poniedziałek, 29 marca 2010

Technicznie.

Akcja dzieje się w stajni. Światło kiepskie. Obiektyw f/3,5-5,6 nie spełnia oczekiwań dając czasy 1/13 - 1/20. ISO 400, bo niżej się nie da. Wyżej też nie, bo w tym świetle już 400 daje czasami ziarno. Z konieczności zdjęcia robię EF 50mm f/1,8. Przesłona między 1,8 a 2,5, czasy 1/30 - 1/100. Mała głębia ostrości, ale co zrobić. Obiekt - facet + owca. Owca się rzuca, dopóki nie zostanie położona na plecy (wtedy kręgosłup jest tak ułożony, że działa na nią jak znieczulenie - oto sekret strzyżenia owiec). Nawet jak owca się nie rzuca, to facet co chwila ją przemieszcza. Nie mówiąc o tym, że sam również się przemieszcza, rusza, zwłaszcza rękami z kosiarką, znaczy chciałam powiedzieć maszynką do golenia. Czas na jedną owce minuta do dwóch. Pomijam kwestię osób trzecich, psów, dzieci wchodzących w kadr za obiektem. Pomijam też stajnię i kraty boksów jako ładne tło.

Generalnie zdjęcia nawet jeżeli są ostre, to niekoniecznie tam gdzie bym chciała. A nawet te na 1/100 są rozmazane. Nie wpadłam na to, żeby korzystać z lampy błyskowej, pewnie z powodu mojej nienawiści do niej i wniosku, że te owce i tak są już wystarczająco zestresowane. A i akcja działa się dość szybko.

Jakieś rady? Sugestie? Przykładowe zdjęcia oczywiście wrzucę. Jak już przez nie przebrnę.

sobota, 27 marca 2010

W skrócie.

Mam kilka rzeczy do opisania. Ale nie mam czasu.
- Jutro strzyżenie owiec. I tak, planuję robić zdjęcia ;) A może nawet ostrzygą lamę :)
- Szefowa pozwoliła mi pofarbować jajka na niedzielne śniadanie. Anne Stine powiedziała, że chyba mi przyśle swoje dzieci na naukę, bo jakoś nie przekazała im tej umiejętności.
- Hege pozwoliła "pomacać" swój brzuch ;)
- Goście z jednego pokoju mają 8 tygodniowego szczeniaczka. Jest słodki i w przeciwieństwie do jagniąt nie skończy jako pasztet. Czy co tam się robi z jagnięciny.
- Nasze rzeczy nadal nie dotarły do Dublina. Ale wyjechały już z Bergen.
- W dzień śnieg zamienia się w wodę. Nocą woda zamienia się w lód. Często nad ranem lód pokrywany jest nowym śniegiem, który w dzień zamienia się w wodę. I tak w kółko.
- Z poprzednich 3 jagniąt zostały 2.
- Kolejna owca urodziła 4 młode. W piątek, na razie wszystkie żyją.
- Leo (seter Hakona) otwiera sobie drzwi do hotelu. W ogóle każde drzwi. I obie strony. Nie drapiąc ich. Po prostu stając na tylnych łapach naciska klamkę. Mógłby się jeszcze nauczyć je zamykać i byłoby idealnie :)

piątek, 26 marca 2010

Pyrkon

Nie sądziłam, że tak będzie. Czułam się tu dobrze. Czuję się tu akceptowana, mogę pogadać, pożartować, posiedzieć z kimś z rodziny i wypić kawę. Mogę iść do stajni, mogę pójść na spacer z Caroline. Żadnych gierek, zawiści czy walki między kimkolwiek. Jest fajnie.

Ale dzisiaj, mając świadomość, że wszyscy przyjaciele i znajomi właśnie dobrze się bawią, na wydarzeniu, które bardzo lubię, czuję się samotna. Jest mi smutno. Sama chciałam. Wydawało mi się, że to nic takiego. Ale jednak bycie z nimi jest dla mnie ważne. Nawet jeżeli pada się na pysk i zapieprza przez kilkadziesiąt godzin na okrągło.

czwartek, 25 marca 2010

Z cyklu: dawno temu.

Gdzieś za zakrętem spotykam kota. Siedzi na środku drogi z kamieni. Martwy ptak leży przed nim. Wokół kota unoszą się czarne pióra. Szeleszcząc cicho opadają mu na futro, ale on nie zwraca na nie uwagi. Chudy jest. Dawno nie jadł.

Ptak... Znam go. Przylatywał do mnie zimą - pogadać. Całymi dniami siedziałam przy oknie. Ja z jednej strony, on z drugiej. Ja udawałam, że wcale mnie nie ma. On udawał, że mnie nie widzi.
Ja mówiłam do niego. On słuchał. Nie odpowiadał.
On mówił do mnie. Ja słuchałam.
Oboje byliśmy szczęśliwi.

Kot. Patrzy na mnie. Zielonymi oczami opowiada swoje życie. I pozostałe osiem. Po czym zabiera ptaka i znika za rogiem.
Zostaję sama.

kwiecień 2006

Stres i Norwegowie

W jednej z poprzednich notek napisałam, że najbliższy szpital położniczy jest w Trondheim. 160 km stąd. Jo skomentowała to stwierdzeniem, że mam się szykować na odbieranie porodu. Otóż pewnego pięknego dnia, kiedy zamiast pracować siedziałam z szefową i Lilian pijąc kawę, doszłyśmy do wniosku, że na pewno w święta będzie wielka śnieżyca, w związku z czym zamkną drogi i: goście nie dojadą, dzieci utkną w szkole w Dombas, a Hege w tym momencie zacznie rodzić. Anne (matka dwójki dzieci i babcia 3ga wnucząt - lub 5ciorga, jeżeli liczyć te przyszywane) stwierdziła z rozbrajającym uśmiechem, że ona zamierza szykować gorącą wodę, bo widziała na filmach, że tak się powinno robić i to wszystko, bo nie ma pojęcia co dalej. Doszłyśmy jednak do wniosku, że nie ma się co martwić, w końcu to trzecie dziecko Hege, a poza tym ona przecież jest pielęgniarką, to na pewno wie co robić. A ponadto Martin ma wprawę w przyjmowaniu porodów jagniąt, więc sobie poradzą. Tyle jeśli chodzi o przejęcie przyszłej babci.

Przy okazji zapytałam Hege i Martina, czy planują jechać kilka dni wcześniej, czy cokolwiek... Popatrzyli na mnie dziwnie z miną "Ale o co Ci, dziewczyno, chodzi?" lekko wzruszając ramionami. Powiedziałam, że no w sumie tak, nie ma się co martwić, przecież Hege jest pielęgniarką, a Martin ma wprawę w odbieraniu porodów owiec. Hege się roześmiała, a przyszły ojciec powiedział ze stoickim spokojem "Jasne, a jak dziecko ułoży się nieprawidłowo to wepchnę z powrotem i odwrócę".

Poza tym zarówno Hege, jak i Anne, jak i Lilian wyraziły (niezależnie) tą samą opinię:
"Przecież do Trondheim jedzie się tylko 2,5 godziny. Jak (Hege) poczuje, że się zaczyna, to wsiądą w samochód i pojadą, przecież poród zazwyczaj trwa kilka godzin"

Jeżeli ktoś z Was, moi drodzy, nie miał jeszcze do czynienia ze skandynawską mentalnością, to proszę być przygotowanym na tego typu niespodzianki. Poza tym nic dziwnego, że Norwedzy są całkiem zdrowym narodem, skoro słowo "stres" jest dla nich pojęciem obcym...

A termin porodu zbliża się nie ubłagalnie, zostało 9 dni. A jeszcze wczoraj widziałam Hege przesuwającą ciężką donicę ;)

wtorek, 23 marca 2010

Krótkie nic.

Miałam napisać notkę, ale spędziłam wieczór na rozmowach przez Skype'a. Lód pokryty został warstwą świeżego śniegu. Wywróciłam się dzisiaj dwa razy. Pocieszyło mnie jak zaraz koło mnie Trojowi rozjechały się łapy i też usiadł na zadzie.

A oto moje maleństwo :)

poniedziałek, 22 marca 2010

Przesilenie

Praca w hotelu dzieli się na czas, kiedy są goście i wszystko ma ustalone reguły oraz czas, kiedy gości nie ma. A reguły są płynne. Zazwyczaj są wtedy jakieś dodatkowe prace, które trzeba wykonać. Natomiast to moja sprawa kiedy je wykonam. Mam zrobić to i to i mam czas do piątku. Mogę sobie usiąść w środku dnia z kawą i powygrzewać się na słońcu. Mogę zrobić przerwę i pójść na spacer. Pójść do stajni i pozawracać komuś głowę pytaniami. Poplotkować z szefową. Czas w takie dni zwalnia. Robi się leniwie.

Jagniątka zostały 3. Chodzę do nich 4 razy dziennie, żeby je nakarmić. Ich matka czasami zabeczy z niepokojem, ale nie przejmuje się mną jakoś specjalnie. Młode, jak tylko wchodzę, beczą cienko i żałośnie. Dwa są ciągle głodne i się przepychają, trzecie zazwyczaj stoi z boku i muszę w nie wciskać jedzenie. Ale jest największe z nich wszystkich, więc myślę, że je mleko matki i po prostu nie jest głodne. Brakuje mi rąk. W jednej ręce butelka, w drugiej pyszczek młodego. Trzecia by się przydała do odsuwania dwóch pozostałych :)

Śnieg powoli topnieje. Zamienia się w wodę. A woda zamienia się w lód. Cały teren hotelu, który nie jest pokryty śniegiem lub jest trochę bardziej płaski (dwa parkingi, droga, teren pod stajnią) pokryty jest lodem. Niestety, na zieloną trawkę przyjdzie poczekać jeszcze z miesiąc.

Do Foldall przyleciały jaskółki. U nas też czasami jakieś ptaszki zaświergoczą.
Psy (dorosły wilczur i seter oraz szczeniaki: podhalański i ... coś włochatego, łaciatego) biegają szczęśliwe po słońcu domagając się uwagi. Taraj (wilczur) jak ma ochotę na zabawę to przychodzi, popycha nosem kamień (obecnie bryłę śniegu) w twoim kierunku i mówi wzrokiem: "Rzuuuuuć mi". Troj (młody podchalański) biega w kamizelce odblaskowej, bo ciężko go odróżnić od śniegu i uwielbia wszystko. Zwłaszcza zabawy ze szczeniakiem Viktora. A Leo (seter Hakona) boi się Taraja, więc hasa raczej samotnie. Właśnie do mnie przylazł i tak długo skakał na drzwi (siedzę sama w hotelu, w salonie), że aż go w końcu wpuściłam, bo najwyraźniej czuje się samotny. Nic dziwnego - w końcu zeżarł latem papużki faliste Anne Stine i teraz nie w domu żadnych innych zwierzaków.

Hege ma termin porodu dokładnie w 40ste urodziny Martina, za dwa tygodnie. Zastanawiamy się czy syn postanowi zrobić tacie prezent. Przy okazji: szpital jest w Trondheim. 160 km od nas.

Równonoc upłynęło mi leniwie, w towarzystwie psów, jagniąt i słońca. Wieczorem, przy -10 stopniach, poszłyśmy z Caroline do jazkuzzi. Siedząc w ciepłej wodzie patrzyłyśmy na góry i rozgwieżdżone niebo. Etap, w którym trzeba było wyjść i przejść boso, w mokrym kostiumie kąpielowym 50 m (nie dało się przebiec, bo było strasznie ślisko) był... niezapomniany.

Siobhan, jeżeli chcesz poznać naprawdę wyluzowanych ludzi, to zapraszam do mnie :)

Nadszedł czas zabrania Leo i pójścia do stajni nakarmić jagnięta, nie obijając sobie tyłka na lodzie przy tej okazji. A w ogóle: macie może pomysł jak wytłumaczyć Norwegom idee Lanego Poniedziałku?

sobota, 20 marca 2010

Wiosna

Tym, którzy nie pamiętają, przypomnę, że oprócz posiadania hotelu i koni szefowa hoduje owce. Jagnięta rodzą się w maju, zazwyczaj każda owca ma 1 lub 2 dzieci.
Ale... wczoraj w nocy jedna z owiec urodziła. Na dodatek urodziła 4 jagnięta. I tu pojawia się problem, ponieważ owce mają tylko po 2 wymiona, więc nie bardzo może wykarmić tyle młodych.

I... zgadnijcie kto natychmiast zgłosił się do karmienia maleństw z butelki :)

Tak więc ja jestem zadowolona, że mogę, a Martin szczęśliwy, bo nie musi ;) Jutro powiem Wam jak było :)

Szefowa coś wspominała o jagnięcinie na Święta Wielkanocne, ale mój umysł jakoś omija tę kwestię.

piątek, 19 marca 2010

Zabawy

Nie mam sprzętu studyjnego. Zapomniałam statywu. Mam czas. I szpilki. Buchnęłam lampę z salonu. Mam biurko. I najważniejsze: aparat z samowyzwalaczem ;)




Nie są idealne, wiem ;) Ale na chwilę obecną jestem zadowolona :)

środa, 17 marca 2010

Śniadanie

Niemcy. Sztuk 27. Jak przygotujemy dużo jedzenia, to akurat nie mają apetytu, jak przygotujemy tylko trochę, to zjedzą wszystko w przeciągu 5 minut i chcą jeszcze. Mówiąc krótko wywracają nasze życie do góry nogami przez ostatnie 10 dni.

Co nie zmienia faktu, że są całkiem sympatyczni.

Przychodzę do pracy. Szefowa wita mnie stwierdzeniem:
- Zgadnij kto został wylosowany, aby przygotować jutrzejsze śniadanie!
Przecież to Lilian zawsze ma śniadania, myślę sobie. A oni jutro wyjeżdżają. Pełna złych przeczuć odpowiadam:
- Nie wiem, pewnie wielkanocny zając.
- A zgadnij, o której jest to śniadanie! - odpowiada radośnie szefowa.
- Pewnie w środku nocy. - stwierdzam zrezygnowana.
- O 5 rano. - słyszę.

Co oznacza, że zaczynam koło 4 rano. Czyli za 4 godziny i 10 minut. Normalnie o tym marzyłam...