czwartek, 30 lipca 2009

Kopernik

Przez całe dzisiejsze przedpołudnie świat wyglądał jakby ktoś wyłączył światło. Goście sennie schodzili się na śniadanie, sennie z niego wychodzili i jeszcze bardziej sennie się wyprowadzali. A ja czułam się jak zombi. Chwilę zanim skończyłam pracę ktoś na niebie zmienił żarówkę z 20W na jakieś ... powiedzmy 60W. Chmury poszły w górę, pokazały się góry, zrobiło się jaśniej. Zaczęło padać.

W zeszłym roku z powodów, których już nie pamiętam, szukałyśmy z szefową spinacza do papieru. Przez dłuższą chwilę nie mogłyśmy sobie przypomnieć jak się to ustrojstwo nazywa po angielsku.
Anne: A, wiem, paper clip. A w ogóle to wiesz, że spinacz do papierów wynalazł Norweg?
Ja (dyplomatycznie): Naprawdę?
Anne: Oczywiście. Wynaleźliśmy również skrobaczkę do sera. Jesteśmy z tego bardzo dumni!
Ja (starając się nie śmiać za bardzo): O, my też mamy powody do dumy. Przykładowo Mikołaj Kopernik odkrył, że to Ziemia kręci się wokół Słońca.
Anne: Co? Nicolaus Copernicus był Polakiem? A ja myślałam, że Włochem...

Ja wiem, że on niby był z niemieckiej rodziny. Ale urodził się w Polsce ;)

środa, 29 lipca 2009

Sos rybny

Crazy man, o którym pisałam tutaj, wrócił. Pytał o wolny pokój. Linn odpowiedziała zgodnie z prawdą, że cały hotel jest zajęty. Zapytał o wolny pokój w aneksie. Linn odpowiedziała, zdecydowanie NIEzgodnie z prawdą, że cały anneks jest zajęty. A nie jest. Po czym przyszła do kuchni, zaczęła wcinać rodzynki i powiedziała, że ona nie wychodzi z kuchni, dopóki on nie sobie nie pójdzie.

Wczorajszy autobus Niemców był standardowy. Przyszli, wypili dużo piwa, wymietli wszystko co było do jedzenie i poszli sobie. Dzisiejsi też tak zrobili. Chociaż tutaj niektórzy nawet mówili trochę po polsku. Przynajmniej jeden. A podobno w grupie jest Polka z Krakowa.

Dzisiaj była ryba i sos rybny. Tom (kucharz) postawił przy nim karteczkę "Sos rybny". Powiedział, że jak poprzednio była duża grupa Niemców, to cały sos zniknął w 5 minut, bo wszyscy myśleli, że to zupa rybna...

wtorek, 28 lipca 2009

Drobny problem organizacyjny

Raz na jakiś czas w hotelu pojawia się autobus z turystami (zazwyczaj Niemcy). Przyjeżdżają późnym popołudniem, zajmują cały/prawie cały hotel, jedzą obiad, piją dużo piwa, idą spać. Śniadanie chcą zazwyczaj wcześniej niż przeciętny wycieczkowicz, czyli w okolicach 4.30. Jedzą, wyjeżdżają i tyle ich widać. Sprzątać pokoje można spokojnie koło 5.15.

W tym miesiącu pojawią się 2 autobusy. Co ciekawe pod rząd, czyli jeden przyjeżdża dzisiaj, jedzie jutro, drugi przyjeżdża jutro, wyjeżdża pojutrze. Okazało się jednak, że ten dzisiejszy chce śniadanie o 4.30, a drugi o ... 7.00 :) Szczęśliwie dla mnie to Asia ma to wcześniejsze śniadanie :)
Nadal pozostaje jednak pewien mały problem. Otóż coś się spieprzyło w instalacji i nie ma wody w całym hotelu. Mam nadzieję, że to niedługo naprawią, bo jakoś nie widzę obiadu i zmywania naczyń z pomocą samego mydła...

A w ogóle ostatnio widziałam piękną scenkę. Otóż usłyszałam beczenie i dzwonienie dzwonków. Owce szefowej dzwonków nie posiadają, więc jakieś obce przybłędy musiały się przedrzeć gdzieś przez ogrodzenie (hm... pomyślmy, pewnie przyszły tą gruntową drogą, która idzie za hotelem w góry, bo jakoś nikt nie wpadł na pomysł, że brama jest od tego, żeby ją zamykać). Za aneksem jest spora, stroma góra. Zaraz za beczeniem usłyszałam ... ryk silnika? Martin wziął stary motor i próbował owce przepłoszyć na dół (i wygonić z terenu, czyli skierować drogą przez tą samą bramę, którą wlazły). Owce zbiegły na dół. Martin zjechał na dół za nimi. Owce przestraszone znowu wbiegły na górę. Martin zostawił motor i popędził za nimi. Owce zbiegły na dół. Martin zbiegł na dół. Owce wbiegły na górę...
Niestety nie miałam okazji obserwować całości wydarzeń, ponieważ musiałam iść do pracy. Po jakiś 15 minutach przyszedł ubłocony i zasapany Martin, popatrzył na mnie i stwierdził: "Nienawidzę owiec. Są takie głupie. Jeszcze chwila i bym im łeb ukręcił".

poniedziałek, 27 lipca 2009

Streszczenie

W weekend przyjechał mój mąż. Jechał 10h, posiedział jakieś 15 po czym jechał kolejne 10 z powrotem. Oboje kochamy norweskie odległości. Za to droga nad fjordami podobno była przepiękna.

Obecnie łapie mnie jakiś stan przedchorobowy-whatever, pewnie w wyniku nocnego siedzenia w jazkuzzi. Wszystko jest dobrze dopóki przy temperaturze jakiś 7 st C i silnym wietrze nie musisz z niego wyjść.

Zagadka morderstwa kurcząt rozwiązana. U sąsiadów również znaleziono martwe ptaki, a budynku obok pasącą się kunę. W sumie to było nawet proste, nie wiem dlaczego na to sama nie wpadłam. Pewnie nie pomyślałam, że tutaj mogą występować kuny.

Sielanka się skończyła, pojawił się grafik na sierpień, czas zacząć pracować ;) Tym razem działamy na dwa hotele. Ale szczegóły innym razem. Zawijam się w koc, piję herbatkę z cytrynę i oglądam Harry'ego Potter'a. Muszę mówić, że jest zimno i pada?

środa, 22 lipca 2009

Przerośnięta owca

Dialog z koleżanką:
Ja: U nas zimno cały czas i pada.
Ona: No, u nas (w Poznaniu) też nie jest najcieplej.
Ja: Co rozumiesz przez "nie jest najcieplej"?
Ona: No... 18-20 stopni.
Ja: Well... To przynajmniej więcej niż 5-10st, a jak jest 15 to połowa Norwegów biega w T-shirt'ach, bo przecież lato wróciło...

Wół piżmowy jaki jest każdy widzi. Jak nie widzi, to niech zobaczy, łącznie z komentarzami. Rozmawiałam z tutejszym przewodnikiem od Moskussafari (Moskus po norwesku to wół piżmowy). Pytał, jak moskusy nazywają się po polsku, więc mu powiedziałam. Próbował powtórzyć, ale skomplikowane głoski jak "ł" czy "ż" są dla Norwegów ciut za trudne.
On: O, musisz mi to zapisać, bo ja zbieram jak woły się nazywają w różnych językach. Np. w lapońskim jest to "..." (tu padła skomplikowana nazwa, której nie powtórzę), co oznacza: zwierzę z długą brodą.
Ja: Hmmm... powiedziałabym, że to raczej koza.
On: No tak, ale to prawda, bo woły piżmowe należą do rodziny owiec i kóz.
Ja:(zastanawiając się czy sobie ze mnie jaj nie robi) Owiec? Do rodziny owiec? Cholera, to wy naprawdę macie owce wszędzie!
On (wyraźnie rozbawiony): No! Nawet takie przerośnięte!

Deszczowy horror

Dzisiejszą notkę sponsoruje literka "M" jak morderstwo i mama.

Przedwczoraj spadło z nieba więcej deszczu niż średnia roczna ilość opadów dla tego miejsca a w hotelu pojawił się gość. Zachowywał się dziwnie, nie bardzo wiedział jak zapełnić sobie czas, dużo mówił, był męczący, próbował zaintrygować personel swoją osobą i udało mu się to na tyle, że Linn, która pracowała wieczorem w recepcji poprosiła koleżankę aby została razem z nią do zamknięcia hotelu. Następnego dnia rano ów crazy man wyjechał. Około południa Asia dokonała makabrycznego odkrycia: wszystkie kury leżały martwe w kącie zagrody. Początkowa wersja była taka, że zagryzł je pies. Ale Anne stwierdziła, że musiał to zrobić człowiek, bo żaden pies nie posiada umiejętności otwierania a tym bardziej zamykania za sobą furtki.
Po południu odkryłyśmy wpis w hotelowej księdze gości:
"It is journey. That counte! Stepen King."
Cóż, na pewno nie był to sam mistrz horroru, bo chyba nie popełniłby błędu w swoim imieniu. Czy to jeden z jego mrocznych fanów? To mógłby rozstrzygnąć chyba tylko Herkules Poirot. Ale nie rozstrzygnie, bo nie ma żadnych śladów. Martin zakopał kury, gość wyjechał – sprawa rozpłynęła się w deszczu.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Piekarnia

Narzekałam wczoraj, że jest szaro i ponuro? Kłamałam. Wczoraj była przecudna pogoda. Naprawdę. W porównaniu do dzisiejszej.... Co z tego, że widać trochę więcej gór i człowiek przestał mieć wrażenie, jakby był w małym, białym pudełku, skoro tak pada przez cały dzień, że nawet zejście na dół do hotelu (hmm... 20 metrów?) jest nie lada wyczynem. Od godziny się zbieram, że pójść i powiedzieć szefowej, że dzisiaj nie jem obiadu.

W zeszłym roku opowiadałam, że łażąc po górach spotkaliśmy stado koni. Konie te spędzają lato na wolności pasąc się gdzie chcą, a specjalnie zatrudniony człowiek ma za zadanie codziennie sprawdzać gdzie są i jak się mają. Nie wiem, czy są własnością naszego szefostwa, ale wątpię. W każdym razie... pewnego dnia konie zniknęły. Wszystkie. Po dniu czy dwóch do Martina zadzwonił telefon: „Martin, tu piekarnia w Dombås, moglibyście przyjechać i zabrać stąd konie?” W końcu kto powiedział, że konie lubią suchy chleb. Te akurat wolały świeży :) A, Dombås jest 30km stąd.

niedziela, 19 lipca 2009

Wół wędrowny

Tutejsze góry uznały, że widocznie jesteśmy znudzeni ciągłym patrzeniem na nie i postanowiły się schować. Świat wygląda teraz trochę bardziej płasko, ponieważ chmury utrzymują na wysokości jakiś 1100 m n.p.m. czyli trochę powyżej hotelu. I tak cały dzień.

Jak wiadomo jednym z najbardziej popularnych zwierząt tego terenu jest wół piżmowy. W Dovrefjell National Park występuje jedyna na świecie tak duża populacja tych zwierząt (jakieś 200 sztuk). Oprócz tego jest kilka osobników na Grenlandii i kilka w Kanadzie. Zwierzę potrafi być niebezpieczne, ponieważ nie boi się człowieka. Jest w końcu wielkości żubra i ma spore rogi. Z reguły trzymają się jakieś kilka km stąd, a trasa E6 i linia kolejowa (ogrodzona i w dużym wykopie na większości trasy) jest dla nich trudna do przebycia. No ale pewnego dnia dawno temu jeden z wołów postanowił zwiedzać świat i sprawdzić co jest za tymi wszystkimi górami, drogami i linią kolejową (okazało się, że kolejne góry). Więc... pojawił się na pastwisku dla koni. Pastwisko jest zaraz koło hotelu, po drugiej stronie lokalnej drogi asfaltowej do Foldall. A. I oczywiście jest ogrodzone na całej długości. W każdym razie wół doskonale się czuł na tym terenie, problem polegał na tym, że za kilka dni na mieli pojawić się konie na pastwisku. Więc Martin wziął specjalną broń i postanowił woła przestraszyć... Zabrał z kuchni dwie pokrywki, poszedł na pole i zaczął tłuc i robić hałas... Wół ani myślał uciekać. Martin się nie poddał i wziął swój duży, zielony traktor... Ale wół postanowił, że nie będzie uciekał przed wielkim, zielonym czymś i stanął naprzeciw. W końcu Martin się poddał i zadzwonił na policję, że ma zwierzę będące gatunkiem pod ochroną na swoim terenie. Policja stwierdziła, że trzeba będzie stwora odstrzelić. Wzięli sprzęt, przyjechali... a tu woła nie ma. Widocznie stwierdził, że czas zwiedzać dalej.

czwartek, 16 lipca 2009

Martin

Ogólnie cały czas pada, z pewnymi przerwami na słońce, albo brak deszczu. Czasami nawet potrafi być na tyle ciepło, że w słońcu i w miejscu osłoniętym od wiatru można stać w krótkim rękawku i nie zamarzać.

Martin, syn szefowej, ostatnio coraz częściej pojawia się w hotelu w recepcji. Pewnie dlatego, że Tom, kucharz, wreszcie wrócił z wakacji (dla wyjaśnienia: jak nie ma kucharza to gotuje Anne), więc szczęśliwa szefowa zabrała 3 litry czerwonego wina, wsiadła w samochód i tyle ją widzieliśmy. Ktoś musi w końcu pracować w recepcji i padło na Martina. Martin, ze stoickim spokojem siedzi sobie przed komputerem i przegląda zdjęcia różnego rodzaju maszyn (zapytany: "bo przecież są takie fajne"). Mają tu największy traktor jaki w życiu widziałam. Dobrze go opisuje komentarz Pyskatej, która najpierw poszła zapytać o mnie w hotelu, a dopiero potem przyszła do anneksu: "W recepcji siedzi jakiś młody chłopak" "Tak Magda, młody, 40letni syn szefowej". "Że co? Dałabym mu jakieś dwadzieścia kilka". Dzisiaj, mając wolne, zeszłam na dół do hotelu między innymi po kawę. No i widzę, że kawy prawie nie ma. "Martin, wiesz, że kawa Ci się skończyła?" "O, faktycznie... Ale może gdybyś zrobiła, to już bym miał"

Anne narzekając na rosomaki i wilki zjadające młode jagnięta mówiła, że wydała już pół miliona koron na ogrodzenie (grodziła całkiem spory teren dookoła). Dlatego, też zdziwiłam się widząc stadko jej owiec (mają znakowane uszy) wygrzewające się tuż przy drodze (głównej, asfaltowej i uczęszczanej przez samochody), która zdecydowanie nie należy do ogrodzonego przez nią terenu. No więc... Anne powiedziała, że Martin robiąc ogrodzenie zapomniał postawić bramy przy takiej bocznej, żwirowej drodze, która jest koło nas. Czyli... jest płot, płot, płot... dziura... płot, płot, płot. Owce są głupie, ale nie aż tak i znowu się rozlazły po całym terenie :)

wtorek, 14 lipca 2009

Jazkuzzi

Odwiedzili mnie Magda z Krystianem. I teraz wyobraźcie sobie: środek gór, ładne widoki, zimną, jasną noc i podświetlane, ciepłe jazkuzzi umieszczone na świeżym powietrzu :) Cofam to, co mówiłam o moczeniu się w wannie. Siedzieliśmy tam do 2.30 w nocy.Było super :) Zdjęcia będą jak tylko M&K wrócą do Polski.
Fajnie jest jak ktoś Cię odwiedza :) Zwłaszcza w takiej dziczy, którą możesz się pochwalić :)