Gdzieś za zakrętem spotykam kota. Siedzi na środku drogi z kamieni. Martwy ptak leży przed nim. Wokół kota unoszą się czarne pióra. Szeleszcząc cicho opadają mu na futro, ale on nie zwraca na nie uwagi. Chudy jest. Dawno nie jadł.
Ptak... Znam go. Przylatywał do mnie zimą - pogadać. Całymi dniami siedziałam przy oknie. Ja z jednej strony, on z drugiej. Ja udawałam, że wcale mnie nie ma. On udawał, że mnie nie widzi.
Ja mówiłam do niego. On słuchał. Nie odpowiadał.
On mówił do mnie. Ja słuchałam.
Oboje byliśmy szczęśliwi.
Kot. Patrzy na mnie. Zielonymi oczami opowiada swoje życie. I pozostałe osiem. Po czym zabiera ptaka i znika za rogiem.
Zostaję sama.
kwiecień 2006
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz