Miasto co najmniej dziwne, chociaż to można powiedzieć o wszystkich norweskich... "metropoliach". Jakieś 500 tys. mieszkańców, standardowo położone nad fjordem i rozrzucone na wielu wyspach. Tunele, mosty i promy. Stare, drewniane domy przemieszane z nowoczesnym budownictwem, a gdzieś w środku tego betonowe, obrzydliwe twory lat 60-70. Komuna tu niby nie zawitała, ale niektóre budynki tak właśnie wyglądają. Centrum miasta wygląda trochę... jak nie centrum. W polskich miastach zazwyczaj centralnym punktem jest ratusz i rynek dookoła. Ale Norwegia budowała (i nadal buduje) głównie w drewnie, więc pożar raz na 100 lat załatwiał kwestię zabytków. Zdjęcia niedługo pokażę. Swoją drogą po raz pierwszy widziałam budynek, który w zewnątrz wydawał się mniejszy niż wewnątrz. A najgorsze są przejścia dla pieszych. W tym mieście (i w ogóle w Norwegii) sygnalizacja świetlna stawiana jest tylko po to, żeby ułatwić przejazd samochodom. Podchodzisz do przejścia i nawet nie masz czasu się porządnie rozejrzeć, bo już Ci się samochody zatrzymują.
W centrach handlowych króluje H&M. 3 piętrowe centrum i na każdym poziomie jest oddział tego sklepu. Nie to, żebym nie lubiła tej sieci... ale jednak mógłby być też większy wybór...
Zbawieniem są sklepy prowadzone przez Pakistańczyków/innych Azjatów. Nie tylko dlatego, że mają niższe ceny, ale głównie dlatego, że mają różne ciekawe rzeczy o których Norwedzy pewnie nawet nie słyszeli. Cała gama przypraw, 10 rodzajów ryżu, makaronów, fasoli, soczewicy, jakieś buteleczki opisane krzaczkami a nawet ogórki konserwowe opisane cyrylicą. Pod tym względem wybór jest znacznie większy niż w Polsce, gdzie owszem, są sklepy orientalne, ale są one rzadkie i zazwyczaj ekskluzywne. A tutaj są one najtańsze.
Aha. Bergen jest miejscem znanym z ciągłych opadów deszczu. Faktycznie, połowa populacji kobiet chodzi w ... kaloszach. Czasem takich ze sznurowadłami, czasem takich w kwiatki, a czasem w zwykłych, zielonych kaloszach. Wysokości mają taką jak kozaki - od krótkich do wysokich aż do kolan. Efekt: elegancki płaszczyk, torebeczka, spódniczka i ... kaloszki. Ale jednocześnie jest to miasto, gdzie można normalnie chodzić w górskiej kurtce przeciwdeszczowej i nikt na ciebie nie patrzy jak na idiotę. Tak samo jak ludzie rano wysiadają z autobusów z kubkami termicznymi w ręku (w tym kraju z pewnością mają w nich kawę) i jest to zupełnie normalne. W Polsce przychodzenie z termosem na wykłady było uważane przez część roku za dziwactwo. U kubku termicznym już nie wspominając.
A, no i oczywiście kawę kupisz wszędzie. Zwłaszcza w tutejszym odpowiedniku Żabki albo wręcz kiosku. I to nie taką z podrzędnego automatu, tylko świeżo zmieloną, pachnącą, do tego syrop amaretto i brązowy cukier... i zaznaczę jeszcze, że porcja kawy to około 300-400ml. I to może być moją zgubą ;)
Hmm, ten element z kawą dostępną wszędzie, kojarzy mi się z Japonią, natomiast noszenie termosów/kubków termicznych/innych takich... niezmiennie kojarzy mi się z Chinam,gdzie na zajęcia nie tylko wszyscy studenci coś takiego nosili ale również nauczyciele. Oczywiście w środku była herbata a nie kawa, ale to taki szczegół :D
OdpowiedzUsuńhmm.. zima w Gent (Belgia) wydaje się mieć podobne objawy (zima równa się tam ulewa codziennie bo na śnieg jest zawsze za ciepło.. ach ten atlantycki klimat), tyle że oprócz kaloszków wszyscy chodzą w gumowych płaszczach i spodniach...tak, TAKICH ŻÓŁTYCH ;) ...
OdpowiedzUsuńnormalnie reklama wesołego żeglarza na wszystkich ulicach ... co ciekawe większość w tym wszystkim jeszcze jeździ na rowerach...
Co do kawy ... na jej podstawie można było łatwo stwierdzić jak jestem przygotowana do zajęć ...
jeśli przyszłam z termosem znaczy, jestem wyspana i mogę nawet zacząć zadawać pytania...(w końcu zdążyłam rano wstać przed zajęciami na tyle wcześnie żeby tę kawęugotować...)
jeśli byłam z kubkiem ... no cóż .. to znaczyło, że mam nadzieję, że mie nie zauważą i nie będą mnie zadawali żadnych pytań...(bo w końcu obudziłam się 10 minut temu, szłam spać 3 godziny temu i ogólnie nie mam warunków do przyswajania wiedzy... cud, że mam do przyswajania kawy...)
Ja tam wolałam jak przychodziłaś z termosem... Przynajmniej dla mnie też coś się zawsze znalazło ;) Chociaż na V roku to chyba nawet częściej ja miałam termos niż Ty ;)
OdpowiedzUsuńPrzy okazji teraz właśnie widzę jak pracują ludzie w poniedziałkowe przedpołudnie ;)