poniedziałek, 4 stycznia 2010

Wszystko co dobre...

... szybko się kończy, jak wiadomo od dawien dawna.
Jedni przyjaciele przyjechali na Święta. Pojechali. Zaraz po nich drudzy przyjaciele przyjechali na Sylwestra. Dzisiaj odwiozłam ich na lotnisko. Jednym i drugim dziękuję za wspólnie spędzone chwile. Za ciepło, uśmiech i zabawę. Za sen i bezsenność, ironię, troskę, wparcie i masaż. Za jelenia, pasztet z zająca i kiełbasę z dzika (tak, ja to powiedziałam, wiem, dziwne. Swoją drogą to dawno nie miałam takiego przeglądu dziczyzny ;). Nawet za wkładanie łap w wyrośnięty chleb ;)

Czas przestać siedzieć do późna w nocy, czyli idę spać. Zwłaszcza że muszę się zająć zdjęciami zanim jedni i drudzy mnie zaczną mordować. :*

niedziela, 3 stycznia 2010

Posylwestrowo

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku :) My się bawimy wyśmienicie :D

W nocy:


W górach:


W dzień:


Troszcząc się o swoje kości ogonowe mniej:

... lub bardziej:


jeszcze bardziej:


... lub wcale:


Więcej zdjęć wkrótce :) Na razie ciężko mi się siedzi ;)

środa, 30 grudnia 2009

Poświątecznie i przedsylwestrowo

Święta w towarzystwie państwa Narolskich upłynęły w bardzo wesołej atmosferze i pozostawiły za sobą akumulatory naładowane pozytywną energią. Naładowane przepysznym jedzeniem żołądki również, ale to taki detal ;)

Wczoraj z kolei przyjechali przyjaciele z Poznania. No, niech będzie, Kartuzy i Zielona Góra w sumie też się zaliczają do definicji ;) Zaraz po wejściu do domu przez kilka minut wyładowywali pakunki w postaci przesyłek od Rudej, teścia, babci, jak również zapasy żywieniowe przekazane od własnych rodziców. Lub też po prostu zachachmęcone z lodówek :) Poczułam się jakby była powtórka świąt :) A dzisiaj jeszcze przyszła paczka od mamy :)

Bardzo przyjemnie jest mieć gości :) Są nawet pewne szanse, że nie zagadam ich na śmierć :*

A poza tym leży dużo śniegu i przyszły mrozy. Jest bajkowo :)

czwartek, 24 grudnia 2009

Święta Święta Święta :)

Choinka ubrana.
Piernik upieczony. Pierwszy w życiu nota bene.
Domek skończony. Chociaż mąż już miecz na niego wypolerował ;)

Dzisiaj w Trójce pół dnia gadali, jak to kobiety się zamęczają, żeby zrobić tradycyjnie 12 potraw i jeszcze to sprzątanie, a mężczyźni uciekają byle dalej, żeby tylko nie zostać wciągnięci w wir świątecznych przygotowań. A ja... czuję się ciut odsunięcia od prób gotowania. Mogę oczywiście zrobić makiełki. Tzn. jak tylko opracuję metodę zmielenia maku bez maszynki do mięsa, makutry, moździerza i blendera. Mogę oczywiście coś upiec. Ale od grzybowej, kapusty z grzybami, kapusty z grochem, PIEROGÓW (to ja zawsze lepiłam pierogi!!!) czy nawet makaronu mam się trzymać z daleka, ponieważ mój mąż szaleje w kuchni, dodaje przyprawy, robi bałagan, kosztuje, poprawia, kosztuje, chodzi i wącha zapachy itd itd.... Piekarnik mamy w schowku. Kuchenkę mamy w salonie z aneksem kuchennym. Poczułam się oszukana kiedy zapach zwykłej, gotującej się włoszczyzny zdominował zapach mojego pieczącego się piernika... Ale przynajmniej choinka dominuje przestrzeń :D

Anyway. Dostałam już swój gwiazdkowy prezent. Mam wrażenie, że Krystian nieźle się bawił, bo okazało się, że wczoraj ja radziłam się go w sprawie prezentu dla Piotra, a dzisiaj Piotr wypytywał go w kwestii prezentu dla mnie... :)
W każdym razie prezent mi się baaardzo podoba :)

A oto chatka z piernika (przód):

... i tył:

A oto efekty zabawy z choinką oraz nową zabawką ;)



A przy okazji dziękuję za rady odnośnie fotografowania ćwierkadeł :) Poddawać się nie zamierzam, zwłaszcza że daleko do nich nie mam. Mogłabym tylko przestać strzelać zdjęcia zza szyby, siedząc sobie w cieplutkim mieszkanku zamiast koczować na śniegu ;P

Wesołych Świąt wszystkim :*

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Ćwierkadełka

Mogłoby się wydawać, że wystawienie kubłów ze śmieciami na drogę jest czynnością trywialną. Zwłaszcza że odległość do pokonania to jakieś 5 m. Jednakże kiedy cztery z tych 5 metrów pokryte są śniegiem sięgającym do kolan sytuacja trywialna przeobraża się raczej w wyzwanie.

Wprowadzając się do naszego mieszkanka odkryłam, że na wprost naszych okien, w ogrodzie, umieszczony jest karmnik dla ptaków. Nauczona jednak, że ptaki można dokarmiać tylko i wyłącznie po opadach śniegu, ponieważ wcześniej są w stanie sobie znaleźć pożywienie i nie ma co ich rozpieszczać, do tegoż karmnika się nawet nie zbliżyłam. Do wczoraj :)
Dzisiaj siedziałam sobie z kawą i obserwowałam małe, ćwierkające stwory. Doszłam również do wniosku, że sikorki mają nerwicę. I to ostrą. W momencie kiedy jest już późno, czasy naświetlania się wydłużają do 1/20 sek, a obiekt fotografowany skacze jak głupi po gałęziach, a jeżeli nawet przez chwilę nie skacze, to na pewno rusza głową... można się zirytować. Chyba że ktoś lubi kolorowe plamy na zdjęciach.

niedziela, 20 grudnia 2009

"Krótka" relacja z weekendu...

Piątek, popołudnie. Wracam z zakupów, zostawiam samochód na parkingu przed domem. Spotykam właściciela, który niesie karton brzęczący butelkami. W końcu wyjeżdżają i na święta i na Sylwestra, więc zapas alkoholu musi być ;)
Właściciel uśmiecha się do mnie, informuje, że właśnie jadą. Już prawie odchodzę, kiedy przypomina sobie: "A właśnie. Podobno ma dużo w śniegu w nocy spaść" "Tak, słyszałam, że ma padać śnieg. A ile to jest dużo?" "No słyszałem, że jakieś pół metra." Wykrztusiłam z siebie jedynie "Acha". "Zostawię Wam coś do odśnieżania na wierzchu".

Wróciłam do mieszkania. Usiadłam przed kompem przy stole. Popatrzyłam na okno. Okna są jakiś metr na metr. Patrząc z zewnątrz zaczynają się zaraz nad powierzchnią gruntu. Pół metra śniegu.... No, to tak do połowy okien, pomyślałam.

Piątek, wieczór. Piotr wrócił z pracy. "Spotkałam właściciela" mówię na powitanie i relacjonuję naszą rozmowę. Opracowaliśmy bezpieczną trasę na sobotnią wycieczkę w góry z Vytasem uwzględniając możliwy śnieg. Kładąc się spać koło północy wyjrzeliśmy na zewnątrz. Faktycznie, coś białego zaczęło prószyć z nieba. Zielona trawka w ogrodzie pokryła się paromilimetrowym białym puchem. Jednak nadal była zielona. Wątpiąc w jakiegokolwiek pół metra śniegu zasnęłam smacznie.

Sobota, 9 rano. Jak zwykle zaspaliśmy. Widoczność za oknem ograniczona do jakiś 20 m. Mgła, pada śnieg. Dzwoni Vytas z pytaniem "Idziemy na ten spacer?" "Pewnie, trasa nie jest długa, w sam raz na dzisiaj, szlak głównie szerokim spacerniakiem przez góry, zgubić się nie bardzo jest jak. Idziemy. Będziemy u Ciebie za pół godziny".

Sobota, 9.30. Udało nam się wyjść z mieszkania. (Drzwi na poziomie gruntu i otwierają się na zewnątrz). Stanęliśmy przed parkingiem zastanawiając się, która góra śniegu jest naszym samochodem. Po długiej chwili udało nam się go odkopać. Błogosławiąc napęd na 4 koła wyjeżdżamy powoli z gąszczy naszych uliczek na główniejszą drogę. Jest biała i wyślizgana. Na rondzie nami rzuca. Ludzie chodnikami brną po łydki w śniegu. W połowie drogi widzimy jakiś pług.

Sobota, jakaś 10.15. Wjeżdżamy na główną, przelotową, kilkupasmową drogę przez Bergen. Główniejszej nie ma. "No, ale byłem pewien, że TUTAJ będę widział asfalt" stwierdził Piotr zastanawiając się czy już zrezygnować z napędu na 4 koła na rzecz napędu tylko na tylną oś, czy może jeszcze nie.

Sobota 11.00 Wjechaliśmy kolejką na Floyen. Przejaśniło się trochę. Z góry widać zasypane miasto, port z ilością statków większą niż zazwyczaj oraz nadciągającą z nad morza zawieję. Ruszamy. Pierwsza część szlaku idzie drogą pod górę. Śnieg powyżej kostek, miejscami mniej lub więcej w zależności od osłony przed wiatrem. Wielkie świerki oblepione śniegiem, ptaki próbujące znaleźć pożywienie, mało ludzi dookoła. Na naszej trasie ślady jednej osoby. Szczyty toną we mgle, widać białe lasy w dolinach. Mija nas dwójka młodych chłopców ubranych jak harcerze i niosących razem wielki garnek z drewnem. Droga się kończy, zaczyna się szeroka, ale kamienista ścieżka. Ten odcinek pamiętamy z zeszłego tygodnia. Wtedy nie było śniegu. Było za to mnóstwo oblodzonych kamieni. Szybko nam o sobie przypomniały.

Sobota, połowa drogi. Jesteśmy na otwartej przestrzeni, wieje mocny wiatr, który zawiewa śniegiem, zarówno tym, który właśnie spada jak i tym, który już spadł. Między skałą a zaspą śniegu sięgającą mi do ud Piotr znajduje szczelinę akurat, żeby przykucnąć w trójkę i wypić herbatę. Akceptowalna osłona od wiatru. Innej i tak nie było.

Sobota, po herbacie. Vytas idzie przodem. Wieje przeraźliwie. W którymś momencie tak zawiało śniegiem, że go nie widziałam, mimo że był jakieś 10 m przede mną. Piotr daje mi swoje kijki. Lód na kamieniach pod śniegiem robi swoje, ale na szczęście śnieg amortyzuje upadki :) Spotykamy człowieka z psem na spacerze. Więcej futra niż psa. Mówię właścicielowi, że dalej śnieg będzie wyższy niż pies. Właściciel uśmiecha się ze stwierdzeniem, że nie szkodzi, bo stwora śnieg uwielbia. Dochodzimy do kolejnej drogi spacerowej, szerokiej i zasypanej. Grzecznie schodzimy sobie doliną wzdłuż jeziora wśród śniegów, lasów, gór i dolin.

Sobota, godz. 14.00 Nasz szlak skończył się na osiedlu domków jednorodzinnych. Miał byś ok 3h spacer i był. W końcu chłopaki o 18 mają wigilię firmową. Pożegnaliśmy się z Vytasem. Autobus, parking z samochodem, zakupy i do domu.

Sobota, 15.00. Zaparkowaliśmy przed domem... i zabraliśmy się za wykopanie sobie ścieżki do mieszkania, bo inaczej wychodzenie z domu bez ochraniaczy na nogawki nie miałoby sensu. Śnieg był dla mnie do 1/3 łydki. Przy okazji wykopaliśmy również ścieżkę dla właścicieli.

Sobota, 17.40. Wychodzimy z domu. Ścieżkę trzeba będzie wykopać jeszcze raz, bo ze starej dużo nie zostało. Znowu zastanawiamy się, która góra śniegu to nasz samochód. Piotr dzwoni do współpracowników, że nie zdąży na 18.15 na autobus, który miał przewieźć wszystkich pod stację kolejki i że pojedzie bezpośrednio do tejże stacji. Wyjaśniając - kolacja wigilijna była w restauracji na Ulriken, górze, która ma 640 m. n.m.p. do której wjazd jest kolejką linową.

Sobota, godz. 18.00. Samochód odkopany. Ja prowadzę. Nie jest źle, chociaż samochód zachowuje się inaczej. Główne drogi wyglądają jeszcze gorzej niż rano. Cały czas sypie śnieg. Hamowanie skrzynią biegów i niczym więcej. Czarny asfalt widzę tylko i wyłącznie w tunelu. Po drodze mijamy samochód, który zatrzymał się przy podjeździe pod górkę (główna droga) i na tym skończyła się jego podróż. Koła się kręcą, samochód stoi. Chwilę dalej jest mijamy autobus przegubowy, któremu zarzuciło tył, tak, że był skręcony prawie pod kątem prostym w stosunku do przodu. Szczęśliwie tył trafił akurat w boczną uliczkę, a nie np. w chodnik z pieszymi lub płot. Skręcam za tunelem w prawo, skąd boczną (i jedyną) drogą jest już tylko 150m do stacji kolejki. Skręcam... i zatrzymuję się patrząc jak kilka samochodów próbuje podjechać pod górę (bo uliczka pozioma nie jest). Część się wycofała. Jeden próbował na wstecznym. "Wiesz... ja już sobie dojdę ten kawałek" powiedział mój mąż z zaciekawieniem obserwując świat dookoła.

Sobota, godz 18.45 Jestem pod domem. Idę jeszcze na spacer po naszym uroczym osiedlu. Pokryte śniegiem jest jeszcze bardziej urocze. Po powrocie wykopuję sobie ścieżkę do domu, czyli przerzucam drugie tyle śniegu co poprzednio. Śnieg przed garażem właścicieli sięga mi pod kolana.

Niedziela, godz. 30 minut po północy. Zmęczona robieniem ozdób choinkowych, czekając na telefon od Piotra, że już mogę po niego jechać, a jednocześnie zbyt ucieszona zamianą świata w bajkę wyruszam na spacer w towarzystwie aparatu i statywu. Podziwiam oblepione śniegiem drzewa, płoty, linie energetyczne. Podziwiam jasność, ciszę i spokój. Mieszkając na zboczy góry obserwuję uśpioną dolinę.

Niedziela, 1 w nocy. Wracając wolnym krokiem widzą z daleka ruch na naszym parkingu. Furgonetka, którą widziałam już wcześniej, bo zwracała na siebie uwagę parkując ukośnie zamiast prostopadle, próbuje ruszyć z miejsca. Byłoby by pewnie łatwiej, ale pług (znaczy samochód terenowy pick up, z zamontowanym pługiem na masce, bo nic innego by się nie zmieściło na tej dróżce) zgarniając śnieg jeszcze go trochę przysypał. Widzę kobietę koło 50tki, w spódniczce i kozaczkach próbującą kręcącą się trochę bezradnie koło samochodu, męża w garniturze za kierownicą i kręcące się w miejscu przednie koła. "Hm... Chyba mam coś co może chociaż trochę pomóc" stwierdziłam i przyniosłam łopatę. Zaczęłam odkopywać im przednie koła, ale facet natychmiast wyskoczył i stwierdził, że to zrobi. Popatrzyłam na ten śnieg do połowy łydek, jego półbuty i pewnie już całe mokre nogawki. Popatrzyłam na siebie... Tak.... Kurtka waterproof, spodnie waterproof, stuptupy, buty waterproof. I czapka. Więc oddałam mu łopatę i poszłam po drugą ;). Koła dalej kręciły się w miejscu, więc poszłam przeszukać schowek właścicieli w poszukiwaniu czegoś przydatnego. Przyniosłam wycieraczkę samochodową. Podłożyłam pod jedno z przednich kół. Faceta olśniło i wyciągnął wycieraczkę ze swojego samochodu i zrobił to samo. W tym czasie wolnym spacerowym krokiem nadszedł inny spacerowicz i tak oto samochód został wypchnięty.

Niedziela, godz. 2.40. Telefon od Piotra, mam go odebrać z centrum miasta, gdzie się w międzyczasie przenieśli. "Ile Ci zajmie dojechanie tutaj?" "To zależy jak szybko wyjadę z parkingu" stwierdziłam i streściłam mu historię furgonetki. "Poza tym muszę jeszcze odkopać samochód" mruknęłam wyglądając na zewnątrz. Na szczęście obyło się bez zakładanie łańcuchów, napęd na 4 koła ułatwia wiele rzeczy. Wychodząc z mieszkania doszłam do wniosku, że ... po raz trzeci trzeba wykopać ścieżkę, ale może niekoniecznie w tej chwili.

Niedziela, godz. 3.00. "Biegłem przez śnieżne ulice, słyszałem za mną ich krzyki, biegłem, się nie oglądałem, ach jakże było wspaniale"... Nie wróć, to nie ta bajka. Na prostym skrzyżowaniu wielopoziomowym ktoś nie opanował samochodu i zamiast między bramkami miejskimi pojechał środkiem. Przerzucanie na napęd na jedną oś byłoby pomysłem samobójczym. Pora była najgorsza z możliwych, ponieważ o 3 w Norwegii zamykają wszystkie puby. Nie można również kupić nigdzie alkoholu, ponieważ sprzedaż alkoholu w sklepach kończy się o 17, poza piwem, które można kupować do 20. W związku z tym wszystkim o 3 nad ranem nagle miasto jest pełne wałęsających się, pijanych w trupa Norwegów. Nie są agresywni. Nie są zaczepni. Tylko uporczywie włażą pod koła. Szczególnie w sytuacji kiedy iście chodnikiem oznacza brnięcie w śniegu do łydek.

Niedziela, godz 3.05. Piotr i jego dwóch wesolutkich współpracowników wsiadają do samochodu.

Niedziela, godz. 3.15. Spełniły się moje najgorsze obawy. Panowie mieszkają wysoko na pieprzonym stoku góry, do których prowadzi gąszcz wąskich i stromych uliczek, chwilowo również zasypanych śniegiem. W momencie kiedy GeirOve (Piotr popraw mnie jeżeli źle zapisałam imię) po raz kolejny każe mi skręcić o 180 st w lewo/prawo, któreż to lewo/prawo biegnie coraz bardziej stromo pod górę, rodzą się we mnie instynkty mordercze.

Niedziela, godz. 4 rano. Czas spać. Ścieżka do mieszkania znowu zniknęła.

Niedziela, przed 14. Poprosiwszy męża, żeby zajął się śniadaniem, w ramach porannych ćwiczeń poszłam spotkać się z łopatą. Jakoś się dobrze bawię, usypując coraz większy mur dookoła domy. Prognoza pogody przewiduje ujemne temperatury przynajmniej do następnego wtorku, kiedy to kończy się długoterminowość tejże. Szykują się białe święta :)

wtorek, 15 grudnia 2009

Pierniczkowanie

Bardzo miło wspominam zeszłoroczne pieczenie pierników. Pomijam oczywiście takie detale jak orzechy fruwające po całej kuchni dzięki Nelly'emu oraz posypce, która znajdowała się na każdym kawałku podłogi w mieszkaniu przez długi czas, mimo kilkakrotnego sprzątania odkurzaczem. Ja w każdym razie bawiłam się wyśmienicie, mam nadzieję, że inni również :) Żałuję, że w tym roku nie udało się tego powtórzyć, ale czasami tak bywa. W każdym razie wczoraj wieczorem piekłam pierniczki słuchając Pidżamy Porno. Później piekłam pierniczki w towarzystwie Rudej (na Skype'ie) a jeszcze później wrócił mój mąż i zżarł choinkę upieczoną w specjalny sposób, aby stała przed chatką z piernika. Na szczęście uratowałam pozostałe elementy domku.

Wczoraj poparzyłam się o blachę piekarnika, ale bardzo nieznacznie. Dzisiejsze sklejanie domku gorącym karmelem skończyło się niestety gorzej. Ale tym razem nie wkładałam palca celowo w karmel tak we wrześniu. Tym razem pamiętałam, że nie jest to najlepszy pomysł. Tylko co z tego... A nie mam czasu trzymać palca w lodzie przez 2h bo wypadałoby iść spać...

Zauważyłam, że w sumie to nie mamy zbyt wielu znajomych Norwegów tutaj. Naszymi towarzyszami życia codziennego są Polak (z którym chodzimy na piwo), Litwin (który pracuje z Piotrem jak i towarzyszy nam w górskich włóczęgach), Irlandczyk (którego spotykamy za każdym razem jak idziemy na piwo, ponieważ pracuje w knajpie, do której chodzimy), Pakistańczyk (który jest ochroniarzem w tejże samej knajpie, więc połowę wizyty w knajpie spędzamy przy bramce na pogaduchach) i Austriaczka (która była współlokatorką Piotra w pierwszym mieszkaniu w Bergen). Oraz ostatnio Austriak, Kolumbijczyk i dziewczyna z Ekwadoru, z którymi jestem jutro umówiona na obiad :)

piątek, 11 grudnia 2009

Wspomnienie lata

W związku z wczorajszym świętowaniem urodzin mojego męża i zarazem moich imienin dzisiejszy poranek powitaliśmy jako zło konieczne. Kiedy o 8.20 wyjrzeliśmy za okno okazało się, że widać za nim jeszcze mniej niż zazwyczaj o tej samej porze - nie dość, że prawie zupełnie ciemno, to jeszcze cały świat pokryła gęsta mgła. Poranek wypełzał spod kołdry równie powoli jak mój umysł. Około 9 zrobiło się w miarę szaro, koło 10 zupełnie jasno. Lotnisko miało trochę problemów, samoloty krążyły nad miastem.
W ramach drobnych przyjemności kupiłam wczoraj mrożoną mieszankę jeżynowo-malinowo-jagodową. Dawniej w każde wakacje objadałam się jeżynami, zwłaszcza w sierpniu w Bieszczadach, ale odkąd zaczęłam spędzać wakacje w Norwegii zostały mi tylko wspomnienia. Drugim z moich wczorajszych zakupów było mleko kozie. Postanowiłam sobie przypomnieć jak smakuje, bo moje ostatnie doświadczenie w tym temacie miało miejsce z ponad 10 lat temu. Co ciekawe, też w Bieszczadach. Anyway, zrobiłam sobie kawę z przyprawami (w tym miejscu pragnę wyjaśnić pewne nieporozumienia. Owszem, robię dobrą kawę. Ale robię ją dlatego, że nauczyła mnie tego Ruda jakiś czas temu podczas wspólnego mieszkania w akademiku i próbach przetrwania sesji letniej na pierwszym roku. Więc generalnie to raczej JEJ kawa niż moja, chociaż wprowadzam do niej czasami różne zmiany ;) ).
Tak więc dzisiejsze przedpołudnie upłynęło mi na pałaszowaniu owoców z owsianką, patrzeniu przez okno na zamglony świat oraz piciu kawy o zapachu kozy, znaczy wróć, chciałam powiedzieć kardamonu :)

Co ciekawe - mleko krowie pachnie mlekiem. Tak przynajmniej mam zakodowany zapach mleka. Mleko kozie pachnie kozą. Mocno. Nie jestem do tego jakoś super przekonana, aczkolwiek myślę, że można się do tego przyzwyczaić. A poza tym - kozy są słodkie, więc i tak zamierzam je kiedyś hodować :)

niedziela, 6 grudnia 2009

Skrzyżowania

Norwedzy i ich cholerne zamiłowanie do skrzyżowań równorzędnych. W prawie każdym możliwym miejscu. Wyjeżdżasz sobie spokojnie z wąskiej osiedlowej drogi, strefa ograniczenia do 30km/h itd. Dojeżdżasz do szerokiej oświetlonej jezdni, z namalowanymi liniami, pasami i jeżdżącymi po niej autobusami. No więc stajesz i się rozglądasz. Widzisz światła nadjeżdżającego z lewej samochodu, więc czekasz. Po chwili zastanawiasz się czemu ta taksówka zwalnia. Zaraz potem myślisz, czemu on, do cholery, stoi i czego właściwie chce od mnie.... On pewnie myśli, dlaczego ta kretynka z prawej nie jedzie, skoro ma pierwszeństwo...

Facet zdążył się zirytować i pojechać zanim się zorientowałam o co mu chodzi. Po prostu ciężko jest mi się przyzwyczaić, że droga o niższej klasie ma pierwszeństwo przed drogą o wyższej klasie... Norwedzy skutecznie sprawili, że po mieście nie da się jeździć za szybko. Po prostu cały czas musisz uważać na wszystkie małe dróżki z prawej.... Agggrrrhh!

Aha. Zapisy na Sylwestra najwyraźniej skończyły się zanim się rozpoczęły ;) Na szczęście właściciele powiedzieli, że nie widzą problemów, bo... wyjeżdżają w góry.

wtorek, 1 grudnia 2009

Barszcz czerwony...

... czyli:
kuchnia w kolorze buraczków
ściany w kolorze buraczków
podłoga w kolorze buraczków
cytryny i cebula w kolorze buraczków
dłonie w kolorze buraczków
paznokcie w kolorze buraczków (bardzo)
drewniana deska w kolorze buraczków (pewnie na najbliższy miesiąc)

mówiąc krótko Buraczki Są Wszędzie, czyli jak sparafrazował Alex mój mąż "Buraczki Cię widzą, Buraczki Cię śledzą, Buraczki Cię znajdą zabiją i zjedzą."

I żeby jeszcze było warto. Jeżeli ktoś ma dobry, sprawdzony sposób na barszcz czerwony to chętnie skorzystam. O ile oczywiście uda mi się znaleźć buraki (te akurat były przywiezione z Polski). Widziałam je raz w jednym sklepie tutaj. Parę sztuk. Następnym razem jak tam byłam to już ich nie widziałam. Za to zorientowałam się, że eksportujemy pieczarki do Norwegii.

W sobotę wsiedliśmy w samochód zabierając naszego zaprzyjaźnionego Litwina imieniem Vytas (już widzę uśmieszek na twarzy jednej z czytelniczek ;) ) i pojechaliśmy ...
całe 20km za miasto w celu pójścia na spacer :) Spacer zakładał wdrapanie się z poziomu 100-200 m n.p.m. na drobne 900 m n.p.m. Niech Was nie zwiedzie wysokość, to nie jest odpowiednik naszych Beskidów. Było stromo, były skały, kamienie, przepaście, bagna, wodospady i jeziora. Ogółem było super :)
Tylko... po raz pierwszy w życiu, kiedy ubłocona i zgrzana schodziłam z gór, usłyszałam "To co? Pizza i cola?" Po raz pierwszy zamiast siedzieć w jakimś schronisku zalewając wrzątkiem zupkę w proszku i ewentualnie pijąc grzańca wsiadłam w samochód, po niedługiej chwili znalazłam się w centrum miasta, po czym trafiłam do pizzerii. To było ... dziwne :)

Obecnie próbuję jakoś przeprosić moje buty. Moje 5letnie Chiruca z Goretexem postanowiły się na mnie śmiertelnie obrazić, za to, że nie chciało mi ich impregnować przez ostatnie 2 miesiące, a potem kazałam im przebywać głównie w mokrym śniegu albo kałużach. Dawno nie miałam tak mokrych butów. Dzisiaj w końcu wyschły ;)

Aha. Mała rada: nie dotykajcie rozgrzanej do 230st grzałki piekarnika (chociaż moja blizna z Hjerkinn powoli znika). Nagrzana do 200st blacha też nie jest dobrym pomysłem. Teraz już wiem po co trzymam lód w zamrażalniku :) 2h trzymania w lodzie i został tylko bąbel. I nie boli :)