Piątek, popołudnie. Wracam z zakupów, zostawiam samochód na parkingu przed domem. Spotykam właściciela, który niesie karton brzęczący butelkami. W końcu wyjeżdżają i na święta i na Sylwestra, więc zapas alkoholu musi być ;)
Właściciel uśmiecha się do mnie, informuje, że właśnie jadą. Już prawie odchodzę, kiedy przypomina sobie: "A właśnie. Podobno ma dużo w śniegu w nocy spaść" "Tak, słyszałam, że ma padać śnieg. A ile to jest dużo?" "No słyszałem, że jakieś pół metra." Wykrztusiłam z siebie jedynie "Acha". "Zostawię Wam coś do odśnieżania na wierzchu".
Wróciłam do mieszkania. Usiadłam przed kompem przy stole. Popatrzyłam na okno. Okna są jakiś metr na metr. Patrząc z zewnątrz zaczynają się zaraz nad powierzchnią gruntu. Pół metra śniegu.... No, to tak do połowy okien, pomyślałam.
Piątek, wieczór. Piotr wrócił z pracy. "Spotkałam właściciela" mówię na powitanie i relacjonuję naszą rozmowę. Opracowaliśmy bezpieczną trasę na sobotnią wycieczkę w góry z Vytasem uwzględniając możliwy śnieg. Kładąc się spać koło północy wyjrzeliśmy na zewnątrz. Faktycznie, coś białego zaczęło prószyć z nieba. Zielona trawka w ogrodzie pokryła się paromilimetrowym białym puchem. Jednak nadal była zielona. Wątpiąc w jakiegokolwiek pół metra śniegu zasnęłam smacznie.
Sobota, 9 rano. Jak zwykle zaspaliśmy. Widoczność za oknem ograniczona do jakiś 20 m. Mgła, pada śnieg. Dzwoni Vytas z pytaniem "Idziemy na ten spacer?" "Pewnie, trasa nie jest długa, w sam raz na dzisiaj, szlak głównie szerokim spacerniakiem przez góry, zgubić się nie bardzo jest jak. Idziemy. Będziemy u Ciebie za pół godziny".
Sobota, 9.30. Udało nam się wyjść z mieszkania. (Drzwi na poziomie gruntu i otwierają się na zewnątrz). Stanęliśmy przed parkingiem zastanawiając się, która góra śniegu jest naszym samochodem. Po długiej chwili udało nam się go odkopać. Błogosławiąc napęd na 4 koła wyjeżdżamy powoli z gąszczy naszych uliczek na główniejszą drogę. Jest biała i wyślizgana. Na rondzie nami rzuca. Ludzie chodnikami brną po łydki w śniegu. W połowie drogi widzimy jakiś pług.
Sobota, jakaś 10.15. Wjeżdżamy na główną, przelotową, kilkupasmową drogę przez Bergen. Główniejszej nie ma. "No, ale byłem pewien, że TUTAJ będę widział asfalt" stwierdził Piotr zastanawiając się czy już zrezygnować z napędu na 4 koła na rzecz napędu tylko na tylną oś, czy może jeszcze nie.
Sobota 11.00 Wjechaliśmy kolejką na Floyen. Przejaśniło się trochę. Z góry widać zasypane miasto, port z ilością statków większą niż zazwyczaj oraz nadciągającą z nad morza zawieję. Ruszamy. Pierwsza część szlaku idzie drogą pod górę. Śnieg powyżej kostek, miejscami mniej lub więcej w zależności od osłony przed wiatrem. Wielkie świerki oblepione śniegiem, ptaki próbujące znaleźć pożywienie, mało ludzi dookoła. Na naszej trasie ślady jednej osoby. Szczyty toną we mgle, widać białe lasy w dolinach. Mija nas dwójka młodych chłopców ubranych jak harcerze i niosących razem wielki garnek z drewnem. Droga się kończy, zaczyna się szeroka, ale kamienista ścieżka. Ten odcinek pamiętamy z zeszłego tygodnia. Wtedy nie było śniegu. Było za to mnóstwo oblodzonych kamieni. Szybko nam o sobie przypomniały.
Sobota, połowa drogi. Jesteśmy na otwartej przestrzeni, wieje mocny wiatr, który zawiewa śniegiem, zarówno tym, który właśnie spada jak i tym, który już spadł. Między skałą a zaspą śniegu sięgającą mi do ud Piotr znajduje szczelinę akurat, żeby przykucnąć w trójkę i wypić herbatę. Akceptowalna osłona od wiatru. Innej i tak nie było.
Sobota, po herbacie. Vytas idzie przodem. Wieje przeraźliwie. W którymś momencie tak zawiało śniegiem, że go nie widziałam, mimo że był jakieś 10 m przede mną. Piotr daje mi swoje kijki. Lód na kamieniach pod śniegiem robi swoje, ale na szczęście śnieg amortyzuje upadki :) Spotykamy człowieka z psem na spacerze. Więcej futra niż psa. Mówię właścicielowi, że dalej śnieg będzie wyższy niż pies. Właściciel uśmiecha się ze stwierdzeniem, że nie szkodzi, bo stwora śnieg uwielbia. Dochodzimy do kolejnej drogi spacerowej, szerokiej i zasypanej. Grzecznie schodzimy sobie doliną wzdłuż jeziora wśród śniegów, lasów, gór i dolin.
Sobota, godz. 14.00 Nasz szlak skończył się na osiedlu domków jednorodzinnych. Miał byś ok 3h spacer i był. W końcu chłopaki o 18 mają wigilię firmową. Pożegnaliśmy się z Vytasem. Autobus, parking z samochodem, zakupy i do domu.
Sobota, 15.00. Zaparkowaliśmy przed domem... i zabraliśmy się za wykopanie sobie ścieżki do mieszkania, bo inaczej wychodzenie z domu bez ochraniaczy na nogawki nie miałoby sensu. Śnieg był dla mnie do 1/3 łydki. Przy okazji wykopaliśmy również ścieżkę dla właścicieli.
Sobota, 17.40. Wychodzimy z domu. Ścieżkę trzeba będzie wykopać jeszcze raz, bo ze starej dużo nie zostało. Znowu zastanawiamy się, która góra śniegu to nasz samochód. Piotr dzwoni do współpracowników, że nie zdąży na 18.15 na autobus, który miał przewieźć wszystkich pod stację kolejki i że pojedzie bezpośrednio do tejże stacji. Wyjaśniając - kolacja wigilijna była w restauracji na Ulriken, górze, która ma 640 m. n.m.p. do której wjazd jest kolejką linową.
Sobota, godz. 18.00. Samochód odkopany. Ja prowadzę. Nie jest źle, chociaż samochód zachowuje się inaczej. Główne drogi wyglądają jeszcze gorzej niż rano. Cały czas sypie śnieg. Hamowanie skrzynią biegów i niczym więcej. Czarny asfalt widzę tylko i wyłącznie w tunelu. Po drodze mijamy samochód, który zatrzymał się przy podjeździe pod górkę (główna droga) i na tym skończyła się jego podróż. Koła się kręcą, samochód stoi. Chwilę dalej jest mijamy autobus przegubowy, któremu zarzuciło tył, tak, że był skręcony prawie pod kątem prostym w stosunku do przodu. Szczęśliwie tył trafił akurat w boczną uliczkę, a nie np. w chodnik z pieszymi lub płot. Skręcam za tunelem w prawo, skąd boczną (i jedyną) drogą jest już tylko 150m do stacji kolejki. Skręcam... i zatrzymuję się patrząc jak kilka samochodów próbuje podjechać pod górę (bo uliczka pozioma nie jest). Część się wycofała. Jeden próbował na wstecznym. "Wiesz... ja już sobie dojdę ten kawałek" powiedział mój mąż z zaciekawieniem obserwując świat dookoła.
Sobota, godz 18.45 Jestem pod domem. Idę jeszcze na spacer po naszym uroczym osiedlu. Pokryte śniegiem jest jeszcze bardziej urocze. Po powrocie wykopuję sobie ścieżkę do domu, czyli przerzucam drugie tyle śniegu co poprzednio. Śnieg przed garażem właścicieli sięga mi pod kolana.
Niedziela, godz. 30 minut po północy. Zmęczona robieniem ozdób choinkowych, czekając na telefon od Piotra, że już mogę po niego jechać, a jednocześnie zbyt ucieszona zamianą świata w bajkę wyruszam na spacer w towarzystwie aparatu i statywu. Podziwiam oblepione śniegiem drzewa, płoty, linie energetyczne. Podziwiam jasność, ciszę i spokój. Mieszkając na zboczy góry obserwuję uśpioną dolinę.
Niedziela, 1 w nocy. Wracając wolnym krokiem widzą z daleka ruch na naszym parkingu. Furgonetka, którą widziałam już wcześniej, bo zwracała na siebie uwagę parkując ukośnie zamiast prostopadle, próbuje ruszyć z miejsca. Byłoby by pewnie łatwiej, ale pług (znaczy samochód terenowy pick up, z zamontowanym pługiem na masce, bo nic innego by się nie zmieściło na tej dróżce) zgarniając śnieg jeszcze go trochę przysypał. Widzę kobietę koło 50tki, w spódniczce i kozaczkach próbującą kręcącą się trochę bezradnie koło samochodu, męża w garniturze za kierownicą i kręcące się w miejscu przednie koła. "Hm... Chyba mam coś co może chociaż trochę pomóc" stwierdziłam i przyniosłam łopatę. Zaczęłam odkopywać im przednie koła, ale facet natychmiast wyskoczył i stwierdził, że to zrobi. Popatrzyłam na ten śnieg do połowy łydek, jego półbuty i pewnie już całe mokre nogawki. Popatrzyłam na siebie... Tak.... Kurtka waterproof, spodnie waterproof, stuptupy, buty waterproof. I czapka. Więc oddałam mu łopatę i poszłam po drugą ;). Koła dalej kręciły się w miejscu, więc poszłam przeszukać schowek właścicieli w poszukiwaniu czegoś przydatnego. Przyniosłam wycieraczkę samochodową. Podłożyłam pod jedno z przednich kół. Faceta olśniło i wyciągnął wycieraczkę ze swojego samochodu i zrobił to samo. W tym czasie wolnym spacerowym krokiem nadszedł inny spacerowicz i tak oto samochód został wypchnięty.
Niedziela, godz. 2.40. Telefon od Piotra, mam go odebrać z centrum miasta, gdzie się w międzyczasie przenieśli. "Ile Ci zajmie dojechanie tutaj?" "To zależy jak szybko wyjadę z parkingu" stwierdziłam i streściłam mu historię furgonetki. "Poza tym muszę jeszcze odkopać samochód" mruknęłam wyglądając na zewnątrz. Na szczęście obyło się bez zakładanie łańcuchów, napęd na 4 koła ułatwia wiele rzeczy. Wychodząc z mieszkania doszłam do wniosku, że ... po raz trzeci trzeba wykopać ścieżkę, ale może niekoniecznie w tej chwili.
Niedziela, godz. 3.00. "Biegłem przez śnieżne ulice, słyszałem za mną ich krzyki, biegłem, się nie oglądałem, ach jakże było wspaniale"... Nie wróć, to nie ta bajka. Na prostym skrzyżowaniu wielopoziomowym ktoś nie opanował samochodu i zamiast między bramkami miejskimi pojechał środkiem. Przerzucanie na napęd na jedną oś byłoby pomysłem samobójczym. Pora była najgorsza z możliwych, ponieważ o 3 w Norwegii zamykają wszystkie puby. Nie można również kupić nigdzie alkoholu, ponieważ sprzedaż alkoholu w sklepach kończy się o 17, poza piwem, które można kupować do 20. W związku z tym wszystkim o 3 nad ranem nagle miasto jest pełne wałęsających się, pijanych w trupa Norwegów. Nie są agresywni. Nie są zaczepni. Tylko uporczywie włażą pod koła. Szczególnie w sytuacji kiedy iście chodnikiem oznacza brnięcie w śniegu do łydek.
Niedziela, godz 3.05. Piotr i jego dwóch wesolutkich współpracowników wsiadają do samochodu.
Niedziela, godz. 3.15. Spełniły się moje najgorsze obawy. Panowie mieszkają wysoko na pieprzonym stoku góry, do których prowadzi gąszcz wąskich i stromych uliczek, chwilowo również zasypanych śniegiem. W momencie kiedy GeirOve (Piotr popraw mnie jeżeli źle zapisałam imię) po raz kolejny każe mi skręcić o 180 st w lewo/prawo, któreż to lewo/prawo biegnie coraz bardziej stromo pod górę, rodzą się we mnie instynkty mordercze.
Niedziela, godz. 4 rano. Czas spać. Ścieżka do mieszkania znowu zniknęła.
Niedziela, przed 14. Poprosiwszy męża, żeby zajął się śniadaniem, w ramach porannych ćwiczeń poszłam spotkać się z łopatą. Jakoś się dobrze bawię, usypując coraz większy mur dookoła domy. Prognoza pogody przewiduje ujemne temperatury przynajmniej do następnego wtorku, kiedy to kończy się długoterminowość tejże. Szykują się białe święta :)
Okazuje się, że zima potrafi zaskawiwać także norweskie służby drogowe :)
OdpowiedzUsuńA zdjęcia kiedy i gdzie?
Moje gratulacje, czyta się jak o wyprawie Scotta... Trzymajcie się tam, pozdrowienia z ośnieżonego Puszczykowa :*
OdpowiedzUsuńZdjęcia niedługo. Według mnie norweskie służby drogowe nie zostały zaskoczone... Raczej przytłoczone ilością śniegu. W trakcie nocnego spaceru widziałam kilka pługów na drodze. Tylko co z tego, skoro śnieg padał i padał, i padał, i padał ;)
OdpowiedzUsuńU nas / Toruń / śnieg dziś prószył cały dzień. Zmierzyłam. Jest go ok. 5cm i raczej nie ma nadziei na więcej...
OdpowiedzUsuńAch gdzie są niegdysiejsze śniegi?
U nas właśnie przyszła odwilż i śnieg szlag trafił. Za to uważam, że jestem zajebiście dzielną myszką. W czwartek, przy temperaturze koło minus dziesięć, poszłam na randkę w kiecce.
OdpowiedzUsuń