... i umieram. O 23.00 wyjechałam z Bergen, od 6.30 do 7.40 szlajałam się po, jakże malowniczym (kto widział, ten wie, kto nie widział niech się cieszy), dworcu w Oslo. O 12.40 wysiadłam w Hjerkinn (i dam sobie głowę uciąć, że jak wyjeżdżałam w poniedziałek, to było zdecydowanie więcej liści na drzewach i wcale nie takich rudo-pomarańczowych), doczłapałam się do hotelu, zjadłam obiad i o 16.00 poszłam do pracy. Obecnie leżę w łóżku z ciepłym termoforem, herbatką imbirową a'la Bieszczady (od samego jej zapachu czuję się zdrowsza) i zastanawiam się czy to świńska grypa ;) A także cieszę się, że to Magda dzisiaj zamyka, bo ja bym chyba zasnęła przy stole w recepcji. Trzynastogodzinna podróż pociągiem, jakkolwiek zdecydowanie bardziej komfortowym niż PKP, potrafi być męcząca. A klimatyzacja, dla kogoś kogo pieruńsko boli gardło, jest mordercza.
Wrażenia z Bergen opiszę jak zmartwychwstanę. Miasto jest ... ciekawe. I typowo norweskie. Nie powiem, żeby mnie urzekło od pierwszego wejrzenia, ale ma wiele malowniczych zakątków. A mój mąż mieszka z Chińczykiem, który nawet pizzę je pałeczkami.
Twój mąż dzwonił do mnie wczoraj z autobusu pytając, kiedy przyjadę. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że gacki mają długi weekend okołojedenastolistopadowy i powiedzieli, że nigdzie się nie ruszają, bo jest ciemno i zimno. Spróbuję ich namówić na wypad w miejsce, gdzie jest ciemniej i zimniej.
OdpowiedzUsuń