poniedziałek, 22 marca 2010

Przesilenie

Praca w hotelu dzieli się na czas, kiedy są goście i wszystko ma ustalone reguły oraz czas, kiedy gości nie ma. A reguły są płynne. Zazwyczaj są wtedy jakieś dodatkowe prace, które trzeba wykonać. Natomiast to moja sprawa kiedy je wykonam. Mam zrobić to i to i mam czas do piątku. Mogę sobie usiąść w środku dnia z kawą i powygrzewać się na słońcu. Mogę zrobić przerwę i pójść na spacer. Pójść do stajni i pozawracać komuś głowę pytaniami. Poplotkować z szefową. Czas w takie dni zwalnia. Robi się leniwie.

Jagniątka zostały 3. Chodzę do nich 4 razy dziennie, żeby je nakarmić. Ich matka czasami zabeczy z niepokojem, ale nie przejmuje się mną jakoś specjalnie. Młode, jak tylko wchodzę, beczą cienko i żałośnie. Dwa są ciągle głodne i się przepychają, trzecie zazwyczaj stoi z boku i muszę w nie wciskać jedzenie. Ale jest największe z nich wszystkich, więc myślę, że je mleko matki i po prostu nie jest głodne. Brakuje mi rąk. W jednej ręce butelka, w drugiej pyszczek młodego. Trzecia by się przydała do odsuwania dwóch pozostałych :)

Śnieg powoli topnieje. Zamienia się w wodę. A woda zamienia się w lód. Cały teren hotelu, który nie jest pokryty śniegiem lub jest trochę bardziej płaski (dwa parkingi, droga, teren pod stajnią) pokryty jest lodem. Niestety, na zieloną trawkę przyjdzie poczekać jeszcze z miesiąc.

Do Foldall przyleciały jaskółki. U nas też czasami jakieś ptaszki zaświergoczą.
Psy (dorosły wilczur i seter oraz szczeniaki: podhalański i ... coś włochatego, łaciatego) biegają szczęśliwe po słońcu domagając się uwagi. Taraj (wilczur) jak ma ochotę na zabawę to przychodzi, popycha nosem kamień (obecnie bryłę śniegu) w twoim kierunku i mówi wzrokiem: "Rzuuuuuć mi". Troj (młody podchalański) biega w kamizelce odblaskowej, bo ciężko go odróżnić od śniegu i uwielbia wszystko. Zwłaszcza zabawy ze szczeniakiem Viktora. A Leo (seter Hakona) boi się Taraja, więc hasa raczej samotnie. Właśnie do mnie przylazł i tak długo skakał na drzwi (siedzę sama w hotelu, w salonie), że aż go w końcu wpuściłam, bo najwyraźniej czuje się samotny. Nic dziwnego - w końcu zeżarł latem papużki faliste Anne Stine i teraz nie w domu żadnych innych zwierzaków.

Hege ma termin porodu dokładnie w 40ste urodziny Martina, za dwa tygodnie. Zastanawiamy się czy syn postanowi zrobić tacie prezent. Przy okazji: szpital jest w Trondheim. 160 km od nas.

Równonoc upłynęło mi leniwie, w towarzystwie psów, jagniąt i słońca. Wieczorem, przy -10 stopniach, poszłyśmy z Caroline do jazkuzzi. Siedząc w ciepłej wodzie patrzyłyśmy na góry i rozgwieżdżone niebo. Etap, w którym trzeba było wyjść i przejść boso, w mokrym kostiumie kąpielowym 50 m (nie dało się przebiec, bo było strasznie ślisko) był... niezapomniany.

Siobhan, jeżeli chcesz poznać naprawdę wyluzowanych ludzi, to zapraszam do mnie :)

Nadszedł czas zabrania Leo i pójścia do stajni nakarmić jagnięta, nie obijając sobie tyłka na lodzie przy tej okazji. A w ogóle: macie może pomysł jak wytłumaczyć Norwegom idee Lanego Poniedziałku?

5 komentarzy:

  1. Biorąc pod uwagę, że woda tak szybko u was zamarza to będzie ciężko tą ideę wytłumaczyć ;)

    I niestety już tylko 3 jagniątka :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Przygotuj się na przyjmowanie porodu. Podobno to nie jest trudne.
    MSPANC, oczywiście :D

    OdpowiedzUsuń
  3. 'To taki dzień w którym polewasz ludzi i masz na dzieje że jest na tyle ciepło by nie zamarźli'??:D

    OdpowiedzUsuń
  4. Tenel: myślę, że właśnie dlatego w Norwegii obyczaj nie jest znany ;)
    Jo: o przygotowywaniu do porodu będzie osobna notka ;)
    Cocafin: dzisiaj już tylko 2 :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj... jak to się dzieje? Z taką opiekunką to żyć, nie umierać...

    OdpowiedzUsuń