwierdzeniem, że może sobie nie przypomną, to będzie je można wypić. Posprzątałyśmy, szefowa zamknęła hotel o 16.00. Wieczorem dostałam sms'a: "Remember the redwine." Miałyśmy klucze i poszłyśmy zabrać prezenty. Było to bardzo miłe zakończenie wesela.

Jako podsumowanie powiem, że państwo młodzi byli zadowoleni z imprezy.

sobota, 19 września 2009

Niespodzianka

W czwartek pracowałam od 6. Skończyłam koło 12. Zrobiłam sobie przerwę na kawę i poszłam odkurzać podłogę na strychu stajni (będącym pierwotnie stodołą, a obecnie muzeum/powozownią/graciarnią), ponieważ 70 weselnych gości będzie tam tańczyć poloneza. Wróciłam stamtąd po 2 godzinach, ciut zakurzona, ale ogólnie w dobrym humorze. Poszłam do hotelu, gdzie jak tylko kucharz mnie zobaczył to krzyknął: "Natasza, możesz to pomieszać? Bo ja muszę coś szybko zrobić, a to się nie może przypalić!". Więc stałam przy garnku i mieszałam cukier, żeby zrobić z niego karmel. Na ślub przewidziany jest home-made karmel pudding. Cool. Zrobiłam karmel, pomogłam Tomowi przelać go do foremek... Po czym zostałam z łyżką w ręku. Więc klasycznym odruchem łakomczucha włożyłam palec w płynny karmel chcąc go spróbować. Bolało. Nadal boli. Jak później stwierdziłam do szefowej: "Pamiętasz jak rano sprawdzałam jak gorąca jest gorąca kawa? (rano oblałam się kawą, spodnie, stopy i prawą rękę)" "Tak..." "To teraz sprawdziłam jak gorący jest gorący karmel... Zdecydowanie bardziej" "Hmm... Zauważam u Ciebie jakieś samobójcze skłonności..." Czuję się trochę lepiej z własną głupotą, bo Asia poprzednim razem zrobiła to samo ;) Reakcja jednego z żołnierzy, z którym przegadałyśmy pół wieczoru: spojrzał na nas, na jedną, na drugą... "Włożyłyście palec do płynnego karmelu? Który jest tak samo gorący jak rozgrzany olej? I macie stopień magistra inżyniera?" Dobrze, że nie opowiedziałam mu jak testowałyśmy w zeszłym roku gotowania jajek w mikrofali... ;)
Drugi natomiast po chwili podsumował zachowanie Toma, ponieważ Asia przeprosiła i powiedziała, że musi iść wyjąć karmel pudding z pieca, bo skończył się piec, a kucharz prosił, żeby się tym zająć. A drugi żołnierz: "Podoba mi się sposób w jaki ON robi ten home-made karmel pudding"...

W każdym razie jak mieszałam ten karmel, to przyszła szefowa i powiedziała: "Natasza, przyszła paczka do Ciebie". Przez chwilę patrzyłam na nią jak ciele na malowane wrota. "Paczka? Jaka paczka?" "No tak, ma napisane Natasza Berłowska, to chyba Ty, prawda?" Poszłam do recepcji. Rzeczywiście. Paczka. Wyraźnie zaadresowana na moje imię i nazwisko. I to znajomym charakterem pisma, w końcu przez 5 ostatnich lat kserowałam notatki od nadawcy ;) No, z wyjątkiem tego półrocza kiedy postanowiła sobie wyjechać na Sokratesa. W każdym razie paczkę trzymałam przez następne 5 minut jak przytulankę i wielkim uśmiechem na twarzy. Zawsze jest miło dostawać paczki. Ale paczki-niespodzianki są cudowne. To tak jak dostać prezent z okazji... poniedziałku :) A zawartość wskazuje na to, że ktoś mnie dokładnie wysłuchał, całkiem dokładnie czyta mojego bloga i jeszcze na dodatek przepuścił przez filtr o nazwie "Natasza". Bardzo bardzo bardzo bardzo dziękuję :* :* :*

poniedziałek, 14 września 2009

Hm...

Jeszcze wczoraj narzekałam Rudej, że mam serdecznie dość bycia tutaj. Ktoś mnie chyba wysłuchał, bo dzisiaj jest przepiękna pogoda, świeci słońce żadnej chmury na niebie nic tylko się wygrzewać. Co lepsze... szefowa pojechała do Dombas, mama i Magda razem z nią, a do mnie przyszła Asia, czy bym za nią nie posiedziała w recepcji, bo ona też chce z nimi jechać. I tak zamiast zaczynać pracę o 15 i wygrzewać się na słońcu... Zaczęłam pracę o 12.30 i... wygrzewam się na słońcu (ok, wypolerowałam świeczniki), pijąc kawę przed hotelem, w którym nic absolutnie się nie dzieje, bo wszyscy goście dopiero przyjadą. Efekt jest taki, że jedynym dźwiękiem zakłócającym ciszę są osły chrupiące trawę kilka metrów ode mnie. Chyba jednak z powrotem zaczynam lubić tu być ;)

Weselne przystawki

Czytając wypowiedź Angayi na temat fikuśnych przystawek przypomniało mi się, że gdzieś już coś takiego słyszałam... hmmm... Od własnej szefowej, która mnie poinformowała, że w przyszłą sobotę (ktoś organizuje wesele u nas w hotelu) będziemy podawać melona z szynką... Po pierwsze zastanawiam się, którą szynką, bo jak na razie nie widziałam tu niczego, co chociażby koło takowej leżało. Po drugie ciekawi mnie również kto spieprzy: czy szefowa zapomni zamówić melona czy dostawca przywieźć ;) Szerokim łukiem natomiast omijam temat kto będzie kroił owoce na 80 kawałków :)

U nas wreszcie pojawiło się słońce. Jest również rudobrązowo. Do tego dostałam "Making money" Pratchett'a po angielsku (nie interesuje mnie, że w Polsce już dawno się ukazało) i teraz próbuję czytać: książka w ręku, komputer z otwartym słownikiem przed sobą i jedziemy :)

Tak w ogóle to się zastanawiam, czy ta para młoda, która tu przyjechała i zachwyciła się tym miejscem na tyle, żeby postanowić zorganizować tutaj wesele wpadła na to, że 20 września na tej wysokości może być już przełom jesieni i zimy (najwcześniejszy śnieg jaki pamiętam tutaj spadł 1 września jakieś 3 lata temu).

niedziela, 13 września 2009

Bergen

Miasto co najmniej dziwne, chociaż to można powiedzieć o wszystkich norweskich... "metropoliach". Jakieś 500 tys. mieszkańców, standardowo położone nad fjordem i rozrzucone na wielu wyspach. Tunele, mosty i promy. Stare, drewniane domy przemieszane z nowoczesnym budownictwem, a gdzieś w środku tego betonowe, obrzydliwe twory lat 60-70. Komuna tu niby nie zawitała, ale niektóre budynki tak właśnie wyglądają. Centrum miasta wygląda trochę... jak nie centrum. W polskich miastach zazwyczaj centralnym punktem jest ratusz i rynek dookoła. Ale Norwegia budowała (i nadal buduje) głównie w drewnie, więc pożar raz na 100 lat załatwiał kwestię zabytków. Zdjęcia niedługo pokażę. Swoją drogą po raz pierwszy widziałam budynek, który w zewnątrz wydawał się mniejszy niż wewnątrz. A najgorsze są przejścia dla pieszych. W tym mieście (i w ogóle w Norwegii) sygnalizacja świetlna stawiana jest tylko po to, żeby ułatwić przejazd samochodom. Podchodzisz do przejścia i nawet nie masz czasu się porządnie rozejrzeć, bo już Ci się samochody zatrzymują.

W centrach handlowych króluje H&M. 3 piętrowe centrum i na każdym poziomie jest oddział tego sklepu. Nie to, żebym nie lubiła tej sieci... ale jednak mógłby być też większy wybór...

Zbawieniem są sklepy prowadzone przez Pakistańczyków/innych Azjatów. Nie tylko dlatego, że mają niższe ceny, ale głównie dlatego, że mają różne ciekawe rzeczy o których Norwedzy pewnie nawet nie słyszeli. Cała gama przypraw, 10 rodzajów ryżu, makaronów, fasoli, soczewicy, jakieś buteleczki opisane krzaczkami a nawet ogórki konserwowe opisane cyrylicą. Pod tym względem wybór jest znacznie większy niż w Polsce, gdzie owszem, są sklepy orientalne, ale są one rzadkie i zazwyczaj ekskluzywne. A tutaj są one najtańsze.

Aha. Bergen jest miejscem znanym z ciągłych opadów deszczu. Faktycznie, połowa populacji kobiet chodzi w ... kaloszach. Czasem takich ze sznurowadłami, czasem takich w kwiatki, a czasem w zwykłych, zielonych kaloszach. Wysokości mają taką jak kozaki - od krótkich do wysokich aż do kolan. Efekt: elegancki płaszczyk, torebeczka, spódniczka i ... kaloszki. Ale jednocześnie jest to miasto, gdzie można normalnie chodzić w górskiej kurtce przeciwdeszczowej i nikt na ciebie nie patrzy jak na idiotę. Tak samo jak ludzie rano wysiadają z autobusów z kubkami termicznymi w ręku (w tym kraju z pewnością mają w nich kawę) i jest to zupełnie normalne. W Polsce przychodzenie z termosem na wykłady było uważane przez część roku za dziwactwo. U kubku termicznym już nie wspominając.

A, no i oczywiście kawę kupisz wszędzie. Zwłaszcza w tutejszym odpowiedniku Żabki albo wręcz kiosku. I to nie taką z podrzędnego automatu, tylko świeżo zmieloną, pachnącą, do tego syrop amaretto i brązowy cukier... i zaznaczę jeszcze, że porcja kawy to około 300-400ml. I to może być moją zgubą ;)