W czwartek pracowałam od 6. Skończyłam koło 12. Zrobiłam sobie przerwę na kawę i poszłam odkurzać podłogę na strychu stajni (będącym pierwotnie stodołą, a obecnie muzeum/powozownią/graciarnią), ponieważ 70 weselnych gości będzie tam tańczyć poloneza. Wróciłam stamtąd po 2 godzinach, ciut zakurzona, ale ogólnie w dobrym humorze. Poszłam do hotelu, gdzie jak tylko kucharz mnie zobaczył to krzyknął: "Natasza, możesz to pomieszać? Bo ja muszę coś szybko zrobić, a to się nie może przypalić!". Więc stałam przy garnku i mieszałam cukier, żeby zrobić z niego karmel. Na ślub przewidziany jest home-made karmel pudding. Cool. Zrobiłam karmel, pomogłam Tomowi przelać go do foremek... Po czym zostałam z łyżką w ręku. Więc klasycznym odruchem łakomczucha włożyłam palec w płynny karmel chcąc go spróbować. Bolało. Nadal boli. Jak później stwierdziłam do szefowej: "Pamiętasz jak rano sprawdzałam jak gorąca jest gorąca kawa? (rano oblałam się kawą, spodnie, stopy i prawą rękę)" "Tak..." "To teraz sprawdziłam jak gorący jest gorący karmel... Zdecydowanie bardziej" "Hmm... Zauważam u Ciebie jakieś samobójcze skłonności..." Czuję się trochę lepiej z własną głupotą, bo Asia poprzednim razem zrobiła to samo ;) Reakcja jednego z żołnierzy, z którym przegadałyśmy pół wieczoru: spojrzał na nas, na jedną, na drugą... "Włożyłyście palec do płynnego karmelu? Który jest tak samo gorący jak rozgrzany olej? I macie stopień magistra inżyniera?" Dobrze, że nie opowiedziałam mu jak testowałyśmy w zeszłym roku gotowania jajek w mikrofali... ;)
Drugi natomiast po chwili podsumował zachowanie Toma, ponieważ Asia przeprosiła i powiedziała, że musi iść wyjąć karmel pudding z pieca, bo skończył się piec, a kucharz prosił, żeby się tym zająć. A drugi żołnierz: "Podoba mi się sposób w jaki ON robi ten home-made karmel pudding"...
W każdym razie jak mieszałam ten karmel, to przyszła szefowa i powiedziała: "Natasza, przyszła paczka do Ciebie". Przez chwilę patrzyłam na nią jak ciele na malowane wrota. "Paczka? Jaka paczka?" "No tak, ma napisane Natasza Berłowska, to chyba Ty, prawda?" Poszłam do recepcji. Rzeczywiście. Paczka. Wyraźnie zaadresowana na moje imię i nazwisko. I to znajomym charakterem pisma, w końcu przez 5 ostatnich lat kserowałam notatki od nadawcy ;) No, z wyjątkiem tego półrocza kiedy postanowiła sobie wyjechać na Sokratesa. W każdym razie paczkę trzymałam przez następne 5 minut jak przytulankę i wielkim uśmiechem na twarzy. Zawsze jest miło dostawać paczki. Ale paczki-niespodzianki są cudowne. To tak jak dostać prezent z okazji... poniedziałku :) A zawartość wskazuje na to, że ktoś mnie dokładnie wysłuchał, całkiem dokładnie czyta mojego bloga i jeszcze na dodatek przepuścił przez filtr o nazwie "Natasza". Bardzo bardzo bardzo bardzo dziękuję :* :* :*
No popatrz no, a ja myślałem że tylko faceci żyją z genetycznie uwarunkowanym przymusem sprawdzania różnych ciekłych/oleisych substancji przy pomocy palca. (Albo tylko ja z nim żyję, choć z kilkoma innymi męskimi przypadkami się spotkałem). :D
OdpowiedzUsuń