piątek, 30 kwietnia 2010

Pomiędzy słońcem a ulewą.

Po raz kolejny doceniam pomysł Piotra, którym było kupienie wieży. Republika z porządnych głośników jest nie do porównania z Republiką słuchaną z głośników komputera. W ogóle czegokolwiek słuchanego z głośników komputera nie mogę znieść.

Całe szczęście, że zabrałam w listopadzie rowery do Bergen jak miałam okazję. Przynajmniej teraz nie musimy znowu kupować kolejnych, albo myśleć jak tamte sprowadzić do Irlandii. Rower w Dublinie wyjątkowo się przydaje, zwłaszcza że komunikacja miejsca jest droga i nieujarzmiona, a ja jestem zbyt leniwa, żeby wszędzie chodzić pieszo. A tak wsiadam na moje Ferrari Cabriolet (:P adresat wie do kogo to ;) ) i śmigam szybciej niż samochody stojące w korkach. I na dodatek mam własną ścieżkę rowerową na prawie każdej ulicy. I kierowców przyzwyczajonych, że na ulicach jest takie stworzenie jak rowerzysta. Chociaż z olbrzymim zaciekawieniem obserwuję tutejsze zwyczaje. Piesi totalnie olewają sygnalizację świetlną. A rowerzyści pod tym względem są jeszcze gorsi! Niejednokrotnie zastanawiam się czy ja aby na pewno znam ten sam kodeks drogowy co oni, kiedy ja stoję na czerwonym a kolejni rowerzyści mnie mijają, wykorzystają luki w jadących samochodach i przeciskają się przez skrzyżowanie jak gdyby nigdy nic.

W ostatnich dniach mój humor jest jak dzisiejsza pogoda. Zaczęła się słońcem i śpiewem ptaków. W międzyczasie nadciągnęły granatowe chmury i lunęły z nich strugi deszczu. Popadało jakiś czas, wróciło słońce, aby znowu ustąpić miejsca ulewie. Dziwnie mi. Czuję się samotna w wielkim mieście. I tęsknie za Wami.

1 komentarz: