Niedzielna wyprawa na północ zakończyła się sukcesem. Mimo niesprzyjających warunków takich jak dublińska komunikacja miejsca oraz przebijanie się na totalnie drugi koniec miasta udało nam się dostać do Ikei. Ba! Udało nam się nawet zrobić zakupy. Tak oto staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami kilku drewnianych (sosna, bo sosna, ale w końcu drzewo!) mebli, idealnie pasujących do mieszkania. W ten sposób nasza następna przeprowadzka będzie jeszcze trudniejsza. A ponadto mamy już dwa komplety mebli z Ikei, w dwóch różnych krajach. Ponadto oba do siebie totalnie nie pasują.
Mieszkanko zrobiło się przytulne i ładne. Ponadto książki na półkach od razu sprawiają, że czuję się bardziej jak w domu.
Dzisiaj wybrałam się rowerem na przejażdżkę. Pierwszą moją myślą po wyjechaniu za bramę było "Chyba nie powinnam jechać tą stroną drogi...". Ciężko jest się przestawić na lewostronny ruch.
W. utknął w Chinach. Koleżanka mieszkająca w Norwegii od 5 dni próbuje wydostać się z Hiszpanii do domu. A do Brazylijczyka, współpracownika Piotra, przyjechała dziewczyna z Bergen. Miała wracać w czwartek. Zeszły. Próbowała już 3 razy. Następne podejście jutro. A mnie znowu dopasła refleksja jak łatwo przyroda może pokrzyżować człowiekowi plany. A także połowie świata. I na dodatek człowiek może tylko stać i gapić się jak krowa na malowane wrota, bo wulkanu i tak przecież nie wyłączy, a deszczu nie zatrzyma.
Zupełnie zmieniając temat, ostatnio obserwowałam taką scenkę. Była sobie mama. Prowadziła za ręce dwie córki, na oko tak 7 i 10 lat. Szłyśmy w tym samym kierunku, ja kawałek za nią. Przeciągnęła swoje córki przez każde czerwone światło dla pieszych. A było ich jakieś 5. Nie poczekała na żadnym. Z jednej strony, ja też często przechodzę tutaj na czerwonym, jak zresztą co drugi przechodzień. Czekanie na zielone czasami trwa bardzo długo. No ale z drugiej strony dzieci w tym wieku, zwłaszcza ta starsza, już chodzą same do koleżanek czy wracają ze szkoły. I jako matka, chciałabym mieć pewność, że bezpiecznie przejdą przez jezdnię, poczekają na to zielone. No ale skoro sama je ciągnę na czerwonym, to mój argument "tylko pamiętajcie, przechodźcie na zielonym, bo tak jest bezpiecznie" jest bezwartościowy.
A przy okazji przypomniało mi się jakim przekorną nastolatką byłam, jakoś tak w okolicach 13-15 lat. Mama, jak szłyśmy razem, zawsze stała uparcie na chodniku dopóki nie zapaliło się zielone. Nawet jak nic nie jechało w odległości kilometra. A ja się wkurzałam, że przecież możemy iść. Czasami szłam i musiałam i tak na nią czekać po drugiej stronie. Natomiast tata, idąc ze mną, nie zwracał uwagi na takie rzeczy jak światła. No bo przecież bez przesady. Więc uparcie chciał przechodzić na czerwonym. A ja stałam z założonymi rękami w ramach protestu twierdząc, że JA będę czekać na zielone. I to on musiał czekać na mnie po drugiej stronie. To się chyba nazywa "okres buntu" ;)
Lol. Nawet okrez buntu miałaś zabawny :DDDD
OdpowiedzUsuńCo do przyrody zgadzam sie całkowicie. Niesamowite jest to jak bardzo jestesmy de facto zalezni od naszego srodowiska, i jak bardzo o tym na codzien zapominamy.
No i teraz przyjazd do Irlandii bedzie jeszcze trudniejszy ;>
Hahaha! Jak to dobrze, że dorosłaś...
OdpowiedzUsuńNie muszę już szukać zebr/świateł na pustych osiedlowych uliczkach i wreszcie znów mogę przechodzić tam gdzie chcę ;)
ts
czyli Misja zakończona
OdpowiedzUsuńts