poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Niedzielne atrakcje

Polecam artykuł do przeczytania.

U nas był prawie tydzień ładnej pogody i względnego spokoju. Oprócz tego, że w weekend mieliśmy imprezę urodzinową na 60 osób. Z okazji swoich 60 urodzin pewna kobieta wynajęła cały hotel, zaprosiła swoją rodzinę i przyjaciół, opłaciła im dwudniowy (znaczy 2 noce) pobyt razem z wyżywieniem, jazdą konną i alkoholami podczas świątecznego, sobotniego obiadu. Obiad był serwowany do stołów, Tom, nasz kucharz zrobił nawet domowej roboty pudding karmelowy. Nie powiedziałam, że gdyby podali mi do spróbowania taki pudding domowej roboty a taki z paczki, jaki zazwyczaj mamy, to nie poczułabym różnicy. Asia stwierdziła natomiast, że przypomina jej słodką jajecznicę. Generalnie wolimy nasz budyń.

Tak więc po nocnym bieganiu po stołówce i podawaniu drinków (głównie ginu z tonikiem), zwlekłam się o 6.30 z łóżka, żeby przygotować im śniadanie. Stwierdziłam, że jak tylko skończę pracę to idę się zdrzemnąć. Więc jak już się poddałam przy próbie doczyszczenia kamiennej posadzki z tłustych plam po rozgniecionych chipsach i miałam kończyć pracę, przyszła Asia i namówiła mnie na spacer do Hageseter. Bo jest taka ładna pogoda i można by tam pójść kupić sobie lody (trzeba trochę skomplikować sobie życie i nie można tak po prostu kupić lodów w hotelu, skoro można to zrobić w odległej o 4km w jedną stronę kafeterii). No więc zamiast dać odpocząć nogom poszłam na miły spacer do Hageseter. Przy tej okazji odkryłam, że zaczęła się jesień i że brzozy zaczynają żółknąć. Posiedziałyśmy na zielonej trawce, zjadłyśmy lody, popatrzyłyśmy na krowy i cielaczki i wróciłyśmy na 19 na obiad.
Mama z Rasvitą już na nas czekały, a ponieważ ładnie świeciło słońce i było ciepło to siedziałyśmy przy stoliku przed hotelem. Szefowa stwierdziła, że jest niedziela, więc jeżeli chcemy to możemy dostać kieliszek czerwonego wina do obiadu. Humory miałyśmy doskonałe, chociaż ja wypiłam dopiero połowę mojej porcji alkoholu. W tym momencie przechodzi koło nas Victor (pracuje tutaj jako złota rączka): "Hej! Któraś z Was ma ochotę pojechać do Snohheim i wrócić stamtąd rowerem?" (Snohheim to schronisko pod Snohetta, prowadzi tam droga przez poligon, 15km od hotelu). Nie znając żadnych szczegółów wszystkie stwierdziłyśmy "Jasne!". Victor na nas popatrzył "Hmm, to trzeba by znaleźć kogoś kto weźmie drugi samochód, bo mnie z rowerem miał Haakon zawieźć". Po czym idąc do hotelu odwrócił się i z pewnym niedowierzaniem zapytał: "Ale wy nie żartujecie?" "Nie!" Więc w 3 minuty skończyłyśmy obiad i byłyśmy gotowe. Całe szczęście, że w zeszłym tygodniu Anne Stine wpadła pomysł, żeby kupić 10 rowerów i je wypożyczać. Więc pojechaliśmy na poligon w takie fajne miejsce gdzie był cudowny widok na cały płaskowyż, góry i wszystko i wróciliśmy rowerami do hotelu. Jazda rowerem ograniczała się prawie wyłącznie do wciskania hamulców, ale widoki były cudowne, zachód słońca nad Snohettą jeszcze ładniejszy, a nawet woły piżmowe widzieliśmy. Krótko mówiąc - bardzo przyjemny dzień :)

5 komentarzy:

  1. Wow. Zmęczyłam się od samego czytania! Ale nie powiem chętnie bym tak pojezdziła:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Artykuł, poza wszystkim innym, przeczytałam. Mam nadzieję, że tam gdzie teraz jesteś, przegrzanie mózgu nikomu nie grozi. U mnie kiepsko z hipokampem, ale poprawa pewnie mogłaby nastąpić dopiero w następnym zyciu. Pozdrawiam, LB

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeżeli przed śmiercią zostaniemy buddystkami to kto wie - może następne życie stanie przed nami otworem i bedzie można popracować nad hipokampem :) Ale ciekawe jak zadziała prawo karmy...
    Pozdrawiam, TS

    OdpowiedzUsuń
  4. Podróże na kacu bez snu - doskonały pomysł. Wczoraj nie wiadomo dlaczego nadłożyłam jakieś 200 kilometrów wracając do domu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Znaczy się - przespałaś stację? ;)

    OdpowiedzUsuń