Parę dni temu w kuchni, przyznałam się szefowej, że strach mnie ogarnia o siedzeniu samemu w środku nocy na tej małej, drewnianej stacyjce i czekaniu na pociąg. W końcu 1.33, po sezonie, więc raczej nikogo nie będzie. A szefowa popatrzyła na mnie i stwierdziła: "No tak. Będziesz sama w tym wiekowym drewnianym budynku. A w końcu duchy wolą stuletnie miejsca. Ale tam na górze mieszka samotna staruszka. Porusza się na wózku inwalidzkim. Będziesz słyszała skrzypienie podłogi i kółek nad głową..." - jej ton stawał się coraz bardziej złowieszczy... Popatrzyłam na nią wzrokiem pod tytułem "Tak, teraz mi na pewno lepiej..."
Chociaż pewnie mi się należało, ponieważ dzień wcześniej jak przyszłam do pracy, szefowa klęczała na podłodze ze swoją najmłodszą wnuczką i sklejała taśmą dwa wielkie kartony budując domek (który później przez tydzień zawalał jej biuro). Cały czas klęcząc podniosła głowę patrząc wzrokiem mówiącym "Za co???". "Nie martw się" powiedziałam. "Następny wnuk już nie długo i wszystko zacznie się od początku" po czym uciekłam schować się w drugim kącie jadalni. Tak na wszelki wypadek ;)
A tak szczerze mówiąc to wybrałam sobie najgorszy dzień w miesiącu na tę podróż. Jak na razie czuję pierwsze znamiona nadchodzącej migreny, boli mnie krzyż i ramiona. I jest mi zimno. I muszę pomarudzić.
Przytulam nieustająco wirtualnie
OdpowiedzUsuń