Właśnie odkryłam, że mój nienawidzący blogów mąż założył własnego. To pewnie wpływ środków konserwujących dodawanych do tutejszej żywności ;)
Pieczenie chleba rozpoczęta. Cholera siedzi w piekarniku i zajmie jej to jeszcze jakieś 30 minut. Rosnąć nie chciała, teraz niby jest lepiej, pachnie dziwnie (ale Asia mówi, że tutaj inaczej odczuwa zapachy, więc może ja też). Straty standardowe: w końcu ja można nie dotknąć grzałki piekarnika nagrzanej do temperatury 200 st C? Efekt jest taki, że chwilowo od 20 minut odmrażam sobie nadgarstek ;)
Żurawiny nie znalazłam, natomiast grzyby owszem. Tutaj zbieranie grzybów wygląda tak: jak w końcu zaczynasz się o nie potykać dochodzisz do wniosku, że to jednak głupota ich nie zabrać. Aha i nie ma sensu schodzić dalej niż metr od ścieżki. Po co się przedzierać przez wierzbę lapońską i inną kosodrzewinę, skoro grzyby same wchodzą Ci pod nogi?
Hmm, nie ma to jak norweskie grzyby samoójcy. Wpada pomału w stres przedślubny, ale i tak tajemnicze grzybki ze smutnymi oczkami wchodzące na ścieżkę i gaworzące po norwesku "zjedz mnie... wyrwij i zjedz", budzą we mnie jakąś taką lekko odrealnioną radość.
OdpowiedzUsuńDotychczas znalezione mówiły "Ususz mnie!"
OdpowiedzUsuń