wtorek, 6 kwietnia 2010

Opalanie w Norwegii

Goście wczoraj pojechali, dziś dzień wolny. Połowę dnia spędziłam grzejąc się na słońcu i słuchając szemrania potoków wody wszędzie dookoła. Zauważyłam pewne podobieństwo do mojego poprzedniego pobytu tutaj. Otóż latem, aby pójść posiedzieć/poleżeć na ławce i powygrzewać się na słońcu, zakładałam długi rękaw, sweter i polar (oraz koniecznie grube skarpety), zabierałam obowiązkowo koc i szłam na słońce. Koc celem opatulenia się, oczywiście. A teraz, zimą (no dobrze, wiosną) robię dokładnie to samo. Co ciekawe mam wrażenie, że teraz było mi cieplej niż tamte kilka razy w lipcu i w sierpniu. Ale wtedy bardziej wiało.

Martin z Hege znowu odbyli podróż do Trondheim (w sobotę wieczorem), dzisiaj wrócili. Nadal dziecko nie zechciało wyjść na świat, ale jak to mówią, do 3 razy sztuka.

Czuję się tu całkiem dobrze. Ale muszę przyznać, że myśl o wyjeździe w piątek napełnia mnie wielką radością. Tęsknię za mężem. I chętnie zobaczę jakieś inne kolory niż tylko biały, czarny, brązowy i niebieski. Z przewagą białego.

3 komentarze:

  1. A kiedy do Polski wpadniecie? Metodą Pibisa-na kilka godzin ;) Fajnie by było Was dwoje znowu zobaczyć :]

    OdpowiedzUsuń
  2. Hehe, ale wiesz, ja strasznie tęsknię za takimi dniami kiedy mogę wyjść gdzieś za miasto i posiedzieć na trawie myśląc o chmurach. Nawet jeśli nie byłoby za ciepło.

    Zwłaszcza na dzień przed wyjazdem, gdy człowiek myślał, że wszystko poukładał a tymczasem ludzie zwalają mu się na głowę co 30 sekund. Heh.

    No, to teraz będziesz miała znowu ZIELONO :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzisz, ja też tęsknię za dniami, kiedy mogę posiedzieć na trawie ;)

    OdpowiedzUsuń